Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Rozważania przed lustrem czyli Uspokój się Gabryśka, kup lubrykanty i chrum, chrum...




Ani się obejrzałam, a tu lipiec za pasem. Lipiec, to zawsze bardzo znaczący miesiąc, ponieważ wtedy zmieniam cyfrę na liczniku. Pierwsza cyfra ciągle pozostaje niewzruszona. Tymczasem. Najbliższa mi zmiana pierwszej cyfry symbolizuje półwiecze. Półwiecze!???!!! To brzmi jakbym była krakowską kamienicą! Czy powinnam już ściąć włosy, farbować się na brązy, zrobić dymiącą trwałą i zacząć malować usta na perłowo?


 No, ale wróćmy do urodzin. Urodziłam się w lipcu (ale nie jak Stanisław Tym w drugiej połowie, a w pierwszej) wybitnie po to, żeby sama siebie wnerwić. Po pierwsze, upalisko nie do wytrzymania. Po drugie, przez lata nie mogłam wyprawić hucznych urodzin, bo wszyscy z końcem czerwca czmychali z miasta. Teraz też nie wyprawiam, głównie z tej przyczyny, że wielkość tortu na którym zmieściłyby się wszystkie świeczki symbolizujące ilość moich lat, nie idzie w parze z ilością przyjaciół, których chętnie bym czymś wielkości koła od traktora poczęstowała. Zresztą znając swój paskudny charakter, i tak zjadłabym go sama, a potem ciężko odchorowała zrzucając winę na ciastkarza. A po trzecie, nadmierna ilość słońca i świeżego powietrza wpędza mnie w depresję. Serio. Im szarzej, tym lepiej. 

Na dodatek zrobiłam się aspołeczna. Kiedyś, w zeszłym tysiącleciu, moim najczęstszym zawołaniem było - "Wychodzimy?", a teraz najpiękniejszym zdaniem spływającym z kwiatu warg moich jest : "Idę do siebie". Zamykając się we własnym zaciemnionym pokoju, i nakładając słuchawki na uszy, czuję przebiegający po plecach dreszcz rozkoszy. Wreszcie sama! 

Oczywiście, jeśli ktoś myśli, że ja tak mogę sobie pójść do siebie i być sama ze sobą kiedy mam ochotę, to się grubo myli. Na takie rzeczy, to trzeba sobie zasłużyć. Muszę więc iść i się spotkać, pouśmiechać, wspólnie spożyć, towarzysko obejrzeć, i takie tam figliki. I jak już wszystkich zaspokoję do wiwatu, aż będą się wzdrygać na sam dźwięk mojego imienia, mogę wreszcie zatrzasnąć te cholerne drzwi i popatrzeć sobie w oczy. A raczej, własnemu odbiciu. (Właściwie, to nie jest cała prawda. Smutna prawda jest taka, że mój mąż w ramach protestu wymontował z moich drzwi klamkę i zamek. Powiedział, że jak obejrzę z nim wszystkie sezony "House of Cards" to dostanę klamkę. Na zamek będę musiała popracować znacznie dłużej. Doszło do tego, że nie mogę nawet trzasnąć drzwiami, jak prawdziwa kobieta. )

Z okazji Dnia Kobiet otrzymałam lustro. Stoi na biurku i ma wielkość stodoły z własnym agregatem i reflektorami. Jedna jego strona jest mniej przerażająca od drugiej. Jestem hardcorem i robię makijaż używając powiększenia.Trzykrotnego. Myślę, że to takie samobiczowanie. Byłaś dzisiaj niegrzeczna Gabryśko, źle wycisnęłaś pastę z tubki - odwracaj lusterko, ty bestyjko, ty!

Teraz fragment dla dorosłych:
w ramach hasła "Staję się piękniejsza każdego dnia, i mocno w to wierzę" przeczytałam książkę pana Jacykowa. I na wszystkie świętości zaklinam! Nie bierzcie tego do ręki. Zdołowałam się na całe pół godziny czytając u tego admiratora kobiet na pierwszych 20 stronach, że:
1. Po pięćdziesiątce rośnie "nadpiździe"
2. Po pięćdziesiątce "wysycha Bożena".
3. Mam "gębę okrągłą jak patelnia", co w połączeniu z dużymi oczami,  wydatnymi ustami i makijażem, daje mi możliwość starania się o pracę przy trasach wyjazdowych z miasta.

