Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

"To nie mężczyzna powstał z kobiety, lecz kobieta z mężczyzny. Podobnie też mężczyzna nie został stworzony dla kobiety, lecz kobieta dla mężczyzny" czyli Obłęd salonowy.



Uwielbiam moment powrotu do domu, ten pierwszy poranek kiedy budzę się we własnym łóżku i wiem , że nic nie muszę. Mogę leżeć aż do momentu powstania pierwszych bolesnych odgnieceń, mogę zwisać z łóżka jedną połową ciała do godzin popołudniowych, albo zerwać się o brzasku i uprawiać jogging rozgarniając smog ramionami (z tym, że to akurat jest mało prawdopodobne).  Doceniam  to niespieszne życie, zanurzenie się w ulubionym fotelu z cudownie miękkim kocem na kolanach i własnym kubkiem parującej kawy w ręce. To jest właśnie moje małe, polskie hygge czyli dobrostan.

I tym razem też tak było. No...prawie.
Wypiłam kawę, leniwie zsunęłam się z fotela i w lekkim po-podrożnym pokurczu (podróżowanie tanimi liniami ma swoje następstwa) potruchtałam starczym galopkiem do schodów, aby powyczyniać tam nieco rozciągających mięśnie mojego ciała wygibasów jęcząc przy tym tak, że sam Paszeko poczułby się zawstydzony.

Podniosłam wzrok w górę, gdzie jeszcze kilka lat temu urzędowało moje dziecko, i dobry stan szlag trafił, a na jego miejsce przyszła fala złości tak wielka, że kwas pienił się na ścianach, a żółć zrywała farbę ze ścian i wypiętrzała krakelury na obrazach w stołowym.

Zawyłam jak wadera w rui: 
Aaaa...chodź tu w tej chwili! Aaaaa!!!

I tu przerywam na chwilę ten rodzinny dramat, żeby się nieco wytłumaczyć. Jak wiadomo, tworzy nas genetyka i wychowanie. W mojej rodzinie panowało przekonanie, że mężczyzna panem jest i władcą kosmosu. Rolą kobiety, natomiast, jest być uśmiechniętą, nie wchodzić mu w drogę, i ogólnie się nie czepiać.

Wszystkie kobiety w mojej rodzinie (z obu stron) to potulne kotki, zawsze uśmiechnięte, zgadzające się na wszystko z radością, nie podnoszące głosu i żyjące we własnym świecie - książek, zwierząt, muzyki, ogródków i jedzenia kiełbasy. Na dodatek w momentach trudnych odpalamy silniki rakietowe i bierzemy nadgodziny, ciągniemy pług zamiast konia, służymy za taczkę do wożenia cegieł, budujemy dom własnymi rękoma, hodujemy żywiznę, wymyślamy party na dwanaście dań mając w domu jedynie paczkę połamanych paluszków i tarty ser między zębami . 

Zapomniałam dodać, że rodzimy mimochodem, nie odrywając się od roboty. Wiecie...szybki poród pod baobabem, następnie dziecko w chuście przystawione do piersi i w pole, żeby nie było nadmiernych przestojów. Mężczyzna w naszym domu służył jedynie do rządzenia - na ścianach ma być taki kolor, kupiłem takie meble, moje majtki muszą leżeć na stole bo lubię na nie patrzeć, w czwartki ma być rosół, nie obcinaj włosów.


Oczywiście, w mojej rodzinie nie ma rozwodów. Chyba  wiadomo dlaczego? Bo żaden facet nie jest na tyle nieroztropny, żeby wypuszczać takie cuda (cudaki) z rąk. Prędzej by zabił, niż pozwolił odejść. To oczywiście wynika z czystej samczej zazdrości, która by go zadusiła, gdyby tylko wyobraził sobie, że jakiś facet poza nim może mieć takie łatwe życie. Inni mężczyźni muszą zdejmować buty, ostrzyć noże,  umieć naprawiać różne sprzęty, posługiwać się wiertarką, a może nawet przynosić węgiel z piwnicy i zmieniać koło w samochodzie. Nasze samce mogą leżeć na kanapach i ćwiczyć kciuk, lub też siedzieć w domu w elegancko wyprasowanej koszuli i zadawać szyku czekając na podanie obiadu, taniec brzucha i specjalnie przygotowany program wieczorny. O PMS-ach w życiu nie słyszałyśmy, nie znamy, osobiście nie praktykujemy, bo by nam to zmierzwiło ten różowy puszek, którym jesteśmy naturalnie otoczone. 

Wiecie, w normalnych domach kobieta podnosi głos i ma normalne pretensje, ze nie posprzątane, że naświnione w kuchni, że deska w toalecie nie jest opuszczona, że powinien się ogolić, że ma głupie pomysły. W mojej rodzinie to się nie zdarza. U nas codzienne życie wygląda tak:

- Jutro lecę w kosmos!
- Dobrze kochanie, zaraz znajdę termos.

- Kupię sobie czołg!
- Świetny pomysł, możesz go parkować na tych grządkach gdzie mam swoje ulubione kwiatki.

- Będę mial kochankę!
- Tylko proszę cię,  wybierz jakąś zdrową, ty tak łatwo łapiesz infekcje.

Wierzcie mi, jeśli by mój zakontraktowany powiedział, że ma zamiar jutro wyłupić sobie oczy lub odgryźć osobiście rodzinne klejnoty i zrobić z nich klik-klaki to pobiegłabym szukać odpowiedniego sznurka w szufladzie. 

Ale ponieważ z pokolenia na pokolenie, my kobiety lekko się wyemancypowałyśmy, a w mojej krwi burzy się feminizm, który spał przez jakieś ostatnie 1000 lat, to i ja staję się z roku na rok bardziej wypyszczona  i wymowna, i nawet śmiem mieć pretensje:

No, to teraz możemy wrócić do sceny początkowej:

Ja: Aaaa...chodz tu w tej chwili! Aaaaa!!!
On: Ale o co chodzi?
- O co chodzi? O co chodzi?Człowieku! Przybiłeś do ściany mój najlepszy koc! Czy ty masz dobrze w głowie???!!!
- No, i to jest powód żeby się tak wydzierać? Nawet nie wiedziałem, że potrafisz tak głośno krzyczeć!
- Chowałam tę umiejętność na ten specjalny moment!
- Ale co takiego? Nie przesadzasz?
- Przesadzam? Gdybyś miał normalną żonę, to twoje zwłoki już dawno leżałyby na kuchennej podłodze przebite widelcem do mięsa! Powinnam pewnie odtańczyć taniec radości, że koc, który dostałam od mamy na urodziny i hołubiłam w skrytości pokoju, ratując go przed zakusami podstępnie opróżniającego dom rodzinny juniora, został właśnie przyszpilony 12 cm gwoździami...aaaa...muszę się uspokoić bo zwariuję!
- No i co się takiego stało? Gaaabi, daj spokój. To jakaś histeria? Kompletnie cię nie poznaję.
- (cenzura)! Dlaczego ja nie mogę mieć normalnego życia? Dlaczego po powrocie do domu nie mogę znaleźć swoich rzeczy na miejscu? Chcę kłódkę na drzwiach pokoju! I drzwi pod prądem!!!
- Jasne - mruknął obrażając się natychmiast. - Zobacz jak ty się zachowujesz. Wracasz po dwóch tygodniach do domu i zamiast się relaksować to robisz aferę z powodu jakiegoś koca!
- Dlaczego...? Dlaczego koc jest przybity do ściany?
- Aaaa....no, widzisz...to jest kurtyna cieplna. Wiało z gory.
- I musiałeś do tego użyć mojego najlepszego koca? Nie mógł to być jakiś stary łach? Albo twoja kurtka?
- Ale ten tak leżał na boku, to pomyślałem, że niepotrzebny.
- Zejdź mi z oczu na co najmniej godzinę, bo jeszcze chwilę i zginiesz w męczarniach...

