Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 stycznia 2022

The end of the world as we know it - czyli jak się żyło w Roku Zarazy?

 



Zastanawiam się, dlaczego narzekałam na tyle rzeczy w 2019? Co mi przeszkadzało? Dlaczego nie tańczyłam kankana od wieczora do ranka? Nie całowałam przechodniów na ulicach? Nie spędzałam każdego wieczora na kolacji w restauracji? (ach, ten piękny rym) Nie dotykałam nieznajomych?

Rok 2020, czyli Rok Zarazy, przyniósł mi wiele ciekawych odkryć, trochę dramatów i mnóstwo wolnego czasu. 4 miesiące przesiedziałam w domu, czekając kiedy będę mogła wrócić do pracy i kiedy zaczniemy wreszcie normalnie żyć. (kiedy zaczną latać samoloty?). Jestem wdzięczna mojemu pracodawcy, że przez te 4 miesiące wypłacał nam 100% naszej pensji, bo bez tego pewnie obgryzałabym tynk ze ścian. 

Kiedy tylko wróciłam do pracy, natychmiast zachorowałam. Nie, nie na Covid. Zachorowałam na pierś. Wróciłam szybkim lotem do kraju i natychmiast umówiłam się na wizytę lekarską, do mojej pani doktor. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że do poradni nie zostanę wpuszczona, wróciłam bowiem z kraju "zapowietrzonego" i pani doktor brzydziła się mnie dotknąć. Poprosiła mnie, żebym pokazała jej pierś przez szklane drzwi. Cóż było robić, podwinęłam bieliznę do góry i wystawiłam zdziwione cycki na świat (znaczy, na panią doktor i ludzi w poczekalni), a za mną ulica, ktoś idzie z dzieckiem za rękę, jakiś staruszek się potyka, pies szczeka, jeżdżą auta, przystaje autobus...no, normalne życie. 

Okazało się, że z moją piersią muszę natychmiast dostać do chirurga. To śmieszne, szczególnie, kiedy nawet do szpitala nie można było wejść. Udałam się więc na robotę prywatną. Zapłaciłam jakieś 1000 zł i wróciłam do domu z piersią na temblaku, zawinięta w 4 bandaże. Przespałam noc na fotelu w pozycji siedzącej, i na drugi dzień w całkiem innym szpitalu pozwoliłam młodemu chirurgowi nieco poskładać ten bałagan do kupy. Kiedy okazało się, że musze codziennie biegać na zmianę opatrunku, a każda wizyta to prywatnie 2 stówki, schowałam wstyd do kieszeni i zadzwoniłam do kolegi chirurga. Wiadomo, że nie jest najlepszą opcją świecenie cyckami po oczach komuś, z kim się piło, paliło, jadło i tańczyło. W każdym razie, było mi już wszystko jedno. Kolega szył, łatał, fastrygował, i jakoś po 6 tygodniach mogłam naprawdę wrócić do pracy. 

W 2020 dowiedziałam się też, że mój kraj postanowił opodatkować mnie podwójnie. Co za radość. To niesamowite uczucie, jakby ktoś ci załadował porządnego kopa w żołądek po tym, jak przebiegłaś maraton, wspięłaś się na Kilimandżaro z pełnym obciążeniem, i próbujesz utrzymać się na powierzchni bagna stojąc na palcach. Moją winą jest posiadanie rodziny w Polsce. 

Czy ja naprawdę narzekałam na czekanie na lotniskach przed 2020? Chyba nie wiedziałam co robię. Od lipca 2020 podróżuję w maseczce, pociąg, autobus, taksówka, samolot, pracuję w maseczce, i testuję się tyle razy w tygodniu, że zliczyć trudno, o stertach dokumentów do wypełnienia nie wspominam. 

Oczywiście, jak w życiu, były też wydarzenia, dzięki którym 2020 będę wspominać wyjątkowo dobrze. 6 grudnia, Mikołaj przyniósł mi najcudowniejszy prezent - mojego wnuka Jeremiego. Trzymałam go na rękach w jego piątym dniu na świecie, i było to cudowne uczucie, bo przecież w tym doskonałym, małym ciałku, jest też kawałek mnie. 

No, i nauczyłam się hiszpańskiego! Zaczęłam w marcu 2020  ciągnę dalej, bo daje mi to nieskończenie dużo frajdy. 

A tymczasem zaraza zaczęła się rozkręcać, i czekało mnie jeszcze wiele niespodzianek. 

Napisałam coś!!! Jestem niesamowicie z siebie dumna! Całuję wszystkich i będę się wdrażać z czytaniem i pisaniem!

Prosię. 

środa, 19 lipca 2017

Zlewki wakacyjne czyli leżing, smażing i plażing, a tak naprawdę to bredzing.




Post tymczasowy, wakacyjny, zaklejający wyrwę w pisaniu. 


Wakacje są fajne, szczególnie kiedy wieje chłodny wiatr. Ponieważ nigdzie się nie wybieram (pomijając fakt, że ciągle podróżuję i co dwa tygodnie wycieram ławki na lotniskach i fotele w lotniskowych barach), postanowiłam uczcić czas kanikuły odpowiednią książką wakacyjną. Zainspirował mnie do tego ostatni tekst Piotra, który jest Beznadziejnie Zacofany w Lekturze, przypominający książki Natalii Rolleczek. Ponieważ nie miałam pod ręką wszystkich nieprzeczytanych przeze mnie pozycji pani Rolleczek, postanowiłam przypomnieć sobie moje ulubione lektury z czasów podstawówki, te które zawsze mam u siebie na e-czytniku, tak na wszelki wypadek. 

Zaczęłam od Tajemnicy Zielonej Pieczęci. I to był strzał w dziesiątkę. O rany, przecież ja się kochałam w Wiktorze!! Widocznie zawsze miałam pociąg do artystów, i zawsze lubiłam szczupłych, wysokich, wygadanych brunetów. (Dlaczego do diaska wyszłam za dobrze zbudowanego blondyna?) W kolejce czeka jeszcze Za minutę pierwsza miłość, Ci z Dziesiątego Tysiąca, Klub Włóczykijów i wiele innych fajnych pozycji. To moje wakacje! Aktualnie czytam w takich pięknych okolicznościach przyrody:






Prawda, że przyjemne miejsce? W dole, jak widać, szemrze Tamiza i Londyn się ściele do stóp. Oczywiście, w trakcie odpływu nie warto czytać nad Tamizą, ponieważ powietrze staje się zbyt mahoniowe. Nie przeszkadza to jednak kilku zapalonym Chińczykom w codziennym połowie węgorzy. Wyciągają, przyrządzają i zjadają. Wstydziłam się zrobić zdjęcie dokumentujące ten fakt, musicie mi uwierzyć na słowo. 



Przerzuciłam się na sprawdzone książki, także z tego powodu, że rodzima literatura współczesna (czytaj: babskie książki) doprowadziły mnie ostatnio do szewskiej pasji. Po pierwsze, ponieważ trafiłam na lekturę, którą doskonale opisała Królowa Matka i Banda Czworga tutaj: dzieło, a która pozostawia po sobie niezapomniane wrażenia . Jeśli komuś nie chce się czytać, to może posłuchać : złe książki

Następnie na książkę, w której autorka stosuje następujące triki:
- Do jasnej cholery, przestań mi tu zgrywać księżniczkę! Nie mam i nie będę miał stałej pracy, bo nie mam ochoty tyrać przy maszynie osiem godzin za marne pieniądze. Jesteś taka sama jak twoja matka! Odczep się!!!Zrozumiałaś?!! Mam dość twojego jazgotu! Wynoś się!- bąknął Stasiek. 

Bąknął??Tych bąknięć jest w książce co niemiara i pasują jak pięść do nosa. Zresztą autorka uwielbia też burknięcia i napomknięcia, które ciężko dopasować do dialogów prowadzonych przez bohaterów. Czekałam kiedy autorka napisze:
- Kocham cię, a moja miłość jest bezkresna jak plaże morza Bałtyckiego - ryknęła z czułością Regina do ucha Stefana. I z tej ciekawości dokończyłam książkę, co uważam za pewien wyczyn.

