Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

środa, 19 lipca 2017

Zlewki wakacyjne czyli leżing, smażing i plażing, a tak naprawdę to bredzing.




Post tymczasowy, wakacyjny, zaklejający wyrwę w pisaniu. 


Wakacje są fajne, szczególnie kiedy wieje chłodny wiatr. Ponieważ nigdzie się nie wybieram (pomijając fakt, że ciągle podróżuję i co dwa tygodnie wycieram ławki na lotniskach i fotele w lotniskowych barach), postanowiłam uczcić czas kanikuły odpowiednią książką wakacyjną. Zainspirował mnie do tego ostatni tekst Piotra, który jest Beznadziejnie Zacofany w Lekturze, przypominający książki Natalii Rolleczek. Ponieważ nie miałam pod ręką wszystkich nieprzeczytanych przeze mnie pozycji pani Rolleczek, postanowiłam przypomnieć sobie moje ulubione lektury z czasów podstawówki, te które zawsze mam u siebie na e-czytniku, tak na wszelki wypadek. 

Zaczęłam od Tajemnicy Zielonej Pieczęci. I to był strzał w dziesiątkę. O rany, przecież ja się kochałam w Wiktorze!! Widocznie zawsze miałam pociąg do artystów, i zawsze lubiłam szczupłych, wysokich, wygadanych brunetów. (Dlaczego do diaska wyszłam za dobrze zbudowanego blondyna?) W kolejce czeka jeszcze Za minutę pierwsza miłość, Ci z Dziesiątego Tysiąca, Klub Włóczykijów i wiele innych fajnych pozycji. To moje wakacje! Aktualnie czytam w takich pięknych okolicznościach przyrody:






Prawda, że przyjemne miejsce? W dole, jak widać, szemrze Tamiza i Londyn się ściele do stóp. Oczywiście, w trakcie odpływu nie warto czytać nad Tamizą, ponieważ powietrze staje się zbyt mahoniowe. Nie przeszkadza to jednak kilku zapalonym Chińczykom w codziennym połowie węgorzy. Wyciągają, przyrządzają i zjadają. Wstydziłam się zrobić zdjęcie dokumentujące ten fakt, musicie mi uwierzyć na słowo. 



Przerzuciłam się na sprawdzone książki, także z tego powodu, że rodzima literatura współczesna (czytaj: babskie książki) doprowadziły mnie ostatnio do szewskiej pasji. Po pierwsze, ponieważ trafiłam na lekturę, którą doskonale opisała Królowa Matka i Banda Czworga tutaj: dzieło, a która pozostawia po sobie niezapomniane wrażenia . Jeśli komuś nie chce się czytać, to może posłuchać : złe książki

Następnie na książkę, w której autorka stosuje następujące triki:
- Do jasnej cholery, przestań mi tu zgrywać księżniczkę! Nie mam i nie będę miał stałej pracy, bo nie mam ochoty tyrać przy maszynie osiem godzin za marne pieniądze. Jesteś taka sama jak twoja matka! Odczep się!!!Zrozumiałaś?!! Mam dość twojego jazgotu! Wynoś się!- bąknął Stasiek. 

Bąknął??Tych bąknięć jest w książce co niemiara i pasują jak pięść do nosa. Zresztą autorka uwielbia też burknięcia i napomknięcia, które ciężko dopasować do dialogów prowadzonych przez bohaterów. Czekałam kiedy autorka napisze:
- Kocham cię, a moja miłość jest bezkresna jak plaże morza Bałtyckiego - ryknęła z czułością Regina do ucha Stefana. I z tej ciekawości dokończyłam książkę, co uważam za pewien wyczyn.

No, i trzecia pozycja. Zaczęło się zabawnie, tym ciekawiej, że jedna z bohaterek była moją równolatką. Było miło, ale do momentu, w którym autorka (trzydziestolatka, sprawdziłam!) zaczęła tę biedną kobietę nazywać starszą panią. Zawyłam z rozpaczy, i zaczęłam tłuc głową o najbliższą ścianę, tym bardziej, że rozważania o starości i zoranej zmarszczkami twarzy, wiszącej szyi i i innych przyjemnych atrakcjach zaczęły przybierać na sile. Tak, tak...były uderzenia gorąca, chociaż pominięto nietrzymanie moczu. No, koniec. Czas się ubrać w dębową jesionkę i pożegnać ten świat. Postanowiłam dać sobie spokój z babską literaturą, i zabrałam się za książki dla nastolatków. Poczułam się znacznie lepiej. I młodziej. 

Chociaż, z drugiej strony, zastanawiam się, że może to już...należę przecież do starzejącego się pokolenia, które do pisania sms-ów używa jednego palca i mam świadomość, że istnieje coraz więcej rzeczy, których nie ogarniam. Przykładem niech będzie rozmowa, którą odbyłam ze swoją znajomą, chcąc się pochwalić osiągnięciami własnego dziecka:

- Wiesz, Szymek wygrał takie coś i będzie konstruował coś-tam...gdzieś-tam...
- Ale, które to to coś?
- Nooo, że jest laureatem czegoś tam i że będzie konstruował jakąś platformę...
- Wiertniczą?
- W kosmosie?
- A w kosmosie będzie konstruował?
- Nie...no, w Warszawie...
.....
- Halo? Synu? Tu matka! Czym ty się właściwie zajmujesz?

Jeśli już jesteśmy przy ciekawych dialogach, to rozbawił mnie ostatnio taki pomiędzy młodszą i starszą generacją,  zasłyszany w samolocie:


- Wiesz, mamo...Iza zerwała jednak z tym Tomkiem...już nie są razem.
- I dobrze zrobiła. Przecież to jakiś zboczeniec był...
- Jaki zboczeniec???!!! Przecież on kierownikiem magazynu jest!
- Nawet ksiądz może być zboczeńcem, a ten..mięsa nie jadał, wędliny też nie...wódki nie pijał...
- Bo wegetarianin!
- No, mówiłam, że jakiś wynaturzeniec! Jeszcze by się jakieś z tego nienormalne dzieci urodziły..



Wegetarianinem jest miło być, zwierzęta łaszą się do ciebie, wewnętrznie czujesz się czysty i pozytywnie nastawiony do świata. Trzeba jednak uważać, żeby nie popaść w przesadę. Mój angielski kolega, który jest zaprzysięgłym wege, zaprosił mnie na obiad. Oczywiście nie do siebie, bo staram się unikać jedzenia z puszek i worków. W trakcie posiłku, gdzieś między tofu z chińskiego fasolnika a kawą z jęczmienia, zakomunikował, że zmienia orientację konsumencką z wegetarianizmu na freeterianizm. Freetarianie są bardzo świadomi tego, że na świecie marnuje się mnóstwo jedzenia i odczuwają potrzebę zmiany tej sytuacji. Dlatego mój przyjaciel postanowił wizytować dostępne śmietniki aby szukać tam codziennej strawy. Pokazał mi nawet mapę Londynu z zaznaczonymi wysypiskami psujących się 'ale wciąż jadalnych" buraków i brukwi. No, teraz to już z pewnością na obiad się nie dam do niego zaprosić. Zresztą kawa też była okropna!


A kawa jest, jak wiadomo, najważniejszym posiłkiem dnia. Zdarzyło mi się kiedyś przeżyć w UK-ju całe dwa tygodnie bez kawy, ponieważ chciałam przekonać się czy jestem od niej uzależniona. Nie jestem, ale uwielbiam ten smak!
W każdym razie, postanowiłam, że napiję się kawy dopiero kiedy pociąg dosięgnie lotniska. 
Ponieważ pociągi w Anglii są bardzo chimeryczne, czas do kawy nieco się rozciągnął i w sumie zaczęło mi być wszystko jedno czego się napije. Byle było mokre i szybko! Podróżowałam z koleżanką, która była wysuszona na wiór podobnie jak ja. Wpadłyśmy do baru na stacji spragnione, a ja na dodatek głodna niemiłosiernie. Koleżanka mniej głodna, bo miała bułkę z mielonką którą targała zębami przez całą podróż. Natychmiast rzuciłam się do kolejki i wreszcie ...moja upragniona, czarna, bez cukru!