Co oznacza, że nie jestem jeszcze gotowa na pełną konfrontację. 

W podobny sposob straciłam niektóre meble (nie pasowały tutaj), ubrania(źle w tym wyglądałaś, to nie twój kolor), zastawę stołową (nie mieściła się na półce ), książki (zauważyłem, że nie wracasz do nich to wywiozłem do biblioteki, panie tak się ucieszyły), buty (nie były fajne, następnym razem powinnaś się poradzić zanim coś kupisz), narzuty na łóżka (chciałem zrobić z nich patchwork, ale coś nie wyszło) i wiele, wiele innych rzeczy.


-
Dodatek extra:
Tak, miałam skończyć ale tymczasem...
Wpadłam jak zwykle lekko spóźniona do salonu fryzjerskiego. Byłam tak bardzo podniecona wizją odświeżonych blondów z odrobiną złotego połysku, że z radości wyrwałam klamkę z drzwi. 

Nie wiem co ja mam w tych rękach...imadło? 4 lata temu wyrwałam drzwi od lodówki, tak na dobre...tak, że trzeba było zmienić lodówkę, a przecież przybiegłam tylko skubnąć listek sałaty i wypić szklaneczkę rosy zebranej o poranku! A tym razem klamka, wyrwana z mięsem z krwawiących trzewi drzwi, żyły na wierzchu, odrzwia w agonii. Straszny widok.  

Popatrzyłam na swoje malutkie rączki, i pomyślałam, że drzemie w nich moc,  a potem przyszło mi do głowy, że mój mąż to miał szczęście...i wszystkie żywe istoty, które przeszły przez moje dłonie też. Nie zapomnijmy jednak, że moja prababcia własnymi dłońmi wybudowała kamienicę, i jeszcze w wieku 95 lat sama przynosiła sobie węgiel z piwnicy, babcia pracowała już jako 5 latka, urodziła 6 dzieci, nie odrywając się nawet od łuskania fasoli, moja mama w pewnym momencie oprócz pracy zawodowej doglądała 3 odrębne  gospodarstwa domowe, mając do dyspozycji jedynie 24 godzinną dobę, a ja sama urodziłam 4 kg juniora przerywając studiowanie książki do gramatyki jedynie na 10 minut. Czym jest dla mnie taka materia jak chińska podróbka metalu? Hej!

Pieprzu!

piątek, 24 lutego 2017

"Małżeństwo jest jak spacer po parku – ogólnie przyjemnie, ale trafia się kupa." czyli "Skarbie mój, przyrzekam Ci, wierność mą po wszystkie dni."




Przyznaję się, że w związku z fatalną pogodą za oknem, smogiem i katarem moje hygge jest bardzo histeryczne. Piję dwa kubki gorącej czekolady dziennie. Oczywiście, nie jest to żadna tam czekolada z torebki, ale normalna czekolada rozpuszczona w mleku (nie jadamy przetworzonej żywności mój sssskarbie, słuchamy doktor Zdrówko). Martwi mnie jednak fakt, że do czekolady zaczęłam sobie dodawać pajdę świeżego chleba z masłem. Nie do środka szklanki, nie jestem aż takim leniem żeby samodzielnie nie pogryźć chleba. Normalnie, szklana z czekoladą w jednym ręku, kroma w drugim. Masło i czekolada skapują sobie po moich gołych nogach, i dają powód do zastanawiania się - zlizywać czy zmyć? Przy zlizywaniu może być więcej zabawy, chociaż nie czarujmy się, z wiekiem ilość miejsc w które mielibyśmy ochotę (i możliwość) wsadzić nasz język, nieustająco maleje. Jaka szkoda!

Z powodu długiego urlopu, który sobie zafundowałam, miałam wreszcie czas na oglądanie programów telewizyjnych.Zanurzyłam się więc głęboko w moje ulubione nurty, dotyczące relacji międzyludzkich i DIY. Lubię oglądać programy,w których półnadzy mężczyźni, wyposażeni w wielkie młoty, zmieniają wystrój mieszkań i przesuwają ściany gołymi rękami, a potem sprzedają to za jakieś chore pieniądze ludziom w garniturach i garsonkach. Tym razem uwiodło mnie jednak coś całkiem innego.

Och, ileż może nam powiedzieć o wzajemnych stosunkach, uczuciach i relacjach wspólne kupowanie domu. Wcale nie musimy znać ich osobiście, wystarczy tylko posłuchać. Popatrzmy na Kate i Michaela, oboje koło 30, eleganccy, na poziomie. Ona chybocze się na zbyt wysokich szpilkach, on w typie młodego yuppie. 


K:Oh my god! Wspaniały ten living room...
M:Wstawię tu mój stół do bilarda!
K:Chyba żartujesz...ten zapleśniały rzęch i moja porcelana po babce? Możesz go sobie trzymać w piwnicy!
M:(nieco oklapnięty) Ale w piwnicy nie ma dość miejsca...i okien...i ogrzewania...
K:Tym lepiej...tym lepiej...

K:Oh my god!!! Wspaniała ta sypialnia...duża, z garderobą. I z łazienką...super!Popatrz na tą wannę...raj...
M:No...Jestem amazed! nie mogę się doczekać wzięcia tu kąpieli!
K: (zszokowana) Chcesz się tutaj kąpać? Absolutnie. Możesz korzystać z tej łazienki dole.
M:Ale....dlaczego?
K:Zmoczysz mi kosmetyki i zaparujesz lustra, nie będę mogła sobie zrobić makijażu...ta mała łazienka na dole będzie akurat dla Ciebie. (CZYTAJ: wychodek pod schodami)

K Uważam, że ma(dom) za mały basen. Musimy go powiększyć. Nie będę mogła zapraszać dziewczyn na grilla przy basenie!! 
M:Nie ma na to pieniędzy. No chyba, że zrezygnujesz ze ślubu na 400 gości...
K:Absolutnie! Jak ty sobie to wyobrażasz?? Mam nie zapraszać matki???!!!
M:I z wynajęcia zamku na przyjęcie weselne...
K:Uważasz, że na to nie zasługuję...???
M:Nie o to chodzi....ale te rzeźby lodowe na stołach..i tresowane kolibry tańczące salsę...
K:Ty pewnie chciałbyś żebym szła jak obdartus do ślubu! A może weźmiemy go w twoim ulubionym pubie, w otoczeniu twoich zapoconych kolegów?
K Wiesz...to wcale nie jest zły pomysł...
K:To się z jednym z nich ożeń...

I zaczynasz mu sekundować - run, Forrest, run! Jeszcze masz szanse zanim zostaniesz żywcem pożarty przez modliszkę, karmioną od dzieciństwa hasłem "Jestem tego warta", "i tego, i tamtego też jestem warta". 

Małżeństwo to długoterminowy kontrakt w zmieniających się warunkach. 
Decyzja o ślubie, to w pewnym sensie wzięcie kredytu, który spłaca się całe życie. (a przynajmniej takie jest założenie) Kiedy patrzę na większość związków, wydaje mi się, że małżeństwo to zapasy na trzęsawisku, w których wygrany jest ten kto na górze, i kto zdoła utrzymać drugiego jak najdłużej pod powierzchnią małżeńskiego bagniska. 