No, i trzecia pozycja. Zaczęło się zabawnie, tym ciekawiej, że jedna z bohaterek była moją równolatką. Było miło, ale do momentu, w którym autorka (trzydziestolatka, sprawdziłam!) zaczęła tę biedną kobietę nazywać starszą panią. Zawyłam z rozpaczy, i zaczęłam tłuc głową o najbliższą ścianę, tym bardziej, że rozważania o starości i zoranej zmarszczkami twarzy, wiszącej szyi i i innych przyjemnych atrakcjach zaczęły przybierać na sile. Tak, tak...były uderzenia gorąca, chociaż pominięto nietrzymanie moczu. No, koniec. Czas się ubrać w dębową jesionkę i pożegnać ten świat. Postanowiłam dać sobie spokój z babską literaturą, i zabrałam się za książki dla nastolatków. Poczułam się znacznie lepiej. I młodziej. 

Chociaż, z drugiej strony, zastanawiam się, że może to już...należę przecież do starzejącego się pokolenia, które do pisania sms-ów używa jednego palca i mam świadomość, że istnieje coraz więcej rzeczy, których nie ogarniam. Przykładem niech będzie rozmowa, którą odbyłam ze swoją znajomą, chcąc się pochwalić osiągnięciami własnego dziecka:

- Wiesz, Szymek wygrał takie coś i będzie konstruował coś-tam...gdzieś-tam...
- Ale, które to to coś?
- Nooo, że jest laureatem czegoś tam i że będzie konstruował jakąś platformę...
- Wiertniczą?
- W kosmosie?
- A w kosmosie będzie konstruował?
- Nie...no, w Warszawie...
.....
- Halo? Synu? Tu matka! Czym ty się właściwie zajmujesz?

Jeśli już jesteśmy przy ciekawych dialogach, to rozbawił mnie ostatnio taki pomiędzy młodszą i starszą generacją,  zasłyszany w samolocie:


- Wiesz, mamo...Iza zerwała jednak z tym Tomkiem...już nie są razem.
- I dobrze zrobiła. Przecież to jakiś zboczeniec był...
- Jaki zboczeniec???!!! Przecież on kierownikiem magazynu jest!
- Nawet ksiądz może być zboczeńcem, a ten..mięsa nie jadał, wędliny też nie...wódki nie pijał...
- Bo wegetarianin!
- No, mówiłam, że jakiś wynaturzeniec! Jeszcze by się jakieś z tego nienormalne dzieci urodziły..



Wegetarianinem jest miło być, zwierzęta łaszą się do ciebie, wewnętrznie czujesz się czysty i pozytywnie nastawiony do świata. Trzeba jednak uważać, żeby nie popaść w przesadę. Mój angielski kolega, który jest zaprzysięgłym wege, zaprosił mnie na obiad. Oczywiście nie do siebie, bo staram się unikać jedzenia z puszek i worków. W trakcie posiłku, gdzieś między tofu z chińskiego fasolnika a kawą z jęczmienia, zakomunikował, że zmienia orientację konsumencką z wegetarianizmu na freeterianizm. Freetarianie są bardzo świadomi tego, że na świecie marnuje się mnóstwo jedzenia i odczuwają potrzebę zmiany tej sytuacji. Dlatego mój przyjaciel postanowił wizytować dostępne śmietniki aby szukać tam codziennej strawy. Pokazał mi nawet mapę Londynu z zaznaczonymi wysypiskami psujących się 'ale wciąż jadalnych" buraków i brukwi. No, teraz to już z pewnością na obiad się nie dam do niego zaprosić. Zresztą kawa też była okropna!


A kawa jest, jak wiadomo, najważniejszym posiłkiem dnia. Zdarzyło mi się kiedyś przeżyć w UK-ju całe dwa tygodnie bez kawy, ponieważ chciałam przekonać się czy jestem od niej uzależniona. Nie jestem, ale uwielbiam ten smak!
W każdym razie, postanowiłam, że napiję się kawy dopiero kiedy pociąg dosięgnie lotniska. 
Ponieważ pociągi w Anglii są bardzo chimeryczne, czas do kawy nieco się rozciągnął i w sumie zaczęło mi być wszystko jedno czego się napije. Byle było mokre i szybko! Podróżowałam z koleżanką, która była wysuszona na wiór podobnie jak ja. Wpadłyśmy do baru na stacji spragnione, a ja na dodatek głodna niemiłosiernie. Koleżanka mniej głodna, bo miała bułkę z mielonką którą targała zębami przez całą podróż. Natychmiast rzuciłam się do kolejki i wreszcie ...moja upragniona, czarna, bez cukru!

Niosę ten napój bogów, niosę, przedzieram się przez ludzki gąszcz niby pierwsi amerykańscy osadnicy przez dzikość, już prawie umieszczam piłkę w bramce..jestem dwa metry od stolika i nagle...znacie to uczucie?

Pamiętam z lat zasmarkanych, jak potrafiłam  zając się malowaniem krawężników błotem na tyle mocno, że zapominałam o sprawach tak trywialnych jak skorzystanie z ubikacji. W pewnym momencie przychodziło opamiętanie, i wyraźnie czułam, że pęcherz właśnie mi się przepełnił i muszę porzucić robotę na rzecz załatwienia spraw fizjologicznych, z którymi nie ma dyskusji. Biegnę pędem przez podwórze, wspinam się po krętych schodach, i wreszcie widzę drzwi i...łapiąc za klamkę,i...czuję jak ciepły strumień dosięga moich podkolanówek. 

Tym razem z kawą było podobnie. 

Wiedziałam, że nie doniosę, chciałam krzyczeć, ale jak zwykle w takim momencie, zamieniłam się w żonę Lota . W jednej sekundzie rzuciłam proszące spojrzenie na koleżankę, i zorientowałam się, że jest całkowicie wciśnięta w miękki fotel i ciągle zatkana swoją bułką z mielonką, więc nie ma co liczyć na jej szybką reakcję. Czułam, że tracę moją wyśnioną, wymarzoną czarną kawusię. Papierowy kubek poszybował w dół chlustając swoją cenną i parzącą zawartością dookoła. Kawa się rozlała. Muszę przyznać, że miałam gest, pokryłam nią fotel, podłogę, stolik...wielka, wezbrana , czarna fala dosięgła tych siedzących w pobliżu ssając im zapamiętale i z czułością czubki butów. A zamówiłam regular. Co by się stało gdybym pokusiła się o dużą czarną?

Anglicy zawsze mnie zadziwiają w takich okolicznościach. Zamiast normalnie stać i gapić się co będzie dalej, robiąc ewentualne selfie na tle  zalanej podłogi, zaraz rzucają się do człowieka z pytaniem - Czy wszystko w porządku i czy czasem nie potrzebuję pomocy. Tym razem nawet żałowałam, że nie potrzebowałam jakiejś pomocy, bo chętnie bym ją akurat przyjęła z kilku całkiem przystojnych rąk. Zza węgła wychyliła się zaciekawiona, skośnooka twarz sprzedawczyni kawy. Popatrzyłam na nią i w jednej sekundzie w mojej głowie zrodziło się przekonanie, że przygnie mój kark do ziemi i że usłyszę słowa chłoszczące niczym bicze po gołych łydkach:

- Na kolana,  teraz to zliżesz z tej podłogi białasku!Xiexie!

Well, well, well..a więc, kiedy słodkim głosem poprosiła o zmianę miejsca, żeby mogła podać mi świeżo przyrządzoną filiżankę parującego napoju tym razem doniesioną do stolika przez nią samą, prawie rzuciłam się do całowania jej rąk z wdzięczności za ludzkie traktowanie. Ciągle we mnie siedzą głęboko te lata 80 te, kiedy każdy ludzki odruch sprzedawcy powodował wzruszenie.

A kiedy ze łzami w oczach poprosiłam o ścierę, mopa i wiadro, otrzymałam ciepłe poklepanie po moim ego i zostałam poproszona do czystego stolika , z czystym fotelem, i podłogą. Powstałym jeziorem zajęła się profesjonalna ekipa ukryta za węgłem.
   Ale w toalecie to papieru nie było!

Dobra, następnym razem będzie o seksie tantrycznym. Staram się o złotą patelnię (czyli dobicie do pół miliona odsłon. A co? Trzeba mieć jakiś cel w życiu)
Pieprzu, w drodze do domu (czyli na wakacje) wracający z pracy (czyli z wakacji)

P.S. Moniś to jeszcze nie ten post, w którym biegam nago i nacieram członki wonnościami. 


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Przy świetle łojówki nie należy dobierać sobie diamentów ani kobiet czyli ajajaj!

