Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trivia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trivia. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lipca 2017

Zlewki wakacyjne czyli leżing, smażing i plażing, a tak naprawdę to bredzing.




Post tymczasowy, wakacyjny, zaklejający wyrwę w pisaniu. 


Wakacje są fajne, szczególnie kiedy wieje chłodny wiatr. Ponieważ nigdzie się nie wybieram (pomijając fakt, że ciągle podróżuję i co dwa tygodnie wycieram ławki na lotniskach i fotele w lotniskowych barach), postanowiłam uczcić czas kanikuły odpowiednią książką wakacyjną. Zainspirował mnie do tego ostatni tekst Piotra, który jest Beznadziejnie Zacofany w Lekturze, przypominający książki Natalii Rolleczek. Ponieważ nie miałam pod ręką wszystkich nieprzeczytanych przeze mnie pozycji pani Rolleczek, postanowiłam przypomnieć sobie moje ulubione lektury z czasów podstawówki, te które zawsze mam u siebie na e-czytniku, tak na wszelki wypadek. 

Zaczęłam od Tajemnicy Zielonej Pieczęci. I to był strzał w dziesiątkę. O rany, przecież ja się kochałam w Wiktorze!! Widocznie zawsze miałam pociąg do artystów, i zawsze lubiłam szczupłych, wysokich, wygadanych brunetów. (Dlaczego do diaska wyszłam za dobrze zbudowanego blondyna?) W kolejce czeka jeszcze Za minutę pierwsza miłość, Ci z Dziesiątego Tysiąca, Klub Włóczykijów i wiele innych fajnych pozycji. To moje wakacje! Aktualnie czytam w takich pięknych okolicznościach przyrody:






Prawda, że przyjemne miejsce? W dole, jak widać, szemrze Tamiza i Londyn się ściele do stóp. Oczywiście, w trakcie odpływu nie warto czytać nad Tamizą, ponieważ powietrze staje się zbyt mahoniowe. Nie przeszkadza to jednak kilku zapalonym Chińczykom w codziennym połowie węgorzy. Wyciągają, przyrządzają i zjadają. Wstydziłam się zrobić zdjęcie dokumentujące ten fakt, musicie mi uwierzyć na słowo. 



Przerzuciłam się na sprawdzone książki, także z tego powodu, że rodzima literatura współczesna (czytaj: babskie książki) doprowadziły mnie ostatnio do szewskiej pasji. Po pierwsze, ponieważ trafiłam na lekturę, którą doskonale opisała Królowa Matka i Banda Czworga tutaj: dzieło, a która pozostawia po sobie niezapomniane wrażenia . Jeśli komuś nie chce się czytać, to może posłuchać : złe książki

Następnie na książkę, w której autorka stosuje następujące triki:
- Do jasnej cholery, przestań mi tu zgrywać księżniczkę! Nie mam i nie będę miał stałej pracy, bo nie mam ochoty tyrać przy maszynie osiem godzin za marne pieniądze. Jesteś taka sama jak twoja matka! Odczep się!!!Zrozumiałaś?!! Mam dość twojego jazgotu! Wynoś się!- bąknął Stasiek. 

Bąknął??Tych bąknięć jest w książce co niemiara i pasują jak pięść do nosa. Zresztą autorka uwielbia też burknięcia i napomknięcia, które ciężko dopasować do dialogów prowadzonych przez bohaterów. Czekałam kiedy autorka napisze:
- Kocham cię, a moja miłość jest bezkresna jak plaże morza Bałtyckiego - ryknęła z czułością Regina do ucha Stefana. I z tej ciekawości dokończyłam książkę, co uważam za pewien wyczyn.

No, i trzecia pozycja. Zaczęło się zabawnie, tym ciekawiej, że jedna z bohaterek była moją równolatką. Było miło, ale do momentu, w którym autorka (trzydziestolatka, sprawdziłam!) zaczęła tę biedną kobietę nazywać starszą panią. Zawyłam z rozpaczy, i zaczęłam tłuc głową o najbliższą ścianę, tym bardziej, że rozważania o starości i zoranej zmarszczkami twarzy, wiszącej szyi i i innych przyjemnych atrakcjach zaczęły przybierać na sile. Tak, tak...były uderzenia gorąca, chociaż pominięto nietrzymanie moczu. No, koniec. Czas się ubrać w dębową jesionkę i pożegnać ten świat. Postanowiłam dać sobie spokój z babską literaturą, i zabrałam się za książki dla nastolatków. Poczułam się znacznie lepiej. I młodziej. 

Chociaż, z drugiej strony, zastanawiam się, że może to już...należę przecież do starzejącego się pokolenia, które do pisania sms-ów używa jednego palca i mam świadomość, że istnieje coraz więcej rzeczy, których nie ogarniam. Przykładem niech będzie rozmowa, którą odbyłam ze swoją znajomą, chcąc się pochwalić osiągnięciami własnego dziecka:

- Wiesz, Szymek wygrał takie coś i będzie konstruował coś-tam...gdzieś-tam...
- Ale, które to to coś?
- Nooo, że jest laureatem czegoś tam i że będzie konstruował jakąś platformę...
- Wiertniczą?
- W kosmosie?
- A w kosmosie będzie konstruował?
- Nie...no, w Warszawie...
.....
- Halo? Synu? Tu matka! Czym ty się właściwie zajmujesz?

Jeśli już jesteśmy przy ciekawych dialogach, to rozbawił mnie ostatnio taki pomiędzy młodszą i starszą generacją,  zasłyszany w samolocie:


- Wiesz, mamo...Iza zerwała jednak z tym Tomkiem...już nie są razem.
- I dobrze zrobiła. Przecież to jakiś zboczeniec był...
- Jaki zboczeniec???!!! Przecież on kierownikiem magazynu jest!
- Nawet ksiądz może być zboczeńcem, a ten..mięsa nie jadał, wędliny też nie...wódki nie pijał...
- Bo wegetarianin!
- No, mówiłam, że jakiś wynaturzeniec! Jeszcze by się jakieś z tego nienormalne dzieci urodziły..



