Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 maja 2017

Szczęście jest wtedy, gdy nie jest ci potrzebny budzik o poranku czyli Śpij, aniele mój!



Budzik, jak wszyscy wiemy, wymyślił nieczuły, bezduszny, zawzięty barbarzyńca. Budzik zachowuje się nietaktownie i bezkompromisowo.  


Pierwszego zwyrodnialca jakiego pamiętam, ojciec przywiózł z kraju bratniego. Była absolutnie bezlitosny i niesamowicie agresywny. Miał taką moc, że zdrapywał farbę ze ścian razem z tynkiem.

Sąsiedzi nas nienawidzili, bo razem z ojcem wstawała o 5.00 cała kamienica. Zresztą, przez ten właśnie budzik mój szanowny rodzic stracił przednie zęby. Uderzony obuchem dźwięku wyprodukowanym przez plastikowego oprawcę zwanego budzikiem, wyskoczył nagle z łóżka, zapominając, że od kilku dni przy tapczanie stoi łóżeczko, gdzie chrapie całkowicie nowy człowiek. I żegnajcie jedynki!

Mój własny, pierwszy budzik grał piękną melodię, która jeszcze dzisiaj, czasem mi się śni i porusza mi trzewia do żywego. Z tego powodu, zdarzyło mi się wyłączać go już wieczorem, żeby rankiem się nie stresować przed pójściem do szkoły. 

Mój syn dostał swój pierwszy budzik w wieku lat pięciu. Był to budzik przywieziony z Dubaju. Co ciekawe, napisy na cyferblacie i  instrukcja do niego była w języku rosyjskim. Po latach dochodzę do wniosku, że była to bomba dźwiękowa, która miała rozsadzić bratni kraj od środka. Możliwe, że te budziki były w jakiś sposób zaprogramowane, żeby włączyć się pewnego dnia,o jednej porze. Za tą teorią przemawia jeszcze jeden fakt, że pomimo wielogodzinnych tortur, budzik ten nigdy nie zaczął sypać, i nie odpowiedział nam na dwa pytania:

1. Jak się to świństwo dezaktywuje?
2. Gdzie są ukryte baterie?

Zegarek ten był na dodatek poliglotą, i wydawał z siebie następujące odgłosy, do wyboru: zarzynanego koguta, obdzieranej ze skóry owcy, wkręcanego w szprychy kota, bitej na odlew po dziobie kukułki, i smażonego na wolnym ogniu psa rasy niedużej. 

Dziecko biegało cały dzień po mieszkaniu rozkoszując się wrzaskiem kota albo meczeniem owcy. Zdecydowanie budzik usunął w cień huśtawkę, która grała "Ojca Chrzestnego" i sama się bujała kiedy młody na niej siadał. (prezent od rodziny) Zresztą od kiedy udało nam się zlokalizować baterie, huśtawka trwała w kącie smutna i nieruchoma łypiąc od czasu do czasu złowrogo kiedy ją odkurzałam nucąc sobie beztrosko.

Niestety, wyrwanie dziecku budzika z ręki nie wchodziło w grę, postanowiliśmy poczekać aż się trochę nim znudzi i porzuci go gdzieś w kącie, a my spokojnie skręcimy mu budzikowy kark, posiłkując się później prawami fizyki i tłumacząc, że tak się dzieje kiedy budzik upadnie na kafelki nieroztropnie pozostawiony w kuchni na brzegu stołu. 

W zawierusze wieczornych kąpieli, przebieranek, czytanek i tym podobnych, budzik zupełnie dał nam o sobie zapomnieć. Nie na długo jednak. O trzeciej w nocy wyrwało nas z głębokiego snu rzężenie skubanego na żywo koguta, błagającego o skrócenie mu cierpień. Patrzyliśmy na siebie przerażeni, zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi, i które z nas upadło na głowę i wydziera się po nocy udając koguta na tarle. 

Po jakiś 10 minutach wpatrywania się w siebie nawzajem rzuciliśmy się do poszukiwań farmerskiego budzika. Przewracaliśmy się, wywalaliśmy wszystko z szuflad i szafek...aż w końcu znaleźliśmy dziada za naszym łóżkiem i załatwiliśmy na amen młotkiem w kuchni, bo odnalezienie wyłącznika lub baterii nadal przerastało  nasze możliwości. Co ciekawe, okazało się, że jednak był baranem, bo ostatnie co z siebie wydał zanim przeniósł się do lepszego świata dla budzików, to zawodzące beczenie. 

Oczywiście, jeśli się ma dziecko, to wiadomo że budzik nie jest potrzebny. Nasza własna progenitura uwielbiała wstawać o 6.00 rano i siłą swoich własnych paluszków vel imadeł otwierać nam powieki, wrzeszcząc "Mamulu, Tatulu zobaczcie, słoneczko już wstało". (przysięgliśmy sobie wtedy, że zemścimy się na nim, kiedy dojdzie do wieku szkolnego. I dotrzymaliśmy obietnicy) 

Poduszki z naszego łóżka musieliśmy wysłać na resocjalizację, ponieważ nasłuchały się takiej ilości niecenzuralnych słów, kiedy gryźliśmy je z nerwów szepcząc w ich uszy co mielibyśmy ochotę zrobić błękitnookiemu, szczerbatemu aniołkowi (i przysięgając sobie, że nigdy więcej radosnego, beztroskiego seksu), że normalnie pranie im nie pomagało, ociekały jadem produkowanym przez wszystkich rodziców w tak przykrych okolicznościach przyrody.  Do aniołka oczywiście uśmiechaliśmy się wyrozumiale, grając pod kołdrą w szybkie kamień, nożyczki, papier. Przegrany zaczynał wcześnie dzień. 

W czasach smartfonów zaczęłam ustawiać sobie utwory muzyczne w telefonie jako  budziki. I tym sposobem taki oto utwór, działa na mnie jak płachta na byka:



Nie idźcie tą drogą. Proponuję raczej coś bardziej ekstrawaganckiego. Może coś z Zenka Martyniuka?

P.


poniedziałek, 2 stycznia 2017

Nowy Rok nastaje, każdemu ochoty dodaje czyli ta sama melodia od lat.





I nastał Nowy Rok. 
Niestety, z powodu prawie pół setki Nowych Roków, w które rzucałam się jak pijany z mostu (bez planu, doświadczenia, z przypadku ale z radosnym "olaboga' na ustach) już wiem, że nie powinnam mieć wysokich oczekiwań. 

Grudzień, styczeń, luty i ciągle ta sama ja. No, jedynie rok starsza (*sic!) to co tu świętować? Kiedy przypomnę sobie te wszystkie imprezy, na których kołysałam się na niebotycznie wysokich szpilkach, marzłam z odkrytym dekoltem i wyłuskiwałam paznokciem brokat z oczu jeszcze 3 stycznia, to na pytanie - Gdzie się bawimy w tym roku?- mam ochotę skoczyć pytającemu do gardła i zanurzyć moje zęby w czerwonej jusze. Jestem skłonna jedynie do posiadówek, bez zbędnej napinki .

A więc, siedzimy, zagryzamy pokarm przygotowany przez Mizię (kochana, zawsze wyglądasz dwa razy bardziej atrakcyjnie, kiedy niesiesz jedzenie) , konwersujemy niespiesznie słuchając Spotify i rzucając okiem na to, jak w Zakopanem, Katowicach czy Warszawie ludzie tłoczą się w kolejce do plastikowych toalet i muszą słuchać beczenia Zenka Martyniuka. (artysty 25-lecia wg Super Ekspresu - tak, tak...czasami kłamię, ale teraz mówię prawdę). Taki Sylwester mam, i tak jest mi dobrze. 

Ostatnie dwa miesiące zajmowało mi martwienie się o własną latorośl, która to o siebie nie martwiła się wcale. Myślę, że to dziecko zostało zamienione, gdzieś w szpitalu, i tylko dorobiono mu pewne fragmenty przypominające rodziców. (główny nacisk położono na brak zamiłowania do porządku i kompletne niezrozumienie słowa - oszczędność). 

Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak dziecko ubogiego artysty (pamiętaj -jeśli bogaty, to nie artysta) i matki, która jeszcze nie wie kim zostanie, kiedy dorośnie, mogło wyrosnąć na człowieka, który tworzy powierzchniową geometrię modelu, projektuje dokumentację płaską i symuluje metodą elementów skończonych coś co ma się unieść w powietrze, i to przed śniadaniem. Na dodatek nie pija kawy, wódki, nie jada słodyczy i żywności przetworzonej. Nie powinniśmy karmić go SONDĄ i GWIEZDNYMI WOJNAMI w dzieciństwie! Błąd! 

No, ale zmierzając do celu - martwiła mnie głównie sprawa przeprowadzki, z miasta A do miasta B. Jeśli wynosisz się jakieś 280 kilometrów na północ, to fajnie byłoby znaleźć najpierw mieszkanie w którym możesz złożyć swoje graty w szafie, kości na łożu, brudy w koszu i strawę w lodówce. Moje dziecko uważa to za niepotrzebną stratę czasu. Skoro pracę w nowym miejscu ma zacząć o godzinie 8.00 1 grudnia, to wyjazd 30 listopada z zapakowanym dobytkiem życia (zdradziecko systematycznie rabowanym z domu rodzinnego - oddawaj sokowirówkę, smarkaczu!) i znalezienie kwatery, wydaje mu się okresem wystarczającym. Rwałam więc włosie z głowy, jęczałam i narzekałam, jak to czynią wszystkie rasowe matki (a przynajmniej udawałam, że to robię). 

- Będziesz sypiał w samochodzie na parkingu, i mył się w chłodnicy albo staczał wieczorną bitwę o karton z bezdomnym! Na dodatek "Winter is coming!!!" nabiał ci wymarznie, uszy się skruszą, nos pokryje sinawym odcieniem!

Na nic. 

Wjechał do stolicy o 13.00, a o 13.40 podpisał umowę na wynajem glanc nowego mieszkanka, takiego co to trzeba jeszcze ze sprzętów styropian wyciągać. Na dodatek 10 minut od swojej pracy. Na dobicie mnie - z miejscem parkingowym. Ta młodzież to ma dobrze, i nic nie wie o życiu. Kiedy nasz znajomy zaprosił nas do swojej nowej kwatery w Warszawie (wczesne lata 90-te), to pamiętam, że zaskoczyło mnie, że poczęstował nas herbatą w przedpokoju. Okazało się, że mieszkanie, to właśnie ten przedpokój. 