Jest taka stara, świecka, lotnicza  tradycja, że jeśli przybędę na lotnisko zbyt wcześnie, i będę się po nim snuła 5 godzin, zalewając się kawą, zanudzając różnych ludzi rozmowami przez telefon i whatsappa , jedząc frytki albo trójkątne kanapki, żeby jakoś zamordować czas, to...to z pewnością mój samolot się spóźni. Oczywiście oprócz tego, że będę się musiała włóczyć po lotnisku następną godzinę, urozmaicając sobie czas obserwacją ludzi i starając się zgadnąć ich narodowość zanim otworzą usta, przełoży się to także na mój czas lądowania w Ojczyźnie. Znowu po północy.

Wyjazd z naszego lotniska jest wąskim gardłem, i czasami trzeba spędzić w kolejce do opłat trochę czasu. Ponieważ nie należę do ludzi, którzy potrafią wepchnąć się brutalnie w zmęczony, przepocony ludzki ogonek, a moje łokcie są zbyt słabe na to, żebym torowała sobie nimi drogę...wolę poczekać. Wiecie..."a ja palę faję, dłubię w nosie...palę faję za fają" i czekam aż reszta entuzjastów (czyt. bezlik, mrowie i multum) taniego latania ewakuuje się z lotniska, i nastanie błoga cisza. Wtedy dopiero mój macho rzuca się do maszyny, żeby uregulować płatność, a ja idę sobie spacerkiem do auta, bez strachu, że zostanę zadeptana lub przejechana przez współpodróżnych.

Idę ja sobie przez puste lotnisko,osnute mgłą i skropione drobnym kapuśniaczkiem , palę fajeczkę i marzę o czekającym na mnie w domu gorącym żurku, aż tu nagle moim oczom ukazuje się pochód ludzki o zastanawiających kształtach. Ponieważ jestem fanem horrorów, dobrze wiem czym może kobiecie grozić włóczenie się po nocy na terenie zamglonym i otulonym egipskimi ciemnościami, zatrzymałam się niby koń ściągnięty cuglami i potoczyłam wzrokiem dookoła w poszukiwaniu ewentualnej drogi ucieczki. Wyrzuciłam precz papieroska, wyprostowałam się i zakotwiczyłam w półkroku stawiając przed sobą, niby tarczę, moją podręczną walizeczkę. Energiczny tłumek zawył z zachwytu na mój widok, i rzucił się biegiem w moją stronę, aż mu furgały poły płaszczyków, a dziwaczne czapeczki podskakiwały na głowach.
- Chasydzi - poinformowałam sama siebie.

Chasyd, nie chasyd, nigdy nic nie wiadomo. Mój ulubiony kanał na youtube, odkrywający wszelkie spiski świata (wiedzieliście, że Hilary Clinton jest reptilianką? A wiecie dlaczego należy spać w folii aluminiowej na głowie? A że żyjemy wewnątrz Ziemi? To nic nie wiecie!) podał niedawno, że po Polsce przemieszcza się około 40 tysięcy uzbrojonych i zakamuflowanych agentów Mosadu. Mogli dla niepoznaki przebrać się za Chasydów, żeby gładko się wmieszać w tłum, prawda? 

Chasydzi podbiegli kurcgalopkiem i zasypali mnie gradem niezrozumiałego słownictwa, które uderzało we mnie i odbijało się z łoskotem, niby grad bijący o blaszany daszek ( ten sam daszek o którym śpiewał  Ivan i Delfin)

Z tej dzikiej kotłowaniny, wyłonił się wreszcie młody przystojniak z uroczymi pejsami i zagadnął zaczepnie:
-Mi not gawarit polsku. English nein.
- Super - pomyślałam- Ta informacja z pewnością była mi niezbędna, do przetrwania dzisiejszej nocy.
-Ok, poradzimy sobie - powiedział tymczasem moimi ustami mój wrodzony optymizm na przekór rozumowi.

Zakres mojego słownictwa w jidisz jest nieco ograniczony, i mało użyteczny w trakcie konwersacji  - jedyne słowa jakie przychodzą mi do głowy to: bajzel, rejwach, geszeft, git i cymes. A z hebrajskiego -kabała, koszer, bar micwa, cadyk, szabas i szatan. Trochę kiepsko.

- A więc, co by panowie chcieli ode mnie. - Rzekłam podnosząc brwi pod samą linię włosów, aby łatwo było wyczytać w tych ciemnościach pytanie. Można rzecz, że całą swoją postawą zaczęłam przypominać znak zapytania.

- Jo..safa.
-Hmmm...josafa, czymkolwiek to jest, nie posiadam akurat na stanie, gdyż podróżuję jedynie z bagażem podręcznym - rzekłam rozkładając szeroko ręce i wskazując na lichą walizkę stojącą u moich stóp. A jak to wygląda? - zapytałam umieszczając brwi na potylicy z ogromnym trudem.
Tu nastąpiła konsternacja, i długie naradzanie się w nieznanym mi narzeczu.Aż wreszcie w ciemnościach niby rąbanka na haku w mięsnym, zawisło pytanie:

- Have car?
- Yes. I've got a car, but... - odpowiedziałam z uśmiechem, i zaczęłam się zastanawiać jak upchnę tylu Żydów wraz z ich kapeluszami i anglezami w mojej czerwonej lalce.
Chasydzi podskoczyli z radości, klasnęli w ręce, po czym całkiem niespodziewanie wzięli mnie pod ramiona i powlekli, mnie i bagaż, w głąb parkingu. Próbowałam im wytłumaczyć, że nie jestem tu samotnie, że mój ukochany poszedł właśnie zapłacić za parking i z pewnością będzie mnie szukał. Niestety, ponieważ było ich siedmioro (jak tych krasnoludków, co żyli z jedną królewną, ach marzenia...) nie potrafiłam ich przekrzyczeć.i pozwoliłam sobie być uprowadzona przez żydowskie tsunami....
-Ajajajajaj!

Po krótkim spacerku, przerywanym jedynie moimi próbami uwolnienia się z silnych jak obcęgi dłoni obywateli Izraela, zostałam doprowadzona do eleganckiej fury i wepchnięta delikatnie do środka. Jeden z brodaczy  nacisnął nawet litościwie na moje zarośnięte ciemię, aby moja czaszka nie roztrząsnęła się w drobny mak o ramę czarnego jak czarne oczy BMW.

Zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, po co u licha chasydom baba taka jak ja? Ani na gotowaniu się nie znam, a już tym bardziej na koszernym....a może mogłabym służyć jako żywa bombeczka podrzucona gdzieś w newralgicznym miejscu? Albo jako żona za karę, dla jakiegoś niesubordynowanego i wątpiącego wyznawcy?  Albo samochodowy kamikadze? Bo usadzili mnie na miejscu dla kierowcy. Moje myśli gnały przez zwoje mózgowe, niczym konie w galopie:
-Teraz mi zwiążą ręce, napoją alkoholem i podpalą...a ja jako żywa  pochodnia zniszczę tak pięknie rozwijający się port lotniczy Katowice - Pyrzowice - przemknęło mi przez głowę.

- Jo-szefa Krakau- rzucił przystojniak, który wskoczył na miejsce obok kierowcy. Reszta Żydów stanęła dookoła samochodu i zacierała radośnie ręce.W ich oczach wyczytałam wielkie nadzieje, których nie powinnam zawieść. 

-Absolutnie nie rozumiem o czym mówicie....uśmiechnęłam się radośnie, bo jednak dopóki nie zaczną mnie dźgać czymś ostrym, albo zmuszać do rzeczy niegodnych, postanowiłam zachowywać się elegancko i taktownie. W końcu jest to stara kultura i należy jej się szacunek.

Przystojniak zanurkował ręką głęboko w swoje czarne szaty, i wyciągnął jakiś połyskujący przedmiot.

- Pistolet? Bat?
Był to zwykły notes z wypisanym adresem - Kraków, ul. Józefa...
-Aaaaaa...- tu moja inteligencja osiągnęła Mont Everest.- Chcecie żebym wam to wpisała w GPS ?Zapytałam wspinając się przy okazji na wyżyny języka migowego. (No, mądralo - pokaż GPS za pomocą gestów! ) Żydzi niemal zaśpiewali radośnie, a jeden z nich pokazał mi mały ekran umieszczony na plastikach samochodu. 
Zaczęłam macać ekranik, waląc w niego na oślep. Używanie smartfona i tabletu na co dzień, robi swoje.
Facet siedzący obok złapał mnie zwinnie za paluszek, grożąc mi jednocześnie swoim własnym palcem.