Po co więc ludzie to robią? Po kiego grzyba zakładają sobie powróz na szyję i pozwalają sobą orać jak górnicy Łyskiem? Mam na to własną teorię, oto ona:

1. Bo już czas stracić panieństwo. 
Część z Was zapewne to zna. Kiedy na imprezach rodzinnych wuj Stach z obleśnym uśmiechem rzuca przy mielonym, patrząc wam głęboko w oczy : tik-tak, tik-tak..., mamusia ze łzami w oczach życzy ci pod choinką, żebyś wreszcie kogoś znalazła, dziadek domaga się głośno prawnucząt do głaskania, koleżanki mówią tylko o tym co przygotują swoim dziubutkom na obiad, czujesz jak twoja asertywność zmienia się w kicającego, płochliwego szaraka. 
I co wtedy?
Bierzesz co dają i nie grymasisz, bo nie chcesz skończyć jak zdziwaczała ciotka Marysia- stara panna, w sukienkach pachnących naftaliną. Wybór bywa osobliwie przypadkowy. Znam osobę, która wyszła szybko za mąż za człowieka zamieszkującego okoliczne łąki i zagajniki, posiadającego na stanie jedynie namiot,dwie pary slipek i brzozową witkę do odganiania much. (nie jestem pewna, czy posiadał choćby nazwisko)

2. Bo dziecko w drodze. 
A jak wiadomo dziecko musi mieć rodziców. Skoro pojawiło się dziecko, musiał być seks. Dziś już nikt nie uwierzy w bajki typu '"wytarłam się czyimś ręcznikiem w publicznej łaźni, i stało się". Mamy XXI wiek, a ludzie ciągle nie potrafią oddzielić seksu od miłości. To, że ktoś potrafi dać mi 3 orgazmy w ciągu jednej nocy, i jest mistrzem seksu oralnego nie czyni go dobrym partnerem na życie. Chociaż zdarzają się i takie hybrydy. (najczęściej jednak mieszkają za 7 górami, i za 7 lasami, w wysokim zamku i należą do miejskich legend, jak czarna wołga)

3. Dla pieniędzy. 
Lubisz wygodne życie, nie masz zamiaru parzyć herbatek jakiemuś sapiącemu managerowi za marne pieniądze. Lepiej już się za niego wydać, i mieć pełny dostęp do jego konta. Niestety, zwykle wiąże się to z wypełnianiem określonych obowiązków, które po jakimś czasie staną się piekłem. 
W jaguarze można być tak samo nieszczęśliwym, jak w starym Seicento. 

4.Bo każda kobieta ma ochotę chociaż raz być księżniczką.
Koronki, tiule, białe rękawiczki, wianuszek (świadczący o naszej niewinności), biała suknia, dziewczynki sypiące kwiaty, ptaszki, fiftaszki, tory, karety...
Im huczniejsze wesele, tym trudniej się zwlec z barłogu następnego dnia o świcie, i powrócić do codzienności. W końcu najlepsze mamy już za sobą, i teraz pozostaje jeno proza życia. Następny etap, w którym można trochę poksiężniczkować to - ciąża. 

5. Żeby zmienić nazwisko lub dostać paszport . 
Masz fatalne nazwisko, z którego rodzina jest niesłychanie dumna? Cóż, pozostaje zamążpójście. Należy jedynie uważać żeby nie zrobić sobie większej krzywdy i nie wymienić siekierki na kijek. Zamiana Żaby na Larwę nie poprawi sytuacji.
Masz niemodne obywatelstwo? Małżeństwo też jest w stanie wyciągnąć cię z tego bagna. Jest nawet możliwość, że na tyle ci się spodoba, że zostaniesz na dłużej w tym stanie. 

6. Z miłości. Niby fajnie, ale nie przesadzajmy, nawet wychodzenie za mąż z miłości ma swoje mankamenty. Miłość zakłada bowiem różowe okulary, które pewnego dnia mogą opaść ...i widzimy, że król jest nagi, a na dodatek jakiś taki koślawy, i denerwujący, i że nawet Adam Kraśko bardziej na nas działa niż ślubny.... Wtedy trzeba zamknąć oczy i przypomnieć sobie, dlaczego do licha kiedyś zakochaliśmy się w tym Józiu. Warto! Lepiej bowiem naprawiać to co sprawdzone, niż kupować kota w worku. 

7. Prosił, prosił i się doprosił.
Czasami wychodzi się za mąż dla świętego spokoju. Partner jest tak namolny, że nie sposób się go pozbyć inaczej, niż zniechęcić codziennym dzieleniem sypialni i łazienki. W sumie, nie jest to złe rozwiązanie. Możemy być najgorszą żoną/mężem w mieście, a na jakąkolwiek skargę odpowiadać ze spokojem - "widziały gały, co brały".

Miłość jednak wygrywa:-)
Pieprzu!

P.S. Tak, numer 4 wycięłam!(niechcący)
Ale już dopisałam.
To mój 199 post. Hurrrra!

piątek, 12 lutego 2016

Baba bez brzucha, jak garnek bez ucha CZYLI boję się, że Beth Ditto kiedyś mnie znajdzie.


Czy pytałyście kiedyś, drogie siostry w płci, swojego osobistego - najdroższego, w jakim to przyodziewku vel fatałaszku najchętniej by was oglądał?  Wiem, wiem, po kiego grzyba gadać ze ślepcem o kolorach?!! Większość mężczyzn, nie odróżnia przecież fioletu angielskiego od afrykańskiego, a różu indyjskiego od pompejańskiego. I jak tu z takim żyć i dzielić łoże? Powiem Wam, że z pewnością łatwiej niż z facetem, który chce cię zadźgać pędzlem, bo nazwałaś ugier - sjeną paloną, a dwadzieścia lat temu wyrwał drzwi do łazienki bo upierałam się, że spodnie są koloru granatowego a nie czarnego. No, ale to całkiem inna historia.

Wróćmy więc do przyodziewku - może warto zapytać faceta, w jakim ciuszku najbardziej seksownie się dla niego prezentujecie. Nie tylko po to, żeby to brutalnie wykorzystać w chwilach jego słabości (wdziewając toto na siebie, leżąc na dywanie i jęcząc -kupimy pieska, kupimy?), ale przede wszystkim, żeby ocenić co on tak naprawdę o nas myśli, oraz sprawdzić jego kondycję i gust. Uzyskanie potrzebnej nam informacji nie jest oczywiście rzeczą łatwą, ponieważ samce bywają straszliwie podejrzliwe. 99% procent facetów wpada w stupor po usłyszeniu prostego pytania - Czy wyglądam w tym grubo? 

Wiadomo, że odpowiedz TAK - to jak uplecenie sobie powroza, przyniesienie taboretu i własnonożne wykopanie go spod siebie. MY nie zapominamy. 
A jeśli powie NIE, możemy nieco przedłużać agonię, wbijając mu szpilki pod paznokcie:
- Mhm...mówisz, że w tym NIE wyglądam grubo, znaczy, że w czymś innym wyglądam?
-Acha...to znaczy, że jestem gruba, tylko ta sukienka to przykrywa?!!

Wiadomo, najnowsze badania dowodzą, że kobieta, która waży kilka kilo więcej niż powinna, żyje dłużej niż mężczyzna, który o tym wspomniał. I oni o tym wiedzą, kocie! Trzeba zatem podłubać głębiej w mężczyźnie, bo większość boi się puścić pary z ust, a drugiej części nie chce się gadać o czymś co nie przypomina piłki do nogi lub jakiegoś trybika w silniku - leniwiec odpowiada - Kochanie, pięknie wyglądasz we wszystkim. Bullshit! Nie ma takiej opcji, i nie ma takich kobiet powyżej 40 roku życia. 

Jak rozmawiać o modzie i urodzie z kimś kto nie jest Jacykowem i nie umieszcza zdjęć swojego wystylizowanego penisa na Instagramie? Jest to trudne, ale nie jest niemożliwe. 

Ja atakuję ostro, podrzucając mu Beth Ditto (którą szczerze podziwiam, bo jest sobą i ma konkretnie wszystkich w czarnej dziurze) i z uśmieszkiem kota z Cheshire pytam niewinnie - Kochanie, czy nie uważasz, że jestem w typie Beth? 