Wszystkim cudownego Nowego Roku! 
Postanawiam nie postanawiać. I jeszcze na głowie kwietny mieć wianek...i te motylki. Tak, w tym roku będę czarująca! Tymczasem trenuję.






środa, 6 stycznia 2016

"Wszystko co dobre jest nielegalne, niemoralne, albo powoduje tycie czyli prosto to ujmując, każdy ma swoją cenę". Moją jest makaron.



Urodziłam się jako dziecko wielkości pestki słonecznika. Nie rozumiem mojej rodzicielki, która twierdziła, że trwało to wieki i było niesamowicie traumatyczne. Jako mniejsza i chudsza od niej ptaszyna wypchałam z siebie 4 kg arbuz w zaledwie pół godziny nie przerywając czytania i nie niszcząc sobie makijażu. (Nie przerwałabym, gdyby nie wyrwano mi znienacka lektury, ale jak wiadomo naszym lekarzom brak taktu) . Może miałam większą motywację, ponieważ chciałam wreszcie zobaczyć swoje stopy? Jeśli człowiek ma zaledwie 158 cm a jego dziecko 60, to przecież jako osesek nie rozpełza się pod skórą jak riszta ale bezczelnie wypycha człowieka od przodu, zasłaniając co ciekawsze fragmenty.  No, ale nie o tym miało być. Zacznę chyba raz jeszcze...
(przy okazji wszystkie ciężarne zapraszam na webinar  - 'Jak urodzić w pół godziny, bez konieczności przerywania czytania lub robienia manicure")

Urodziłam się z nikczemnym wzrostem i wagą. Zawsze stałam na końcu szeregu, miałam najchudsze pęciny, zapadniętą klatkę piersiową, a siedzieć musiałam w pierwszej ławce, która i tak była zbyt wysoka. Pielęgniarki bały się pobrać mi krwi, ponieważ igła strzykawki mogła mnie przebić niczym dzida na wylot i spowodować wykrwawienie się na śmierć, zresztą w takich przypadkach gryzłam w nadgarstki. Wszyscy dookoła na sam mój widok nabierali ochoty na dokarmianie. Sąsiadki kusiły szyneczką, babcia piekła bułeczki, mama rwała włosy z głowy, że jajeczko znowu nie ruszone, nawet sprzedawczyni w sklepie chciała mi dać za darmo cukierka, bo pewnie wyglądałam jak Urszulka od Kochanowskiego na dzień przed zgonem. Najszerszy w moim ciele był uśmiech. Bo ogólnie byłam zadowolona z siebie szaleńczo. 

Moje ulubione danie z tego szczęśliwego okresu to - suchy kawałek chleba z kawałkiem cebuli w drugiej ręce. Każde inne pożywienie było mi wstrętne. No, chyba że szliśmy z wizytą. Wtedy oczywiście raczyłam coś zjeść, tylko po to żeby dobić rodziców w oczach znajomych
 - Zobacz mamusiu, co to jest to różowe? Szynka? A to jest dobre? A to się na chlebek kładzie?
- Mamusiu a to jak się nazywa? Żółty ser?
Mała zemsta na rodzicach zawsze cieszy w tym wieku. 

Żyłam sobie całkiem spokojnie, specjalnie chorowita nie byłam. No, może słabowita ździebko, bo jednak cebula niewiele dodawała mi energii i nieco psuła mi charakter i oddech Siły miałam akurat  tyle, żeby jakąś złośliwość bliźniemu uczynić. Może dlatego dzieci nie chciały się ze mną bawić, a psy gryzły mnie dotkliwie. Nie szkodzi, mogłam spokojnie obgryzając cebulę i paznokcie obmyślać plany unicestwienia tego świata.

 Idąc do pierwszej klasy ważyłam zaledwie 15 kg.  Nie wiem komu to przeszkadzało, bo mnie naprawdę wcale. Klika dopychaczy postanowiła zwalczyć moją naturalną kościstość i zaczęła gremialnie wpychać we mnie żarcie, dla mojego dobra. Panie w przedszkolu, rodzice, ciocie, dziadkowie jeden przez drugiego chcieli udowodnić, że odniosą sukces. Walczyłam lepiej niż Mały Rycerz, dzielnie wijąc się jak piskorz, odpluwając w kieszenie, piszcząc, zaciskając zęby, kopiąc i szczypiąc każdego zbliżającego się tuczarza z łyżką lub widelcem. Do tej pory na ciele noszę znaki tej walki, w tym jeden na twarzy. Za pomocą widelca poszerzono mi uśmiech o jakieś 3 cm, na dodatek asymetrycznie, co nadało mojej twarzy lekko szyderczy wyraz twarzy, bo z wewnętrznym szyderstwem już się urodziłam. Od noworodztwa plułam sarkazmem na wszystkich. A szczególnie, jeśli ktoś w mojej obecności wygłaszał następujące kmentarze:

- Dzieci z Domów Dziecka to by mnie po rękach całowały gdyby mogły tak jeść
-Zobacz, niektóre dzieci to w życiu chałwy nie jadły..a ty wydziwiasz. 
-Zjedz chociaż kawałek mięsa,w Afryce dzieci głodują.

Moim marzeniem było wyjechać do Afryki i spokojnie pogłodować, ewentualnie przeprowadzić się do Domu Dziecka i musieć całować po rękach za kawałek kiełbasy albo za pyry oblane tłuszczem. Dom Dziecka w najbardziej zapadłym dołku Afryki wydawał mi się krainą szczęśliwości i błogiego spokoju. 

Nie wiem jak było w waszym przedszkolu, ale w moim była jasna zasada - kto zwymiotuje, dostaje dokładkę i karmi go pani kierowniczka. W razie nieobecności kierowniczki, chochlę przejmuje pani kucharka, wyjątkowo silna kobieta. Pamiętam dzieci, które dzielnie, ze łzami w oczach przełykały to co próbowało wrócić na talerz. Pamiętam też niejakiego Piotrusia, który nie lubił buraczków. Piotruś starał się przełykać jak każdy z nas, niestety widocznie by zbyt wrażliwy, bo bez przerwy musiał zjadać dokładkę. Tym sposobem pani mogła zawiadomić z uśmiechem jego rodziców, że Piotruś zjadł wszystko i jeszcze rzucił się jak chart afgański na dokładkę kapuśniaku i sinego mięsa zwanego mięsem zmielonym. (w szkole nazywaliśmy to - wymemłaniec) 

Po jednym takim obiadku, kiedy Piotruś poprosił o dokładkę buraczków, panie zajmując się myciem dzieci, ścian i klocków, odpuściły reszcie dopychanie obiadku. Buraczki jednak strasznie farbują. Polubiłam za to Piotrusia. Nawet usiadam obok niego, bo byłam dobra w tak zwanym obrzydzaniu. Piotruś też mnie lubił, więc nie wnosił pretensji kiedy gięłam się przed nim w konwulsjach i robiłam straszliwe miny mamląc jakieś świństwo w otwartych ustach. Spokojnie płynął z prądem i zawsze odnosiliśmy sukces. Niestety, wszystko się skończyło kiedy doniosła na nas pewna zazdrosna, gruba Ewa. (co ciekawe, kiedyś w przyszłości zemszczę się za to nieświadomie, i odbiję jej chłopaka /wiesz Mizu, to ten co tam ten tego na Sylwestrze, pamiętasz?/, ale wtedy obie będziemy chude, ładne i bez serca, z tym że ja będę ładniejsza)

Piosenką mojego dzieciństwa powinien zostać utwór Eat It Weird Ala Yankovica: 

"Dlaczego wciąż tak grymasisz, młody czlowieku?
Nie chcesz Captain Cruncha*, nie chcesz Raisin Brana*
Nie wiesz, że w Japonii inne dzieci głodują
Więc zjedz to, po prostu zjedz to

Nie chcę się kłócić, nie chcę dyskutować
Nie chcę słyszeć o tym czego nienawidzisz jeść
Nie dostaniesz deseru nim nie sprzątniesz z talerza
Więc zjedz to

Nie mów mi, że jesteś pełen
tylko zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Zrób sobie jajko i wmuś je w siebie
Zjedz jeszcze trochę kurczaka, zjedz jeszcze trochę placka
Nie ważne czy jest ugotowane czy usmażone
Po prostu zjedz to, zjedz to, po prostu zjedz to, zjedz to
Po prostu zjedz to, zjedz to, po prostu zjedz to, zjedz to uuu

Twoje maniery przy stole to wielki wstyd
Bawisz się jedzeniem, to nie zabawa jest
Jeśli się zagłodzisz na śmierć będziesz musiał za to tylko siebie winić
Więc zjedz to, po prostu zjedz to

Lepiej słuchaj, lepiej rób co ci każą
Nie tknąłeś nawet swojej zapiekanki z tuńczyka
Lepiej wcinaj albo wystygnie
Więc zjedz to

Nie interesuje mnie czy jesteś pełen
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Otwórz usta i nakarm je
Zjedz trochę jogurtu, zjedz trochę mielonki
Nie ważne czy jest świeże czy z puszki
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Nie każ mi powtarzać
Zjedz banana, zjedz całą kiść
Nie ważne co jadłeś na obiad
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to

Zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Jeśli stygnie odgrzej
Zjedz duży obiad, zjedz małą przekąskę
Jeśli ci nie smakuje nie możesz tego zwrócić
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Zrób sobie jajko i wmuś je w siebie (o panie)
Zjedz jeszcze trochę kurczaka, zjedz jeszcze trochę placka
Nie ważne czy jest ugotowane czy usmażone
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Nie każ mi powtarzać (o nie)
Zjedz banana, zjedz całą kiść
Nie ważne co jadłeś na obiad
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to"

Pamiętam, że stałam się głodna gdzieś tak w okolicach matury. Dokładnie przed ustnym z Nauk o Społeczeństwie. Zjadłam wtedy jakieś 10 kanapek.  Nareszcie! Rodzina triumfowała. A ja postanowiłam trenować.  Z biegiem czasu otworzyłam wszystkie siedem żołądków. Chcieliście - to macie!