- Nein, niein, nein!
Delikatnie pokręcił kółeczkiem znajdującym się z boku ekranu.Zrozumiałam bez powtórzeń i
przystąpiłam do działania. Już po minucie, na ekranie zaczęły pojawiać się wszystkie krakowskie ulice z imieniem Józefa..Józefa A, Józefa B...i tak po kolei, dotarcie do Józefa bez nazwiska zajęło nam dobrych 15 minut. Osiągnęliśmy zwycięstwo!
Git! - zakrzyknęłam ochoczo!
Git! Git! Git! - zawtórował mi radosny tłumek
- I cymes!- zakończyłam mile.
Ucieszyliśmy się wszyscy, pozacieraliśmy ręce, podziękowaliśmy sobie nawzajem, tak międzynarodowo, w języku migowym.

Tymczasem mój facet, niby samotny wilk na gigancie, przeczesywał lotnisko wszerz i wzdłuż, zaglądając pod samochody i rozglądając się dookoła z trwogą w sercu i duszą na ramieniu. Ukradli mu kobietę! Była i zaginęła. A tu kolacja czeka na stole i stygnie, podłogi umyte, ech...tyle roboty na nic!  Przez głowę przebiegły mu wszystkie ostatnio obejrzane thrillery o zwyrodnialcach  porywających podstarzałe księżniczki. Przez chwilę nawet się ucieszył, bo mógłby oglądać swoje ulubione seriale, cały smalec gęsi byłby dla niego, no i mógłby słuchać trójki od rana do wieczora bez oglądania pantomimy pt "Jak ty możesz tego słuchać, zaraz popełnię harakiri na sam dźwięk głosu Andrusa!' (- tu :szarpanie włosów i odzienia własnego)/

Koło żydowskiego zgromadzenia przebiegł ze cztery razy, nawet nie przypuszczając, że wewnątrz tej kotłującej się kipieli znajduję się ja. Niby ta księżniczka od krasnoludków. Usiadł w końcu w aucie i zaczął knuć, kiedy nagle tuż przed jego szybą pojawiła się jakaś postać z rozwianym włosem, eskortowana przez siedmiu, dziwacznie ubranych ludzi. 


Wskoczyłam zwinnie do auta, machając na pożegnanie, jednocześnie umieszczając walizę na tylnym siedzeniu samochodu.
- Co to  było? - zapytał mój mężczyzna, kiedy już go odblokowało.
- Chasydzi!
- Gdzieś ty była?
- Pomagałam im szukać Józefa!
- Ty piłaś?
Nie, niestety, nie poczęstowali mnie też macą, ani bajglem.
I nie zatańczyli, a tańczą pięknie!

Gdyby ktoś źle odczytał rysunek  - nie, to nie granat w ręku jednego z chasydów, i to nie ręce uniesione w obronnym geście. To telefon komórkowy i efektowny sposób komunikowania się:-/0/
I Hava Nagilla, siostry i bracia!
Pieprzu.



niedziela, 15 stycznia 2017

Wilgotna opowieść o ksenomorfach czyli co mam wspólnego z Sigourney Weaver.



Na głowie kwietny ma wianek 
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek 

Kazik

Tak, tak...ten w lustrze to niestety ja. Taka chciałam być w Nowym Roku - kwiatuszki, motylki,baranek przodem, sama dobroć i słodycz. Jeśli ktoś by mnie wkurzył, to pogroziłabym tylko palcem mówiąc - A ty niedobry, ty!  Aplikacja dodała różowej poświaty moim policzkom i walnęła mi kreski, jakich w życiu nie potrafiłabym sobie narysować - miało być romantycznie, a ja miałam zaniechać kopcenia papierochów i skończyć z ubieraniem się na czarno, przestać kląć i przejmować się rzeczami, na które i tak nie mam wpływu.  Ale znowu poległam. Bo czy łatwo być dobrym? No, zapewniam, że jest to sakramencko (jak mawiał wuj Henryk, który był jedynym znanym mi mężczyzną dumnie zakładającym sandały do garnituru)  trudne. Głównie ze względu na bliźnich. 

Krzywdę robią mojej panience 
Opluć chcą ją podli zboczeńcy 
Utopić chcą ją w morzu zawiści 
Paranoicy, podli sadyści 


Do 4 stycznia nawet jakoś mi szło. Unosiłam się na różowych obłokach swojego czaru, jadłam truskawki z bitą śmietaną, piłam sok z marchwi i buraka, pilnowałam, żeby codziennie założyć coś kolorowego, pryskałam się Si Armaniego, używałam różu na policzki, błyszczyka, nosiłam buty na obcasach, codziennie dzwoniłam do mamy i starałam się nie być złośliwa. (bo niestety jestem, jestem złośliwa do kości od wczesnego dzieciństwa - a największą przyjemność czerpię z faktu, że czasem ludzie nie wiedzą, że jestem złośliwa - co czyni mnie makiawelicznie złośliwą i podwójnie winną ). Naprawdę byłam fajna, taka fajna, że mogę przysiąc, że kiedy przechodziłam mimo, to słychać było chóry anielskie i brząkanie na harfie, coś jakby wczesny Vollenweider . A potem wsiadłam do samolotu i poleciałam do pracy. 

Znów widzieli ją z jakimś chłopem 
Znów pojechała do St. Tropez 
Znów męczyła się, Boże drogi 
Znów na jachtach myła podłogi 
Tylko czemu ręce ma białe 
Chciałem zapytać, zapomniałem 
Ciało kłoniąc skinęła dłonią wsparła skroń o skroń 
I znów zapadłem w nią jak w toń 


Już wejście na pokład sprawiło mi pewną przykrość. Odkryłam, że człowiek, którego biodro przylega ściśle do mojego (tanie linie lotnicze sprawiają, że ludzie są bliżej siebie) emituje niezwykle oryginalne miazmaty, coś co przywodziło na myśl określenie - morowe powietrze. Nie, nie był to zwykły, klasyczny fetor. Był to długo leżakowany, mocno wędzony, wielokrotnie moczony w solance smród, który na okoliczność podróży został elegancko odprasowany, wykrochmalony i wielokrotnie złożony pod pachą. Mogłam szybko ocenić jego głęboki, mahoniowy posmak, i wyróżniającą się nutę camemberta,  ponieważ właściciel uniósł ramię w górę i zaczął majdrować przy lampce nad siedzeniem. Zacisnęłam z bólu zęby. Powiało grozą i wystraszonym kozłem, który przez ostatnie pół roku brał kąpiele w oborniku i nacierał się martwym skunksem. 

Moje biedne Armani rozsypało się na poszczególne składniki, zemdlało i wpadło pod siedzenie, widziałam kątem oka jego marny zewłok desperacko próbujący opuścić pokład. Zazdrościłam mu, bo zdążyło się doczołgać do wyjścia i wziąć głęboki oddech. Ja nie. Siedziałam jak sparaliżowana, i bałam się poruszyć, żeby nie spowodować dodatkowego ruchu powietrza. 

Właściciel capów (założę się, że pod jego koszulką mieszkały co najmniej dwa, oba dobrze wypasione) ziewnął i pociągnął nosem. Zabrzmiało to jak oczyszczanie rur kanalizacyjnych i nie wróżyło nic dobrego. Wiercąc się na siedzeniu wyciągnął z kieszeni spodni mizerny kawałek papieru toaletowego, kaszlnął soczyście i dmuchnął w niego z taką siłą, że biedny karteluszek uciekł z piskiem i przykleił się do mojego buta błagając o pomoc. Struchlałam. Tragizm sytuacji podbił fakt, że sąsiad nie zauważył, że to w co chciał smarkać już dawno nie znajduje się w jego rękach. A potem już normalnie, rozłożył dłonie, żeby obejrzeć swoje dzieło...żeby się nie zagłębiać w szczegóły, całą scenę mojej walki o przeżycie, można sobie obejrzeć tutaj:

Jak walczyłam w samolocie



Nie dałam rady i zostałam zainfekowana, wyraźnie czułam, że ksenomorf we mnie zaczął ewoluować! To by wyjaśniało dlaczego miałam problem z dopięciem koszuli.  Dlatego też, mój powrót wyjątkowo uległ przyspieszeniu. 

No, wreszcie doszliśmy do sedna! Kiedy jestem daleko od domu, mój mężczyzna mocno się stara. Wiecie- słodkie teksty, zdjęcia, rysunki, zapewnienia o tym jak bardzo tęskni, i co to nie będę miała jak już wrócę. Takie tam.. figliki. Kiedy oznajmiłam, że wracam wcześniej, prawie pogryzł słuchawkę telefonu z radości i natychmiast wydał nierozsądną sumę pieniędzy na tzw zaopatrzenie. I naprawdę, nie mogę się skarżyć, bo mieszkanie zostało odpowiednio umajone, wszystko co lubię było w zasięgu mojego ukochanego fotela, a gorące potrawy wjeżdżały kolejno na przyjęcie powitalne śpiewając wesoło "Bo do tanga trzeba dwojga". Tak, ale to jest dzień pierwszy. Dzień drugi ma już całkiem inny scenariusz. Nadciąga bowiem proza życia, a w moim wybranku zasypia Romeo, a budzi się kierownik.