W sumie fajnie. W pierwszej chwili nawet się ucieszyłam, bo mogłabym zaoszczędzić na makijażu, żeby kupić sobie lubrykanta i namaścić "Bożenę", albo zgłosić się do dr Szczyta i usunąć "nadpiździe". Potem jednak przypomniałam sobie, że media już dawno ostrzegają, że powinnam zbierać na : wkładki pomagające przy nietrzymaniu moczu, tabletki pozwalające moim gazom gładko opuszczać moje nadobne, chociaż nieco nadszarpnięte zębem glutaminianu sodu jelita, te tabletki, po których będę mogła nadal coś zjeść, a moja wątroba nie wybuchnie na przyjęciu i jeszcze parę innych produktów, które mają za zadanie trzymać moje ciało w kupie.(Bez podtekstów) Naprawdę ulżyło mi, że mogę sobie darować Prostamol i nie posiadam "Konara, co nie chce zapłonąć". 

Z tych wszystkich zmartwień, na czole wyprodukowała mi się zmarszczka. Natychmiast pognałam do perfumerii i zaopatrzyłam się w jakiś kawałek płócienka nasączony cudem. Wydałam 8 zł, poleżałam 30 minut wyglądając jak Jason z "Piątku 13" i et voila tout ...po zmarszczce ani kurzu nie zostało. Takie to teraz cuda w kosmetyce! (Chociaż mój ukochany stwierdził, że to wcale nie była zmarszczka, a jedynie sadza od ciągłego kopcenia papierosów. I gdybym się umyła mydłem za 1 zł 20 gr, to efekt byłby ten sam.)



Czasy się zmieniły, i znalezienie naprawdę nieurodziwej osoby, kiedy panuje moda na operacje plastyczne, koreańskie kosmetyki, porcelanowe korony na zęby, przeszczepy włosów i rzęs jest właściwie niemożliwe.
Przez przypadek wpadło mi w ręce zdjęcie rodziny Kardaszianów, z czasów kiedy nie stać ich było na chirurgów, a ojczym nie pokazywał biustu na okładce Vanity Fair, i nie kazał mówić do siebie Caitlyn, stając się rozchwytywaną przez media transseksualną lesbijką. To niesamowite, ale ci ludzie wyglądali całkowicie tak samo jak my! Przeciętnie. 

Przeciętność jest do wytrzymania, brzydkim być w obecnych czasach nie można. To znaczy można, ale jedynie jeśli jesteśmy intrygująco brzydcy i odpowiednio to podkreślamy, zgodnie z zasadą - najważniejsze to być sobą. Współczuję żonom piłkarzy, które muszą być piękne od rana do nocy, bo cały czas trwa ranking najatrakcyjniejszych WAGs. Do ścisłej dziesiątki zakwalifikowała się tylko jedna reprezentantka naszego kraju - nowa pani Szczęsna. Sara Boruc, mimo szpanowania paputami za 40 000, odpadła z kretesem. To pewnie z przepracowania, bo jak twierdzi "My, dziewczyny piłkarzy bierzemy na barki wszystko - Artur nie płaci rachunków, nie robi przelewów, nie musi zajmować się domem, może skupić się na swojej pracy." Biedna dziewczyna! - zapłacze niejedna Matka - Polka, wykręcając poszarzałą ścierkę nad wiadrem z mydlinami i ocierając pot z czoła. 


Najgorsze, że ten wyścig z czasem nie ma końca. Nie można się już w spokoju zestarzeć i pomarszczyć, kiedy przyjdzie na to pora. Z telewizora atakuje nas Dziarski Dziadek, który ćwiczy w lesie i zdrowo się odżywia, DJ Vika, która miksuje po 70 i pan Stanisław, który mimo lat 105 wygrał bieg na 100 m w swojej klasie wiekowej. Dawniej samotny dziadek biegający po lesie, mógł być jedynie zabłąkanym ekshibicjonistą w radosnym tańcu fauna, któremu jak tubylerczykom "spełła fajla"). Teraz jest sportowcem. Albo taka Agnieszka Perepeczko, zamiast jak każda matrona w jej wieku, siedzieć na bujanym fotelu i spokojnie rozpadać się na kawałki dziergając na drutach śpioszki dla wnucząt, przystraja się w koronkową przezroczystą suknię i szpanuje młodszym o półwieku kochankiem. 