I nagle cała rodzina i narzeczony zaczęli protestować.
- stop, przestań wreszcie żreć, przystopuj! 
- Nie dopuszczajcie jej do lodówki. 
- O matko! Ona zeżarła cały gar zupy!!! 
- Kto do cholery zeżarł 5 kg zamrożonych parówek? 
- Czemu pijesz olej??!!! - Bo to tłuszcz..hahaha!

Nic nie mogło mnie zatrzymać w tym biegu do jedzenia coraz więcej. Ach, jakaż to przyjemność po 20 latach głodowania! 
Marmolada - super, zjem cały słoik i wyliżę nakrętkę. Ziemniaki - 20 proszę. Bigos? Czy ja kiedyś nie lubiłam bigosu? Chyba na głowę upadłam! Dajcie cały gar, łyżki nie potrzebuję. Gębą wyżrę.  
Makaron, bułki, kopytka, podsmażana kiełbaska, ptysie, lody, konfitury, żeberka, jaja, buraczki? Nie, buraczki nie - ciągle pamiętam Piotrusia.
Chcieliście żebym się dobrze odżywiała ? To macie!
Wasz ukochany Mroczny Kaban "od jutra" może na diecie 

A tu ta sama piosenka w języku lengłidz.






wtorek, 11 lutego 2014

Jak zrobić inżyniera metoda domową, za pomocą topora, kawałka drutu i ewentualnie mężczyzny.


Post dla pokrzepienia matek dzieci luzaków, dyslektyków, dysgrafików, dyskalkulików, coolastych blondynków, zbuntowanych hipsterów w czapce z misia, rycerzy z mieczem, zajmujących się robieniem z drutu pancerzy pół-praktycznych, i innych nieprzystosowanych odmieńców.

Są rzeczy na tym świecie, które mnie nieustannie zadziwiają. Do nich należy moje własne, urodzone w kwadrans, w przerwie czytania książki  o gramatyce angielskiej, dziecko.

Jaką matką byłam można przeczytać tu i tutaj, na swoją obronę mam tylko tyle, że nie uczęszczałam na żaden kurs dla rodziców i wychowywałam potomstwo intuicyjnie, metodą prób i błędów. O dziwo, na co dzień działało to całkiem sprawnie. Jadł wszystkie warzywa jakie znalazł na talerzu, budząc okrzyki zgrozy wśród innych dzieci i pomruki niedowierzania wśród innych matek. Głowę mył sobie sam już w wieku dwóch lat, ubrać się odpowiednio do pogody potrafił w wieku lat pięciu, słodyczy unikał jak ognia piekielnego (I TO ZOSTAŁO MU DO DZIŚ), i nigdy w życiu nie musiałam tyrpać go znacząco cedząc jednoczesne przez zęby "no, co się mówi" itp. itd.

Był też uparty, niereformowalny, doprowadzał ludzi do skraju wnuczkobójstwa, uczniobójstwa i innych takich. Był na tyle straszny, że zamknięcie przedszkola na okres wakacji wywołało u rodziny panikę i zmusiło nas do wypchnięcia go na "prywatne kolonie".(oficjalnie został wysłany na kolonie do Rabki dla podreperowania zdrowia, przynajmniej tak mu wmówiłam). Nikt bowiem nie wyobrażał sobie przebywania z nim 24 godzin na dobę w tych samych pomieszczeniach - gadał, pytał,  trajkotał, dotykał, odwracał, odkręcał, wspinał się, czołgał, pruł, malował ściany, wsadzał ogórki w cukier, montował linki na poziomie kostek, wcierał krem w kanapę, wysypywał, przesypywał i doprowadzał na skraj rozpaczy każdego dorosłego. Jedyny moment spokoju następował kiedy wyciągałam książkę i czytałam, czytałam, czytałam...wyrobiłam sobie wtedy gardło i dzięki temu mogłam później prowadzić wielogodzinne zajęcia bez śladów chrypki. 

Miał też jedną poważną wadę, o której już kiedyś pisałam:
"Mój syn urodził się indywidualistą. Ludzie rodzą się żeby zostać murarzem, cieślą czy zdunem, albo jak u Topora „żeby ciupciać królewny” a on postawił na indywidualizm – od urodzenia." 

Robił tylko to co uznał za stosowne, i nikt, nawet szkoła, w której przypadało 3 nauczycieli na jednego ucznia, a klasa składała się z siódemki dzieci, nie dała mu rady. Już w pierwszym półroczu musiałam postarać się o drugi tom zeszytu uwag. Na klasowej gazetce, gdzie pani przy nazwiskach umieszczała odpowiednie znaczki - od słoneczka po burzę z piorunami, u naszego potomstwa pogoda była jednostajna - sztorm. W drugiej klasie otrzymał własna ławkę, a w trzeciej własny rząd. Na tym szkoła wykończyła swoje możliwości, bo prawdopodobnie nie byli w stanie dać mu własnej klasy,  i zostaliśmy poproszeni o zaaplikowanie małoletniemu środków uspokajających lub połamanie mu kulasów, bo jako kontuzjowany wydawał się nieco spokojniejszy. Powstrzymując męża przed mordem na dyrekcji za pomocą pędzla z bobrowego włosia, postanowiłam zmienić małoletniemu szkolę z luksusowej na lokalną. Problem się rozwiązał. 

Niestety niechęć i wybitnie lekki stosunek do nauki wgryzły się w niego głęboko, jak bicho de pé w piętę brazylijskiego wędrowca. Mimo, że tryskał wiedzą, i wciąż słyszeliśmy, jak inteligentne dziecko sprowadziliśmy na ten świat, to jego średnia ledwie przekraczała 3.0. Co i tak było mu obojętne bo twierdził, że nauka to bzdura. Czas spędzał na wymyślaniu gier strategicznych, do których brał ludzi z łapanki. Unikaliśmy tego jak ognia, bo zasady wymyślał sam, a były bardziej skomplikowane od teorii superstrun.

Dokładnie pamiętam swoją ostatnią kłótnie, miała ona miejsce gdzieś w okolicach 2002 roku. Dziecko przyniosło do domu listę stopni z każdego przedmiotu. Wzięłam poplamiony świstek do ręki i zamarłam jak żona Lota. OD góry do dołu jedynki, a z angielskiego nawet siedem. Pamiętam, że wydałam z siebie ryk ranionego dzika, a moja twarz z uśmiechniętej, zmieniła się w krwawą maskę z najczarniejszych hard horrorów, bielmo pokryło błękit mych oczu.

-AAAA!- wycharczałam! - Z czego te siedem jedynek z angielskiego, przebrzydły kłamco! Jeszcze wczoraj pytałam czy trzeba ci pomóc! Twierdziłeś, że sam sobie dajesz radę. - ślina, którą tryskałam przy tym ryku, pokryła już ściany, okna i drzwi. - Gadaj zaraz z czego te jedynki!!!! Gadaj, póki jeszcze widzę i jestem w stanie cie dopaść!

Tu nastąpiła długa chwila zamyślenia, a następnie padła odpowiedz:
- Nie wiem, może z klasówek?

Sklęsłam, oklapłam, zwiotczałam.

Rankiem pognałam do szkoły, żeby ratować to co się da, błagać na kolanach o możliwość poprawy, a także przepraszać za małoletniego, kajać się za niedołęstwo rodzicielsko - pedagogiczne, zagrozić seppuku na szkolnym korytarzu jeśli nie będą chcieli dalej trzymać go w tej placówce. Okazało się jednak, że  pani przy przepisywaniu popełniła pomyłkę. Oceny nie należały do niego. Postanowiono wysłać go do specjalnej poradni w celu zdiagnozowania problemu. Cóż, jeśli istnieje jakieś dys- mój syn miał je wszystkie. Od dysgrafii po dyskalkulię.

Wybrał sobie gimnazjum, do którego trzeba było zdać egzamin z języka obcego. Zdał go bez problemu i dalej płynął na fali niechciejstwa, tym razem podnosząc swoja średnią do 3.2. W tym czasie został hipsterem - rycerzem, włosy do pasa, wojskowy szynel, jakieś buty (mogły być nawet z łodygi lucerny), spodnie z chorągwi, furażerka ze skórki od chleba.

Włosy ściął w okolicach szkoły średniej ale cool był nadal. Cool do bólu.
Dlatego zaskoczeniem było dla nas zdanie matury, a także egzaminu zawodowego, który od matury różni się tym, że należy mieć 75 z pierwszej a 80 procent poprawnych odpowiedzi z drugiej części. Szkołę skończył i wymarzona pracę dostał. Na dodatek z pierwszą pensją na poziomie kierowniczym. I zaskoczenie - postanawia kształcić się dalej.

Tutaj muszę napomknąć, że zarówno praca, jak i kierunek kształcenia jest pasją mojego dziecka. I dla tej pasji on, całkowity leser i luzak był w stanie uczyć się samodzielnie matematyki po 10 godzin dziennie, żeby uzupełnić braki wiedzy i na uczelni się utrzymać. Na studiach jego średnia to 4. Najwyższa średnia jaką kiedykolwiek w karierze szkolnej uzyskał. Brał udział w projektach międzynarodowych, pracował na uczelni, a z wielu przedmiotów był po prostu najlepszy. I to wszystko zawdzięcza wyłącznie sobie:) A jak gotuje i piecze...mmmm...poezja:))))

Wczoraj obronił swoja pracę i otrzymał tytuł inżyniera. Matki luzaków - nie załamujcie rąk! Jest pasja - jest nadzieja! A ja nadal nie mogę uwierzyć, że ten spokojny, zdystansowany facet z poczuciem humoru to ten sam demon, który zachowywał się jak bohaterka Egzorcysty, pluł ogniem piekielnym, w nocy gotował jajka na tłuszczu do frytek i szarpał przez pół dnia i nocy struny gitary i nerwy wszystkich dookoła.

 Tytuł pracy brzmiał : Projekt koncepcyjny wielofunkcyjnej platformy stratosferycznej.


wtorek, 9 lipca 2013

Miała mat­ka syna... jed­na anioła a druga Stalina czyli Królowa jest tylko jedna.


Mówią, że najpotężniejsza jest ręka, która kołyskę wprawia w ruch. 

Lata 80-te: - Jak ja nienawidzę tej baby - cedziła przez zęby Jula, wyciągając  papierosa z paczki i zapominając, że jeden jeszcze wciąż dymi w popielniczce. 