Oto ja, (w skowronkach, bo wróciłam do domu) chodzę i śpiewam z tej nierozsądnie rozsadzającej mnie radości, piję ukochaną kawę, zajadam Bielucha, jaśnieję dobrocią i mizdrzę się słodko, tak jak najlepiej potrafię...a przecież jestem ciężko zainfekowana, do kroćset! W moim organizmie zagnieździł się obcy. Czy łatwo być rusałką, skoro gile ciągną się za mną na długości 3 metrów, jestem prawie przygłucha, a oczy mam całkiem kaprawe? A mimo to staram się być tak radosna i uwodzicielska, jak tylko w tych trudnych warunkach mogę. I co otrzymuję w zamian?

Ach, dziewczyna pięknie się stara 
Kosi pieniądz, ma jaguara 
Trudno pracę z miłością zgodzić 
Rzadziej może do mnie przychodzić 
Tylko pyta kryjąc rumieniec 
Czemu patrzę jak potępieniec 
Czemu zgrzytam, kiedy się pyta czy ma ładny biust 
Czemu toczę pianę z ust 


- Gabi czy ty musisz śpiewać od 7 rano? 🙊
- Gabi, czy ty musisz tu palić? 
- Gabi, czy ty musisz łazić w piżamie do 9 rano? To nie jest zachęcające...
- Gabi, nie znoszę tej bluzki, fatalny kolor...czemu sobie takie rzeczy kupujesz
- Gabi, możesz zmienić fryzurę? Lubię jak masz rozpuszczone włosy...
- Gabi, zgaś tego wyjca, nie znoszę tej muzyki...tej też nie...i tej! 
- Gabi, miałaś siedzieć ze mną...wyłaź z tego pokoju...
- Gabi, przestań czytać....popatrz na mnie!👀

I jak ja mogę być dobra? Włożyłam mój maskujący czarny golf, dodałam do tego czarną bieliznę i czarne jak heban spodnie, pstryknęłam zapalniczką i położyłam jęzor na ostrzałce do noży...

Im Westen nichts Neues!
Pieprzu z kłami na wierzchu!

A tu zdjęcie, które jest dowodem mojej chwilowej słodkości:

Jak na nie patrzę to się szczerze wzruszam.

czwartek, 10 września 2015

Dlaczego w Rzeszowie się podnosi, kiedy innym spada czyli wielu rzeczy czynić nie wolno, ale ostatecznie można.




To był dawno wyczekiwany wyjazd. Miał być wiatr we włosach, wolność i zabawa do białego rana. Ułożyłam nawet listę spotkań z ludźmi, którzy są mi drodzy a bezlitosny los umieścił ich na ścianie wschodniej. Miałam wymiziać małe bokserki w Hermanowej  
(a jest co miziać przepiękne boksiaste szczenięta) 
i najeść się żuru w Strzyżowie!
(a jest co jeść super jedzenie u super Marzyni)

Niestety, ze względu na niechęć do opuszczania klimatyzowanego wnętrza samochodu, te marzenia poszły do Muzeum Niezrealizowanych Marzeń, pewnie pokażą je w najbliższej reklamie. 


Moja przyjaciółka już od miesiąca mantrowała i wizualizowała piękną pogodę jaka koniecznie miała nam towarzyszyć w tej wędrówce na wschód. Widocznie za bardzo się wczuła,  bo pogoda była dużo ponad nasze oczekiwania. Zbytek łaski, proszę państwa, zbytek łaski. Już dzień przed wyjazdem chłodziłam się dwoma wiatrakami i pochłaniałam kilogramy sorbetu domowej roboty, trzymając stopy w misce z mrożoną wodą. Nie pomagało. Postanowiłam jednak być twarda i nie dać się zastraszyć temperaturom.






Tutaj powinnam napisać jak nienawidzę lata...ale pisałam o tym już tyle razy, że po prostu bezczelnie zacytuję siebie:



Niewiele jest rzeczy na świecie, o których mogę szczerze powiedzieć - nienawidzę! Oprócz takich typowych, świadczących o moim prawidłowym kręgosłupie moralnym jak - rasizm, pedofilia, chamstwo zaliczam do tych znienawidzonych: potrawy z gotowanej lub smażonej kapusty, wszelkie podroby rozlewające się po talerzu, i jedną panią bo sprawiła, że zaczęłam obmyślać plan morderstwa. To wszystko jednak pestka przy tym jak nienawidzę polskiego lata - na samą myśl, że nadchodzi -  pluję jadem w marmoladę. A gdy już tak dobrze przygrzeje i temperatura poszybuje powyżej 25 stopnia zaczynam zmieniać się z różowej świnki w pokrytego szczeciną wieprza, kurdeszującego od zmierzchu do świtu i od świtu do zmierzchu. 

Otwieram oczy o poranku i zamiast zwykłego "Witaj słonko kochane, czołem obłoczki bitej śmietany sunące po błękitnym niebie, salut wietrzyku delikatny" i takie tam dyrdymały, z mojej twarzy wydobywa się moje ulubione przekleństwo"O żeż kurdesz!"- "O żeż kurdesz warze poranny, o żeż kurdesz słońce palące, o żeż kurdesz samochodzie nagrzany, o żeż kurdesz nad kurdeszami!".  

I na dodatek te wszystkie pogodynki, szczerzące się do kamery, rozkładające trupio chude rączki, ubrane w coś wielkości osłonki na kiełbasę, stojące w klimatyzowanym wnętrzu i trajkoczące bezmyślnie - "Mam dla Państwa cudowną wiadomość, jutro na południu temperatura przekroczy 32 stopnie w cieniu. Mogą się Państwo cieszyć pięknym latem." O żeż kurdesz!

Lato się bardzo źle komponuje ze mną.  Chciałabym napisać, że lato i ja pięknie się różnimy...ale słowo pięknie, kompletnie mi tu nie pasuje. No, bo jak tu wyglądać jak dama, skoro chwilę po wyjściu z łazienki, człowiek jest skąpany ponownie we własnym pocie?


A makijaż? Czy istnieje róż do buraczanej twarzy? Czy istnieje puder po którym może ściekać ściana potu bez uczynienia mu szkód? Jakże subtelnie wymodelować moją okrągłą buziunie, kiedy za każdym razem wyłażą mazy i purchle? Maskara staje się masakrą w ciągu 15 minut. 
E, no nie. Maskary to jednak robią odporne na łzy i pot. 

Bruk parzył. Asfalt parzył. Ściany parzyły. Szyby w samochodzie miały temperaturę szyb w nagrzanym piekarniku. Z tej okazji postanowiłyśmy zredukować ilość zabieranej garderoby, do 5 par majtek na głowę. (chociaż to nie na głowie je nosiłyśmy). Ja zabrałam też przenośny wentylator, który uratował mi życie w rozgrzanym do czerwoności Rzeszowie i Sanoku. 



Rzeszów powitał nas słońcem, wyścigiem kolarskim i buntem GPS-a. Głupie urządzenie upierało się, że ulica jaką mu podałyśmy w tym mieście nie istnieje. Okazało się, że faktycznie, jeszcze niedawno były tam jeno łąki pachnące kwieciem umajonem, a teraz wznosi się tam kawał osiedla. Rzeszów rozwija się w takim tempie, że nawet nowoczesne technologie nie nadążają.

Do Rzeszowa pojechałam głównie po zemstę:




Niestety, już na powitanie zostałyśmy spacyfikowane super kotletami mielonymi, ziemniaczkiem i buraczkiem. Broń została nam wytrącona z ręki. Mieszkanie moje dziecko ma piękne. Słoneczne z obu stron, z dosłonecznioną oknem w suficie łazienką i cholernie słonecznym balkonem, na którym kazano nam palić . W środku cieplusieńko. Z tego właśnie powodu, nie mogłyśmy z Mizią obeżreć dzieci z zapasów. Żywiłyśmy się głównie kostkami lodu i wodą z kranu. Na robienie bałaganu miałyśmy za mało energii, bo temperatura wewnątrz powodowała, że myślałyśmy głównie o leżakowaniu. Z tego wszystkiego obejrzałyśmy dwa sezony czegoś co nazywało się "Chłopaki do wzięcia". 