Też bym tak chciała, bo widać wyraźnie, że młodszy kochanek działa lepiej niż botulina i na dodatek motywuje do schudnięcia. Mógłby wyglądać jak jeden z tych rudobrodych wikingów, co to zrobili Anglikom powtórkę z Brexitu. Mieszkalibyśmy w maleńkiej chatce, zagubionej wśród wyjących wulkanów Islandii, hodowalibyśmy psy, żulibyśmy mech porastający chałupę i mielibyśmy osobne sypialnie, osobne łazienki, osobne kuchnie i osobne konta na Netflixie i Spotify. Ech, marzenia!





Prosięcie, 2 doby przed urodzinami!

czwartek, 2 czerwca 2016

Bądź sobą, no chyba, że możesz zostać księżniczką. Wtedy zostań księżniczką.



"


Na świecie panuje moda na poradniki.Jak żyć? Jak ugotować kraba? Jak poskromić teściową? Google stało się wyrocznią w sprawach życia i śmierci. Zadaj jakiekolwiek pytanie, a dostaniesz odpowiedz. Wreszcie! Nie trzeba już myśleć samodzielnie, tracić czas w bibliotekach, szukać odpowiedzi nudząc wszystkich dookoła, wystarczy umiejętnie zadane pytanie, a sezam otworzy przed tobą swoje podwoje. 

A jakie jest najczęstsze pytanie ludzkości? Oczywiście.....

Jak być szczęśliwym?

A najczęstsza odpowiedz?

Bądź sobą! Bądź naturalna!

No, też mi odpowiedź! Czkawki ze śmiechu można dostać. Sobą? Czyli kim?

Gdybym faktycznie chciała być sobą, byłabym złośliwym, rechoczącym gnomem, podkładającym nogi gderającym staruszkom, strzelającym z procy do płaczliwych dzieci, wykorzystującym wszystkich dookoła i manipulującym każdym facetem, który znajdzie się w polu rażenia bez względu na to, czy to mój własny syn, ojciec, dziadek czy listonosz. (listonosz cudzy)

No, to pomyślmy. Odsiejmy Gabrysię, Isię i Bisię, a także słodką Gabi od Gabrieli, bo Gabriela jest naturalna. I popatrzmy co otrzymamy:



DZIECI:

Słodka ciocia Gabi:
Pochyla się nad wózeczkiem, wpatruje w pomarszczonego, czerwonego wrzaskuna, mamrocze jakieś puszki-okruszki, fiki-miki i koci łapcie, wstrzymuje oddech i produkuje uśmiech, starając się nie pokazywać kłów. Jest troszkę sztywna, ale mało kto to zauważy, bo i tak osesek jest królem sytuacji. Przyniosła grzechotkę. Grzecznie pyta o kolki, ząbki, spanie i ulewanie. Dzielnie wysłuchuje całej historii poczęcia i porodu, bez zmarszczenia ust czy czoła. 
Do dzieci starszych niż lat 3 ciocia Gabi mało mówi, ale ładnie się uśmiecha ( przełykając to co jej się ciśnie na usta), tylko czasem odwraca się w drugą stronę i wkłada sobie pięść do ust. 

Miła ta ciocia Gabrysia. Nie żeby dzieci za nią przepadały, ale nie spluwają na jej widok pogardliwie, i nie rzucają w nią klockami. 


Ciocia Gabriela nie znosi dzieci. Szczególnie obcych. Człowiek zaczyna się dla niej po osiągnięciu wieku dwucyfrowego, wcześniej jej nie interesuje, a nawet troszkę brzydzi. Zmuszona przez rodziców niemowlęcia, rzuca okiem z bezpiecznej odległości dwóch ulań i cedzi przez zęby:
-Wygląda jak mój pradziadek Stefan, tylko tamten miał więcej zębów. Mam nadzieję, że czas będzie dla niej łaskawy.
Dzieci które biegają, wrzeszczą, kopią, odmawiają jedzenia zupy, nie potrafią powiedzieć "dzień dobry" i "dziękuję"ciocia Gabriela pakuje do ciemnej celi, w celu szybkiej resocjalizacji i straszy bobokami, buką, golonką i szpinakiem trzy razy dziennie śpiewając na dwa głosy:

"kto nie je zupy ten umrzeć musi"

Ciocia Gabriela budzi powszechną odrazę, nikt jej nie zaprasza na kolacje i chrzciny. A ona tak lubi jeść...tak lubi jeść...