- Twojej przyszłej teściowej, znaczy? - zapytałam przez grzeczność bo w końcu przez ostatnie 10 minut zajmowałam się jedynie przytakiwaniem i unoszeniem w górę brwi, w odpowiednich ku temu momentach. 
- Ooooo! Co za wiedźma niedopieczona, co za intrygantka, co za wstrętna baba!! 
- A konkretnie? 
- Konkretnie też mogę! Z detalami nawet! Wyobraź sobie, że moja przyszła teściowa zabroniła mojemu chłopakowi zostawać u mnie na noc. Ma 23 lata a ona traktuje go jakby ciągle był dzieckiem...No i zrobiła mu awanturę, że kupił mi na urodziny taki drogi prezent, że co to jest żeby wydawać na jakąś dziewuchę ćwierć pensji, i że pewnie jestem z nim tylko dlatego, że zależy mi na prezentach. Według niej jestem łatwa, chytra, przebiegła już zastawiłam sidła na księcia, a on powinien się bawić, poznawać świat i czekać na księżniczkę z jakiejś dobrze sytuowanej rodziny. Na dodatek czepiła się moich rodziców, że niewykształceni, że o czym ona będzie z nimi rozmawiać, że wstyd ich zapraszać na przyjęcia, na których będą dzielili sałatkę jarzynową z Dyrektorem Kwiatkowskim i przepijali do profesora Kowalskiego. 
- A co na to Marek?
- Siermięga jedna! Powiedział najpierw, że nie chce wkurzać mamusi, a później, kiedy wygarnęłam mu co o tym myślę stwierdził, że mama ma chyba trochę racji...że go wykorzystuję, że na wakacjach kazałam mu prać swoje rzeczy...i jak powiedział to mamusi to prawie dostała ataku serca....bo w domu to on nic nie musi robić...zjada, odsuwa talerz i przesiada się ze stołka na kanapę a mamusia już leci z upieczonym ciasteczkiem i świeżo zaparzoną a kawką, z odpowiednia ilością pieprzonego cukru!!!!!
- Oh...i co?
- I tyle, to koniec. Nigdy więcej nie będę spotykać się z chłopakiem,  "który świetnie się rozumie ze swoją mamusią".


Obecnie:

Jula trzaskała szklankami w kuchni przygotowując kawę, z jej ust niczym z karabinu maszynowego wyskakiwały słowa:
- Nie ma słów do tego chłopaka. Nie chce słuchać...będzie żałował, wróci z podkulonym ogonem i powie "miałaś rację"...ale oczywiście matki się nie słucha. Taki mądry....sam zobaczy...nie, nie mam już siły żeby mu tłumaczyć.Urodziłam kretyna...mnie się nie wierzy...pewnie....sam zobaczy, a ja poczekam....zobaczy. 
- Hej, no co się stało? Zawsze mówiłaś, że masz taki świetny kontakt z Piotrkiem!
- Bo miałam! Dopóki nie pojawiła się ta strzyga w kusym wdzianku. Widać, że panienka poszukująca, doczepiła się do niego bo ma darmową podwózkę na imprezy i na dodatek ten idiota funduje jej kino, obiadki i inne takie...
- No, ale ona jeszcze chyba studiuje...a on już zarabia! - stwierdziłam trzeźwo, stając w obronie mało znanej mi strzygi.
- Ale czy to jest powód, żeby kupować jej na urodziny torebkę za 300 złotych!!! Ja dostałam od niego kwiatek w doniczce i krem przeciwzmarszczkowy!
- No...jej jeszcze nie jest potrzebny...
- Nie wkurzaj mnie! Pewnie dziewczynisko zaciągnie go do łóżka i pozwoli sobie zrobić dziecko, sama wiesz jak jest....
- No, to się pobiorą i będą  żyć długo i szczęśliwie, a ty będziesz babcią.- dorzuciłam beztrosko
- Co????Co powiedziałaś? Ja miałabym ją wpuścić do MOJEJ RODZINY? Co to w ogóle za ludzie...matka krawcowa, a ojciec na bezrobotnym. Daj mi spokój...o czym ja będę z nimi rozmawiać? O kolejkach w UP i fastrydze????!!!!No....czujesz to? Nie...ja tego tak nie zostawię....nie popuszczę! ...i na dodatek ona go zmusza do dźwigania zakupów...mój syn jako cholerny dromader....co jeszcze???...może gary będzie za nią mył????zakupki robił???


Nie zostawiła, nie popuściła, zniszczyła, zmiotła na miazgę, rozkurzyła, zdeptała. Siedzi na tronie i triumfuje. Pierze, sprząta, piecze i stoi na straży cnoty młodzieńca niby Cerber na warcie. 



^^^^

Mirek ma 45 lat i jest zawodowym bezrobotnym. A wszystko to wina jego żony, bo jak twierdzi mamusia - "Mirek ma problemy ze wstawaniem, to jej psi obowiązek go obudzić i zrobić mu śniadanie!". Nic to, że żona Mirka, żeby utrzymać lenia i gromadkę dzieci bierze nocne dyżury, i wygląda jak zombie po przejściach..


Robuś stracił prawo jazdy za jazdę po pijanemu. To wszystko wina żony, bo przecież mogła mu nie pozwolić usiąść na kierownicą. Nic to, że żona Robusia jest od niego mniejsza o 30 cm, a lżejsza o jakiś kwintal z hakiem i do powiedzenia nie ma absolutnie nic, no...może za wyjątkiem podania menu na dziś. 



Żona Pawła jest chytra bo "wysłała go" za granice do pracy, a sama siedzi na tyłku i tylko zajmuje się domem i czwórką dzieci. 



Mariusz ma 37 lat i jeszcze nigdy nie robił zakupów w sklepie spożywczym..."On nie ma do tego głowy" - twierdzi stróż ogniska domowego. 



A Irek ma lat 53 i dwie komórki, jednej używa tylko i wyłącznie poza domem kiedy chce porozmawiać ze swoją długoletnia sympatią, o której mama nic nie wie. "Po co mamę wkurzać..."



I można tak bez końca. Mam takie marzenie, że kiedyś jakaś kobieta poklepie mnie po plecach i powie "Wiesz co...teściowa...odwaliłaś dobra robotę, dziękuję". Bo jakby nie było, to my same wychowujemy przyszłych mężów naszych synowych. I niech nie zapomina wół...jak cielęciem był. 




A jak wychować syna? Najlepiej na mężczyznę. 


niedziela, 10 marca 2013

Dlaczego wszystko jest takie proste i fajne zanim przytrafi się tobie?



Rodzicom przestałam wierzyć dość wcześnie. Miało to związek z wizytą u dentysty. Przygotowując mnie do tortur na fotelu tatko wziął mnie na kolana i opowiedział jak też chichocze szalenie, kiedy pani łaskocze go wiertłem po zapalonej miazdze - no, miało być tak fajnie jak wtedy kiedy robi się pierdzioszka na brzuszku. Takie prrrrrrrr i po wszystkim. Bolało jak diabli, do pierdzioszka było szalenie daleko. Nie byłam grzeczna,  zemściłam się srodze łapiąc dentystkę za obfitą pierś i tarmosząc niemiłosiernie. Obie płakałyśmy rzęsistymi łzami, a następnie cuciłyśmy zemdlonego ojca w poczekalni.

Nie bałam się pająków. Ot, zwierz jak każdy tyle, że nóżek ma ciut więcej - tak mówiła mama. Nie bałam się ich do momentu kiedy byłam świadkiem jak moja własna rodzicielka na ich widok wyskakuje z podomki i wspina się goła po ścianach , niczym nawiedzeni w Egzorcyście, wydając przy tym niezidentyfikowane dźwięki.

Szczepienie miało być ukłuciem komara. (mama) Piekło jak rana po wtarciu kamfory i nie trwało sekundy. Kiedy szycie na żywo ręki nie okazało się być tak fajne jak jazda na karuzeli, a mój wrzask "O, Matko Boooskooo, luuuudzie raaaatujcie" niósł się po szpitalnych korytarzach powodując samoistną  ewakuację pacjentów, dotarła do mnie bolesna prawda - ludzie kłamią. I w tym własnie momencie mojego życia, w wieku lat 5 zostałam sceptykiem.

Następstwa kłamstw były niesamowicie przykre dla moich rodziców- ucieczka z przedszkola w dzień badania stópek na platfusa (nie chciałam wierzyć, że ten fioletowy kolor kiedykolwiek się zmyje), histeria przed pierwszym badaniem ciśnienia w liceum, i wzrost temperatury do 39 stopni przed każdym szczepieniem w szkole. Czy można się dziwić, że pogryzłam ręce człowieka, który przyszedł mnie zabrać na urodziny swojej córki, a mojej przedszkolnej koleżanki? Przecież jasne było, w świetle wszystkich wydarzeń, i mądrości płynących z bajek (Jaś i Małgosia), że do domu to ja już nie wrócę. 

Zostałam dzieckiem sceptycznym i upartym, takim które wierzy tylko sobie. Nie zdobyłam jednak palmy pierwszeństwa w tej konkurencji bo najbardziej upartym dzieckiem okazała się być (całkiem przypadkowo)  moja kuzynka Tereska, i nie wyszło jej to na dobre. Tereska jest siostrą Ediego, a to już dużo znaczy, można nawet powiedzieć, że była dzieckiem walczącym o przeżycie od momentu złapania pierwszego oddechu. Lubiła zwierzęta - zarówno żywe, jak i martwe. Pewnego letniego dnia, za komórką znalazła szczura, nieco już przechodzonego i zdefasonowanego z jednej strony. Z radością dziecka wzięła go w dłonie i przybiegła żeby się nam pochwalić zdobyczą  Kiedy tylko zbliżyła się na odległość działania fetoru, porzuciliśmy z Edim podkładanie saletry pod drzwi sąsiadów i rzuciliśmy się do ucieczki z piskiem i wyciem, a wkrótce dołączyło do nas pół ulicy i wszystkie okoliczne psy. Biegaliśmy z szaleństwem w oczach, krzycząc niemiłosiernie i uciekając na oślep. Co ciekawe, szaleństwo opętało tez dorosłych, którzy miotali się z lewa na prawo, rzucając dobre rady Teresce. 