Na zwiedzanie Rzeszowa wybraliśmy się po godzinie 22.00. Temperatura nadal przekraczała 30 stopni, Czułam, jak zaczynają gotować mi się palce stóp wydające ostatnie tchnienie w płóciennych espadrylach. Wszędzie kłębił się tłum ludzki, biegający z lewa na prawo i z prawa na lewo. Trzeba było torować sobie drogę spoconymi rękoma. Nie wiem co jest? Ludzie nie sypiają w tym Rzeszowie, czy co?

Myślę, że nie przez przypadek Rzeszów jest jednym z tych miast, któremu liczba ludności wzrasta. Jest uroczy. Gdybym w moim mieście wypuściła się do centrum po 22.00 to ryzyko byłoby porównywalne z przejściem nago nocą przez Harlem z lat 70-tych. Niezapomniane wrażenia gwarantowane. Ktoś, kto nie mieszka tu gdzie ja, nigdy nie zrozumie mojego zachwytu każdą inną częścią Polski. Bez wahania przyznam - mieszkam w najbrzydszej części naszego kraju. Sorry, lokalni patrioci. 

W UK mieszkam za to w miejscu, którego nikt, łącznie z taksówkarzami, znaleźć nie może. Dookoła jedynie las, drzewa, i więcej lasu. Za oknem puszczy mi puszczyk, a pająki mają wielkość rosyjskich tanków. Myślicie, że mam tam ciszę? Nic z tego. Przyroda bywa bardzo głośna 24 godziny na dobę. Na dodatek w pobliskich krzewiach co noc coś kwili. Stawiałam na kota, ale koleżanka powiedziała, że to listonosz, który nie może odnaleźć drogi do domu. Ponieważ najbliższe osiedla ludzkie znajdują się dalej niż byłabym w stanie dobiec w panice, tam też wychodzenie po 22 nie wchodzi w grę. No, i nie ma chodnika. Dom mieści się przy drodze ciągnącej się przez 10 kilometrów terenów wiejskich i nie posiada numeru,a jedynie słodką nazwę. Figlarze z tych Anglików, nawet GPS nie daje rady. 




 Do Sanoka dojechałyśmy bez przeszkód. Niestety, hotel okazał się nie mieć klimatyzacji. Na szczęście słońce ogrzewało nas jedynie do godziny 12.00. Chociaż hotel położony był na szczycie wysokiej góry, widok z balkonu miałyśmy mizerny. Zasłaniały go drzewa wielkości sekwoi. 





 W tym to właśnie hotelu miał znajdować się kiedyś najprawdziwszy zamtuz, z którego Szwejk wyciągał zalanego w trupa podporucznika Duba, "Raczy Pan się znajdować w burdelu, Panie Lejtnant. Ludzie bowiem różnymi chadzają drogami." Muszę przyznać, że miejsce świetnie się nadawało na pokoiki schadzek. Ilość korytarzy, półkorytarzy, ćwierćkorytarzy była przytłaczająca. Zanim nauczyłam się drogi do swojego pokoju, rysowałam znaki na ścianach. 

Mizia postanowiła dopasować się do budynku i już pierwszego popołudnia
zabrała papieroski, wino i majtki, po czym udała się na balkon w celu rekreacyjnym. (ja nie mogłam, bo kabel od wiatraczka tak daleko nie sięgał) Usłyszałam jej perlisty śmiech i słodkie 'dzień dobry". Znam ją od 30 lat, znam każdy ton jej głosu i to słodkie meczenie. Wyczułam, że jest w nastroju tokująco - kokieteryjnym, a to oznacza, że wyczuła krew. Zamoczyłam więc ręcznik, owinęłam się nim i podczołgałam się pod okno balkonowe, żeby zbadać sytuację. 

Okazało się, że na balkonach siedzą współspacze, a na tym najbliższy zaczytane w książkach małżeństwo. Jakąż ciężką próbę musiał przechodzić mąż udający zatopionego w lekturze, żeby nie zerkać na ponętną pupę Mizi odzianą jedynie w delikatne koronkowe majtasy, pląsającą w rytmie swobodnego jazzu. 
O biustonoszu nie wspominam jedynie dlatego, że biustonosza ona z zasady nie nosi. Po pół godzinie okno balkonowe sąsiadów zostało zamknięte na głucho z trzaskiem,  mimo panującego wciąż upału. Moim zdaniem, Mizia i tak miała szczęście, że ją rankiem na śniadaniu małżonka zaczytanego nie wytargała za lokate kudły. No, ale zamtuz to zamtuz, trochę seksu musi jednak być. 



Jak wspomniałam, widok z balkonu był mizerny. Najbliższy ładny widok mieścił się w pobliżu muzeum. I było to prawdziwe sanockie, ziemskie porno bez retuszu:





Do Sanoka wybrałyśmy się głównie ze względu na chęć obejrzenia na żywo twórczości Beksińskiego, oraz jednego z lepszych zbiorów ikon.
Niestety, brak klimatyzacji w części muzeum spowodował u nas niemal udar cieplny, a u mnie atak klaustrofobii na piętrze z ikonami - tam klimatyzacji nie było wcale, a okna były zamknięte na głucho. 
Zanim dotarłyśmy do piętra z obrazami Beksińskiego, byłyśmy już spocone, odwodnione i zniechęcone do życia. To miejsce musimy odwiedzić ponownie,




Po Sanoku poruszałyśmy się klimatyzowanym samochodem, a każde wystawienie na zewnątrz dłoni skutkowało pojawieniem się na niej obrzydliwych pęcherzy i smrodu piekielnej spalenizny.



Jeszcze tam wrócimy! Niech no tylko chwyci mróz!

czwartek, 23 lipca 2015

Jak podróże zmieniły moją bieliznę.


Podobno podróże kształcą. Powinnam być jedną z najbardziej wykształconych osób w mieście, bo ja Szanowni Państwo, podróżuję cały czas. To co dla kogoś jest wakacjami i przygodą, dla mnie jest dojazdem do pracy, tak ekscytującym jak wycieczka PKS-em z Pcimia do Wadowic.

Co dwa tygodnie pakuję moją podręczną torebeczkę, zbieram kurtkę z wieszaka, wzuwam obuwie i udaję się na lotnisko. Tam rutyna: kawka, papierosek, kawka, papierosek, toaleta, macanki, zaglądanie w majtki, ten sam sklepik i zakup tej samej wody. Kolejka do wejścia do samolotu, słuchawki na uszy, chrapanie, lądowanie, kolejka do wyjścia, autobus, pociąg, taxi. Średnio 5 godzin w podróży z domu do pracy, z pracy do domu.

Na lotnisku czuję się jak najstarszy ser w lodowce, całkowity luz i zero podniecenia. Ta sama kawiarnia, kawa, rogalik. Już dawno przestało mnie dziwić, że wielotonowy kolos podrywa się lekko do góry i sunie w powietrzu jak ptak. Po prostu mój PKS nie potrzebuje asfaltu.

Oczywiście, bardziej podniecający są ludzie,których spotykam na swojej drodze, to co przeżywam z nimi, miejsca które odwiedzam, potrawy jakich udało mi się spróbować. No, bo dla ilu z was Węgierka przygotowywała leczo, Bułgarska szopską sałatkę a Hinduska wspaniałe curry? Kto miał okazję spróbować potraw z Malawi czy Zimbabwe? Kto ma znajomych od Szwecji po Nową Zelandię? Tak, to jest w tym wszystkim najfajniejsze - ludzie.

Jestem człowiekiem światowym. Wiem, kiedy muszę wyciągnąć bilet,a kiedy paszport, kiedy mam zdjąć buty, i co zrobić jeśli moja torba zamiast zjechać z taśmy w moje ręce, bierze ostry wiraż i ląduje przed panem ze słuchawkami, skanerami i innymi mało znanymi mi urządzeniami. Niestety ląduje dość często, ponieważ podróżuję z 5-cioma parami majtek, dwoma biustonoszami, podstawowymi kosmetykami oraz....3 telefonami, tabletem, notebookiem, i lokówko-suszarką.

Oczywiście wszystkie te urządzenia maja własne ładowarki. Widok wnętrza mojej torby to kłąb kabli i elektroniki, wymieszanej z pudrem i bielizną.  Jestem z gruntu podejrzana o przewożenie bomby albo przynajmniej, materiałów do jej skonstruowania. Czasem podróżuję z serem Cheddar, wtedy jestem podejrzana o przewożenie podejrzanych materiałów biologicznego pochodzenia. W każdym razie, cokolwiek bym do tej torby nie włożyła i tak jestem podejrzana i skazana na masażo - macanki i strzelanie z mojej gumki od majtek. Bo ja dzwonię. Zawsze.