Niosę ten napój bogów, niosę, przedzieram się przez ludzki gąszcz niby pierwsi amerykańscy osadnicy przez dzikość, już prawie umieszczam piłkę w bramce..jestem dwa metry od stolika i nagle...znacie to uczucie?

Pamiętam z lat zasmarkanych, jak potrafiłam  zając się malowaniem krawężników błotem na tyle mocno, że zapominałam o sprawach tak trywialnych jak skorzystanie z ubikacji. W pewnym momencie przychodziło opamiętanie, i wyraźnie czułam, że pęcherz właśnie mi się przepełnił i muszę porzucić robotę na rzecz załatwienia spraw fizjologicznych, z którymi nie ma dyskusji. Biegnę pędem przez podwórze, wspinam się po krętych schodach, i wreszcie widzę drzwi i...łapiąc za klamkę,i...czuję jak ciepły strumień dosięga moich podkolanówek. 

Tym razem z kawą było podobnie. 

Wiedziałam, że nie doniosę, chciałam krzyczeć, ale jak zwykle w takim momencie, zamieniłam się w żonę Lota . W jednej sekundzie rzuciłam proszące spojrzenie na koleżankę, i zorientowałam się, że jest całkowicie wciśnięta w miękki fotel i ciągle zatkana swoją bułką z mielonką, więc nie ma co liczyć na jej szybką reakcję. Czułam, że tracę moją wyśnioną, wymarzoną czarną kawusię. Papierowy kubek poszybował w dół chlustając swoją cenną i parzącą zawartością dookoła. Kawa się rozlała. Muszę przyznać, że miałam gest, pokryłam nią fotel, podłogę, stolik...wielka, wezbrana , czarna fala dosięgła tych siedzących w pobliżu ssając im zapamiętale i z czułością czubki butów. A zamówiłam regular. Co by się stało gdybym pokusiła się o dużą czarną?

Anglicy zawsze mnie zadziwiają w takich okolicznościach. Zamiast normalnie stać i gapić się co będzie dalej, robiąc ewentualne selfie na tle  zalanej podłogi, zaraz rzucają się do człowieka z pytaniem - Czy wszystko w porządku i czy czasem nie potrzebuję pomocy. Tym razem nawet żałowałam, że nie potrzebowałam jakiejś pomocy, bo chętnie bym ją akurat przyjęła z kilku całkiem przystojnych rąk. Zza węgła wychyliła się zaciekawiona, skośnooka twarz sprzedawczyni kawy. Popatrzyłam na nią i w jednej sekundzie w mojej głowie zrodziło się przekonanie, że przygnie mój kark do ziemi i że usłyszę słowa chłoszczące niczym bicze po gołych łydkach:

- Na kolana,  teraz to zliżesz z tej podłogi białasku!Xiexie!

Well, well, well..a więc, kiedy słodkim głosem poprosiła o zmianę miejsca, żeby mogła podać mi świeżo przyrządzoną filiżankę parującego napoju tym razem doniesioną do stolika przez nią samą, prawie rzuciłam się do całowania jej rąk z wdzięczności za ludzkie traktowanie. Ciągle we mnie siedzą głęboko te lata 80 te, kiedy każdy ludzki odruch sprzedawcy powodował wzruszenie.

A kiedy ze łzami w oczach poprosiłam o ścierę, mopa i wiadro, otrzymałam ciepłe poklepanie po moim ego i zostałam poproszona do czystego stolika , z czystym fotelem, i podłogą. Powstałym jeziorem zajęła się profesjonalna ekipa ukryta za węgłem.
   Ale w toalecie to papieru nie było!

Dobra, następnym razem będzie o seksie tantrycznym. Staram się o złotą patelnię (czyli dobicie do pół miliona odsłon. A co? Trzeba mieć jakiś cel w życiu)
Pieprzu, w drodze do domu (czyli na wakacje) wracający z pracy (czyli z wakacji)

P.S. Moniś to jeszcze nie ten post, w którym biegam nago i nacieram członki wonnościami. 


niedziela, 21 maja 2017

Szczęście jest wtedy, gdy nie jest ci potrzebny budzik o poranku czyli Śpij, aniele mój!



Budzik, jak wszyscy wiemy, wymyślił nieczuły, bezduszny, zawzięty barbarzyńca. Budzik zachowuje się nietaktownie i bezkompromisowo.  


Pierwszego zwyrodnialca jakiego pamiętam, ojciec przywiózł z kraju bratniego. Była absolutnie bezlitosny i niesamowicie agresywny. Miał taką moc, że zdrapywał farbę ze ścian razem z tynkiem.

Sąsiedzi nas nienawidzili, bo razem z ojcem wstawała o 5.00 cała kamienica. Zresztą, przez ten właśnie budzik mój szanowny rodzic stracił przednie zęby. Uderzony obuchem dźwięku wyprodukowanym przez plastikowego oprawcę zwanego budzikiem, wyskoczył nagle z łóżka, zapominając, że od kilku dni przy tapczanie stoi łóżeczko, gdzie chrapie całkowicie nowy człowiek. I żegnajcie jedynki!

Mój własny, pierwszy budzik grał piękną melodię, która jeszcze dzisiaj, czasem mi się śni i porusza mi trzewia do żywego. Z tego powodu, zdarzyło mi się wyłączać go już wieczorem, żeby rankiem się nie stresować przed pójściem do szkoły. 

Mój syn dostał swój pierwszy budzik w wieku lat pięciu. Był to budzik przywieziony z Dubaju. Co ciekawe, napisy na cyferblacie i  instrukcja do niego była w języku rosyjskim. Po latach dochodzę do wniosku, że była to bomba dźwiękowa, która miała rozsadzić bratni kraj od środka. Możliwe, że te budziki były w jakiś sposób zaprogramowane, żeby włączyć się pewnego dnia,o jednej porze. Za tą teorią przemawia jeszcze jeden fakt, że pomimo wielogodzinnych tortur, budzik ten nigdy nie zaczął sypać, i nie odpowiedział nam na dwa pytania:

1. Jak się to świństwo dezaktywuje?
2. Gdzie są ukryte baterie?

Zegarek ten był na dodatek poliglotą, i wydawał z siebie następujące odgłosy, do wyboru: zarzynanego koguta, obdzieranej ze skóry owcy, wkręcanego w szprychy kota, bitej na odlew po dziobie kukułki, i smażonego na wolnym ogniu psa rasy niedużej. 

Dziecko biegało cały dzień po mieszkaniu rozkoszując się wrzaskiem kota albo meczeniem owcy. Zdecydowanie budzik usunął w cień huśtawkę, która grała "Ojca Chrzestnego" i sama się bujała kiedy młody na niej siadał. (prezent od rodziny) Zresztą od kiedy udało nam się zlokalizować baterie, huśtawka trwała w kącie smutna i nieruchoma łypiąc od czasu do czasu złowrogo kiedy ją odkurzałam nucąc sobie beztrosko.

Niestety, wyrwanie dziecku budzika z ręki nie wchodziło w grę, postanowiliśmy poczekać aż się trochę nim znudzi i porzuci go gdzieś w kącie, a my spokojnie skręcimy mu budzikowy kark, posiłkując się później prawami fizyki i tłumacząc, że tak się dzieje kiedy budzik upadnie na kafelki nieroztropnie pozostawiony w kuchni na brzegu stołu. 