- wyrzuć to!
- rzuć to!
- dziecko, puść to!
Tereska jednak skamieniała wewnątrz i rycząc z przerażenia biegała za nami błagając o pomoc i ściskając szczura w lewej ręce tak, że stracił połowę swojej śmierdzącej, wewnętrznej zawartości. W końcu stanęła na środku placyku i wyła jak potępieniec, nie słuchając dobrych rad, którymi wszyscy dookoła karmili ją  jak chlebkiem z masełkiem.  Edi miał dobre serduszko i postanowił uratować upartą siostrę i szalejący tłum, w związku z tym oderwał chwiejącą się deskę z płotu i...przywalił w szczura z całych sił. Pierwszy raz zobaczyłam wtedy pogotowie z bliska. 

Warto czasem korzystać z dobrych rad ale tylko czasem. 

niedziela, 3 marca 2013

Długość życia teściowej zależy od warunków występowania, jednak zawsze żyje za długo czyli tylko Chuck Norris potrafi podnieść krzesło, na którym siedzi.


To był jeden z tych leniwych dni pomiędzy Świętami a Nowym Rokiem, kiedy człowiek oddaje się przybyszewskiej rui i porubstwu , żywi się resztkami z lodówki i wciąż jeszcze ogląda prezenty. Niespieszny czas piżamowych poranków, śniegu za oknem, ciepłych kaloryferów, herbaty z malinami i dobrej lektury.

I  w taki własnie dzień, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość " ONA PRZYJEŻDŻA". Te one nawiedzały mój dom systematycznie od jakiegoś czasu nie krzywdząc nikogo, kryjąc się nieco po zakurzonych kątach mieszkania i szybko uciekając po schodach na górę do pieczary kawalera. Bez prezentacji obyć się oczywiście nie mogło bo żeby wejść na gorę trzeba przejść przez salon,. a żeby dojść do łazienki należy zwizytować kuchnię. Mój dom, jak widać, należy do tych bardzo stresujących dla młodzieży płci obojga. Przyjazd TEJ ONEJ był jednak czymś więcej, miał potrwać kilka dni - a to oznacza dzielenie łazienki, kuchni, salonu, talerza i dziecka. 

Cóż było robić, zzułam piżamę, wciągnęłam flagę na maszt i zapędziłam się do pracy - wymiatałam, ścierałam, myłam i szorowałam. Psy siedziały nerwowo na psich półdupkach ze zwieszonymi głowami, wiedziały, że po takim krzątaniu czeka ich wyczesywanie, i mycie wszystkich wilgotnych okolic ciała. ( co pies uwielbia, a czego suka nienawidzi jak kotów sąsiada). Wyczesałam siebie i męża, który natychmiast pomknął do kuchni w podskokach aby przy dźwiękach klasycznego rzępolenia tworzyć bigos nadobny i inne domowe przysmaki. Podskoki i radość się w nim tląca wynikały z tego, że zostało nam powiedziane, iż  kandydatka należy do kategorii hard -mocarz i nawet golonka jej nie dziwna. Po wysublimowanych miłośniczkach sushi, wegetariańskich króliczkach, odchudzających się lotniarkach, wreszcie doczekaliśmy się dziewczyny z krwi i kości. 

Teraz przyszło jeszcze opracować taktykę - powitać kandydatkę można wszak na kilka sposobów.

1. Na damę - Stoję w przedpokoju i przyglądam się spojrzeniem ciągłym i taksującym, po minucie cedzę - wiiiitam i podaję dłoń do ucałowania. Z góry ustalam wtedy hierarchię w stadzie i później jedynie pilnuję zdobytych przyczółków, wzdychając od czasu do czasu na temat partii, które przechodzą kandydatowi koło nosa.

2. Na słodko-jadowicie - Rzucam się z całusami i szczebioczę  - "ooo jaka ładna dziewczynka, a mówiłeś, że jest szczuplejsza/młodsza//wyższa" - kawaler i tak nie zauważy jadu, a kandydatka będzie wiedziała, że wojna została rozpoczęta i łatwo ze schodów na górę zepchnąć się nie dam. 

3. Metoda naturalna - "cześć i czołem - czuj się jak u siebie, bierz co chcesz i sobie nie żałuj" - tym samym oddaje pole do działania kandydatce - może się wykazać.  

4. Metoda na zimno - udaję, że nie zauważyłam, że ktoś przyszedł, oderwana od zajęć wydaję się nieprzytomna, przez następne dni konsekwentnie nie zauważam kandydatki podając jedzenie tylko kawalerowi, zwracając  się jedynie do niego, i myląc jej imię z poprzednimi kandydatkami - dobre do zniechęcania takich, które się jeszcze nie zakotwiczyły na stałe. Ryzykowne jeśli dziecko się zaangażowało. 

Oczywiście metod jest dużo więcej. Zachęcam do kreatywności i wypracowania swoich własnych. Metoda pierwsza została użyta wobec mnie w czasie pierwszej wizytacji domu przyszłego małżonka, było hardcorowo-  bazyliszek nie zginął od spojrzenia w lustro, jestem pewna, że zginął od spojrzenia mojej teściowej -   i tak zostało do dziś bo teściowa jest uzbrojona i nie waha się użyć całej amunicji w razie buntu. 


Wybraliśmy metodę 3. Oddałam pole i zostałam obdarowana misą pierogów ruskich domowej roboty (znaczy progenitura z głodu nie umrze), swojska kiełbasa i masłem RĘCZNIE ZROBIONYM. Było miło na tyle, że ucięłyśmy sobie pogawędkę przy wspólnym myciu i wycieraniu talerzy - naturalnie, niespiesznie, z humorem. (teraz przyszło mi do głowy, że kandydatka tez pewnie użyła wobec mnie jednej ze znanych metod - przynęcania na pieroga. Dałam się złapać!)

Martwi mnie tylko, że głównym tematem zakochanych była cewka tesli i wał napędowy. No, chyba że jestem już tak stara, że nie rozumiem....
A u góry MY W OCZEKIWANIU NA PREZENTACJĘ. 

piątek, 27 kwietnia 2012

"Lubię sobie powypierać" - czyli wielki traktat o wieszaniu firanek i wycieraniu kurzów z dyndającymi piersiami w tle.



Renatka została w mej pamięci,właśnie z powodu tego zdania. Właściwie zetknęłam się z nią tylko dwa razy w życiu - pierwszy raz kiedy goniła swojego psa, a ja pożyczyłam jej smyczy; i po raz drugi - kiedy przyszłam tę smycz odzyskać. Renatka własnie "wypierała". Jej ogromne, blade piersi wyskoczyły z cielistego stanika i wisiały nad balią jak dwa dzwony Zygmunta, klaszczące i ocierające się o siebie, a ja patrzyłam na to urzeczona, ponieważ tyle kobiecości w jednym miejscu to rzadkość. Interesującym dodatkiem do piersi była wielka, okrągła, uśmiechnięta pupa obciągnięta różowymi majtkami w zalotne motylki, rytmicznie poruszająca się w takt pluskania - tez mi się podobała, podobnie jak sama Renatka - duża, okrągła, różowa. Miałam wtedy 11 lat, Renatka około 10 więcej.


- Wypieram - powiedziała do mnie, dając mi subtelnie do zrozumienia, że to co robi jest dużo ważniejsze niż moja potrzeba odzyskania smyczy. - A ty lubisz wypierać? Bo jak ja sobie powypieram, to się lepiej czuję.

**



Wzięłam sobie jej dewizę życiową do serca i "wypieram" dla relaksu do tej pory. Rozbieram się wtedy do rosołu, robię wielką mydlinę w misce i wypieram, wypieram, wypieram...a wypierając pozbywam się z głowy wszystkich brudów, plam, zacieków i już w czasie wywieszania jestem jak nowo narodzona. Niestety tracę tez zainteresowanie samym praniem, które później smętnie zwisa na sznurkach przez kilka dni i schnie na wiór, wyciągając suche rękawy i błagając przechodniów o litość. Strasznie przygnębiające, ale po wielkim praniu bywam leniwa.



Z wiekiem wypracowałam sobie własna metodę sprzątania, której wszyscy dookoła nie znoszą. Mianowicie sprzątam od boków do środka, a to oznacza, że kiedy zaczynam wygarniam wszystko z kątów na środek pokoju. Kiedy na środku mieszkania pojawi się wielka kupa śmieci przypominająca dymiąca Etnę, to znaczy, że jestem w swoim żywiole.
Uwielbiam rzucić się na tą kupę, zapalić papierosa, popatrzeć w sufit i przynajmniej 20 minut nie robić nic, a jedynie cieszyć się wielkością kupy. Później zaczynam WIELKĄ SEGREGACJĘ - kosz - znowu do kąta - półka - co to jest do diaska?? - fuj - o! nareszcie znalazłam! itd.


Wielkie sprzątanie wcale nie odbywa się u mnie przed świętami, a przed i po WIELKIEJ ROBOCIE. Zanim zacznę pracować głową, muszę mieć dookoła wylizane środowisko. W czasie pracy nie sprzątam ale dokładam, wyciągam, rozkładam, rozrzucam, nie ściele, nie jem, nie myję się, nie żyję...Ale kiedy skończę...zaczynam wyciągać ze wszystkich kątów na środek wielka kupę, zapalam papierosa i patrzę w sufit...



....A TERAZ posprzątałam po WIELKIEJ ROBOCIE i idę czytać co się zdarzyło na blogach, bo tyły mam niesamowite!

sobota, 25 czerwca 2011

A teraz Magda odsłoni nam cztery litery....




Tadaaammm!Pani jo kurza!!! - jak wykrzyknął pewien młodzieniec lat siedem do swojej nauczycielki lat 25, wyłaniając się zza krzaka z cigaretem w ręku.

Właśnie złapałam oddech a przede mną wolny weekend. Właściwie nie taki wolny bo czekają mnie spotkania towarzyskie, rodzinne i rycie do kolokwium ale jednak trochę wolny bo nie idę do szkoły.