Zanim odgadłam przyczynę podejrzanego zachowania mojego ciała, podejrzewałam nawet, że musiałam zostać kiedyś uprowadzona przez UFO, które wszczepiło mi metalowy implant w jakąś intymną część mojego ciała.

Nic z tego, to dzwonią sobie moje biustonosze.Najbardziej skomplikowany instrument architektury odzieżowej, wymyślony przez Gaudiego staników i Le Corbusiera bielizny.

Większość ludzi nawet nie wie, że istnieją biustonosze, które są przeciwieństwem push-upów, i że ktoś może chcieć nosić coś takiego. Zapewniam was, istnieją i ratują was ludzie przed gwałtowną i natychmiastową śmiercią po zderzeniu z kimś takim jak ja. Nazywają się minimizery i minimalizują straty w ludziach kiedy zachce mi się gwałtownie skręcić. Dzięki nim, kiedy mam ochotę pohasać sobie w wesołych podskokach moje zęby są dobrze chronione. Z reguły jednak wystrzegam się skakania bez bielizny, jeśli nie muszę, no chyba że się bardzo rozbrykam albo ktoś rozbryka mnie. Wtedy moje ciało zachowuje się jak perpetuum mobile, jest samonapędzającym się dzięki sile odśrodkowej obiektem. Nie do zatrzymania.

W każdym razie, to co u niektórych kobiet jest głębokim dekoltem, u mnie nazywa się głęboką pornografią i przywołuje na myśl serię filmów "Bawarskie przypadki". Bardzo ciężko jest później udowodnić, że pomiędzy lewą i prawą piersią, mam także mózg, który czasem wyprodukuje myśl.

Oczywiście to, że pan w uniformie i z dużym pistoletem wyciąga z torby moje biustonosze i majtki, maca je dokładnie, ogląda pod światło i niemal nurkuje tam nosem, przy uciesze setki międzynarodowej gawiedzi bardzo mnie dyscyplinuje. Moja bielizna jest zawsze najlepszej marki i bardzo koronkowa.  Niechże i ten człowiek ma trochę przyjemności po całym dniu pracy, i grzebaniu w torbach pełnych przepoconych skarpet! Widzę, jaka błogość wypływa na jego twarz po niespodziewanym natknięciu się jego ręki w gumowej rękawiczce na pończoszkę samonośną.

Madonna też starannie dobiera bieliznę na podróż! Ciotka Dobra Rada  - Dbajcie o bieliznę dziewczyny bo nie znacie dnia ani godziny.



Żegnajcie wygodne, bawełniane majtasy w grochy, będzie mi was brakowało.
Pieprzu, bardzo frywolny.

środa, 14 stycznia 2015

Straszna historia o tym, jak ogolono mi fluffy i popełniono gwałt na mojej wewnętrznej Barbie baletnicy.



*jest tu trochę dramatu, bo tekst został napisany o 4.00 nad ranem, po 16 godzinach podróży.


Kiedy mieszkam w Narnii, jestem jak puszek rozkoszna. Smakuję jak truskawki z bitą śmietaną, jak maliny z cukrem  Można mnie polizać, bo pachnę jak cappuccino z pianką , wata cukrowa, ptaszki dotykające się dzióbkami, dzióbki dotykające się ptaszkami....

Jestem taka mięciutka na zewnątrz i wewnątrz, czuję, że posiadam małe, okrągłe wewnętrzne fluffy, miły w dotyku puszek i tańczącą  Barbie baletnicę. Mam miękkie włosy, zamglone spojrzenie, i żyję w piernikowym domku. Jestem taka słodka jak najsłodsze Prince Polo. 

Kiedy przechodzę ulicą, 20% społeczeństwa Narnii podnosi się cukier we krwi.
Różowy sweterek, niebieska spódniczka, rajstopki w motylki, błękitne szklane pantofelki, karoca z dyni i inne szykany.

Słodka pani ma słodkie dni, wstaję rano, piję kawę z pianką, witam się w ogrodzie  z zabłąkanym liskiem, rozbawioną wiewiórką, dygam, uśmiecham się, promienieję, jestem urocza, czarująca, nie ziewam, nie daję znać , że to mnie nudzi, przytulam, pogłaszczę, pokiwam główką ze zrozumieniem...lizak po prostu. A kiedy włożę palec do kałuży to odbicia wody mają kształt serduszek..Jeśli ktoś przy mnie powiedziałby słowo "cholera", to pewnie zemdlałabym w trybie przyspieszonym.

Tak jest, mogę przynieść zaświadczenie. 

A potem przychodzi chwila powrotu, i  jadę taka słodka i pełna niewypowiedzianej miłości na lotnisko. I kocham ten pociąg sunący po torach, i Londyn, i wszystko dookoła i piję kawę, która smakuje wybornie i uśmiech nie schodzi mi z mojego słodkiego, krąglutkiego oblicza. I kiwam się taka uśmiechnięta na fotelu w poczekalni lotniska, i nadal jestem szczęśliwa. Az nadchodzi czas próby...
.

Widzę, że do wrót wpustowych moi krajanie nie utworzyli jednej, jak każdy inny naród, ale około 17, 5 kolejek, klika podpunktów z nawiasami i odsyłaczami, a na boku jeszcze dwa oddzielne akapity.  Chciałabym wiedzieć, którą mam pójść drogą bo czas nagli. Obciągam więc różowy sweterek i zapytuję grzecznie:

- Witajcie piękni rodacy, kocham was, kocham cały świat, buzi- buzi - buzi,, gdzie tu kolejka dla wybranych?

I już widzę, że moja słodycz trafia w próżnię. Obłoczki miłości skraplają się i opadają na zimną posadzkę z głuchym łoskotem jak zerwany sznur perełek -..ryp..trzask...bum.... 

 Część tłumu mnie ignoruje, a druga syczy:
- Stań w kolejce szantrapo różowa, do kolejki zmoro w lila...

Wyciągam przed siebie różowe łapki, i tłumaczę jak komu normalnemu:
- Kochani  ludożercy, ja mam boarding priority, bo ja się nie pauperyzuję ale także nie uludawiam i nie mieszam z tłumem, gdyż walka o karpia i bieg po crocksy w promocji zabiłyby  moją  wewnętrzną Barbie baletnicę, i zmierzwiły obrzydliwie mój wewnętrzny puszek...nie mogę z wami stać i słuchać tych andronów, które pleciecie namiętnie jęzorami swymi. Proszę wskażcie mi drogę z dala od hejterstwa waszego. 

Tłum spluwa kwasem solnym pod moje stopy. W podłodze powstają szczeliny, i głowę bym dała, że widzę ogień piekielny i słyszę diabelski chichot . 

Rogata tłuszcza nie zamierza się rozstąpić, nie ma ułatwień, trzeba walczyć o swoje. Już miałam się poddać, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem dzieckiem, które dorastało w latach 80, a wtedy w sklepie na polce stal tylko ocet. 

Wiem jak walczyć o swoje. Ach, żeby tylko! Wiem jak uszyć spódnicę z pieluchy, bluzkę z firanki, a firankę z rajstop, a także jak zrobić kapcie z łyka i szynkę z tektury i bloku technicznego. Potrafię umyć  włosy bez szamponu ale za to z pomocą masła i chrzanu, wiem jak pomalować rzęsy kiedy nas nie stać na tusz. 

Jestem przygotowana do życia, nie gorzej niż McGyver. Umiem przeżyć za 500 zło miesięcznie robiąc bankiet dla znajomych w każdy weekend, a kiedyś w UK przetrwałam miesiąc za 50 funtów. Nie płaczę kiedy złamie mi się paznokieć, to paznokieć płacze, że śmiał  zrobił mi coś takiego. 

Kiedy już sobie to wszystko powtórzyłam w myślach, jak mantrę,  ruszyłam do ataku.   Nabrałam  szybkości i zręcznie wymijając lecące w moim kierunku nieprzyjazne spojrzenia, giętka i zamszowa uchyliłam się przed dobrze przypieczonym stekiem wyzwisk, i zręcznie, jak antylopa gnu przeskoczyłam przez wartki potok wrednych myśli, zarabiając jedynie jednego kopniaka w łydkę  i jednego szczypasa z zakrętasem  w ramię *(ale ktoś był zdolny, bo ja jestem nieszczypalna), oraz dwa niewinne  ciosy torbą , wyładowaną prawdopodobnie cyrklami i jeżozwierzami angielskimi, w plecy. Epitety fruwały w powietrzu niczym drony w koreańskiej strefie przygranicznej. 