Wegetarianinem jest miło być, zwierzęta łaszą się do ciebie, wewnętrznie czujesz się czysty i pozytywnie nastawiony do świata. Trzeba jednak uważać, żeby nie popaść w przesadę. Mój angielski kolega, który jest zaprzysięgłym wege, zaprosił mnie na obiad. Oczywiście nie do siebie, bo staram się unikać jedzenia z puszek i worków. W trakcie posiłku, gdzieś między tofu z chińskiego fasolnika a kawą z jęczmienia, zakomunikował, że zmienia orientację konsumencką z wegetarianizmu na freeterianizm. Freetarianie są bardzo świadomi tego, że na świecie marnuje się mnóstwo jedzenia i odczuwają potrzebę zmiany tej sytuacji. Dlatego mój przyjaciel postanowił wizytować dostępne śmietniki aby szukać tam codziennej strawy. Pokazał mi nawet mapę Londynu z zaznaczonymi wysypiskami psujących się 'ale wciąż jadalnych" buraków i brukwi. No, teraz to już z pewnością na obiad się nie dam do niego zaprosić. Zresztą kawa też była okropna!


A kawa jest, jak wiadomo, najważniejszym posiłkiem dnia. Zdarzyło mi się kiedyś przeżyć w UK-ju całe dwa tygodnie bez kawy, ponieważ chciałam przekonać się czy jestem od niej uzależniona. Nie jestem, ale uwielbiam ten smak!
W każdym razie, postanowiłam, że napiję się kawy dopiero kiedy pociąg dosięgnie lotniska. 
Ponieważ pociągi w Anglii są bardzo chimeryczne, czas do kawy nieco się rozciągnął i w sumie zaczęło mi być wszystko jedno czego się napije. Byle było mokre i szybko! Podróżowałam z koleżanką, która była wysuszona na wiór podobnie jak ja. Wpadłyśmy do baru na stacji spragnione, a ja na dodatek głodna niemiłosiernie. Koleżanka mniej głodna, bo miała bułkę z mielonką którą targała zębami przez całą podróż. Natychmiast rzuciłam się do kolejki i wreszcie ...moja upragniona, czarna, bez cukru!

Niosę ten napój bogów, niosę, przedzieram się przez ludzki gąszcz niby pierwsi amerykańscy osadnicy przez dzikość, już prawie umieszczam piłkę w bramce..jestem dwa metry od stolika i nagle...znacie to uczucie?

Pamiętam z lat zasmarkanych, jak potrafiłam  zając się malowaniem krawężników błotem na tyle mocno, że zapominałam o sprawach tak trywialnych jak skorzystanie z ubikacji. W pewnym momencie przychodziło opamiętanie, i wyraźnie czułam, że pęcherz właśnie mi się przepełnił i muszę porzucić robotę na rzecz załatwienia spraw fizjologicznych, z którymi nie ma dyskusji. Biegnę pędem przez podwórze, wspinam się po krętych schodach, i wreszcie widzę drzwi i...łapiąc za klamkę,i...czuję jak ciepły strumień dosięga moich podkolanówek. 

Tym razem z kawą było podobnie. 

Wiedziałam, że nie doniosę, chciałam krzyczeć, ale jak zwykle w takim momencie, zamieniłam się w żonę Lota . W jednej sekundzie rzuciłam proszące spojrzenie na koleżankę, i zorientowałam się, że jest całkowicie wciśnięta w miękki fotel i ciągle zatkana swoją bułką z mielonką, więc nie ma co liczyć na jej szybką reakcję. Czułam, że tracę moją wyśnioną, wymarzoną czarną kawusię. Papierowy kubek poszybował w dół chlustając swoją cenną i parzącą zawartością dookoła. Kawa się rozlała. Muszę przyznać, że miałam gest, pokryłam nią fotel, podłogę, stolik...wielka, wezbrana , czarna fala dosięgła tych siedzących w pobliżu ssając im zapamiętale i z czułością czubki butów. A zamówiłam regular. Co by się stało gdybym pokusiła się o dużą czarną?

Anglicy zawsze mnie zadziwiają w takich okolicznościach. Zamiast normalnie stać i gapić się co będzie dalej, robiąc ewentualne selfie na tle  zalanej podłogi, zaraz rzucają się do człowieka z pytaniem - Czy wszystko w porządku i czy czasem nie potrzebuję pomocy. Tym razem nawet żałowałam, że nie potrzebowałam jakiejś pomocy, bo chętnie bym ją akurat przyjęła z kilku całkiem przystojnych rąk. Zza węgła wychyliła się zaciekawiona, skośnooka twarz sprzedawczyni kawy. Popatrzyłam na nią i w jednej sekundzie w mojej głowie zrodziło się przekonanie, że przygnie mój kark do ziemi i że usłyszę słowa chłoszczące niczym bicze po gołych łydkach:

- Na kolana,  teraz to zliżesz z tej podłogi białasku!Xiexie!

Well, well, well..a więc, kiedy słodkim głosem poprosiła o zmianę miejsca, żeby mogła podać mi świeżo przyrządzoną filiżankę parującego napoju tym razem doniesioną do stolika przez nią samą, prawie rzuciłam się do całowania jej rąk z wdzięczności za ludzkie traktowanie. Ciągle we mnie siedzą głęboko te lata 80 te, kiedy każdy ludzki odruch sprzedawcy powodował wzruszenie.

A kiedy ze łzami w oczach poprosiłam o ścierę, mopa i wiadro, otrzymałam ciepłe poklepanie po moim ego i zostałam poproszona do czystego stolika , z czystym fotelem, i podłogą. Powstałym jeziorem zajęła się profesjonalna ekipa ukryta za węgłem.
   Ale w toalecie to papieru nie było!