Najdroższy oburza się (ulga!) i pokazuje, że mam bzika jak stąd do Strzyżowa. (Ufff...znaczy, że mogę dokończyć dziś wieczorem to curry, które zostało z obiadu...mniam, mniam). Po czym odpala youtube i atakuje mnie....no, właśnie:



Ha! I ja się nawet z tym zgodzę - cała ja! Z tym, że jakieś 30 lat temu. Z tego wynika, że nieważne co na siebie wciągnę, jaki makup sobie wymyślę, jak bardzo długie są moje karminowe paznokcie i czy zrobię peeling wieczorem. On i tak pamięta tylko jak wyglądałam te 100 lat temu. W sumie to fajnie, bo nie muszę się tak starać i żreć marchewkę zmieszaną z selerem naciowym, a później wyciągać cały dzień włókna spomiędzy zębów. Zastanowię się nawet nad goleniem nóg, bo może wobec takiego zaślepienia, nie warto się męczyć? Mogę sobie spokojnie zarastać, hodować grafit na pięcie, mieć włosy jak pleśń i czuć się wspaniale. 

To wyjaśnia też znakomicie, dlaczego na pytania - Co mam na siebie włożyć? Nieodmiennie słyszę jedną i tę samą odpowiedz:
- Krótką spódniczkę i trampki, do tego biały podkoszulek.

Matko Huto! Gdybym faktycznie to zrobiła, to jestem pewna, że wywołałabym spore zamieszanie na ulicach polskich miast, bo w Londynie to nie takie dziwowiska spotka się na wolnym powietrzu.

Po długich pertraktacjach, wertowaniu miliona teledysków, uznaliśmy wspólnie, że jestem gdzieś tak pomiędzy, jeszcze nie Beth ale już nie Alizee. I teraz chyba jasne  dlaczego moja garderoba, podobnie jak garderoba Kim zawiera tylko różne odcienie czerni. 


Jaki z tego morał? Nieważne co na siebie włożysz, Twój facet i tak tego nie zauważy, zauważą za to wszystkie Twoje koleżanki. 

Przechodzę teraz etap utwierdzaniu się w miłości do samej siebie, trzysta razy dziennie staję przed lustrem, uśmiecham się zabójczo, wydymam usteczka i posyłam sobie całuska szepcząc - Jasiu..., Gabi jest jak miód, mówię ci, miód po prostu. (Dobrowolski do Fedorowicza o Wandzi -Nie ma róży bez ognia). Działa, chociaż powoli. 
No to buźka, i mówię Wam ---Gabi to jest miód! Palce lizać. A kto nie wierzy, to jego strata. 


niedziela, 14 czerwca 2015

" Artysta – człowiek, który nigdy nie dorósł i pozostał chory na wyobraźnię przez całe życie." czyli codzienne życie z bóstwem.



W kobiecej literaturze istnieje taki schemat - młoda, piękna, inteligentna, o bogatym wnętrzu,( z umierającą acz nieznaną wcześniej ciotką, która w spadku przekazuje - dworek, leśniczówkę, chatkę), zostaje porzucona i zdradzona przez obleśnie niewiernego ale przystojnego lekarza/prawnika//managera. 

Tapla się nasza biedaczka w nieszczęściu, wspomina ręce byłego błądzące po krzywiznach jej ciała, tryliard razy wyświetla sobie w umęczonej głowinie moment przyłapania niewiernego in flagranti z pięknie opaloną rywalką i nie chce jej się żyć .Nie przerywa jednak pasma udręki zardzewiałą żyletką marki Polsilver, nie rujnuje nadmiernie zasobów PGNiG-e, nie wspina się też na barierkę balkonu i nie rzuca swobodnie w dół na łeb na szyję lotem jednostajnie przyspieszonym.  

Nic z tego.

Ona rzuca w diabły pracę, przyjaciół , rodzinę i wyjeżdża na największą pipidówę świata gdzie natychmiast spotyka miłość.
Miłość jest zwykle przystojnym, wysokim artystą
malarzem/rzeźbiarzem/muzykiem lub innym odmieńcem, którego życie też nieźle skopało po umięśnionym i seksownym zadku. Wzajemna fascynacja, seks i miłość wlewają się przez dziurawe okna i dach domku otrzymanego w spadku. A potem żyją długo i szczęśliwie....

Co do mnie...
wuNtpia.....!!!!

Po pierwsze - dlaczego do licha te kobiety są zawsze piękne tak, że aż oczy trzeba mrużyć? Co z kobietami niepięknymi?? 

Po drugie, skoro takie inteligentne to dlaczego dają się robić w balona? 

A po trzecie, autorki piszące te łzawe brednie artystę chyba widziały jedynie na obrazku. Z pewnością nie dzieliły z nim łoża i lodówki! Jeśli komuś wydaje się, że życie z artystą to sama rozkosz i taniec w chmurach to biegnę wyprowadzić was z błędu. Dzień codzienny z artystą to jak codzienny jogging przez pole minowe. Biedne dziewoje wpadły z deszczu pod rynnę! Wiem co mówię. 

Osobiście wolałabym prostego jak linijka, nieskomplikowanego jak kawałek sznurka, rosochatego i spoconego drwala, który ma w nosie kim był Matejko i gdzie kupić zieleń Veronese'a. Chłopa dajcie mi, co wstaje z pianiem koguta o 5.00, zawija kanapkę w papier i maszeruje na osiem godzin do roboty. O 16.00 wraca i konsumuje obiad. Wieczorem obejrzy mecz, naprawi półkę , weźmie mnie w jasyr  i zniewoli okrutnie bez zastanawiania się nad konsekwencjami i nad kondycją ludzkości, a potem będzie chrapał zdrowo i donośnie. 

Wiem, wiem...moje marzenia są takie przyziemne...
ale czy łatwo znieść, że:

Artysta, moje drogie nie wstaje przed 12.00. Jeśli wstaje, to nie jest artystą a rzemieślnikiem. Przez 20 lat jęczałam u wezgłowia łoża artysty błagając go o otwarcie choćby jednego oka. Obiecywałam i robiłam takie rzeczy, że aż się rumienię na samo wspomnienie. Po 20 latach zmądrzałam i przestałam, co zaowocowało natychmiastowym fochem, że "się nie interesuję, że nie dbam, że mógłby tam leżeć i się zaśmierdnąć a pies z kulawą nogą by się nie zainteresował". 

Artysta widzi porządek/bałagan zupełnie inaczej niż przeciętny człowiek. Dla niego przypalone jajko zaschnięte od dwóch dni na kuchence gazowej to nie ohyda najgorsza, smród i malaria  a piękna martwa natura z przyszłością. Nie ma co sprzątać, lepiej się pozachwycać. Szczególnie, że zmienia kolor po zetknięciu z powietrzem...Trzeba rozrobić farbę...(NA CZYMŚ CO JEST AKURAT POD RĘKĄ) och, to była twoja książka mój Paszeko...ojej, nie martw się, masz przecież dużo innych książek...ale zobacz jak wyszło pięknie...