Trzy razy zepchnięta ze schodów, zmoczona do suchej nitki, przewiana wiatrem, dotarłam na pokład i rzuciłam się na najbliższy fotel przy oknie. Wiem, że jeśli szybko włożę do uszu słuchawki będę uratowana, mój puszek pozostanie nienaruszony. Odpływam myślami....wiosłuję marzeniami...widzę, że moja wewnętrzna Barbie baletnica nabiera rytmu.  

Gdzieś pomiędzy "Happy little pill" a ""Las Palabras de Amor" moja Barbie zaczęła gubić rytm, przedtem dawała jak Ginger Rogers, a teraz zaczęła kuleć na lewą nogę niczym koń Karino. Zaczęłam się uważnie w siebie wsłuchiwać, i  pomiędzy moim biciem serca a muzyką spostrzegłam dysonans...siedział obok i tokował, tokował, tokował....

-Bla, bla, bla, a ona na to, bla, bla, bla

Podwójny dysonans w o połowę młodszy ode mnie przekrzykiwał ryk silników i muzykę z mojego smartfona,  opowiadając sobie dykteryjki z życia na obczyźnie, subtelne inaczej . Czułam, że moje fluffy zaczęło się jeżyć, a baletnica zaczęła potykać o własną spódnicę. 

Carramba! A tak chciałam to wszystko dowieźć tutaj do kraju i zasiać ziarno miłości na rodzimej ziemi. Chciałam być słodka dla moich znajomych, rodziny, psów i sąsiadów, obrażonych pań w sklepie i agresywnych inspicjentów gazowych. No, nie da się, nie da!


Bla, bla, bla płynęło szerokim korytem, za chwilę dołączyło do niego bolesne kopnięcie w nerkę...tak, za mną w samolocie zawsze siedzi trzylatek bezpardonowo wymachujący nogami i bezstresowo wychowujący go rodzice. Przede mną zawsze leci krzyczące bejbi, karmione jedynie fasolą z grochem, a dwa rzędy dalej chłopaki z brygady budowlanej,  którzy już nieco ten tego w pociągu, a teraz piją na dobicie. 

Moje fluffy zaczęło się kurczyć, Barbie baletnica wyłożyła się jak długa, mój różowy sweterek zmienił kolor na fuksję, czułam jak ogarnia mnie przerażenie.Barbie szeptała z podłogi - walcz!!

I zawrzała we mnie krew przodków spod Grunwaldu i Kircholmu! 
Zapragnęłam krwi, wytartych dżinsów i porządnych martensów, chciałam tatuaży, pirsingu, łańcuchów od nosa do warg i od warg do kolan, agrafki w policzku, kółka  w nosie, dziury w uszach, zaostrzonych zębów, rozdwojonego języka, ognia piekielnego, czapki szamana, dzidy , wosku na sutki, ogona, mandoliny z jedną struną na której przez dwie godziny grałabym jeden kawałek "umarł Maciek umarł, już leży na desce", największych organów Hammonda na świecie, a na deser cykuty! 

Przypomniałam sobie wszystkie przekleństwa świata, konstruowałam w myślach mentalną bombę wodorową,  którą za chwilę zrzucę ludzkości na głowy ...miałam gotowy plan zagłady świata, ostrzyłam włócznię złośliwości,  niańczyłam przekleństwa, pędziłam jad w butelce po soku z antyoksydantami. Chciałabym całą kulę ziemską wysłać w kosmos, a ja bym sobie została sama i zrobiła mega placek ziemniaczany ze śmietanką, Ot co!

I już prawie, prawie zaczęłam wprowadzać mój morderczy plan w życie, zastanawiając się gdzie najszybciej dostanę ziemniaki,  kiedy zaczęło się lądowanie...potem jeszcze tylko kilka ciosów w głowę łokciami, i już schodziłam po schodach, czując, że mój wewnętrzny puszek całkiem się już wytarł, a za rękę, zamiast Barbie baletnicy trzymałam śpiewającą po polsku. Marzie Gaggiolo...brrrr




Cześć Polsko. Wróciłam na chwilę.

jeśli komuś się Marzia nie pokazała, to tu link. 

czwartek, 6 czerwca 2013

Dziś kota nie będzie! Będę ja! Czyli czy można mieć romans z transcendencją na pokładzie Boeinga?



Zamiast kota - ja. Ponieważ to moje jedyne zdjęcie w życiu, na którym wyglądam ździebko romantycznie (czyt. tak jak nie wyglądam nigdy w życiu) zdecydowałam się je umieścić. Zamierzam zastygać częściej w takiej pozie, a kto wie, kto wie...być może odetka mi się ta arteria odpowiedzialna za rozumienie poezji i stanę sie bardziej uduchowiona? Przez moment pomyślałam nawet, że na fakt uduchowienia może mieć wpływ częste obcowanie z niebem. W końcu latam samolotem 3 razy w miesiącu...

Latanie ma swoje plusy. Oczywiście, jesli nie trzeba kwitnąć przy ścianie w oczekiwaniu na spóźniony samolot i trzymać kciuków za baterię w tablecie. Polaków na lotnisku można poznac bardzo łatwo - to ci co gromadza się dookoła tablicy odlotów przebierając nerwowo  kopytami i wpadają w galop natychmiast po ukazaniu się informacji o numerze wejścia. Nie wiem dlaczego ale żeby wejść do samolotu odlatującego do Polski albo Rumunii nalezy przejść  16 km śliskimi korytarzami, na krórych straszą napisy " w tym korytarzu nie ma toalet", następnie zejśc krętymi schodami do lochu, ustawić się wraz z setką innych oczekujących w pomieszczeniu o kubaturze 20 metrów kwadratowych i pocić wytrwale przez około 40 minut.

Kiedy człowiek wypoci już ostatnią kropelkę wody (nikt nie pije bo przeciez toalet w tych kazamatach brak), dzinsy przylepią mu się do półdupków, a włosy upodobnią do ślicznotki wyłażącej ze studni w filmie Ring, wtedy własnie otwierają się drzwi i owiewa nas orzeźwiający wiatr syberyjski. Już tylko kolejka do schodów na przeraźliwym wygwizowiu i jestesmy w środku. Sądząc po zapachu, wszyscy mają na sobie swetry ze spoconej kozy i skarpetki z sierści starego capa.

Nie kapryszę. Siadam na pierwszym wolnym, bez względu czy obok leci staruszka, niemowle, bracia syjamscy czy też jeżozwierz. Najciekawszym współpasażerem okazał się jak dotąd wokalista grupy Gospelowej IDMC Gospel Choir.

Nie musiałam wybierac się na koncert, miałam własny!Myślę, że w ciągu 2 godzin słowo GOD usłyszałam około 500 razy - śpiewane, mruczane i szeptane. Cały zespół bardzo fajny, otwarci ludzie z poczuciem humoru - do końca nie zorientowałam się, że miejsce do którego się wybierają to Częstochowa. To co wymawiali brzmiało bardziej jak Karpacz.

Miałam tez okazję leciec obok człowieka, który z detalami opowiedział mi na czym polega jego nowa praca. Ponieważ miało to związek z bankiem i informatyką odpadłam już przy drugim zdaniu, a on gadał i gadał i gadał. Była też pani - amatorka chrupek serowych z dużą ilością bransoletek. Z lewej strony, przez dwie godziny dobiegało "Brzdęk, szelestu-szelestu, brzdęk, chrrrrrup, chrup, chrup, mlask, brzdęk, brzdęk, szelstu, szelstu, chrrrrrup. chrrrrrup, mlask, mlask". No, i ten zapach...jakby się gorgonzola z camembertem zaciekle naparzały. I tak byłam wytrwała, dopóki nie zwróciła się w moją stronę z niewinnym zapytaniem o godzinę. 

Michelle od ciast - piecze wytrwale, i gada, gada, gada. Kiedy już zacznie, to ciężko sie przebić. Powiedziałam jej ostatnio, że mówi jak Vicky Pollard. Nie obraziła się, pomyślała chwilę, zaśmiała sie i przyznała mi rację. Ktos nie wie kim jest Vicky Pollard? Koniecznie trzeba nadrobić - od 0.55:)





Dobranoc:) I przewietrzmy swetry i skarpety!