Dobra, następnym razem będzie o seksie tantrycznym. Staram się o złotą patelnię (czyli dobicie do pół miliona odsłon. A co? Trzeba mieć jakiś cel w życiu)
Pieprzu, w drodze do domu (czyli na wakacje) wracający z pracy (czyli z wakacji)

P.S. Moniś to jeszcze nie ten post, w którym biegam nago i nacieram członki wonnościami. 


piątek, 25 marca 2016

Jeśli w Wielki Piątek deszcz kropi, radujcie się chłopi czyli szyty, bełyty - zawtra Wełygdeń!!





Drogi Czytelniku z okazji Świąt  - módl się (jeśli potrzebujesz), jedz (z umiarem), pij (jeśli lubisz), a przede wszystkim KOCHAJ. Kochaj szczególnie bliźniego, jak siebie samego.(co jest łatwiejsze, jeśli bliźni jest przystojny, wysoki, i potrafi oblizać sobie brwi językiem).

Tych cudowności życzy Ci Pieprz, (daleko od kraju ale z prezentem w postaci czekoladowego zajączka na kolanach)

niedziela, 27 grudnia 2015

Żyj i daj rzyć innym! czyli nasza codzienność jest jak Blair Witch, a projektuje ją każdy z nas.




Dlaczego mam wrażenie, że świat opanowali terroryści dnia codziennego?
Dlaczego wchodząc w tłum muszę zostać kopnięta, opluta, i ktoś wczepi mi się psem w piszczel? 
Dlaczego psy sąsiadów zostawiają produkty przemiany materii na trawniku przed moją bramą? 
Dlaczego mój sąsiad odpluwa solidnie każdego ranka wprost na ulicę trzy razy, tak głośno, że budzi mnie z mojego cudownego snu pod błękitną kołderką? 
Dlaczego kiedy moja koleżanka opowiada mi o swojej ulubionej potrawie kulę się w sobie i mam ochotę prosić o litość, bo jej głos rozsadza moje bębenki i wbija mi się pod paznokcie? Dlaczego zewsząd słyszę jęk, że przed Świętami najpierw trzeba się dorobić garba, i bólu pleców, pokłócić o to kto sprząta łazienkę a przy kolacji wyciągnąć pretensje z ostatniego ćwierćwiecza? 
Dlaczego nie potrafię krzyknąć STOP kiedy X opowiada bzdury o Y wprost do ucha Z?
Dlaczego zgadzam się na rzeczy, na które nie mam ochoty?
(na ostatnie dwa pytanie proszę nie odpowiadać, znam odpowiedz ) 

Marudzę? Przysięgam, że mam wrażenie , że żyję w jakiejś bańce. Jeśli tylko spróbuję wystawić z niej chociaż jedną kończynę, zostaję rażona prądem. Wciągam z powrotem nadpalonego kulasa (w tym wyrazie z pewnością nie ma litery T!) i próbuję ugasić pożar. 
Jeszcze trochę i rzeczywistość mnie przerośnie, a przecież "był czas przywyknąć". Jakoś nadal przywyknąć nie potrafię, albo nie chcę. 

Moje zadziwienia ostatnich miesięcy:

Zadziwienie pierwsze:
Jak cudowny byłby świat, gdyby ludzie go nie komplikowali! Weźmy za przykład Małgosię. Małgosia jest nieszczęśliwa. Moim zdaniem ma do tego niezbywalne prawo. Za tym fatalnym samopoczuciem stoi jej narzeczony. Narzeczony jest zrobiony ze ścinków i pakuł, i z pewnością nie ma znaku jakości Q wykutego na piersi. Po pierwsze zdradza Małgosię gdzie i z czym może, tak często, że dla Gosi już nic nie zostaje, po drugie od 15 lat nie potrafi znaleźć pracy, po trzecie mówi jej prosto w oczy "Wiesz co Gocha? Trochę cię lubię ale nie róbmy z tego wielkiego halo".  

Dla większości istot żywych jego znaki są więcej niż jasne, oznaczają dla samicy sygnał natychmiastowej ewakuacji. Dla nieszczęśliwej Gosi, niestety, jest to jedynie zachęta do zwiększenia siły ataku miłości. Zgodnie z zasadą "ja wiem, że wy mnie nie kochacie, ale my was tak długo będziemy kochać, aż wy nas wreszcie pokochacie!". Kobiety, ja was proszę - zrozumcie - TO NIE DZIAŁA! Króliczek nie może strzelać do myśliwego. Króliczek ma jedynie kluczyć, mylić tropy i wywijać omykiem, a nie skakać myśliwemu na plecy i wciskać mu ten omyk w gardziel szepcząc "I love you". (dopuszczalne jest jedynie przegryzienie tętnicy szyjnej myśliwemu przez króliczka vide Monty Python). 

Jest taka ciekawa prawidłowość - wszyscy mężczyźni chętnie wracają do tych króliczków, których nie udało im się złapać i udusić w buraczkach. 

Zadziwienie drugie:
Dzieci nie powinno się odzierać z marzeń. Bez względu ile te dzieci mają lat. Mój dorosły syn w luźnej rozmowie, przypomniał sobie o wszystkich zwierzątkach, które hodował w dzieciństwie. Opowiadając narzeczonej o żółwiu, dorzucił lekko:
- Niestety żółw zachorował i rodzicie wysłali go do Indii do jakiegoś specjalisty.

Tu oczywiście zapadła cisza, jako, że prawda była bardziej upiorna. Żółw zdechł był sobie i został spokojnie zakopany w ogródku, niestety nie stać nas było na bilet lotniczy i ostatnie obmycie w Gangesie dla niego. 
- Jak to? A ja całe życie wierzyłem, że ten cholerny żółw żyje sobie gdzieś tam na wolności! Jak mogliście mnie tak okłamać?