Artysta nie ma przyjaciół. Artysta jest ponad ludźmi, czasem jedynie udziela im audiencji zstępując na chwile z piedestału. Zresztą niezbyt często, bo artystę jest w stanie zrozumieć jedynie drugi artysta, a z drugim artystą przyjaźnić się nie może bo to rywal i ewentualny złodziej pomysłów. Dlatego na wszelki wypadek artysta nie przyjaźni się z nikim. (może jednak mieć kumpli od kieliszka, zwykle jednak chla w samotności do lustra, płacząc nad brakiem talentu lub zrozumienia u innych ). Żona musi mu zastąpić wszystkich kumpli razem wziętych, i nauczyć się zabawiać bóstwo od wieczora do rana.( kurs dla clownów i taniec brzucha mile widziany)

Artysta cierpi. Zdarza się, że artysta daruje/sprzedaje obraz znajomym. Masakra. Dostanie temperatury i rozwolnienia w dzień rozstania się z dziełem, będzie krytykował kolorystykę ich mieszkania, jakość użytych materiałów i oświetlenie, które nijak się nie komponuje z wiekopomnym dziełem. Rozboli go głowa kiedy zobaczy jak beznadziejnie, mając w nosie wszelkie  zasady kompozycji zawiesili obraz na haku. Nie będzie mógł spać w nocy planując podstępne najście ich gniazdka i szybkie przekomponowanie ścian.

Artysta cznia pieniądze. Jeśli je ma to fajnie, a jeśli nie to powie, że przecież można wykopać na czyimś polu parę kartofli i jakoś przeżyć te parę dni, które zostały do momentu aż dostanie wypłatę za ostatnie dzieło. Że dziecko dziesięciomiesięczne potrzebuje czegoś więcej niż kartofla bez okrasy? Kaprysy i fanaberie, dawniej dzieci w ubogich domach żuły rzemień na śniadanie i ludzkość przetrwała...niech więc sobie coś przeżuje i niech nie zawraca głowy bo właśnie rodzi się koncepcja i ją przede wszystkim należy nakarmić. 

Z normalnym facetem porozmawiasz o rodzaju mięsa na niedzielny obiad, opowiesz mu o mężu Kowalskiej spod 5-ki czy też omówisz najnowszy odcinek M jak miłość. Z artystą tego mieć nie będziesz. Artysta nie rozmawia. Artysta przemawia. Daje wykład. Snuje fantasmagorie. Komentuje strukturę, fakturę, powierzchnię i Twoje wybory.  Wczoraj dyskutowałaś o nowej teorii szybkości rozszerzania się wszechświata, jutro o melancholii w rysunkach Durera, a dziś o konsystencji i kolorze gotowanego curry

Bo artysta gotuje. Gotowanie to przecież tworzenie.

Artysta gotuje, szyje, potrafi zrobić ci makijaż, uszyć bieliznę, obciąć włosy, skrócić spodnie, zrobić meble do sypialni wraz z wyhaftowaniem pościeli w twoje ulubione błękitne łabądki,,,,ale nie proś go o wymianę żarówki, przetkanie wanny, wymianę opon....och, kochana...do tego musisz mieć kochanka, albo nawet dwóch. I nie chodzi tu o fizyczny aspekt, on po prostu tego nie ogarnia.

Artysta uprawia seks ale bywa bardzo chimeryczny. Jeśli spojrzałaś na niego kuso w zeszłym tygodniu, może się nabawić czasowej impotencji. Należy być zawsze radosną, chętną, uczesaną, ubraną kobieco , delikatną i broń Boże nie podnosić zbytnio głosu, bo to go rozprasza.

Artysta nie życzy sobie widzieć małżonki odkurzającej, myjącej naczynia, czy o zgrozo szorującej szczotą wc. Ona ma być muzą albo on poszuka sobie nowego natchnienia....dlatego artysta woli szorować sam, a pozwolić wybrance w tym czasie leżeć i pachnieć aby nie straciła uroku osobistego i czaru tajemniczości.  (bardziej leniwi artyści opuszczają mieszkanie na czas sprzątania i wolą wierzyć, ze ich skarpety wyprały gnomy do spółki z trollami)

Artysta nie znosi krytyki. Przepraszam, artysta nie przeżyje krytyki, dlatego żona artysty ma zawsze ustka w ciup i wielkie oczy od wpatrywania się w bóstwo całymi dniami. Żyjesz z artystą? Umiejętność zachwycania się musisz mieć we krwi. 

Żona artysty nie kupuje bóstwu żadnej rzeczy, którą artysta miałby na siebie założyć albo też zużyć w jakikolwiek sposób. Dlaczego? Bo tylko artysta wie co dla niego dobre.

Mieszkanie z artystą może być niebezpieczne...tu przypomnienie jak po raz pierwszy w życiu czułam się nadziana! (tylko dla dorosłych) nadziana o poranku

Choćby żona artysty wynalazła proch, koło i trawę, artysta tego i tak nie doceni. Podniesie jedną brew, 
pokiwa tylko głową nad głupotą wybranki, i powie "Wisz ty co Paszeko...idź, prześpij się lepiej, to ci dobrze zrobi"...bo słońce jest przecież tylko jedno. 

Tak to mniej więcej wygląda....i co? Reflektuje ktoś?
Nie lepiej znaleźć sobie przystojnego, młodego dentystę? Albo drwala? 

Jeśli czyta to jakiś drwal na białym koniu, chętny do uratowania całkiem zepsutej księżniczki z drugiej ręki, to ja ciągle czekam!!! A autorki niech przestaną pisać te głodne kawałki o spokojnym i szczęśliwym życiu z artystą. To zabawa tylko dla hardcorów. 


Wieprzu vel Paszeko

Ove przytomnie zauważył, że drwalska brać może mieć kłopoty ze skoncentrowaniem się na zbyt dużej liczbie liter. Obrazek jako dodatek i przynęta, może z tytułem "Czekając na drwala mojego życia"


czwartek, 5 czerwca 2014

A kiedy Marian ze schodów spadł, to całkiem mu się pozmieniał świat czyli zapiski przedśmiertne i wsi moja kochana.

. 

 "Roku tegoż pańskiego Anno Domini kończyć będę lat siedemdziesiąt i siedem, znaczy się, jak to z dawien dawna mawiają, dwie kosy na mnie idą. Druga rzecz: podług kalendarza i podług pogody styczeń mamy. Do marca, jak w sam raz, niecałe dwa miesiące. A przecie stare, a to znaczy się mądre przysłowie powiada: szczęśliwy starzec, co przeżył marzec"


Nie spodziewałam się, że książka polskiego autora przyniesie mi tyle radości. Przeczytałam ją w dwa dni, i stwierdziłam, że muszę o niej napisać, bo szkoda, żeby umknęła tym, którzy szukają czegoś oryginalnego i naprawdę zabawnego.
Oto jest:


Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana



Marian. Zamieszkały we wsi Mużyny, mąż Apolonii i ojciec piątki dzieci. Marian, zgorzkniały do samych kostek, przepełniony nienawiścią do sąsiada, stary tyran rodzinny, konserwatywny do bólu. Marian -  głęboko wierzący, przekonany o swojej nieomylności, i o tym, że lepszego męża i ojca wymarzyć sobie nie można. Marian, którego widzę i słyszę codziennie na ulicy, za płotem, w samolocie i w telewizji. Marian - Kargul, Pawlak, Ferdek Kiepski i ojciec z filmu Kogel-mogel w jednym. Zapewniam, że każdy z nas znajdzie tam coś znajomego.



Byliście kiedyś na prawdziwej wsi? Ja byłam. W zapyziałych latach 80 tych. Ja nastolatka, z modną miastową fryzurką, w dżinsach na szelkach, w białych skarpetkach, chińskich trampkach koloru czerwonego i żółtym chińskim podkoszulku. Powiem wam szczerze, na powodzenie w tamtych latach narzekać nie mogłam, ale takiego rwania to w życiu się nie spodziewałam. Czułam się tam jak kolorowy kwiat na śniegu, jak królowa życia, jak Angelina Jolie prowincji, tylko ta rozdziawiona szeroko gęba, nieco mi w utrzymywaniu statusu kwiatu przeszkadzała.