W zawierusze wieczornych kąpieli, przebieranek, czytanek i tym podobnych, budzik zupełnie dał nam o sobie zapomnieć. Nie na długo jednak. O trzeciej w nocy wyrwało nas z głębokiego snu rzężenie skubanego na żywo koguta, błagającego o skrócenie mu cierpień. Patrzyliśmy na siebie przerażeni, zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi, i które z nas upadło na głowę i wydziera się po nocy udając koguta na tarle. 

Po jakiś 10 minutach wpatrywania się w siebie nawzajem rzuciliśmy się do poszukiwań farmerskiego budzika. Przewracaliśmy się, wywalaliśmy wszystko z szuflad i szafek...aż w końcu znaleźliśmy dziada za naszym łóżkiem i załatwiliśmy na amen młotkiem w kuchni, bo odnalezienie wyłącznika lub baterii nadal przerastało  nasze możliwości. Co ciekawe, okazało się, że jednak był baranem, bo ostatnie co z siebie wydał zanim przeniósł się do lepszego świata dla budzików, to zawodzące beczenie. 

Oczywiście, jeśli się ma dziecko, to wiadomo że budzik nie jest potrzebny. Nasza własna progenitura uwielbiała wstawać o 6.00 rano i siłą swoich własnych paluszków vel imadeł otwierać nam powieki, wrzeszcząc "Mamulu, Tatulu zobaczcie, słoneczko już wstało". (przysięgliśmy sobie wtedy, że zemścimy się na nim, kiedy dojdzie do wieku szkolnego. I dotrzymaliśmy obietnicy) 

Poduszki z naszego łóżka musieliśmy wysłać na resocjalizację, ponieważ nasłuchały się takiej ilości niecenzuralnych słów, kiedy gryźliśmy je z nerwów szepcząc w ich uszy co mielibyśmy ochotę zrobić błękitnookiemu, szczerbatemu aniołkowi (i przysięgając sobie, że nigdy więcej radosnego, beztroskiego seksu), że normalnie pranie im nie pomagało, ociekały jadem produkowanym przez wszystkich rodziców w tak przykrych okolicznościach przyrody.  Do aniołka oczywiście uśmiechaliśmy się wyrozumiale, grając pod kołdrą w szybkie kamień, nożyczki, papier. Przegrany zaczynał wcześnie dzień. 

W czasach smartfonów zaczęłam ustawiać sobie utwory muzyczne w telefonie jako  budziki. I tym sposobem taki oto utwór, działa na mnie jak płachta na byka:



Nie idźcie tą drogą. Proponuję raczej coś bardziej ekstrawaganckiego. Może coś z Zenka Martyniuka?

P.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Przy świetle łojówki nie należy dobierać sobie diamentów ani kobiet czyli ajajaj!

Jest taka stara, świecka, lotnicza  tradycja, że jeśli przybędę na lotnisko zbyt wcześnie, i będę się po nim snuła 5 godzin, zalewając się kawą, zanudzając różnych ludzi rozmowami przez telefon i whatsappa , jedząc frytki albo trójkątne kanapki, żeby jakoś zamordować czas, to...to z pewnością mój samolot się spóźni. Oczywiście oprócz tego, że będę się musiała włóczyć po lotnisku następną godzinę, urozmaicając sobie czas obserwacją ludzi i starając się zgadnąć ich narodowość zanim otworzą usta, przełoży się to także na mój czas lądowania w Ojczyźnie. Znowu po północy.

Wyjazd z naszego lotniska jest wąskim gardłem, i czasami trzeba spędzić w kolejce do opłat trochę czasu. Ponieważ nie należę do ludzi, którzy potrafią wepchnąć się brutalnie w zmęczony, przepocony ludzki ogonek, a moje łokcie są zbyt słabe na to, żebym torowała sobie nimi drogę...wolę poczekać. Wiecie..."a ja palę faję, dłubię w nosie...palę faję za fają" i czekam aż reszta entuzjastów (czyt. bezlik, mrowie i multum) taniego latania ewakuuje się z lotniska, i nastanie błoga cisza. Wtedy dopiero mój macho rzuca się do maszyny, żeby uregulować płatność, a ja idę sobie spacerkiem do auta, bez strachu, że zostanę zadeptana lub przejechana przez współpodróżnych.

Idę ja sobie przez puste lotnisko,osnute mgłą i skropione drobnym kapuśniaczkiem , palę fajeczkę i marzę o czekającym na mnie w domu gorącym żurku, aż tu nagle moim oczom ukazuje się pochód ludzki o zastanawiających kształtach. Ponieważ jestem fanem horrorów, dobrze wiem czym może kobiecie grozić włóczenie się po nocy na terenie zamglonym i otulonym egipskimi ciemnościami, zatrzymałam się niby koń ściągnięty cuglami i potoczyłam wzrokiem dookoła w poszukiwaniu ewentualnej drogi ucieczki. Wyrzuciłam precz papieroska, wyprostowałam się i zakotwiczyłam w półkroku stawiając przed sobą, niby tarczę, moją podręczną walizeczkę. Energiczny tłumek zawył z zachwytu na mój widok, i rzucił się biegiem w moją stronę, aż mu furgały poły płaszczyków, a dziwaczne czapeczki podskakiwały na głowach.
- Chasydzi - poinformowałam sama siebie.

Chasyd, nie chasyd, nigdy nic nie wiadomo. Mój ulubiony kanał na youtube, odkrywający wszelkie spiski świata (wiedzieliście, że Hilary Clinton jest reptilianką? A wiecie dlaczego należy spać w folii aluminiowej na głowie? A że żyjemy wewnątrz Ziemi? To nic nie wiecie!) podał niedawno, że po Polsce przemieszcza się około 40 tysięcy uzbrojonych i zakamuflowanych agentów Mosadu. Mogli dla niepoznaki przebrać się za Chasydów, żeby gładko się wmieszać w tłum, prawda? 

Chasydzi podbiegli kurcgalopkiem i zasypali mnie gradem niezrozumiałego słownictwa, które uderzało we mnie i odbijało się z łoskotem, niby grad bijący o blaszany daszek ( ten sam daszek o którym śpiewał  Ivan i Delfin)

Z tej dzikiej kotłowaniny, wyłonił się wreszcie młody przystojniak z uroczymi pejsami i zagadnął zaczepnie:
-Mi not gawarit polsku. English nein.
- Super - pomyślałam- Ta informacja z pewnością była mi niezbędna, do przetrwania dzisiejszej nocy.
-Ok, poradzimy sobie - powiedział tymczasem moimi ustami mój wrodzony optymizm na przekór rozumowi.

Zakres mojego słownictwa w jidisz jest nieco ograniczony, i mało użyteczny w trakcie konwersacji  - jedyne słowa jakie przychodzą mi do głowy to: bajzel, rejwach, geszeft, git i cymes. A z hebrajskiego -kabała, koszer, bar micwa, cadyk, szabas i szatan. Trochę kiepsko.

- A więc, co by panowie chcieli ode mnie. - Rzekłam podnosząc brwi pod samą linię włosów, aby łatwo było wyczytać w tych ciemnościach pytanie. Można rzecz, że całą swoją postawą zaczęłam przypominać znak zapytania.