Zastanawiam się czy powiedzieć mu prawdę o Świętym Mikołaju i bocianie, czy poczekać jeszcze 5 lat aż skończy trzydziestkę? 

wIEPRZU, zadziwiony i najedzony aż po uszy
(zdjęcie ze strachem w oku -autentyk, wywaliło korki w domu sukubów, a ja zamiast poświecić sobie telefonem zrobiłam selfie albo fear -photo przez pomyłkę. Zdjęcie wyszło bardzo trendy, ponieważ teraz nie robi się już dzióbków, a jedynie otwiera się lekko usta. Z moich akurat wychodziło jedno bardzo niecenzuralne słowo. Że fryzura trochę nie tego? Noc była!)

środa, 7 października 2015

Odurzająca mielonka czyli wywiad swobodny w zwisie.


Wiem, wiem,.ale od czasu do czasu można zrobić odstępstwo. Prawda?
W czasie kiedy w mojej głowie rodzi się następny post na temat logiki rozmytej, mogę przecież sobie swobodnie pogawędzić i odpowiedzieć na parę pytań jakie rzuciła w moją stronę Jaga . Za nominację dziękuję.
Oto seria pytań i odpowiedzi:

1. Jak się motywujesz do nie lubianych czynności

Nie motywuję się wcale. Od lat cierpię na ciężką i pogłębiającą się postać prokrastynacji .Jeśli czegoś nie lubię, to po prostu tego nie robię, choćby się waliło i paliło, a pod chałupą stała gawiedź z rozpalonymi pochodniami i widłami w dłoni. Cierpią na tym wszyscy, którzy mają ze mną kontakt, ale ja chyba najbardziej.

2. Najważniejszą osobą w twoim życiu jest...?

 Najważniejszą osobą jest taka, przy której mogę odsłonić miękkie, zarośnięte podbrzusze. Taka, która nie klepie mnie po plecach i powtarza "e, to nic takiego, ryj w górę, weź się w garść". Wiem, że ta osoba zrobi dla mnie wszystko. W moim życiu jest taka osoba, i dziękuję za to losowi. 


3. Zauważasz smerfa…zmieniasz dilera czy próbujesz go złapać?

Jestem maxi sceptykiem. Nawet jeśli smerf usiadłby mi na nosie i zaczął pitolić na harfie, pewnie pomyślałabym, że to katar i zdusiła w chusteczce.


4. Wehikuł czasu – gdzie się udajesz w pierwszej kolejności?

W pierwszej kolejności przenoszę się do 2006, żeby złapać moment kiedy doktora Who grał David Tennant, a potem proponuję mu wspólną podróż, jeśli obieca, że się nie przepoczwarzy w Matta Smitha. 

5. Dzień bez czego jest dniem straconym?

Bez muzyki. Mam słuchawki na uszach dużą część dnia, a czasem i nocy. Pewnie czeka mnie aparat słuchowy na jesieni życia. Nie lubię muzyki w radiu, dlatego słucham głównie TokFm - muzyka musi pasować do mojego nastroju, pory dnia, czynności jaką wykonuję. Teraz:




6. Ulubiona zabawka z dzieciństwa?

Książka. Największą karą była kara niedotykania książki, czytałam wszędzie, także z latarką pod kołdrą. 

7. Twój paniczny strach wręcz fobia- przed czym?

Małym pomieszczeniem. Żelaznymi drzwiami, które się za mną zatrzaskują. Windami. Kopalnią. Jaskinią, Wąskimi przesmykami. Jeśli ktoś zatrzaśnie się ze mną w windzie zapamięta to do końca swojego życia, a nawet o jeden dzień dłużej. 

8. Gdybyś wygrał 20 milionów …. ??

To zapłaciłabym wszystkie kredyty swoich znajomych i zafundowała wszystkim cudowne wakacje trwające pół roku, na Islandii. Zimno? Hej
! W końcu to moje 20 milionów! 
A potem wybudowałabym świetne schronisko dla starych psów i ośrodek dla seniorów, w którym mogliby tańczyć, trzymać swoje zwierzęta, zakochiwać się i umierać otoczeni ludźmi, których lubią. 


9. Dobry człowiek to … ??

To człowiek, który każdego traktuje z szacunkiem, bez względu na różnicę poglądów, upodobań i hierarchii. 

10. Serial, do którego oglądania trudno jest Ci się przyznać przed znajomymi?

Przyznaję się do wszystkiego!

11. Po co Noe na arkę zabrał muchy i komary? Podobno wzrok miał dobry.

Było powiedziane "Brać wszystko". 


A ja nominuję wszystkich, których blogi znajdują się po prawej stronie, ze szczególnym uwzględnieniem tych najukochańszych!  Odpowiadać można pod spodem!!!

1. Najohydniejsza potrawa jaką spożyłeś.
2. Najgorsza czynność do wykonania w domu?
3. Wiesz kto to jest Kylie Jenner, bez zaglądania w Google?
4. Którego polityka polskiego z przeszłości lub teraźniejszości mógłbyś "łyżkami jeść" ? 
5. Co pokazała Pietrasińska? / nie, nie...żadne Google!
6. Kto jest najbardziej wpływową osobą w polskich mediach? I dlaczego?
7. Bajka z dzieciństwa, której nie znosiłeś. 
8. Przy jakiej muzyce "chodzi ci nóżka'?

I pytania premiowane tylko dla czytających od dawna (można zgadywać)- nagrodą jest świńska akwarela:

9. Jak miała na imię panna, która wyjechała na roboty do Hiszpanii i miała okazję zobaczyć węża, wysuwającego się z nogawki Pepe?
10. Czego zapalenie miał mój pies?
11. Jak się nazywa to takie puszyste, co mam wewnątrz?

Buźka dla wszystkich!
Pieprzu roztańczony. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Moje sutki piłyby szampana, gdybym tylko była tak nieostrożna żeby im na to pozwolić czyli corpus delikta,




Wracam po wypruwaniu sobie żył na obczyźnie do kraju tego, gdzie winą jest dużą popsować gniazdo na gruszy bocianie i łapczywie napawam się polską duszą, smakami i zapachami. Przerzucam uwagę z Katie Price na nasze swojskie Ewy Minge, mój żołądek zapomina o obrzydliwościach w rodzaju Marmite i przypomina sobie jak straszliwie pachnie gotowana kapusta z grochem, mały Nigel Farage jest powolutku zastępowany innym małym politykiem i szafa gra. Jednym słowem dopasowuję się do sytuacji na wszystkich płaszczyznach życia. Także tych medialnych. 