Lubie niekonwencjonalne dzieci, a Edzio zza krzaka był z pewnością niekonwencjonalny. Kiedy dzieci przygotowywały występ na Dzień Górnika i stojąc na baczność na patykowatych nóżkach, z drżeniem w głosie recytowały :

"Jestem sobie górniczek.
Kopię w kopalni chodniczek.
Kopię węgiel ładniutki,
jestem cały czarniutki. "

Edzio nie recytował ale lubił znienacka wyskoczyć przed pierwszy rząd z indiańskim okrzykiem "A jo je glista!!!" W czasie lekcji miał zawsze chęć posiedzieć w szafie lub poleżeć pod ławką szczylając afy. Wezwany na rozmowę ojciec rozczulił się nad ryszawą progeniturą, pogłaskał palacza po główce i zwrócił się do nauczycielki:- Ło, dziołcha to śpik jeszcze..troche miechem piżniony bo wyszaleć się musi". Fakt. Wyszalenie jest podstawą dorastania.

Ja się chyba jeszcze nie wyszalałam. Chociaż na ostatnim spotkaniu towarzyskim dowiedziałam się, że ze względu na moje niekonwencjonalne zachowania sporo osób wolało mnie unikać. Trudno, takie jest życie. Przynajmniej mam co wspominać. Nie zachowuję się jednak już aż tak niekonwencjonalnie jak to drzewiej bywało. Może dlatego, że zmieniły się warunki?

Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Jeżdżąc autobusem lubiłam rozpłaszczać nos i usta na szybie w pozycji agonalnej, koniecznie z wytrzeszczonymi gałami i półotwartymi ustami. Próbowaliście? Efekt gwarantowany! Teraz niestety sama prowadzę samochód i rozpłaszczanie się jest utrudnione.

Na przystanku autobusowym dla zabicia czasu bawiłam się wzniecaniem paniki. Stajemy przodem do oczekującego, tak żeby mógł dobrze widzieć nasza twarz i wpatrujemy się w dal z rosnącym popłochem w oczach, aż do otwarcia ust. (bez przesady oczywiście) 99% ludzi odwraca się dookoła i próbuje zrozumieć o co chodzi. My tymczasem szukamy nowego delikwenta do zabawy. Czas leci szybciej i czekanie przestaje być nudne. Nie jeżdżę już autobusem , a więc nieco zardzewiałam.

Lubię niezwyczajne dzieci.

środa, 22 grudnia 2010

Z pokolenia na pokolenie dzieci są coraz gorsze, natomiast rodzice coraz lepsi, a więc z coraz gorszych dzieci wyrastają coraz lepsi rodzice.



No to świątecznie się zrobiło, na blogach życzenia, w skrzynce mailowej życzenia, w skrzynce pocztowej rachunki i życzenia. Kanikuła, rozpasanie (jak tylko skończę sprzątać) i wielkie żarcie (jeśli zdążę dobrać się do półmisków przed innymi). Dziecko postanowiło porzucić ścianę wschodnią, razem z krystalicznym jej powietrzem, którym nieustannie się zachwyca i wrócić do większego i brudniejszego city.

Jako dobra matka, robię to co matki robić powinny czyli tłumaczę anielskim głosem poprzez cudowny wynalazek pana Bella, żeby uważał w pociągu, zabrał ze sobą potrzebne rzeczy (ostatnio właśnie tych podstawowych zapomniał), żeby się nie zgubił, nie stał za blisko torów itp. W końcu robię to od serca, dla jego dobra i własnego sumienia.

I co dostaję w zamian. Fuknięcie i jęk " O Boszszsze...maaamooo!". Mimo, że nie mam go przed sobą dokładnie widzę minę jaką w tym momencie wykonał. Oczy w górę, ramiona w dół, niby omdlewająca czapla, i ten grymas ust. Widziałam to tysiące razy. Nie chcąc psuć świątecznego nastroju kończę rozmowę i w celu poprawienia nastroju dzwonię natychmiast do mamusi.

Mamusia natychmiast poprawia mi nastrój, bo od tego jest mamusią. Piekąc dwie pieczenie na jednym ogniu w trakcie rozmowy czyszczę lustro w przedpokoju. Poprzez barszcz, kapustę z grochem i grzyby dochodzimy do sprawy powrotu juniora. A powiedziałaś mu? A ostrzegłaś go, że..? itp. itd. - słyszę w słuchawce. Czuję, że dobry humor zaczyna mi sie ulatniać. W końcu nie wytrzymuję, z mojej piersi wyrywa się "O Boszzszszeee...maaaamooo!" i wyraźnie widzę w lustrze omdlewającą czaplę z oczami w słup i ustami w podkowę.
No to...niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Wczoraj przyszła do mnie książka, którą wygrałam w konkursie. Na dodatek z przemiłą dedykacją od tłumacza i szefa wydawnictwa. Książka jest grubiutka i smakowicie się zapowiada. Dla ciekawych : http://fukang.home.pl/Default.aspx?TabId=64&Tekst=Alicya

sobota, 4 września 2010

Tekst dedykowany.




TEKST 1
Mój syn urodził się indywidualistą. Ludzie rodzą się żeby zostać murarzem, cieślą czy zdunem, albo jak u Topora „żeby ciupciać królewny” a on postawił na indywidualizm – od urodzenia. Podziwiam go, bo być indywidualistą jako komórka jajowa, noworodek czy niemowlak to sprawa naprawdę trudna. Ba! Wielu twierdzi, że niemożliwa.

Po pierwsze zaskoczył wszystkich, że jest i nikt nie potrafił powiedzieć jak długo już tam jest, po drugie postanowił zmienić miejsce przebywania 4 tygodnie wcześniej niż zostało ustalone, w tempie ekspresowym – 25 minut, w trakcie czytania przeze mnie Gramatyki Języka Angielskiego w Ćwiczeniach niejakiego Prejbisza. Od początku był starszy niż był, przychodząc na świat jako istota świetnie ukształtowana, o długości przeciętnego 3 - 4 miesięcznego niemowlaka/64 cm/.

- To chłopiec! – zakrzyknęła radośnie położna – Raany, jaki długi!
Było mi właściwie wszystko jedno – byle zgadzała się liczba rąk, nóg i oczu.
Chłopiec był fioletowy, miał włosy koloru śniegu i wzrostem przypominał siedzącego niemowlaka.
- Good Job! – poklepał mnie po plecach czarnoskóry student z Sudanu.
- Mucha powiła żyrafę – zakrzyknął wesoło Pan Doktor.

Młodym rodzicom kazano badać czy fałdki na nóżkach dziecka znajdują się na tej samej wysokości. Tyle, że on oczywiście żadnych fałdek nie miał. Na żółtaczkę też nie zachorował, bo to by było zbyt pospolite. Przyniesiony do domu nie płakał jak inne maluchy tylko fukał elegancko z niezadowolenia, darcie się i czerwienienie oraz kolki jakiekolwiek były mu nieznane. W dzień nie sypiał wcale, fukał za to z nudów bo zajęcia jakie można zafundować noworodkowi są jednak ograniczone, noc już po 4 dniach pobytu w domu przesypiał w całości. Byliśmy u kresu sił budząc się sami po nocy i szturchając jego rączki i nóżki aby upewnić się, że oddycha. Był tym wyraźnie zniesmaczony.



Nie chorował na żadną dziecięca chorobę oprócz ospy, a i wtedy budził grozę kiedy wychodził ze swojego pokoju jako 3 latek i głosem kamiennym żądał „ Tatusiu proszę mnie posmarować bo skóra mnie swędzi”. Goście milkli, mówił dobranoc, piorunował towarzystwo wzrokiem i szedł spać zamykając wcześniej dokładnie drzwi i gasząc światło. Nie oznacza to, że nie chorował wcale – zawsze lubił cos odmiennego – łupież pstry na ten przykład. Zna ktoś? Pewnie mało kto. A on go sobie złapał i wyhodował.

Jego kolacje stały się słynne w rodzinie – na stole musiały być 3 miski – jedna z kaszką dla dzieci, druga z oliwkami a trzecia z płatkami kukurydzianymi. I tak sobie spożywał kolejno, oglądając książki i konwersując jak Król Staś na Obiadach Czwartkowych.


TEKST 2
Wychowując swoje dziecko postanowiłam, że nie będę zmuszała go do bezsensownych działań, do których przymuszała mnie własna matka. Było ich wiele ale te najbardziej znienawidzone to: zakładanie ciepłych gaci/barchany/, noszenie czapki i szalika od wczesnej jesieni do późnej zimy i obcinanie grzywki do przyzwoitej długości. Rzeczy te spędzały mi sen z powiek i motywowały do znajdywania wykrętów i kombinowania. Majtki trzymałam w piwnicy pod schodami, czapka i szalik lądowały w torbie zaraz kiedy tylko nasze okna znikły z pola widzenia, a w sprawie grzywki prowadziłam całe krucjaty.
Ponieważ los bywa złośliwy - pokarał mnie potomstwem, którego podejście do tych spraw było diametralnie inne. Dziecię w wieku lat 4 odmówiło pojechania do lasu bez dodatkowej pary rajstop. Po długich namowach zgodził się wsiąść do auta ale wysiąść w lesie już nie chciał – znajomi patrzyli na nas jak na morderców. Czapkę i szalik musiałam chować w czeluściach szafy bo miał ochotę nosić to nawet kiedy temperatura przekraczała 15 stopni. W sprawie grzywki odnalazł wspólny język z babcią zwracając się do niej o pomoc bo "Mamusia nie umie" i wracając z ząbkiem do pół czoła. Nie pozwalał głośno słuchać muzyki, kazał nam chodzić spać przed północą, żądał dwudaniowych obiadów i codziennej kąpieli. Trzymał nas krótko i wychowywał.
Z wiekiem nieco odpuścił i stał się normalnym nastolatkiem chodzącym w podartych dzinsach i z włosami do pasa. Kiedy zapisał się na lekcje gitary i szarpał struny od rana do wieczora mogliśmy odetchnąć , znormalniał.(?) Potem nieco przegiął, a następnie wrócił na dobry tor.
Od anioła:


do diabła:

…………..

Nie wiem kiedy minęło 20 lat. A minęło dzisiaj o 9.45. Za 3 tygodnie wyfruwa z gniazda. A leć słowiczku mój, a piej!

niedziela, 22 sierpnia 2010

Jestem jej matką, a więc osobą, która zna ją mniej niż ktokolwiek inny.