- Jo..safa.
-Hmmm...josafa, czymkolwiek to jest, nie posiadam akurat na stanie, gdyż podróżuję jedynie z bagażem podręcznym - rzekłam rozkładając szeroko ręce i wskazując na lichą walizkę stojącą u moich stóp. A jak to wygląda? - zapytałam umieszczając brwi na potylicy z ogromnym trudem.
Tu nastąpiła konsternacja, i długie naradzanie się w nieznanym mi narzeczu.Aż wreszcie w ciemnościach niby rąbanka na haku w mięsnym, zawisło pytanie:

- Have car?
- Yes. I've got a car, but... - odpowiedziałam z uśmiechem, i zaczęłam się zastanawiać jak upchnę tylu Żydów wraz z ich kapeluszami i anglezami w mojej czerwonej lalce.
Chasydzi podskoczyli z radości, klasnęli w ręce, po czym całkiem niespodziewanie wzięli mnie pod ramiona i powlekli, mnie i bagaż, w głąb parkingu. Próbowałam im wytłumaczyć, że nie jestem tu samotnie, że mój ukochany poszedł właśnie zapłacić za parking i z pewnością będzie mnie szukał. Niestety, ponieważ było ich siedmioro (jak tych krasnoludków, co żyli z jedną królewną, ach marzenia...) nie potrafiłam ich przekrzyczeć.i pozwoliłam sobie być uprowadzona przez żydowskie tsunami....
-Ajajajajaj!

Po krótkim spacerku, przerywanym jedynie moimi próbami uwolnienia się z silnych jak obcęgi dłoni obywateli Izraela, zostałam doprowadzona do eleganckiej fury i wepchnięta delikatnie do środka. Jeden z brodaczy  nacisnął nawet litościwie na moje zarośnięte ciemię, aby moja czaszka nie roztrząsnęła się w drobny mak o ramę czarnego jak czarne oczy BMW.

Zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, po co u licha chasydom baba taka jak ja? Ani na gotowaniu się nie znam, a już tym bardziej na koszernym....a może mogłabym służyć jako żywa bombeczka podrzucona gdzieś w newralgicznym miejscu? Albo jako żona za karę, dla jakiegoś niesubordynowanego i wątpiącego wyznawcy?  Albo samochodowy kamikadze? Bo usadzili mnie na miejscu dla kierowcy. Moje myśli gnały przez zwoje mózgowe, niczym konie w galopie:
-Teraz mi zwiążą ręce, napoją alkoholem i podpalą...a ja jako żywa  pochodnia zniszczę tak pięknie rozwijający się port lotniczy Katowice - Pyrzowice - przemknęło mi przez głowę.

- Jo-szefa Krakau- rzucił przystojniak, który wskoczył na miejsce obok kierowcy. Reszta Żydów stanęła dookoła samochodu i zacierała radośnie ręce.W ich oczach wyczytałam wielkie nadzieje, których nie powinnam zawieść. 

-Absolutnie nie rozumiem o czym mówicie....uśmiechnęłam się radośnie, bo jednak dopóki nie zaczną mnie dźgać czymś ostrym, albo zmuszać do rzeczy niegodnych, postanowiłam zachowywać się elegancko i taktownie. W końcu jest to stara kultura i należy jej się szacunek.

Przystojniak zanurkował ręką głęboko w swoje czarne szaty, i wyciągnął jakiś połyskujący przedmiot.

- Pistolet? Bat?
Był to zwykły notes z wypisanym adresem - Kraków, ul. Józefa...
-Aaaaaa...- tu moja inteligencja osiągnęła Mont Everest.- Chcecie żebym wam to wpisała w GPS ?Zapytałam wspinając się przy okazji na wyżyny języka migowego. (No, mądralo - pokaż GPS za pomocą gestów! ) Żydzi niemal zaśpiewali radośnie, a jeden z nich pokazał mi mały ekran umieszczony na plastikach samochodu. 
Zaczęłam macać ekranik, waląc w niego na oślep. Używanie smartfona i tabletu na co dzień, robi swoje.
Facet siedzący obok złapał mnie zwinnie za paluszek, grożąc mi jednocześnie swoim własnym palcem.

- Nein, niein, nein!
Delikatnie pokręcił kółeczkiem znajdującym się z boku ekranu.Zrozumiałam bez powtórzeń i
przystąpiłam do działania. Już po minucie, na ekranie zaczęły pojawiać się wszystkie krakowskie ulice z imieniem Józefa..Józefa A, Józefa B...i tak po kolei, dotarcie do Józefa bez nazwiska zajęło nam dobrych 15 minut. Osiągnęliśmy zwycięstwo!
Git! - zakrzyknęłam ochoczo!
Git! Git! Git! - zawtórował mi radosny tłumek
- I cymes!- zakończyłam mile.
Ucieszyliśmy się wszyscy, pozacieraliśmy ręce, podziękowaliśmy sobie nawzajem, tak międzynarodowo, w języku migowym.

Tymczasem mój facet, niby samotny wilk na gigancie, przeczesywał lotnisko wszerz i wzdłuż, zaglądając pod samochody i rozglądając się dookoła z trwogą w sercu i duszą na ramieniu. Ukradli mu kobietę! Była i zaginęła. A tu kolacja czeka na stole i stygnie, podłogi umyte, ech...tyle roboty na nic!  Przez głowę przebiegły mu wszystkie ostatnio obejrzane thrillery o zwyrodnialcach  porywających podstarzałe księżniczki. Przez chwilę nawet się ucieszył, bo mógłby oglądać swoje ulubione seriale, cały smalec gęsi byłby dla niego, no i mógłby słuchać trójki od rana do wieczora bez oglądania pantomimy pt "Jak ty możesz tego słuchać, zaraz popełnię harakiri na sam dźwięk głosu Andrusa!' (- tu :szarpanie włosów i odzienia własnego)/

Koło żydowskiego zgromadzenia przebiegł ze cztery razy, nawet nie przypuszczając, że wewnątrz tej kotłującej się kipieli znajduję się ja. Niby ta księżniczka od krasnoludków. Usiadł w końcu w aucie i zaczął knuć, kiedy nagle tuż przed jego szybą pojawiła się jakaś postać z rozwianym włosem, eskortowana przez siedmiu, dziwacznie ubranych ludzi. 


Wskoczyłam zwinnie do auta, machając na pożegnanie, jednocześnie umieszczając walizę na tylnym siedzeniu samochodu.
- Co to  było? - zapytał mój mężczyzna, kiedy już go odblokowało.
- Chasydzi!
- Gdzieś ty była?
- Pomagałam im szukać Józefa!
- Ty piłaś?
Nie, niestety, nie poczęstowali mnie też macą, ani bajglem.
I nie zatańczyli, a tańczą pięknie!

Gdyby ktoś źle odczytał rysunek  - nie, to nie granat w ręku jednego z chasydów, i to nie ręce uniesione w obronnym geście. To telefon komórkowy i efektowny sposób komunikowania się:-/0/
I Hava Nagilla, siostry i bracia!
Pieprzu.



środa, 19 kwietnia 2017

Kobieta zmienną jest, to jest możliwe...albo zmieniłam zdanie.



Są takie prawdy i mity, które się z upodobaniem powtarza, nie zastanawiając się nad ich sensownością. Każdy pamięta choćby kilka z dzieciństwa, jak: "nie siadaj na trawie, bo wilka dostaniesz" albo  "nie czytaj przy złym świetle, bo zniszczysz sobie wzrok". 

Są też takie, w które gorąco wierzą nasi rodzice, co zmienia nasze dzieciństwo w pole bitwy i walkę o przetrwanie. Ulubionym mitem mojej mamy, było:


Jak będziesz nosić taką długą grzywkę, to dostaniesz zeza - zeza nie chciałam, ale nie chciałam też paradować wszem i wobec z grzywką do połowy czoła, co moja mamusia uwielbiała, tłumacząc mi, że mam "oczy jak niezabudki, i brwi jak skrzydła jaskółek" i absolutnie nie powinnam tego ukrywać przed resztą świata. Dzięki temu ukrywałam nie tylko oczy, ale i resztę Gabryśki. 