Tym razem jednak coś powoduje lekki dyskomfort w leniwym przerzucaniu kanałów telewizyjnych.
Okazuje się, że w czasie mojej nieobecności coś okropnego stało się z ciałami polskich celebrytek. Ich mózgi zostały całkowicie pozbawione połączeń z resztą ciała. Co najstraszniejsze - nie ma żadnej reakcji sennej widowni. Winię za to filmy z zombie, gdzie gubienie kończyn jest na porządku dziennym i nikogo nie dziwi. Ostatnio było ich tyle (i kończyn i filmów), że oglądający przyzwyczaili się do widoku seryjnej dekapitacji, podobnie jak przyzwyczaili się do reklamy środków na grzybicę stóp w porze kolacji.  

Ale o-so-chosi-? O tytuły, panie dziejku...
Nogi Steczkowskiej przed TVN-em, piersi Foremniak na wystawie malarstwa współczesnego, pośladki Młynarskiej na wakacjach we Francji, pępek Muchy na plaży w Mombasa. To jakaś epidemia, zastanawiam się jakbym się czuła wstając rano z łóżka i czytając na Pudelku, że mój brzuch wybrał się właśnie na randkę z Maślakiem, kolana wizytują Kołobrzeg, piersi bawią się świetnie na imprezie TVN-u, a łokcie podpierają cudzą głowę gdzieś na Dominikanie. O tym, jak się bawi moje puszczone samopas gładkie łono, wolę nawet nie myśleć. Można zwariować ze strachu. 

Z drugiej strony zombienie naszych celebrytów wyjaśnia wiele spraw - po pierwsze to co opowiadają i co wyrabiają, a co przyprawia zwykłych maluczkich o gęsią skórkę na łydkach:
Po drugie, do czego są w stanie się posunąć, żeby trwać w świecie mediów i blichtriady:
Po trzecie jest coraz lepiej, mamy nową dostawę mięsa armatniego, które zostanie przeżute, poddane procesowi trawienia i wydalone gdzieś w kącie. Tymczasem jednak łapie się czego się da, czepia się szklanego ekranu jak pijany płotu, i nie popuści:





Przeczytałam, że Jessica Mercedes pokazała pisanki..naprawdę, nie wiem jak mam to rozumieć....
A TY? Co oglądasz w naszej TV?


wtorek, 6 maja 2014

W życiu chodzi o to, by być trochę niemożliwym czyli cuchnący post.




Moja lodówka żyje. Siedzimy sobie czasem wieczorem i słuchamy jak gaworzy zawzięcie. Dla ludzi o słabszej konstrukcji psychicznej, takie gaworzenie może być nieznośne. No, bo siedzisz sobie wygodnie na sofie, obserwujesz na ekranie skradającego się mordercę, a tu nagle zza twoich pleców rozlega się "eeeeeeeeee"..."auauauuuuu". I zawał gotowy.

Na dodatek, prawdopodobnie w zemście za lodówkę, którą zamordowałam za pomocą wyrwania jej drzwi, obecna lodówka wyrwała mi paznokieć. Jest to bardzo okrutna lodówka, ponieważ nie wyrwała go całkowicie, a zostawiła w stanie filozoficznym,  pomiędzy być a nie być.

Nie mogłam krzyczeć ponieważ miałam gości. Przyjechało potomstwo, z przyszłą synową i szwagrem. Przecież nie wypada biegać po domu z palcem uniesionym do góry, jak z  ogniem w tyłku, i drzeć się niemiłosiernie, wysypując przy tym z ust najbardziej wymyślne przekleństwa. Nie, nie, nie...my tak nie robimy. Cierpimy w milczeniu, bo chcemy mieć kiedyś wnuki. W skrócie wyglądało to tak, że z niemym krzykiem na ustach podbiegłam do Pieprza, chwyciłam go (zdrową dłonią za jego dłoń) i pociągnęłam do łazienki żeby pokazać zgliszcza palczane. Poczułam się gorzej, kiedy zobaczyłam niemą panikę na jego twarzy. Musiał być w szoku, bo zapomniał swojego ulubionego powiedzenia, które zawsze pada z jego ust w takich momentach "Gabi, coś ty zrobiła?".

No, zrobiłam. A tu goście!
Posiadanie dwóch starych, dużych psów i gości w jednym domu jest bardzo stresujące. Po pierwsze trzeba stosować przyciemnienia, żeby ślady śliny na ścianach były mniej widoczne. Po drugie, trzeba pilnować żeby koty z sierści nie wyłaziły na środek pokoju. Po trzecie, trzeba mieć czysta ściereczkę na podorędziu, aby takiego gościa co chwilę wycierać. Strasznie męczące. Męczące....ale nie najgorsze!

Najgorsze jest to, że moje stare, duże psy...puszczają duże bąki. Takie, które odbijają się od drewnianej podłogi, i z hukiem przewalają się po domu. Nie, nie, nie jest to jakieś ciche pssssss, lub pufffff. Są tą wielkie, nabrzmiałe bączyska, które echem wędrują przez pomieszczenia. Takie...RYP -DU-DUM-DUM-BĘC! Wietrzymy, ale wygłuszyć nie jesteśmy w stanie . W okresie zimowym mdlejemy z niedotlenienia, w okresie letnim mamy zawsze okna otwarte na przestrzał. Dom jest otwarty, nie ma drzwi do kuchni, nie ma drzwi na górę do pokoju młodzieży. Bąki mają więc zupełną swobodę przemieszczania się, śmierdzą i huczą.