Dziś na poważnie:

- Ja z moją córeczką mamy bardzo bliski kontakt, jesteśmy przyjaciółkami i mówimy sobie wszystko! – powiedziała twardo Marysia próbując zdusić wiszącą w zarodku sprzeczkę.
Musiałam wyglądać na wściekłą, byłam wściekła i zdążyłam nawet podjąć decyzję, że to moja ostatnia wizyta w ich domu.
Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie – herbatka, ciasteczko, śmichy – chichy i nagle wraz z pojawieniem się 11 – letniej Eluni cały dobry humor trafił szlag!
- Dzień dobry – ukłoniła się jak zwykle, siadając na brzeżku krzesełka. – Jak tam doktor W., dalej do pani te listy miłosne pisze?
Zdębiałam. Otworzyłam usta w niemym sprzeciwie i zastygłam tak na wieczność. Powiedzieć, że tak? Powiedzieć, że nie? Spojrzałam na Marysię i uzyskałam odpowiedź, która mnie zmroziła. Nasza znajomość w tym momencie skończyła się na zawsze, a numer jej telefonu wykasowałam bez żalu z moich zasobów znajomych.

Moja przyjaciółka zwlekała z powiedzeniem swojej córce, że osoba, która ja wychowuje nie jest jej ojcem. Zostawiała ten męczący ją temat „na później”. Córkę „oświeciła” jej koleżanka, której mamusia też nie miała sekretów przed córką. Małe spędzały razem noc, i po obejrzeniu po raz n-ty filmu o kucyku Pony 14-latka usłyszała prawdę o swoim życiu.
- A wiesz, że Marek nie jest twoim tatusiem? On cię tylko wychowuje, bo twój prawdziwy tatuś cię nie chciał.
Co się później działo, można sobie wyobrazić.

Przykłady można mnożyć. Ciekawe natomiast jest to, że córeczki nie odwzajemniają tej otwartości w stosunku do matek. Marysia nie wiedziała, że Elunia w wieku lat 17 ma romans z żonatym mężczyzną, zakończony ciążą. A „oświecająca” córka po wyjeździe na studia do innego miasta, odwiedza mamusię jedynie 2 razy do roku.

Dorota musiała kłamać, że idziemy się do mnie uczyć bo jej mama na słowo kino, dyskoteka czy kawiarnia natychmiast rzucała się do jej szafy, wkładała młodzieżowe szatki i czuła się gotowa do wyjścia. Nie mogłyśmy się spotykać u niej w domu, bo mama zalegała z poduszką na podłodze i wdawała się w niekończące się pogaduszki z koleżankami córki.

Nie liczmy, że dzieci będą mówić nam wszystko. I przejście na TY, nic tutaj nie zmieni. Mogą mówić nam sporo ale miejmy świadomość, że będą to informacje wybrane i wyselekcjonowane.

Dzieci potrzebują matek, przyjaciół znajdą sobie same. Bo jak tu powiedzieć matce to co zdarza się nam powiedzieć Zosi, Krysi czy Marysi - "Wiesz co? Chrzanisz głupoty, idź się lecz"!

piątek, 13 sierpnia 2010

Niebo - to dobre miejsce dla naiwnych.




Byłam bardzo grzeczną małą dziewczynką. Nie mówiłam brzydkich słów, nie niszczyłam ubranka, nie wpadałam w histerię mająca na celu wyproszenie czegoś od rodziców. Czytałam. Ania z Zielonego Wzgórza, Tomek Sawyer, Dzieci z Bullerbyn, Poldek z Podróży za jeden Uśmiech - wszyscy oni mieli ciekawe życie, a ja?

Jako dziecko pomysłowe, postanowiłam z dziecka dobrego zmienić się w dziecko złe ale za to z ciekawym życiorysem i niebanalną osobowością. Pierwszą próbą mojego charakteru było podłożenie dziadkowi całego pudełka pinesek tuż pod prześcieradło. Pamiętam jak płonęły mi policzki kiedy sprawdzałam czy wszystkie stoją na sztorc, i czy prześcieradło jest odpowiednio naciągnięte. Niestety, kiedy nadeszła noc zwierzyłam się z wszystkiego babci, która natychmiast zastosowała środki zapobiegawcze i uchroniła dziadka przed przemianą w fakira.

Następne próby kończyły się zawsze tak samo - zamknięcie dziadka w drewnianym wychodku i wyrzucenie klucza (wygadałam się sąsiadowi), zmieszanie cukru z solą w babcinym kredensie (powiedziałam sąsiadce), schowanie buteleczki z benzyną do pieca zanim babcia rozpaliła pod nim ogień (tym razem opowiedziałam to obojgu dziadkom, traktując to jako poranną rozrywkę). Kompletnie nie nadawałam się na bohaterkę dziecięcej powieści.

W moich bojach o dzieciństwo usłane przygodami starał się pomóc mi kuzyn, uczył mnie rzucania zza krzaka jajkami w samochody, robienia śmierdzieli i podstawiania ich ludziom pod drzwi, pukania w okno "ręką nieboszczyka" i tym podobnych umiejętności. Nie wciągnęłam się jednak.

Bycie złą i interesującą jest na pewno bardziej cool niż bycie człowiekiem dobrym. Jakże nudny jest każdy super bohater w porównaniu ze swoim przeciwnikiem. Batman? Nudziarz w trykotach . Superman - kwadratowoszczęki altruista, Dorotka z Oz - cukier się człowiekowi podnosi i tak dalej, i tak dalej.

A ja? Zostałam dobrą dziewczynką - ćmienie papierosów, czerń i rzucenie mięsem od czasu do czasu niestety nie pomaga.
"Pani jest zawsze taka uśmiechnięta, że człowiek od razu się lepiej czuje". Trudno, nie ma rady. Jestem ta cholerną Dorotką z Krainy Oz z okrągłą buzią, niebieskimi oczami i włosami blond. I nawet nazwanie się Czarnym Wieprzem mnie od tego nie uwolni. Jestem dokładnie taka jak na zdjęciu poniżej.



poniedziałek, 15 marca 2010

Dzieci nie rumieniące się za rodziców są nieodwołalnie skazane na przeciętność. Nic tak nie wyjaławia jak podziwianie własnych „rodzicieli”.



Ponieważ pojawił się dzisiaj śnieg, pozwalam sobie na reanimację starej notki:

Mamusiu zróbmy coś, mamusiu...
- Zrobimy tatusiowi niespodziankę i ubierzemy choinkę! - odpowiedziałam z promiennym uśmiechem matki ze znakiem jakości Q, nie wiedząc że w tym momencie ściągam sobie na głowę stos kłopotów.
Zdjęcie srebrnego świerka i dodatków z wysokiego pawlacza wymagało umiejętności jakich nie powstydziłby się sam Kukuczka. Za pomocą skomplikowanego zestawu stolików i stołu osiągnęłam szczyt, dziecko zostało w oddali na podłodze, trzymając drżącymi rękami stołek bazowy. Dałam radę.

Kiedy pudła znalazły się na ziemi oboje rzuciliśmy się do przeglądania świecidełek. Bałwanki, wróżki, kolorowe i mieniące się sople lodu, bombiaste bomby i przecudnej urody aniołek, który miał być na pal wbity – pochłonęło nas to całkowicie.
Teraz należało przystąpić do części zasadniczej – postawienia drzewka. Niestety radziecki produkt nijak nie pasował do drewnianego stojaka, przywiezionego jeszcze z domu rodzinnego. Choinka chwiała się na wszystkie strony, a próby owinięcia czymś dołu, żeby dodać mu grubości spełzły na niczym. Ponieważ lubię działania zasadnicze – przyniosłam z kuchni tasak. Wśród płaczu dziecka „ Mamusiu nie, mamusiu nie..” skróciłam chojaka o dobre 10 cm, w tym miejscu był grubszy i wspaniale się w stojaku mieścił.

„Nooo” – sapnęłam, odkładając narzędzie mordu i ocierając pot perlący się na czole. Kadłub wyglądał idealnie, chociaż choinka miał teraz nie więcej niż pół metra. „Teraz gałązki” – rzuciłam komendę i rozpoczęliśmy wpinanie srebrnych patyczków w dziurki korpusu. Znowu coś nie tak, gałązki nie chciały wleźć w dziurkę, musiałam je nieco wygiąć – bolały mnie palce od tej zabawy z drutem, ale dziecko czekało na kulminacyjny moment ubierania – nie mogłam zawieść. Aniołek nie chciał siedzieć na szczycie, miał stanowczo za małą dziurkę. Dziecko roniło łzy. Przywiązaliśmy do szczytu jednego z pluszaków, tragedia została zażegnana. Rozpoczęliśmy strojenie. I wreszcie mogliśmy podziwiać nasze wspólne dzieło. Miś może nieco odstawał, ale reszta wyglądała znakomicie. Staliśmy i podziwialiśmy, ale kataklizm czaił się za rogiem – po kolei, jedna po drugiej, gałązki zaczęły odczepiać się od korpusu i lądować na drewnianym parkiecie.
„Bęc”
„Gruch”
„Brzdęk”
Patrzyliśmy oniemiali jak wróżki, bałwanki, zajączki zamieniają się w szklaną miazgę. Rzuciłam się do zbierania resztek wbijając sobie od razu kilka kawałków w stopę i raniąc paluchy…..

Usiedliśmy oboje na zgliszczach bombek, a cholerny drapak z trzema wpiętymi gałązkami stał w kącie błyskając resztą ozdób, miś przewiązany w pasie sznurkiem konopnym smętnie zwisał ze szczytu. Dziecko chlipało, ja bandażowałam palce dzieląc to zajęcie z wyciąganiem kawałków świecidełek z papuci. Na taki właśnie obraz nędzy i rozpaczy natknął się mąż wracający z pracy. Popatrzył, zastanowił się, popatrzył raz jeszcze i powiedział:
„ Kochanie do cholery, czemu postawiłaś choinkę do góry nogami?”

piątek, 26 lutego 2010

Flaga na maszt - Irak jest nasz! A rower jest wielce OK! Rower to jest świat!