Jeśli nie nauczysz się gotować, to nigdy nie wyjdziesz za mąż. Byłam krnąbrna i mało zainteresowana, a teraz już wiem na pewno: nie ucz się gotować, zostaw to mężczyźnie, łącznie ze zmywaniem talerzy. Warunek : nigdy nie pokazuj, że potrafisz przyrządzić choćby jajecznicę. Naucz się natomiast okazywać wdzięczność za przyrządzanie posiłków przez Twojego faceta, to się bardziej opłaca i nie będziesz sfrustrowana, że stałaś przy garach 3 godziny, wszyscy zjedli i nikt nawet nie powiedział dziękuję. 


Niektóre powiedzenia, będące :mądrością narodów" paskudnie się wykluczają. Z jednej strony "Tylko krowa nie zmienia poglądów", a z drugiej " Kobieta zmienną jest".Też mi odkrycie. Wszystko jest zmienne - pogoda, moda, fryzury, glazury, faceci, a nawet psy i koty, i tak w nieskończoność. 

Zmienność, to jest jedyna stała w naszym nędznym życiu. A więc, czemu kobieta nie miałaby być zmienna? W końcu, można podejrzewać, że ma więcej inteligencji niż ta krowa co zielonkę przeżuwa. 


Aż przyszedł czas kiedy wykrzyknęłam - prawdę powiadają! Kobieta zmienną jest, jak nic na świecie! Z tym, że przekonałam się o tym dosyć późno, tak gdzieś koło własnego półwiecza. Było to tak nagłe, że powinnam to nazwać - atakiem zmienności, histeryczną kapryśnością i nagłą chybotliwością osobowości. Wiadomo, że wszystko jest zmienne. Z tym, że dla zmienności kobiety wyjaśnienia brak, i z tego powodu wciskają nam do głowy, że to wszystko szalejące w nas hormony.

Nie wierzę! Nie uwierzę, że moje hormony namówiły mnie na ...no, właśnie...na co?

Zaczęło się niewinnie - od buraczków. Buraczek gotowany należy do grupy produktów, którego moje czarne podniebienie wyraźnie nie znosi. Ta awersja do bordowego buca sięga jeszcze przedszkola w najstarszym mieście Zagłębia, gdzie jakaś pani z misją postanowiła przekonać mnie siłą, że buraczki są smaczne jeśli zostaną siłą wepchnięte w paszczękę.

Ponieważ już we wczesnym dzieciństwie nabyłam wiedzę, jak bardzo buraczki przyczyniają się do zmiany designu otoczenia, można się było spodziewać, że unikałam ich niczym diabeł wody święconej, niczym Edyta Dody, plus minusa, i tyłek bata.

Aż nadszedł czas na zmianę. Najgorsze, że nic nie zapowiadało katastrofy - żadnych proroczych snów, przeczuć, śnienia na jawie...po prostu będąc w sklepie włożyłam do koszyczka tarte buraki w plastikowym kubeczku. Taki impuls. O czym myślałam? Nie wiem. Pewnie jak zwykle, o niczym. 

Po przyjściu do domu, wyżarłam je łyżką. Płakałam, bo to jednak świństwo okropne,  i jadłam. A nawet wpierniczałam, wcinałam, szamałam, wtranżalałam i wtrząchałam. Z pewnością tego, co z tymi cholernymi burakami wyczyniałam, nie można nazwać uroczym raczeniem się lub delikatnym posilaniem.

Zawsze w takich chwilach musi się napatoczyć ten, który normalnie wstaje w okolicach pory obiadowej. Przystanął, popatrzył i zapytał z troską:
- Czemu to ślozy z oczu nadobnych puszczasz, piękna królewno? Co się stało?
- Bo żrę buraki! - krzyknęłam i zaniosłam się szlochem, pryskając dookoła bordową śliną.
Trzeba facetowi przyznać, że ma stalowe nerwy. Pozostawił sprawę bez komentarza i w ciszy zamknął drzwi do łazienki.

Wkrótce dołożyłam mu zmartwienia, przyprawiając go o stan osłupienia w restauracji, kiedy poprosiłam o coś, co normalnie omijałam wzrokiem z powodu obrzydzenia, jakie we mnie wywoływało.

- Dla mnie potrawkę z kurczaka na mały apetyt i grillowane warzywa - (wstyd z takim facetem iść do eleganckiej restauracji) - zwrócił się wybranek do oczekującego na zamówienie kelnera.
- A dla mnie na duży, na duży-duży apetyt (pokazałam swoją kobiecą niezależność)..powiedzmy...- zawiesiłam dramatycznie głos- O! Wątróbka z gruszką i sosem żurawinowym...
Ukochanego  zatchnęło, a ja sama się przeraziłam popełnionym właśnie przestępstwem.
- Co? Wszystkiego bym się mógł po tobie spodziewać, ale nie że będziesz żarła podroby!I to na słodko!
- Zamilcz człowieku i podaj sztućce - odrzekłam, postanawiając utrzymać nerwy na wodzy do końca.

Przyglądał mi się jak ciekawemu okazowi w klatce, i coś tam mamrotał o egzorcyzmach. A przecież nie jadłam na surowo! Zapewniam, że zachowałam pełną kulturę spożywania, chociaż, muszę przyznać, że miałam ochotę na żarcie tego świństwa rękami, wysysanie go z soku żurawinowo-wątrobianego i upojne przeżuwanie. Przeleciała mi nawet przez głowę kąpiel w wątrobiance, ale na szczęście nie posiadam wanny.

Płakałam zatem, i żarłam. Na szczęście była to wątróbka drobiowa, a nad drobiem płaczę zdecydowanie mniej niż nad resztą zwierząt. Bo jak wiadomo, kury nie mają u mnie poważania za grosz.
A jakie wrażenie wywarłam na swoim mężczyźnie!Stwierdził, że od czasów kiedy przyszedł do domu i zastał mnie na podłodze zapuchniętą od płaczu, z trwałą na krótkich, rudych kłakach, a na dodatek w 2 miesiącu ciąży, bardziej się nie przeraził.

A potem przyszła lawina -  buciki na obcasach zamiast trampek, zamiast męskiego podkoszulka - koszulka do spania z taką ilością koronki, że listonosz wystąpił o odszkodowanie za pracę w szkodliwych warunkach po tym, jak poparzył się papierosem, kiedy niechcący wybiegłam do niego w radosnych podskokach, bez peniuarka.
Paznokcie w czerwieni, kredka do oczu, puder, róż i pył...hydrolaty, olejki, absoluty, anglezy, wałki,
Mało?
Buty na obcasie. Boli? Ale za to jak fajnie mieć nogi o 8 cm dłuższe!Płacz, płać i bądź piękna, na tyle ile możesz. Zrobiłam się tak kobieca, że sama sobie zaczęłam ustępować miejsca i otwierać przed sobą drzwi, jeśli tylko zobaczyłam gdzieś własne odbicie.

I stojąc tak kiedyś na peronie, w butach na 9 cm obcasach, z anglezami fruwającymi dookoła mojej twarzy, obcisłych jak druga skóra dżinsach, wypielęgnowanymi paznokciami, które stanowią ogromne ryzyko, grożą bowiem przebiciem bębenków, wyłupieniem gałek, i wyciągnięciem sobie fragmentów mózgu przez nos, zaczęłam marzyć o czymś wygodnym. I zaraz po powrocie do domu, bez żadnych zapowiedzi przeszłam na hygge.


 Obecnie jestem na etapie - magii olewania i szukania radości w najprostszych czynnościach. Właśnie zjadłam śledzika w occie i popiłam kakao. Wolno mi, jestem dorosła. Obcięłam włosy do ramion, spiłowałam szpony, wciągnęłam ulubione traperki. Dosyć tego ciągnącego się za mną seksu.Nie, no jednak tę koszulkę nocną i bezecną bieliznę, to sobie zostawiłam. Bo jednak gdzieś tam głęboko, to we mnie jest seks, gorący jak samum.