I nagle goście na noc. I z każdym bąkiem mój biedny mąż zgina się w pół, łapie za głowę i szepcze "Rany, rany...zrób coś". Ale bąki zagłuszają jego szept -  ryp -dudududu- DUM! Co mam zrobić? Powkładać im szpunty w tyłki? Zresztą, rozważałam już kiedyś opcję ze szpuntem. Doszłam jednak do wniosku, że wkrótce psy napompowane niewypuszczonymi bąkami, wisiałyby jak dwa balony pod sufitem. A pęknięcie takiego balonu, byłoby mało estetyczne. 

Wyobrażamy sobie ze zgrozą, jak przyszła synowa łowi lewym uchem takiego wędrującego bąka, marszczy śliczny nosek i mówi "Twoi rodzice są bardzo swobodni". A na to nasza progenitura, głucha na bąki z przyzwyczajenia, z wlepionymi w ekran komputera gałami, nieuważnie odpowiada "Tak, tak...lubią swobodę". I nieszczęście gotowe. Pozostajemy w jej pamięci, jako najbardziej pierdzący rodzice świata. Dramat.


Ponieważ nie każdemu chce się zamieszczać komentarz, dla leniwych i zapracowanych umieściłam poniżej szybką ocenę posta. Wystarczy postawić mi ptaszka! Może być makolągwa albo ten ścierwojad marabut. Biorę wszystko.
A dla tych do doczytali do końca, świeżutkie selfie rannej z palcem bez paznokcia. Czaaad!

Ma dziewczyna klasę i dobre serce. Przeczytała i skomentowała:

sobota, 19 kwietnia 2014

Kochajcie – reszta jest niczym czyli wdzięczę się jak prosię na Wielkanoc,






                 Z okazji Wielkanocy - dla Was wszystkiego, czego byście życzyli mnie:)
I poklepcie mnie czasem po szczeciniastych pleckach,  jeśli coś Was rozbawi. Cmooook!

Wieprzu z Krainy Puddingu. (i pleśni)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

A ja sobie gram na gramofonie! Trali trala la la trali trala la la CZYLI gramofon gra!


Hurrra! Graliśmy, graliśmy i wy - graliśmy! Położyliśmy konkurencję na łopatki. Pucharek numer dwa dostanie należne mu miejsce w chlewiku. Dziękuję wszystkim głosującym. Buźka, buźka, buźka! Konkurencja z nerwów zagryza zęby, pazury i szczypce. A my luuuz....

A ja sobie gram na gramofonie
trali tralalla la, trali tralalla la
Zimą w domu, latem na balkonie
trali tralalla la, gramofon gra
I nic mnie nie przejmuje, Syreny płyty mam
Gdy mnie coś denerwuje na gramofonie gram
Bo ja kiedy gram na gramofonie
to w gramofonie mam cały ten kram!

                                               
Moja koleżanka się zakochała. Chodzi lekkim skosem i uśmiecha się do siebie. Cieszę się ze szczęścia koleżanki i zgadzam się na papierosa z plotką. Jest zakochana. Zakochanie osiągnęło już ten stopień, przy którym rodzi się przyszłe dzieci, myśli o wynajęciu wspólnego mieszkania i rozważa pierwsze wspólne wakacje. Gratuluję serdecznie i zostaję znokautowana zdjęciem czarnego 12 latka, który podobno ma 54 lata. (Benjamin Button?) . Pewnie na żywo wygląda lepiej - mamroczę. Niestety ona nie wie, bo jeszcze się nie spotkali, ale wymienili już cztery maile i piszą do siebie sms-y od dwóch tygodni. To bardzo dobry człowiek, mocno wierzący, co niedzielę  przysyła pytanie czy ona też była w kościele. Ona oczywiście potwierdza, że tak. Z tym, że do kościoła nie chodzi bo jest buddystką. Boi się z nim spotkać bo nakłamała w sprawie wieku, wyglądu, wykształcenia i wzrostu. Ma nadzieję, że jakoś się ułoży. Mam ochotę nią potrząsnąć...ale...

A ja sobie gram na gramofonie
trali tralalla la, trali tralalla la
Zimą w domu, latem na balkonie
trali tralalla la, gramofon gra....


Moja druga koleżanka tez się zakochała. W Pakistańczyku. Bo była taka samotna, a on odezwał się do niej na czacie. To wystarczyło żeby powiedzieć sakramentalne tak, już po 3 miesiącach znajomości. 
- Wiesz.. - powiada w przy kawie - niektórzy Pakistańczycy wykorzystują Europejki...żenią się z nimi, a tymczasem tam u siebie mają już żony i dzieci. Chodzi im tylko o legalny pobyt w Europie. Na przykład brat mojego męża - ma tu żonę, a w swoim kraju tez ma rodzinę. Okropne...ona o tym nie wie bo nigdy jej ze swoją rodzina nie poznał, i nigdy jej tam nie zabiera.
- Smutne...mówiłaś, że będziesz mieć więcej czasu w listopadzie i możemy się spotkać?
- Tak! Bo mój mąż wyjeżdża na 2 miesiące do Pakistanu, w sprawach rodzinnych. Wiesz...jakieś tam problemy, zresztą nie wiem bo ja jego rodziny nie poznałam. Wiem tylko, że musi tam latać co pół roku z bratem i trochę im pomagać finansowo. 
Patrzę, słucham...i mam ochotę nią potrząsnąć...ale...

I nic mnie nie przejmuje, Syreny płyty mam
Gdy mnie coś denerwuje na gramofonie gram
Bo ja kiedy gram na gramofonie
to w gramofonie mam cały ten kram!