Nie byłam matką doskonałą. Chociaż biję się w okrągłą pierś, że się starałam. Zazdroszczę mamom, które są zawsze na czas i wszystko mają poukładane, dopięte na ostatni guzik i perfekcyjne. Ja, niestety dawałam jedną plamę po drugiej. Nie kupowałam odpowiednich zeszytów, butów, przyrządów szkolnych, zapominałam, że prowadząc dziecko do szkoły nie powinnam zapominać o jego tornistrze, zapominałam też o odebraniu samego dziecka z przedszkola. Zastanawiam się jak w ogóle instytucje państwowej edukacji były w stanie ze mną wytrzymać.
Dziecko powinno mieć rowerek, dziecko musi mieć rowerek, dziecku rowerek jest wprost niezbędny w procesie rozwoju osobowego i fizycznego – twierdzili moi rodzice. Ciekawostką jest fakt, że mnie pozwolili jeździć na rowerze dopiero w wieku lat 17. O samej nauce może kiedyś napiszę bo widok mojego ojca biegającego bezradnie wokół dorosłej kobyły na rowerku, który to sprzęt na dodatek miał z tyłu kij, jest bezcenny i trudno go zapomnieć. Ćwiczyliśmy w głębokim lesie, co ze względu na gęstość drzew i ciernistość chaszczy, nie było najlepszym pomysłem. Ale to już całkiem inna historia.
Kupiłam coś na kształt rowerka, w odblaskowych kolorach z wygodnym siodełkiem i bajerancką trąbką z przodu. Prezentacja nastąpiła w dniu drugich urodzin juniora. Niestety dziecko nie umiało skorzystać z pięknego prezentu, usiadł i zastygł nieruchomo. Widocznie ten brak rowerka miał już wpływ na jego zdolność postrzegania świata dookoła i poziom inteligencji.
„Pokaż mu jak się jeździ!” – zadysponowała teściowa.
Nie trzeba było mnie dwa razy prosić, przecież ciągle miałam ten ogromny, żrący niedosyt rowerka w moim życiu. Delikatnie odstawiłam nasz drogocenny skarb na pobocze i wsiadłam raźno na plastikowy skuterek chcąc młodzieńcowi dać lekcję poprawnego użytkowania pojazdu. Ruszyłam jak wiatr przez salon wprost do przedpokoju, pęd powietrza rozwiewał mi włosy, poczułam smak wolności i nawet zatrąbiłam. Zapamiętałam się w tym pędzie poprzez przedpokój na tyle, że nie zauważyłam kiedy dziecko ze łzami w oczach podbiegło aby odebrać swoją własność. Niestety, w amoku zmiotłam go bezlitośnie na wstecznym, na dodatek przy całej widowni rodzinnej. Podbite oko nosił z dumą i chętnie objaśniał wszystkim napotkanym osobom pochodzenie sińców na twarzy.
„Kto ci to zrobił aniołku?” – pytali przechodnie, panie w przedszkolu, sprzedawczynie w sklepach patrząc na małego ze współczuciem.
„Mamusia” – odpowiadała blond ofiara z rwącym duszę westchnieniem, mrużąc wielkie błękitne oczy.
Przez dłuższy czas trzymałam go wtedy w ukryciu.

Wszelkim przerażonym wyjaśniam, że dziecko dorosło do wieku wąsatego, żyje, jest w całości, myśli i działa samodzielnie i twierdzi, że dzieciństwo miał bardzo udane!
Taka była ze mnie perfekcyjna matka jak z glisty helikopter. Teraz pozostała mi szansa na bycie perfekcyjną babcią.

środa, 24 lutego 2010

Kto nigdy nie był dzieckiem, nie może stać się dorosłym czyli tylko dzieci wiedzą, czego szukają



Tak się złożyło, że musiałam przespać noc w domu moich własnych, kochanych Rodziców /z dużej litery bo wybitnie kochani są/. Wieczór był jeszcze wczesny kiedy dotarłam do ich niedużego, ciepłego mieszkanka zakotwiczonego gdzieś wysoko pod niebem /co oznacza 4 piętro bez windy i konieczność wspinaczki z wywieszonym jęzorem/. Zadzwoniłam, i w progu niemal natychmiast stanęła uśmiechnięta Moja Mamusia, w wersji nocnej. Muszę koniecznie dodać, że Moja Mamusia jest z tej bajki, w której mamusie są zawsze uśmiechnięte i cieszą się na wasz widok.

- Jesteś! Wchodź, wchodź, czekamy! Już się martwiłam dlaczego tak długo cię nie ma.
Wślizgnęłam się do środka, powiesiłam kurtkę na wieszaku, buty odstawiłam do szafki, a teczkę rzuciłam w kąt. Ach…dom, rodzinny dom. Co prawda, w tym akurat nigdy nie mieszkałam ale zapach pozostał ten sam. W końcu – „Tam dom gdzie serce twoje”.

- Tata ogląda mecz – wyszeptała Moja Mamusia popychając mnie lekko lecz wyjątkowo skutecznie w stronę kuchni – A my sobie tutaj pogadamy. Opowiadaj co słychać!
Rozpoczęłam sprawozdanie z kilku ostatnich dni. Najpierw się wyżaliłam, potem pochwaliłam, sprzedałam kilka mrożących krew historii (jak np. przejechanie pod okiem kamery ze zbyt dużą prędkością lub problemy żołądkowe psa starszego), wdałam się w roztrząsanie sytuacji mieszkaniowej jednej znajomej i zorientowałam się, że nikt mnie nie słucha a mama wpatruje się uporczywie w moją grzywkę.
- CO? – Spytałam mało inteligentnie uroczo zezując w górę aż do bólu lewej gałki ocznej.
- Nic, nic…mów, mów, patrzę tylko bo tak ci jakoś ostatnio te włosy dziwnie przystrzygła ta fryzjerka. Może i nawet ładnie. Może…ale …ja to lubiłam jak byłaś obcięta na pazika.
- Maaaamo – jęknęłam z głębi serca– miałam wtedy 10 lat!
- Ale wszyscy mówili, że ślicznie wyglądasz. Powinnaś się koniecznie obciąć na pazika jak Mireille Mathieu – rozmarzyła się Moja Mamusia
- Maaaamooo!!! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- No oczywiście, że cię słucham! Ale nie ma co siedzieć, już 22.00 czas spać!- zakrzyknęła zachęcająco mama niemal klaszcząc w dłonie - Przygotowałam ci łóżko w stołowym. Umyj się, włóż piżamę i do łóżka. Tylko się nie pluskaj za długo bo ludzie pomyślą, że pierzesz po nocy!
Tato był bardziej wyrozumiały.
- Daj jej spokój, to nie jest małe dziecko, pewnie zaraz zostanie babcią – dołożył uroczo do pieca - Do północy może sobie spokojnie posiedzieć. Ja dopilnuję.
Wypełniwszy swoje główne wieczorne zadania Moja Mamusia życzyła nam dobrej nocy i zniknęła za drzwiami sypialni a ja postanowiłam sprawdzić sobie pocztę, co robię zwykle wieczorem po powrocie z pracy.
- Tato, chciałabym użyć komputera. – szepnęłam śpiącemu na fotelu Mojemu Tatusiowi.
- Teraz? – ocknął się natychmiast - Jest prawie 23.00 , kto o tej porze urzęduje na komputerze? Tam już nic nie działa. Jutro CI WŁĄCZĘ.

Wykąpana i różowa jak młode prosię poczułam jakiś niedosyt. No tak, w domu o tej porze mąż czekał na mnie z „powrotną kawką” i „kolacyjką”. Na paluszkach dotarłam do kuchni i postawiłam wodę na gazie, zdążyłam nawet zalać do połowy czarną maź w szklance kiedy…brzęknęła klamka i mamusia była przy mnie, naciągając na siebie szlafrok w motyle.
- Co ty robisz? Kawę? O 22?!!! Chyba zwariowałaś kochanie - nakrzyczała szeptem - Proszę natychmiast to zostawić i iść do łóżka. Mleczka ci dam na noc, z miodkiem albo meliski ci zaparzę – uśmiechnęła się słodko mamusia i natychmiast zakręciła po maleńkiej kuchni wylewając moją kawusię-jedyną-nocną do zlewu jedną ręką i otwierając szafkę z ziołami drugą.
Pokrzepiona nieco rozcieńczonym zielskiem, odczekałam aż mamusia zniknie w pieczarze i postanowiłam zakraść się do kuchni raz jeszcze aby skonsumować co - nieco przed udaniem się na spoczynek. Udając podstępnie, że otwieram drzwi do WC skręciłam niespodziewanie i lisio w stronę kuchni. Otworzyłam lodówkę i mój wzrok spoczął na nieźle wypasionej swojskiej leżącej jak hurysa na półce i mrugającej do mnie zachęcająco. Nie tracąc czasu na szukanie noża ukręciłam ślicznotce łeb. Niestety mamusia już była za mną dopinając peniuar na piersi.

- Będziesz teraz jadła??? – wykrzywiła się brzydko co kompletnie do niej nie pasowało- To bardzo niezdrowo objadać się na noc. Jabłuszko ci pokroję, idź zaraz ci przyniosę – wyjęła pięknie pachnące kiełbasisko z mojej zatłuszczonej dłoni, wytarła moją rękę ręcznikiem kuchennym, a kiełbaskę odesłała z powrotem na półkę. Miałam wrażenie, że ta brzuchata zołza wystawiła w moja stronę środkowy, kiełbasiany palec.
Powlokłam się ze spuszczoną głową do stołowego. Jabłuszko nadeszło chwilę później, było pomarszczone i jakby lekko obrażone. Zatopiłam w nim zęby perwersyjnie głęboko, nawet nie jęknęło.

Nieco zła (bo nadal głodna) postanowiłam oddać się pracy umysłowej. Wyciągnęłam księgi mądrości i ułożyłam się wygodnie w trzeszczącej od krochmalu pościeli. Praca wciągnęła mnie na tyle, że nie zwracałam uwagi na krzyki dochodzące od strony telewizora, gdzie banda amerykańskich wyrostków pacyfikowała właśnie jakiegoś staruszka. Tatuś posapywał miarowo, zegary tykały w takt jego „chrrrr –pufff”.
Punkt 24.00 telewizor poszedł spać. Tato wstał z wigorem młodej sprężyny z fotela, powiedział DOBRANOC, zgasił światło i wyszedł z pokoju pozostawiając mnie z głupią miną i rozłożoną książką na poduszce, w kompletnych ciemnościach. Cóż było robić, książkę odłożyłam na podłogę, ciało zwinęłam w maleńki kłębek na wykrochmalonej pościeli i bezwstydnie oddałam się Morfeuszowi. Śniła mi się kiełbasa obcięta na pazika, tańcząca flamenco z Moim Tatą, a Moja Mamusia przygrywała im na tamburynie.