Pie-pierz

Następnym razem opowiem, o tym, jak zostałam uprowadzona nocą przez grupę chasydów i siłą umieszczona w ich samochodzie. 

piątek, 24 lutego 2017

"Małżeństwo jest jak spacer po parku – ogólnie przyjemnie, ale trafia się kupa." czyli "Skarbie mój, przyrzekam Ci, wierność mą po wszystkie dni."




Przyznaję się, że w związku z fatalną pogodą za oknem, smogiem i katarem moje hygge jest bardzo histeryczne. Piję dwa kubki gorącej czekolady dziennie. Oczywiście, nie jest to żadna tam czekolada z torebki, ale normalna czekolada rozpuszczona w mleku (nie jadamy przetworzonej żywności mój sssskarbie, słuchamy doktor Zdrówko). Martwi mnie jednak fakt, że do czekolady zaczęłam sobie dodawać pajdę świeżego chleba z masłem. Nie do środka szklanki, nie jestem aż takim leniem żeby samodzielnie nie pogryźć chleba. Normalnie, szklana z czekoladą w jednym ręku, kroma w drugim. Masło i czekolada skapują sobie po moich gołych nogach, i dają powód do zastanawiania się - zlizywać czy zmyć? Przy zlizywaniu może być więcej zabawy, chociaż nie czarujmy się, z wiekiem ilość miejsc w które mielibyśmy ochotę (i możliwość) wsadzić nasz język, nieustająco maleje. Jaka szkoda!

Z powodu długiego urlopu, który sobie zafundowałam, miałam wreszcie czas na oglądanie programów telewizyjnych.Zanurzyłam się więc głęboko w moje ulubione nurty, dotyczące relacji międzyludzkich i DIY. Lubię oglądać programy,w których półnadzy mężczyźni, wyposażeni w wielkie młoty, zmieniają wystrój mieszkań i przesuwają ściany gołymi rękami, a potem sprzedają to za jakieś chore pieniądze ludziom w garniturach i garsonkach. Tym razem uwiodło mnie jednak coś całkiem innego.

Och, ileż może nam powiedzieć o wzajemnych stosunkach, uczuciach i relacjach wspólne kupowanie domu. Wcale nie musimy znać ich osobiście, wystarczy tylko posłuchać. Popatrzmy na Kate i Michaela, oboje koło 30, eleganccy, na poziomie. Ona chybocze się na zbyt wysokich szpilkach, on w typie młodego yuppie. 


K:Oh my god! Wspaniały ten living room...
M:Wstawię tu mój stół do bilarda!
K:Chyba żartujesz...ten zapleśniały rzęch i moja porcelana po babce? Możesz go sobie trzymać w piwnicy!
M:(nieco oklapnięty) Ale w piwnicy nie ma dość miejsca...i okien...i ogrzewania...
K:Tym lepiej...tym lepiej...

K:Oh my god!!! Wspaniała ta sypialnia...duża, z garderobą. I z łazienką...super!Popatrz na tą wannę...raj...
M:No...Jestem amazed! nie mogę się doczekać wzięcia tu kąpieli!
K: (zszokowana) Chcesz się tutaj kąpać? Absolutnie. Możesz korzystać z tej łazienki dole.
M:Ale....dlaczego?
K:Zmoczysz mi kosmetyki i zaparujesz lustra, nie będę mogła sobie zrobić makijażu...ta mała łazienka na dole będzie akurat dla Ciebie. (CZYTAJ: wychodek pod schodami)

K Uważam, że ma(dom) za mały basen. Musimy go powiększyć. Nie będę mogła zapraszać dziewczyn na grilla przy basenie!! 
M:Nie ma na to pieniędzy. No chyba, że zrezygnujesz ze ślubu na 400 gości...
K:Absolutnie! Jak ty sobie to wyobrażasz?? Mam nie zapraszać matki???!!!
M:I z wynajęcia zamku na przyjęcie weselne...
K:Uważasz, że na to nie zasługuję...???
M:Nie o to chodzi....ale te rzeźby lodowe na stołach..i tresowane kolibry tańczące salsę...
K:Ty pewnie chciałbyś żebym szła jak obdartus do ślubu! A może weźmiemy go w twoim ulubionym pubie, w otoczeniu twoich zapoconych kolegów?
K Wiesz...to wcale nie jest zły pomysł...
K:To się z jednym z nich ożeń...

I zaczynasz mu sekundować - run, Forrest, run! Jeszcze masz szanse zanim zostaniesz żywcem pożarty przez modliszkę, karmioną od dzieciństwa hasłem "Jestem tego warta", "i tego, i tamtego też jestem warta". 

Małżeństwo to długoterminowy kontrakt w zmieniających się warunkach. 
Decyzja o ślubie, to w pewnym sensie wzięcie kredytu, który spłaca się całe życie. (a przynajmniej takie jest założenie) Kiedy patrzę na większość związków, wydaje mi się, że małżeństwo to zapasy na trzęsawisku, w których wygrany jest ten kto na górze, i kto zdoła utrzymać drugiego jak najdłużej pod powierzchnią małżeńskiego bagniska. 

Po co więc ludzie to robią? Po kiego grzyba zakładają sobie powróz na szyję i pozwalają sobą orać jak górnicy Łyskiem? Mam na to własną teorię, oto ona:

1. Bo już czas stracić panieństwo. 
Część z Was zapewne to zna. Kiedy na imprezach rodzinnych wuj Stach z obleśnym uśmiechem rzuca przy mielonym, patrząc wam głęboko w oczy : tik-tak, tik-tak..., mamusia ze łzami w oczach życzy ci pod choinką, żebyś wreszcie kogoś znalazła, dziadek domaga się głośno prawnucząt do głaskania, koleżanki mówią tylko o tym co przygotują swoim dziubutkom na obiad, czujesz jak twoja asertywność zmienia się w kicającego, płochliwego szaraka. 
I co wtedy?
Bierzesz co dają i nie grymasisz, bo nie chcesz skończyć jak zdziwaczała ciotka Marysia- stara panna, w sukienkach pachnących naftaliną. Wybór bywa osobliwie przypadkowy. Znam osobę, która wyszła szybko za mąż za człowieka zamieszkującego okoliczne łąki i zagajniki, posiadającego na stanie jedynie namiot,dwie pary slipek i brzozową witkę do odganiania much. (nie jestem pewna, czy posiadał choćby nazwisko)

2. Bo dziecko w drodze. 
A jak wiadomo dziecko musi mieć rodziców. Skoro pojawiło się dziecko, musiał być seks. Dziś już nikt nie uwierzy w bajki typu '"wytarłam się czyimś ręcznikiem w publicznej łaźni, i stało się". Mamy XXI wiek, a ludzie ciągle nie potrafią oddzielić seksu od miłości. To, że ktoś potrafi dać mi 3 orgazmy w ciągu jednej nocy, i jest mistrzem seksu oralnego nie czyni go dobrym partnerem na życie. Chociaż zdarzają się i takie hybrydy. (najczęściej jednak mieszkają za 7 górami, i za 7 lasami, w wysokim zamku i należą do miejskich legend, jak czarna wołga)

3. Dla pieniędzy. 
Lubisz wygodne życie, nie masz zamiaru parzyć herbatek jakiemuś sapiącemu managerowi za marne pieniądze. Lepiej już się za niego wydać, i mieć pełny dostęp do jego konta. Niestety, zwykle wiąże się to z wypełnianiem określonych obowiązków, które po jakimś czasie staną się piekłem. 
W jaguarze można być tak samo nieszczęśliwym, jak w starym Seicento. 