Przyjechała do mnie nad - szefowa. Oczywiście niby na kawę, niby tego - tamtego ale tak naprawdę wiem o co jej chodziło - o roczną ocenę pracownika. Wpadła, poprosiła o herbatę (z mlekiem), błysnęła złotem, karminowym paznokciem i zaczęła drążyć i wiercić. A następnie, prosto w oczy i bez owijania w bawełnę zaczęła mi mówić jakim jestem wspaniałym, cennym pracownikiem, jak bardzo firma zyskała na mojej w niej obecności, jaka jestem cudowna, rewelacyjna i w ogóle szał - ciał. Wychwalała moje raporty pod niebiosa, mówiąc, że służą jej one za wzór dla innych. Siedziałam, patrzyłam baranim wzrokiem i zastanawiałam się - chce mnie zwolnić? obniżyć mi pensję? zwariowała? Pożegnałam ją z ulgą. (chociaz miałam ochotę nią potrząsnąć)...ale...

I nic mnie nie przejmuje, Syreny płyty mam
Gdy mnie coś denerwuje na gramofonie gram
Bo ja kiedy gram na gramofonie
to w gramofonie mam cały ten kram!


Następnego dnia otrzymałam mail z czterostronicowym raportem z naszej rozmowy i punktacją. Przyglądam się uważnie - a tam same excellent łamane przez above expectation. Do tego wszystkiego dołączona notka, że raport zostaje wysłany do szefa szefów i mam oczekiwać podwyżki. Już dwa dni później szef szefów kontaktuje się ze mną mailowo, pisząc jak bardzo jest szczęśliwy, że ma taką perłę w swoich szeregach, i jak bardzo nie może się już doczekać żeby tą gwiazdę nagrodzić odpowiednio do jej wkładu pracy. Następnie podaje o ile dziennie, o ile rocznie i o ile procentowo wzrosną moje pobory . (taki sam list pisany RĘCZNIE otrzymuję na adres domowy). I co? Myślicie, że się obudziłam? Nie...to mi się przydarzyło naprawdę! Szkoda tylko, że do pracy dojeżdżam co dwa tygodnie samolotem. Ale dzięki temu...

A ja sobie gram na gramofonie
trali tralalla la, trali tralalla la
Zimą w domu, latem na balkonie
trali tralalla la, gramofon gra
I nic mnie nie przejmuje, Syreny płyty mam
Gdy mnie coś denerwuje na gramofonie gram
Bo ja kiedy gram na gramofonie
to w gramofonie mam cały ten kram!

Wieprzu & Mieczysław:

czwartek, 13 marca 2014

Bury, wióry, czarne chmury, Porwał rower kundel bury! czyli na ulicy Kopernika spowiadała się Monika,





To jest post tymczasowy, pisany z telefonu komórkowego, ponieważ przy mnie każde urządzenie elektroniczne kończy żywot zanim się dobrze rozhula. Ostatnio zepsułam laptopa, tablet i jeden telefon, a także odkurzacz. Nie wiem jak ja to robię, to się robi samo!

Świat nie przestaje mnie zadziwiać! 

Po pierwsze, dlaczego w punkcie obsługi klienta, jednej z dużych sieci komórkowych, zatrudnia się osobę z wadą wymowy. Wizytę w tym miejscu zaplanowaliśmy starannie, kierownik spisał 20 pytań na kartce, w tym każde pytanie z co najmniej dwoma podpunktami. Zabrałam umowy, zepsuty laptop, zepsuty telefon, i wszelkie inne niezbędne karteluszki. Czułam się profesjonalnie przygotowana do spotkania.

- Dzień dobry - wchodzimy kłaniając się już od progu (bo my ciągle trochę w PRL-u, gdzie pan za lada był niczym król na własnym zamku).
- Bżdzy - odpowiada nam z uśmiechem pan.
Niezrażeni, kontynuujemy przywitanie, wyłuskując jak fasolę z łupin, nasz powód zakłócenia panu spokoju przebywania w tak pięknym miejscu jak jego salon.
- Niemaproblemu -czyy-em-fym-miemy.Kszczy-y-siem-fonu-szej-eci?  - uśmiecha się pan pytająco, a w kąciku jego ust zbierają się hektolitry białej piany. Wygląda jak wściekły wilk. Zaczynam się czuć jak Czerwony Kapturek, przyciskam torebkę do podołka i zerkam niepewnie w stronę drzwi. 
Odwrócenie wzroku, jest jednak niemożliwe, bo wtedy traci się kontakt wzrokowy z ustami poruszającymi się z prędkością światła i zrozumienie czegokolwiek staje się zadaniem ponad moje siły.  

Po beznadziejnej rozmowie, trwającej 10 minut prosimy o ulotki i wybiegamy. Pan wybiega za nami, w panice wpadamy do sklepu Tchibo i dla niepoznaki ustawiamy się w kolejce po ciastko. Mąż kuca i zawiązuje buta, ja studiuje ceny. Tam własnie nas łapie i tłumacząc się niezrozumiale, wciska nam w rękę dokumenty potwierdzające oddanie sprzętów do naprawy. Oddychamy z ulgą, i z tego wszystkiego kupujemy dwa rogale z wiśniami i marcepanem. Przez co natychmiast tyjemy koncertowo.

Po drugie, jestem mało domyślna.
Panowie naprawiający sprzęt zjawili się w domu z zaskoczenia, i na dodatek bardzo wcześnie. Zdążyłam wepchnąć psy do sypialni kierownika i narzucić na swoje chyboczące się kształty szlafroczek w niebieskie foczki. Panowie przyszli, położyli się prawie na zarzuconej sierścią podłodze i zaczęli naprawiać, jednocześnie marudzili coś o podniesieniu cen za usługi, o tym, że ludzie są niezadowoleni, że tyle trzeba płacić za naprawę itp. itd. Nie słuchałam, bo odcięli mnie od fajek, które leżały w mojej sypialni, i przez to mój umysł skoncentrowany był na jednej sprawie - czy wypada mi skokiem antylopim przelecieć nad ich ciałami, skoro nie mam majtek, a najbliższe majtki znajdują się tam gdzie papierosy? Z tego wszystkiego zrobiłam sobie kawy.