Pierwsze zdziwienie przyszło kiedy zapytałam o łazienkę. Była! A jakże! Tylko, że nieczynna i zawalona od góry do dołu drewnianymi skrzynkami z narzędziami, roślinami i czymś co przypominało odchody królicze. W każdym razie rąk się tam umyć nie dało bez uprzedniego ukończenia kursu alpinistycznego. Innych potrzeb fizjologicznych, zresztą też nie można było tam załatwić, bo gospodarze doszli do wniosku, że w domu śmierdzących czynności się nie wykonuje i samego kibelka w domu nie posiadali. Sławojka była za domem.


Czułam się jak ten pisarz, Oborniak bo "sracz był oddalony od wyra i szło się w deszcz". Jako dziewczynka idąca w życiu na dalekie kompromisy, i wychowywana rozsądnie, nie protestowałam. To znaczy, nie protestowałam do momentu kiedy siedząc razu pewnego w wygódce i przyglądając się słońcu wdzierającemu się tam przez szpary, nie spojrzałam sobie w górę i nie zobaczyłam setki krwiożerczych tarantul, przemieszczających się po belce nad moją głową w rytmie "prawy do lewego". Wyskoczyłam z krzykiem, podciągając w biegu majciochy i dając gawiedzi wiszącej na płocie powody do plotek. Od tamtej pory wchodziłam do wygódki jedynie w plastikowej płachcie, używanej przez tamtejszego Mariana jako peleryna. Ubzdurałam sobie, że pająk "spadniety na pelerynę" dozna poślizgu i wyląduje w czarnej dziurze, zamiast na moich gładkich i różowych czterech literach. 


Kąpać też się można było, a jakże! W czymś co nazywano parnikiem. Pomieszczenie to służyło głównie do gotowania ziemniaków, albo też ziemniaczanych obierek dla bydlątek. W celu wykonania ablucji, należało rozebrać się do rosołu i umyć wszystkie członki w plastikowej misce, z pomocą wrzątku z gara na piecu. 


Niestety, parnik miał okna wielkości drzwi tarasowych. Widać gospodarze nie przewidzieli, że będą gościć gwiazdę na gościnnych występach. Tak, tak...kto zgadł? Plastikowa płachta Mariana pomagała mi zachować czystość. Właziłam pod nią razem z miską, zupełnie nie zwracając uwagi na pukania w szybę i szarpanie za klamkę, i męcząc się okropnie próbowałam utrzymać ciało w jako - takiej czystości. 


Telewizor? Był, ale zepsuty i nikt nie miał czasu się tym martwić. Gospodarze chodzili spać o godzinie 20.00, a wstawali około 3.00 nad ranem. Autobus czasem się zatrzymywał, a czasem nie. Takie miejsce zapomniane przez wszystkich ale za to z uroczą rzeczką, i dużą ilością zieleni. 


Spodobałam się. Zachciano mnie na żonę. Okazało się, że kawaler, którego ze względu na ilość zmarszczek, brałam za 40 latka, jest ode mnie starszy jedynie o 5 lat. Powiedział, że poczeka aż nieco wydorośleję. Pokazał mi kury, owce, krowy, gęsi i pola, pola, pola. I to wszystko miało być moje. Przez moment, w mojej szalonej głowie zrodził się przepiękny obraz mnie rolniczej, wstającej bladym świtkiem, owiniętej jeno białym giezłem, z głową przyozdobioną kwietnym wiankiem,   i karmiącej urocze gąsięta, kaczęta i świnięta z ręki, a potem bawiącej się z owieczkami do wieczora. 


Niestety, nie udało się. Kawaler w ramach testu poprosił mnie o zrobienie mu kromki z salcesonem. Brzydząc się niemiłosiernie, wzięłam tłuściznę w rękę przez papier, wyszukałam odpowiedni nóż i zaczęłam "robić kromkę". Ciosać - to słowo w moim wypadku byłoby chyba bardziej odpowiednie. Kawaler i jego matka przyglądali się temu ze spokojem ludzi, których ze strony miastowych nic nie zdziwi. 


W kromkę włożyłam, oprócz salcesonu i sporej ilości masła, własne serce i cała sympatię dla wiejskiego stylu życia. Niestety, to kawaler nie zdał testu na narzeczonego. Nie był w stanie otworzyć ust na taką szerokość, żeby kromka gładko tam wjechała. Trzymając pajdziocha dwoma rękami, próbował nagryzać toto w różnych miejscach, masło lało mu się między palcami, a kawałki salcesonu, wielkie jak brykiety do grilla wyjeżdżały ze środka. Czego nie upchnął  palcem z powrotem do wewnątrz, lądowało na jego spodniach, i szusowało jak Alberto Tomba w dół nogawki, i na podłogę. Kręcił głową, próbował podejść kromę z lewej, z prawej, od góry i z dołu. I nie dał rady. Znaczy, na męża się kiepsko nadawał. Mąż powinien umieć zjeść to co żona ugotuje. Prawda?


Cóż, zostałam żoną miastową ale plastikową płachtę zatrzymałam na zawsze.
 

wtorek, 13 maja 2014

To ko­bieta wy­biera mężczyznę, który ją wybierze czyli czy możesz mi dmuchnąć w gwizdek?




Męże - część trzecia. W dzisiejszym odcinku zajmiemy się dość powszechnie występującym Mężczyzną Maniana, Opojem Wędrownym i Ohydkiem Zdrajczym. 

Poprzednie typy:

Mężczyzna Maniana:

rząd: ślepuchowate bimbasie
zawołanie: "zrobię to jutro"
jadowitość: 0-5
zdradliwość: 0-5

Jak rozpoznać: 

Nie ma chyba na świecie mężczyzny, który pozbawiony jest zupełnie pierwiastka Męża Maniana. Zagnieździł się mocno w rodzaju męskim i jest prawie nie do wykorzenienia. Mężczyzna Maniana ma zawsze czas na zrobienie tego o co go prosisz, z tym, że jest to jego własny czas, czas samodzielnie określony i wybrany. Mężczyzna Maniana może doskonale egzystować w sąsiedztwie rozpełzającego się po kuchni śmiecia, niedziałających żarówek, niedomalowanego sufitu, kulawego fotela. On wie co jest do zrobienia, czeka tylko na ten odpowiedni moment żeby zaskoczyć. 

Plusy: Nieznane

Minusy: Szlag Cię trafia!

Postępowanie:


Można wziąć go na przeczekanie. Ktoś w końcu musi ustąpić. Jeśli jednak Mąż Maniana wgryzł się głęboko w trzewia Twojego lubego, prędzej uschniesz lub pokryjesz się pleśnią  niż doczekasz się działania. 

Jedna z moich znajomych nie mogła doprosić się swojego męża o zamocowanie żyrandola. Mieszkali w mocno już ponurym pokoju, a ona do czytania w wygodnym fotelu używała latarki - czołówki. W końcu nie wytrzymała, rąbnęła żyrandol na stół, pomiędzy sałatki, zupę i drugie danie. Mąż zauważył, przesunął ogromne ustrojstwo w lewo i spokojnie zjadł obiad. Mieszkali z żyrandolem na stole przez pół roku, aż do wizyty teścia, który załatwił sprawę w dziesięć minut. 

U mojego własnego męża, cecha Maniana oczywiście także występuje. Ponieważ jednak ma on w sobie cechy męża Supermana, Maniana zmusza go do kłamstwa, a mianowicie, do rzucania w eter niejakich "niedasiów". Żyrandola NIE DA SIĘ przykręcić, fotela NIE DA SIĘ naprawić, ściany NIE DA SIĘ pomalować itp. itd. Nie dało się na ten przykład przykręcić uchwytu na ręczniki w łazience, ponieważ kafelki by popękały, tynk się obsypał, a uchwyt w żadnym razie by się tam nie utrzymał. Pod nieobecność męża odwiedził mnie kolega, który nie miał pojęcia, jak trudnym zadaniem jest zamocowanie tego cholernego uchwytu leżącego na stole i wołającego o ratunek. Dlatego złapał za wiertarkę i załatwił sprawę w trzy minuty, narażając się na obrazę majestatu i pretensje po wsze czasy. Uchwyt wytrzymał 15 lat, aż do zmiany mieszkania.