4.Bo każda kobieta ma ochotę chociaż raz być księżniczką.
Koronki, tiule, białe rękawiczki, wianuszek (świadczący o naszej niewinności), biała suknia, dziewczynki sypiące kwiaty, ptaszki, fiftaszki, tory, karety...
Im huczniejsze wesele, tym trudniej się zwlec z barłogu następnego dnia o świcie, i powrócić do codzienności. W końcu najlepsze mamy już za sobą, i teraz pozostaje jeno proza życia. Następny etap, w którym można trochę poksiężniczkować to - ciąża

5. Żeby zmienić nazwisko lub dostać paszport . 
Masz fatalne nazwisko, z którego rodzina jest niesłychanie dumna? Cóż, pozostaje zamążpójście. Należy jedynie uważać żeby nie zrobić sobie większej krzywdy i nie wymienić siekierki na kijek. Zamiana Żaby na Larwę nie poprawi sytuacji.
Masz niemodne obywatelstwo? Małżeństwo też jest w stanie wyciągnąć cię z tego bagna. Jest nawet możliwość, że na tyle ci się spodoba, że zostaniesz na dłużej w tym stanie. 

6. Z miłości. Niby fajnie, ale nie przesadzajmy, nawet wychodzenie za mąż z miłości ma swoje mankamenty. Miłość zakłada bowiem różowe okulary, które pewnego dnia mogą opaść ...i widzimy, że król jest nagi, a na dodatek jakiś taki koślawy, i denerwujący, i że nawet Adam Kraśko bardziej na nas działa niż ślubny.... Wtedy trzeba zamknąć oczy i przypomnieć sobie, dlaczego do licha kiedyś zakochaliśmy się w tym Józiu. Warto! Lepiej bowiem naprawiać to co sprawdzone, niż kupować kota w worku. 

7. Prosił, prosił i się doprosił.
Czasami wychodzi się za mąż dla świętego spokoju. Partner jest tak namolny, że nie sposób się go pozbyć inaczej, niż zniechęcić codziennym dzieleniem sypialni i łazienki. W sumie, nie jest to złe rozwiązanie. Możemy być najgorszą żoną/mężem w mieście, a na jakąkolwiek skargę odpowiadać ze spokojem - "widziały gały, co brały".

Miłość jednak wygrywa:-)
Pieprzu!

P.S. Tak, numer 4 wycięłam!(niechcący)
Ale już dopisałam.
To mój 199 post. Hurrrra!

niedziela, 15 stycznia 2017

Wilgotna opowieść o ksenomorfach czyli co mam wspólnego z Sigourney Weaver.



Na głowie kwietny ma wianek 
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek 

Kazik

Tak, tak...ten w lustrze to niestety ja. Taka chciałam być w Nowym Roku - kwiatuszki, motylki,baranek przodem, sama dobroć i słodycz. Jeśli ktoś by mnie wkurzył, to pogroziłabym tylko palcem mówiąc - A ty niedobry, ty!  Aplikacja dodała różowej poświaty moim policzkom i walnęła mi kreski, jakich w życiu nie potrafiłabym sobie narysować - miało być romantycznie, a ja miałam zaniechać kopcenia papierochów i skończyć z ubieraniem się na czarno, przestać kląć i przejmować się rzeczami, na które i tak nie mam wpływu.  Ale znowu poległam. Bo czy łatwo być dobrym? No, zapewniam, że jest to sakramencko (jak mawiał wuj Henryk, który był jedynym znanym mi mężczyzną dumnie zakładającym sandały do garnituru)  trudne. Głównie ze względu na bliźnich. 

Krzywdę robią mojej panience 
Opluć chcą ją podli zboczeńcy 
Utopić chcą ją w morzu zawiści 
Paranoicy, podli sadyści 


Do 4 stycznia nawet jakoś mi szło. Unosiłam się na różowych obłokach swojego czaru, jadłam truskawki z bitą śmietaną, piłam sok z marchwi i buraka, pilnowałam, żeby codziennie założyć coś kolorowego, pryskałam się Si Armaniego, używałam różu na policzki, błyszczyka, nosiłam buty na obcasach, codziennie dzwoniłam do mamy i starałam się nie być złośliwa. (bo niestety jestem, jestem złośliwa do kości od wczesnego dzieciństwa - a największą przyjemność czerpię z faktu, że czasem ludzie nie wiedzą, że jestem złośliwa - co czyni mnie makiawelicznie złośliwą i podwójnie winną ). Naprawdę byłam fajna, taka fajna, że mogę przysiąc, że kiedy przechodziłam mimo, to słychać było chóry anielskie i brząkanie na harfie, coś jakby wczesny Vollenweider . A potem wsiadłam do samolotu i poleciałam do pracy. 

Znów widzieli ją z jakimś chłopem 
Znów pojechała do St. Tropez 
Znów męczyła się, Boże drogi 
Znów na jachtach myła podłogi 
Tylko czemu ręce ma białe 
Chciałem zapytać, zapomniałem 
Ciało kłoniąc skinęła dłonią wsparła skroń o skroń 
I znów zapadłem w nią jak w toń 


Już wejście na pokład sprawiło mi pewną przykrość. Odkryłam, że człowiek, którego biodro przylega ściśle do mojego (tanie linie lotnicze sprawiają, że ludzie są bliżej siebie) emituje niezwykle oryginalne miazmaty, coś co przywodziło na myśl określenie - morowe powietrze. Nie, nie był to zwykły, klasyczny fetor. Był to długo leżakowany, mocno wędzony, wielokrotnie moczony w solance smród, który na okoliczność podróży został elegancko odprasowany, wykrochmalony i wielokrotnie złożony pod pachą. Mogłam szybko ocenić jego głęboki, mahoniowy posmak, i wyróżniającą się nutę camemberta,  ponieważ właściciel uniósł ramię w górę i zaczął majdrować przy lampce nad siedzeniem. Zacisnęłam z bólu zęby. Powiało grozą i wystraszonym kozłem, który przez ostatnie pół roku brał kąpiele w oborniku i nacierał się martwym skunksem. 

Moje biedne Armani rozsypało się na poszczególne składniki, zemdlało i wpadło pod siedzenie, widziałam kątem oka jego marny zewłok desperacko próbujący opuścić pokład. Zazdrościłam mu, bo zdążyło się doczołgać do wyjścia i wziąć głęboki oddech. Ja nie. Siedziałam jak sparaliżowana, i bałam się poruszyć, żeby nie spowodować dodatkowego ruchu powietrza. 

Właściciel capów (założę się, że pod jego koszulką mieszkały co najmniej dwa, oba dobrze wypasione) ziewnął i pociągnął nosem. Zabrzmiało to jak oczyszczanie rur kanalizacyjnych i nie wróżyło nic dobrego. Wiercąc się na siedzeniu wyciągnął z kieszeni spodni mizerny kawałek papieru toaletowego, kaszlnął soczyście i dmuchnął w niego z taką siłą, że biedny karteluszek uciekł z piskiem i przykleił się do mojego buta błagając o pomoc. Struchlałam. Tragizm sytuacji podbił fakt, że sąsiad nie zauważył, że to w co chciał smarkać już dawno nie znajduje się w jego rękach. A potem już normalnie, rozłożył dłonie, żeby obejrzeć swoje dzieło...żeby się nie zagłębiać w szczegóły, całą scenę mojej walki o przeżycie, można sobie obejrzeć tutaj:

Jak walczyłam w samolocie



Nie dałam rady i zostałam zainfekowana, wyraźnie czułam, że ksenomorf we mnie zaczął ewoluować! To by wyjaśniało dlaczego miałam problem z dopięciem koszuli.  Dlatego też, mój powrót wyjątkowo uległ przyspieszeniu. 