- Kto jest w pokoju obok?- zapytał ciekawie jeden z leżących.
- Mój mąż... - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Panowie wymienili się spojrzeniami.
- A dobrze się czuje? - natarczywie indagowali dalej. 
- Nieszczególnie ostatnio... - odpowiedziałam, zastanawiając się do czego prowadzi to całe badanie. W razie gdybym chciała ich poszczuć psami, tez musiałabym wykonać ten bezmajtkowy skok. Kuchnia z nożami stała jednak otworem.
- A czemu ten pani mąż tak wącha i parska pod drzwiami? 
No i zagadka się rozwiązała. Grzecznie wytłumaczyłam, że za drzwiami trzymam krwawe bestie, które normalnie skaczą ludziom do gardeł i wyżerają trzewia, na wszelki wypadek głodzone, żeby trzewia im smakowały. 

Panowie się podnieśli, otrzepali z sierści Kluska, podali mi cennik i zaczęli coś marudzić. Że coś ten tego, że oni mi już więcej nie powiedzą, że muszę być domyślna, że mam się sama domyślić, że im n ie wolno mówić. Stałam owinięta w te foczki i czułam się jak kompletny idiota. 
- Proszę pana, a gdyby tak jednak mógł pan powiedzieć o co chodzi, bo mnie to co pan powiedział nic nie mówi - zaczęłam inteligentnie. 
Człowiek w uniformie zaczął nerwowo zwijać kabel i rzucać wzrokiem na cennik. 
- Że płacić mam? No wiem! Ale to chyba z rachunkiem przyjdzie? 
Widziałam, że facet jest u kresu wytrzymałości, od rzucania gałami oczy zaczęły mu łzawić.
A ja panie...nic. Stoję i myślę, myślę i stoję. I nagle plasnęłam się otwartą w czoło, że prawie oderwałam sobie głowę przy samych kolanach z tej radości.
- Aaaaa! Łapówkę mam dać!
Facet nie odezwał się nic, wypisał fakturę, zabrał kolegę i mówiąc "Dobrego dnia" - ulotnił się jak kamfora, albo zniknął jak brud pod Vanishem. A ja zostałam, taka bez majtek i 100 złotych. 


No i trzecie zdziwienie. Takie artystyczne. Można obejrzeć całość, ale ja polecam od serca panią Żebrowską. Chyba od 12 minuty. Chciałabym wiedzieć, kto kiedyś zdecydował, że to jest sztuka warta pokazywania. Uprzedzam, że rzecz jest obrzydliwa. Kto obejrzy - nie zapomni. Ale po obejrzeniu całości rodzi się pytanie - co jeszcze jest sztuką, a co już nią nie jest.


niedziela, 5 stycznia 2014

Zwycięstwo jest rzeczą ważną, lecz najważniejszy jest udział w walce czyli zwycięzcą jest się tylko jeden dzień.



Wygrałam o koniec ryjka ( że tak sobie zdrobnię kobieco). Tym samym dziękuję mamie, sąsiadom, wujkom ze Skarżyska Kamiennej, ciotkom z Zalipia, Kółku Różańcowemu z Jaśkowa, stryjkowi z Nowogardu, kuzynom z Racławic, mocnej ekipie z Podkarpacia i wszystkim komputerom jakie spotkałam na swojej drodze w sklepach, mieszkaniach, lokalach usługowych. Było warto słać te sms-y żeby popławić się w wygranej przez jeden dzień. Pławię się i czekam na dziennikarzy z Faktu, Wprost i Vivy, no i tych paparazzi pod moim domem koczujących. Tymczasem koło bramy pusto, może dlatego, że to niedziela?

Konkurencja była ciężka, wszystkie opowiadania/wiersze przeczytałam z ogromną przyjemnością, chociaż obleciał mnie strach, że tyle fajnych blogów jest w blogosferze, a człowiekowi życia nie starczy, żeby to wszystko chociaz pobieżnie poczytać (już teraz mam problem żeby te wszystkie fajne - fajniste, co z prawej strony są umieszczone, przeczytać). Gratuluję przede wszystkim uczestnikom, że chciało im się wspólnie zabawić, poświęcić swój własny czas i wyprodukować post "w temacie". Temat nowej zabawy już wymyśliłam i wysłałam do Wielkiej Organizującej. Zapraszam nowych chętnych, zabawmy się razem!

A ja postanowiłam pisać regularnie (przy wielkiej motywacji od Skorpiona w Rosole. który z niewiadomych powodów dał mi woreczek wypełniony sympatią) bo po kiego czorta mi blog, który zieje pustką? No? 

Temat następnego posta (niekonkursowego) brzmi : Jak zrobić sobie inżyniera metodą domową, przy użyciu kawałka drutu, młotka, tasaka i miecza dwuręcznego. Chętne matki i ojców zapraszam do dyskusji. 

A tak naprawdę to głosowałam na Kaczkę bo mnie rozbawiła niemiłosiernie Monetem:) 

czwartek, 12 lipca 2012

Jestem młodsza od Uniwersytetu Śląskiego, niestety zaledwie o miesiąc.

W sumie pociesza mnie fakt, że podobna więź nie łączy mnie z Uniwersytetem Jagiellońskim. Ze skomplikowanych obliczeń wynika, że żyję na tym świecie już 16070 dni. Jutro zmienia mi się liczba lat na dwie identyczne cyfry, bardzo symboliczne zresztą. 
Tak, to jest egoistyczny post mający poprawic mi nastrój!
Bo tak jakos siedziałam i siedziałam....
I tak straszliwie popadłam w melancholię...

i poczułam, że za bardzo zajmuję się soba...
aż postanowiłam cos z tym zrobić. I spędziłam 45 minut na wykrzywianiu się do kamery.









I już mi lepiej:))
Tym bardziej, że własciwie to siedzę na walizkach. 
Ediego oczywiście dokończę ale jutro MAM URODZINY! Czy to nie piękne połączenie? 13 i 7 i piątek w jednym. Czuję się wybrańcem losu.