Opój Wędrowny:

rząd: ożarte
zawołanie: "bzzz..eee...uuuu"
jadowitość: 0-5
zdradliwość: 0-5
Uwaga! : Najbardziej niebezpieczny podtyp: opój wędrujący - żądlący (bije)

Jak rozpoznać: 

Opój Wędrowny jest podtypem zwykłego opoja, który po skonsumowaniu nadmiernej ilości napojów wysokoprocentowych, wali się na łóżko i chrapie, ewentualnie - awanturuje się, wali się na łóżko i chrapie. Wędrowny, jak sama nazwa wskazuje, nigdy nie kończy tam gdzie zaczął. 

Jeden z mężów tego typu, zniknął na własnym weselu, wyszedł się tylko przewietrzyć i został odnaleziony 6 dni później w Krakowie, oddalonym od sali weselnej jakieś 80 km. Nadal był pod krawatem, niestety w wirze szalonej wycieczki krajoznawczej zgubił gdzieś spodnie i buty. Pewnie Smok Wawelski mu buchnął. 

Znajomy na poważnym stanowisku zaczął w Katowicach, a po tygodniu musiał wziąć urlop bo znad  morza nie wraca się w mgnieniu oka. 

No, i jeszcze jeden, którego poznałam osobiście. Bawiliśmy się wspólnie na weselu znajomych w górach, w nocy zniknął, a po dwóch tygodniach zobaczyłam go w tym samym garniaku, kiedy opuszczał progi ponurego baru piwnego, tuż obok mojego domu, w towarzystwie bezzębnych, i nieco już zużytych babć Koryntu. Dla niego zabawa jeszcze się nie skończyła, a w tym czasie małżonka prasowała już żałobną garderobę. 

Plusy: Nieznane

Minusy: Obgryzione do krwi paznokcie, wyrwane włosy, nerwica w poważnym stadium, wieczne oczekiwanie i pranie, duuuużo prania. 

Postępowanie:

RUN FORREST, RUN!!!!!




Ohydek Zdrajczy:

rząd: przywry rogate i czarusie bagienne
zawołanie: To nie tak jak myślisz!
jadowitość: 0-5
zdradliwość:5+

Jak rozpoznać: 

Ohydki zdrajcze dzielą się na te jadowite i te spokojniejsze. Opcja jadowita wyżywa się na żonie, porównując ja z każdą napotkaną, zobaczoną, usłyszaną czy wymyśloną kobietą. "Zobacz jak Krycha super wygląda. Czemu ty nie kupisz sobie takiej sukienki?". Patrz, jakie ta Młynarska ma piersi! - ona chyba starsza od Ciebie? - tu znaczące spojrzenie na zużyty biust żony. Typ ten często warczy na swoją drugą połowę, jednocześnie będąc uroczym czarusiem dla każdej obcej baby. To ten facet, którego 5 minut wcześniej słyszałaś, jak  kłócił się z żoną nie przebierając w słowach, a teraz pochyla się nad twoją dłonią w windzie i wykonując cmok - nonsens, szepcze nieco zagłuszając szloch żony niosący się przez korytarze bloku - "Witam sąsiadeczkę, a gdzie to się taka piękność wybiera? Może wspólnie na kawkę wpadniemy?" 
Brrrrrr....kawka tylko z arszenikiem!

Część Ohydków działa bardziej podstępnie. Żona nawet nie jest świadoma, że stała się tą trzecią w związku. Najczęściej tylko ona, bo część bezczelnych Ohydków potrafi przyprowadzać swoje nałożnice na imprezy, wyjazdy, spotkania, na które prawowita małżonka przyjść nie mogła. Robi się kwas. Powiedzieć jej? Nic jej nie mówić? Jak traktować ten dodatkowy bonus? Kiedy w końcu sprawa się rypnie, żona ma pretensje do wszystkich, a najbardziej do znajomych. 

Niestety, Ohydkiem Zdrajczym może stać się każdy mężczyzna, bez względu na wiek, zapatrywania polityczne, religię czy urodę. Spotykasz się z ludźmi od 20-stu lat, twierdzisz, że tak bardzo się kochają, tak wspaniale do siebie pasują...a tu nagle trach. Okazuje się, że on ma kochankę, dwoje dzieci na boku, ona szaleje, towarzystwo pozostaje w osłupieniu. 
Znacie? Z pewnością każdy zna chociaz dwie takie historie. 


Plusy: możesz podążać tą samą drogą, zmieniając kochanków jak rękawiczki.

Minusy: dramatyczne sytuacje, niekończące się rozmowy i "spróbujmy jeszcze raz", choroby weneryczne, współczujące spojrzenia przyjaciółek.

Postępowanie:

Ja jednak bym nie wierzyła. Jeśli ktoś przekroczy granicę raz, to pewnie przekroczy ją i drugi raz. Jest szansa, że twój facet zaprzestanie wrogiej działalności, kiedy wreszcie poważnie zachoruje lub po prostu się zestarzeje. Wtedy wróci na stałe. Tylko czy warto czekać tak długo?

Znaleźliście coś znajomego? A w następnej części - Przywra opiekuńcza,  Książe Lulejko i Wielki Nieobecny.

Wieprzu, w pakowaniu.
(a tak wyglądam kiedy dmucham w gwizdek, niektórzy uważają, że przypominam wtedy Alfa)


Pewnie powinnam napisać skąd się wziął ten gwizdek w tytule. Otóż od paru dni chodzi za mną utwór Cezika "Wzniosłe treści obcych pieśni. Dmuchanie w gwizdek też tam jest:))))
Czy możesz mi dmuchnąć w gwizdek? Daj mi znać. Pokażę ci jak to zrobić, jak to zrobić. Czas powoli zaczynać. Składasz usta w małą trabkę, podchodzisz blisko. Czy możesz mi dmuchnąć w gwizdek?
To tak od drugiej minuty utworu:)))

wtorek, 15 kwietnia 2014

Mężczyzna jest jak kot. Przychodzi żeby go nakarmić, pogłaskać i znika czyli wybierz sobie żonę, która nie wierzy w to, co widzi



Typy mężów, cześć druga:
(część pierwsza Pan Kierownik, Superman, Wyrak

4.Macho Burro:
rząd: saletrzaki
jadowitość: 1-5
zdradliwość: 0-5 

Jak rozpoznać: 


Ten typ znam dobrze. Gdziekolwiek się z nim udasz kobieto,będziesz miała wrażenie, że usiadłaś na bombie, a zastęp wesołych terrorystów czai się za krzakiem. Macho Burro jest w stanie wywołać rewolucję w sklepie spożywczym, doprowadzić do katastrofy w ruchu lotniczym lub morskim, albo spowodować normalne, ordynarne mordobicie. 



Wystarczy mała iskra, a Macho Burro płonie jak pochodnia. Nieuprzejma kelnerka? Zażąda rozmowy z kierownikiem, wypłoszy innych klientów. Wymuszenie pierwszeństwa na drodze? Będzie gonił delikwenta następne 100 km żeby powiedzieć co o nim myśli albo skopać mu opony ze złości, nawet jeśli w środku siedzi bezszyjna wycieczka sportowców z Wołomina, oddział uzbrojonych marines lub morderca z tasakiem. Lekarka, która stawia złą diagnozę? Sama widziałam jak pani doktor wybiegła z gabinetu po wyjściu od niej mojego męża i krzyczała, żeby wezwać policję. Uciekaj kobieto gdzie pieprz rośnie jak tylko zauważysz powolnie zaciskającą się szczękę i dym wydostający się z uszu. 