No, wreszcie doszliśmy do sedna! Kiedy jestem daleko od domu, mój mężczyzna mocno się stara. Wiecie- słodkie teksty, zdjęcia, rysunki, zapewnienia o tym jak bardzo tęskni, i co to nie będę miała jak już wrócę. Takie tam.. figliki. Kiedy oznajmiłam, że wracam wcześniej, prawie pogryzł słuchawkę telefonu z radości i natychmiast wydał nierozsądną sumę pieniędzy na tzw zaopatrzenie. I naprawdę, nie mogę się skarżyć, bo mieszkanie zostało odpowiednio umajone, wszystko co lubię było w zasięgu mojego ukochanego fotela, a gorące potrawy wjeżdżały kolejno na przyjęcie powitalne śpiewając wesoło "Bo do tanga trzeba dwojga". Tak, ale to jest dzień pierwszy. Dzień drugi ma już całkiem inny scenariusz. Nadciąga bowiem proza życia, a w moim wybranku zasypia Romeo, a budzi się kierownik.

Oto ja, (w skowronkach, bo wróciłam do domu) chodzę i śpiewam z tej nierozsądnie rozsadzającej mnie radości, piję ukochaną kawę, zajadam Bielucha, jaśnieję dobrocią i mizdrzę się słodko, tak jak najlepiej potrafię...a przecież jestem ciężko zainfekowana, do kroćset! W moim organizmie zagnieździł się obcy. Czy łatwo być rusałką, skoro gile ciągną się za mną na długości 3 metrów, jestem prawie przygłucha, a oczy mam całkiem kaprawe? A mimo to staram się być tak radosna i uwodzicielska, jak tylko w tych trudnych warunkach mogę. I co otrzymuję w zamian?

Ach, dziewczyna pięknie się stara 
Kosi pieniądz, ma jaguara 
Trudno pracę z miłością zgodzić 
Rzadziej może do mnie przychodzić 
Tylko pyta kryjąc rumieniec 
Czemu patrzę jak potępieniec 
Czemu zgrzytam, kiedy się pyta czy ma ładny biust 
Czemu toczę pianę z ust 


- Gabi czy ty musisz śpiewać od 7 rano? 🙊
- Gabi, czy ty musisz tu palić? 
- Gabi, czy ty musisz łazić w piżamie do 9 rano? To nie jest zachęcające...
- Gabi, nie znoszę tej bluzki, fatalny kolor...czemu sobie takie rzeczy kupujesz
- Gabi, możesz zmienić fryzurę? Lubię jak masz rozpuszczone włosy...
- Gabi, zgaś tego wyjca, nie znoszę tej muzyki...tej też nie...i tej! 
- Gabi, miałaś siedzieć ze mną...wyłaź z tego pokoju...
- Gabi, przestań czytać....popatrz na mnie!👀

I jak ja mogę być dobra? Włożyłam mój maskujący czarny golf, dodałam do tego czarną bieliznę i czarne jak heban spodnie, pstryknęłam zapalniczką i położyłam jęzor na ostrzałce do noży...

Im Westen nichts Neues!
Pieprzu z kłami na wierzchu!

A tu zdjęcie, które jest dowodem mojej chwilowej słodkości:

Jak na nie patrzę to się szczerze wzruszam.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Nowy Rok nastaje, każdemu ochoty dodaje czyli ta sama melodia od lat.





I nastał Nowy Rok. 
Niestety, z powodu prawie pół setki Nowych Roków, w które rzucałam się jak pijany z mostu (bez planu, doświadczenia, z przypadku ale z radosnym "olaboga' na ustach) już wiem, że nie powinnam mieć wysokich oczekiwań. 

Grudzień, styczeń, luty i ciągle ta sama ja. No, jedynie rok starsza (*sic!) to co tu świętować? Kiedy przypomnę sobie te wszystkie imprezy, na których kołysałam się na niebotycznie wysokich szpilkach, marzłam z odkrytym dekoltem i wyłuskiwałam paznokciem brokat z oczu jeszcze 3 stycznia, to na pytanie - Gdzie się bawimy w tym roku?- mam ochotę skoczyć pytającemu do gardła i zanurzyć moje zęby w czerwonej jusze. Jestem skłonna jedynie do posiadówek, bez zbędnej napinki .

A więc, siedzimy, zagryzamy pokarm przygotowany przez Mizię (kochana, zawsze wyglądasz dwa razy bardziej atrakcyjnie, kiedy niesiesz jedzenie) , konwersujemy niespiesznie słuchając Spotify i rzucając okiem na to, jak w Zakopanem, Katowicach czy Warszawie ludzie tłoczą się w kolejce do plastikowych toalet i muszą słuchać beczenia Zenka Martyniuka. (artysty 25-lecia wg Super Ekspresu - tak, tak...czasami kłamię, ale teraz mówię prawdę). Taki Sylwester mam, i tak jest mi dobrze. 

Ostatnie dwa miesiące zajmowało mi martwienie się o własną latorośl, która to o siebie nie martwiła się wcale. Myślę, że to dziecko zostało zamienione, gdzieś w szpitalu, i tylko dorobiono mu pewne fragmenty przypominające rodziców. (główny nacisk położono na brak zamiłowania do porządku i kompletne niezrozumienie słowa - oszczędność). 

Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak dziecko ubogiego artysty (pamiętaj -jeśli bogaty, to nie artysta) i matki, która jeszcze nie wie kim zostanie, kiedy dorośnie, mogło wyrosnąć na człowieka, który tworzy powierzchniową geometrię modelu, projektuje dokumentację płaską i symuluje metodą elementów skończonych coś co ma się unieść w powietrze, i to przed śniadaniem. Na dodatek nie pija kawy, wódki, nie jada słodyczy i żywności przetworzonej. Nie powinniśmy karmić go SONDĄ i GWIEZDNYMI WOJNAMI w dzieciństwie! Błąd! 

No, ale zmierzając do celu - martwiła mnie głównie sprawa przeprowadzki, z miasta A do miasta B. Jeśli wynosisz się jakieś 280 kilometrów na północ, to fajnie byłoby znaleźć najpierw mieszkanie w którym możesz złożyć swoje graty w szafie, kości na łożu, brudy w koszu i strawę w lodówce. Moje dziecko uważa to za niepotrzebną stratę czasu. Skoro pracę w nowym miejscu ma zacząć o godzinie 8.00 1 grudnia, to wyjazd 30 listopada z zapakowanym dobytkiem życia (zdradziecko systematycznie rabowanym z domu rodzinnego - oddawaj sokowirówkę, smarkaczu!) i znalezienie kwatery, wydaje mu się okresem wystarczającym. Rwałam więc włosie z głowy, jęczałam i narzekałam, jak to czynią wszystkie rasowe matki (a przynajmniej udawałam, że to robię). 

- Będziesz sypiał w samochodzie na parkingu, i mył się w chłodnicy albo staczał wieczorną bitwę o karton z bezdomnym! Na dodatek "Winter is coming!!!" nabiał ci wymarznie, uszy się skruszą, nos pokryje sinawym odcieniem!

Na nic. 

Wjechał do stolicy o 13.00, a o 13.40 podpisał umowę na wynajem glanc nowego mieszkanka, takiego co to trzeba jeszcze ze sprzętów styropian wyciągać. Na dodatek 10 minut od swojej pracy. Na dobicie mnie - z miejscem parkingowym. Ta młodzież to ma dobrze, i nic nie wie o życiu. Kiedy nasz znajomy zaprosił nas do swojej nowej kwatery w Warszawie (wczesne lata 90-te), to pamiętam, że zaskoczyło mnie, że poczęstował nas herbatą w przedpokoju. Okazało się, że mieszkanie, to właśnie ten przedpokój. 


Wszystkim cudownego Nowego Roku! 
Postanawiam nie postanawiać. I jeszcze na głowie kwietny mieć wianek...i te motylki. Tak, w tym roku będę czarująca! Tymczasem trenuję.