Pamiętacie tego faceta z Co Mi Zrobisz Jak Mnie Złapiesz Barei? To był typowy macho burro. Z tym, że o niskim stopniu jadowitości. Gdyby to trafiło na mojego męża to pewnie wepchnąłby tą brudną ścierkę kierownikowi w gardło, sprzątaczkę nadział na mopa, a sprzedawczynię obezwładnił kulturalnie założonym nelsonem. Mój mąż ma nie tylko obrażone sklepy, mój mąż ma obrażony cały świat. 




Plusy:

Taki facet ma sprawiedliwość we krwi. Nie przejdzie obojętnie koło krzywdzonego i krzywdzącego, tego co łamie przepisy i bije dziecko na ulicy. MUSI wyrazić swoja opinię. MUSI, bo inaczej się udusi.

Minusy:

Gdziekolwiek się z nim znajdziesz - knajpka, sklep, wnętrze samochodu - strzelasz oczami dookoła ze strachu. Zachowujesz się jak człowiek, który obawia się, że gdzieś w poblizu jest snajper dybiący na Twoje życie. 
Macho burro ma też tendencję do mściwego atakowania przedmiotów martwych, które łatwo mu się nie poddają - naprawiając samochód, jest w stanie wytłuc mu młotkiem reflektory, bo żarówka "nie dała się wymienić". 

Postępowanie:

Cóż...pokochać, i jeździć z nim na zakupy do tej Bydgoszczy. 

5. Mężczyzna z mgły i galarety:
rząd: spolegliwce
jadowitość: 0
zdradliwość: 0

Jak rozpoznać:
Stachu i Zenobiusz są znakomitymi przykładami
całość: o ciotkach i wujkach


"Ciotki Einarssonowe mają mężów Einarssonów, którymi pomiatają jak Zła Macocha Kopciuszkiem. Einarsson ma prawo być chory tylko na taka chorobę jak wymyśli mu żona,nie ma prawa do jedzenia tego na co ma ochotę bo to niezdrowe, papierosy pali po kryjomu, a w domu na kapcie musi zakładać szmatki do polerowania podłogi. Zwykle dla biedaka przeznaczony jest konkretny stołek czy fotel, bo „Stachu tak brudzi” , w którym zapada się po przyjściu z pracy do domu i w którym przeżywa całe swoje życie. 

W sklepie Stach Einarsson musi pogodzić się z tym, że znowu dostanie kurtkę dwa numery za dużą.

- Najesz się na Święta Stachu to będzie jak znalazł!
Fioletowy garnitur ze zbyt długimi rękawami?
- Dobry kolor Stachu, weselej wyglądasz. Trochę wyciągniesz ręce i będzie dobrze. 
Stach Einarsson odwraca się dookoła jak marionetka, w kurtce puchowej, z której ledwie widać mu małą spoconą główkę . Nie odzywa się bo wiadomo, że oduczył się tego w pierwszych latach małżeństwa. 


- Wyprostuj się, odwróć się, schyl się, nie wciągaj tych rąk…nooo…bierzemy!

O Zenobiuszu mówiło się trochę jak o ułomnym dziecku:
- No, u nas dobrze, dobrze…tylko Zenobiuszowi musieli jedno jądro odciąć. 
I tu następował skomplikowany opis zmagań lekarza z jądrem wujka. Wujek Brenningen przestał być obecny duchowo w pokoju na początku lat 70-tych, więc i tak było mu obojętne co opowiada jego żona. 

Brenningenowie i Einarssonowie nie mają śmiałości spóźniać się do domu. Wujek Brenningen wrócił kiedyś na plecach kolegów (co za śmiałość) po oblewaniu „trzynastki”. Ciotka Brenningenowa zdążyła podbic mu oko, i naderwać ucho jednemu z jego kolegów, a drugiego pogłaskać po plecach pogrzebaczem. Myślę, że do końca swojego życia w kąciku przy piecu, za firanką, wujek Brenningen wspominał ten swój bohaterski wyczyn dodając mu z roku na rok coraz więcej koloru. "


Plusy:
Masz władzę w swoich rekach, zawsze opuszczoną deskę sedesową i czyste podłogi.

Minusy:
Decyzję zawsze musisz podejmować sama, jeśli Twój mężczyzna ma jakąkolwiek opinię, to i tak jej nie wyrazi. Głównie ze strachu.

Jak postępować:
To zależy co chcesz osiągnąć. Jeśli masz w sobie krew ciotek Brenningenowych, nie popuszczaj. Wałek, pogrzebacz i siła głosu będą Twoimi naturalnymi sprzymierzeńcami. Jeśli należysz do kobiet bluszczy, przepadniecie razem w odmętach codzienności. Mężczyzna z mgły i galarety jest w stanie przeżyć jedynie w rękach Kierowniczki.

6. Biznesmen z bożej łaski:
rząd: czarusie bagienne
jadowitość: 3
zdradliwość: 4-5

Jak rozpoznać:
Główną cechą Bzbł jest mijanie się z prawdą, najczęściej o jakieś pół kilometra. To on spotykając Cię, będzie opowiadał, że własnie finalizuje wspaniały interes i jest mu jeszcze potrzebne jakieś 1000 zł, żeby wszystko domknąć. Może akurat masz? Obiecuje oddać z procentem. Nie łudź się. Nie zobaczysz więcej ani tego 1000, ani procentów, ani jego. Część Bzbł bywa niezmiernie przekonująca i wymowna, w stylu wróżbity Macieja. Zaleje Cię potokiem słów, roztoczy wizję Hawajów w zimie i Alaski w lecie. (wystarczy obejrzeć pierwsze 30 sekund, żeby wiedzieć "o czym ja mówię")


Przykład:
Moja znajoma i jej mąż (Bzbł) od dłuższego czasu borykali się z brakiem pieniędzy. W końcu On otrzymał możliwość zrobienia świetnego interesu życia, który pozwoliłby im kupić chatę na Dominikanie i BMW wielkości czołgu. Od tej upojnej chwili dzieliło ich jakieś marne 40 000 i tydzień w Niemczech.  Cóż to jest 40 000 kiedy się kupuję i chatę, i samochód i psa? To tylko mało znacząca przeszkoda. Znajoma zrobiła więc rajd, po wciąż wiernych znajomych i rodzinie, i zebrała 35 000. Wręczyła genialnemu mężowi wraz z błogosławieństwem i grzecznie czekała na rozwój wypadków. Wypadki rozwinęły się w ciągu najbliższych pięciu dni. Jedna z koleżanek twierdziła, że widziała kreatywnego Bzbł wchodzącego do jednego z hoteli w mieście w bardzo wesołym towarzystwie. Znajoma zebrała się w sobie, zabawiła w Sherlocka Holmesa w spódnicy i wparowała do pokoju, właśnie w chwili kiedy mąż razem z córami Koryntu pracował ciężko nad swoim interesem. Minęło wiele lat, zanim dała rade spłacić wszystkie długi wesołego małżonka. 

Plusy: Hmmm? Jest szansa, że przypadkiem mu się uda, spłaci wszystkie długi, i zostaniesz bogata.

Minusy: Częsta zmiana nazwiska, miejsca pobytu, numeru telefonu, znajomych. 

Jak postępować:
Unikać. Jeśli zaś, Twój mężczyzna zmienił się w Bzbł w trakcie trwania małżeństwa to może przy najbliższej zmianie adresu zmienić też męża? 

cdn.
a w następnym odcinku : Mężczyzna Maniana, Opój Wędrowny i Ohydek Zdrajczy,