SĄSIEDZI:

Miła pani Gabi - grzecznie wita się z sąsiadem, pytając czy mógłby przestać szlifować płot o 23.00? Albo ewentualnie szlifować go w tonacji na dwa, bo gubi jej się rytm. Zagaduje słodkim głosem sąsiadkę, pytając przy okazji czy wnusio mógłby zdjąć na chwilę ręce z klaksonu w samochodzie, bo chciałaby odbyć rozmowę telefoniczną, a przeciągłe buuuu, które dobiega z ich ogródka przez ostatnie dwie godziny, uniemożliwia jej komunikowanie się nawet z małżonkiem, który siedzi metr od niej i jest na tyle zdenerwowany, że zgryzł jej najnowsze pantofle na klapki japonki.

Sąsiedzi nie wiedzą, że ostatnie dwie godziny spędziła na pacyfikowaniu zwierza, jest zmęczona, musiała robić takie rzeczy, o których sąsiedzi pewnie w życiu nie słyszeli, bo można je obejrzeć jedynie na japońskich, płatnych kanałach pornograficznych. Sąsiedzi obiecują poprawę, która nigdy nie następuje.

Miła ta pani Gabi, tylko ciągle jej kolana drżą. Zaniesiemy jej wisienek z naszego ogródka...



Gabriela jest zen, wyłapuje odgłosy z zewnątrz ale ich nie komentuje. Czeka. Specjalnie głodzi zwierza przez dwie godziny, spokojnie wmasowuje w ciało balsam o zapachu wanilii z czekoladą, przebiega przez duży pokój całkiem naga śmiejąc się perliście, opiera się nagim ciałem o ścianę i czochra jak łosza o korę dębu, wkłada szpilki i pasek do pończoch, (o majtkach zapomina) a później robi minę zmęczonej anakondy osuwającej się na podłogę i szepcze...Wiesz, ja w tych warunkach jednak nie mogę, ci sąsiedzi....już mnie boli głowa., a chciałam dzisiaj....(tu spuszcza nieśmiało mocno pomalowane oczy)


Okropna jest ta pani Gabriela, sąsiedzi wolą nie wchodzić jej w drogę bo szczuje zwierzem. A zwierz raz puszczony ma tendencje samo-nakręcające się, jest jak ninja - perpetum mobile. Pani Gabriela atakuje zza węgła i nigdy sama rączek nie brudzi. Sąsiedzi pierzchają kiedy nadchodzi. A ona tak lubi pogawędzić z sąsiadami....


MĘŻCZYŹNI:

Gabi jest taka sympatyczna i kumpelska, można z nią konie kraść. Wpatruje się w każdego mężczyznę ogromnymi niebieskimi oczami, wyrażając tym spojrzeniem podziw i całkowitą uległość.
Choćby ją przypiekano na ogniu, nie da poznać, że męski interlokutor budzi w niej chęć mordu. Lekko porusza anielskimi skrzydłami, a jej aureola  błyszczy jak złote zęby.
Lubimy Gabi, jest taka zabawna. Czasami coś tam krochmali o feminizmie, ale w zasadzie jest niegroźna. Angelina Joli to to nie jest, ale z łóżka bym nie wykopał.


Gabriela dobrze wie, że życie łatwe nie jest. Ma obrzydliwą cechę -
że jeśli już jakikolwiek osobnik męski wpadnie w jej sieć to zostanie pożarty żywcem i trzykrotnie strawiony. Oczywiście, doszła już do poziomu mistrzowskiego, w którym  trawiony mimo bólu będzie nadal całował koniuszki jej palców i prosił o więcej. I w celu osiągnięcia dobrego rezultatu nie cofnie się przed użyciem żadnego ze swoich, lub cudzych atutów. Gra zabiedzone maleństwo, które nieustannie potrzebuje męskiej ręki (czytaj:służącego, kucharza, kierowcy i dostawcy rozrywek ), większość mężczyzn da się na to złapać, bo każdy chce być bohaterem. Wtedy wczepia się i pasożytuje wieloletnio.

Gdyby nie trafiła na pacyfikującego ją zwierza, z pewnością trafiłaby na swoją męską wersję i miała złamane życie, była zgorzkniała i nienawidziła całego rodu męskiego plując żrącym jadem po oczach. Gabriela wie, że płeć damska jest na gorszej pozycji i ma ochotę krzyczeć - Obudźcie się! (ale podobno to hasło już zostało wykorzystane przez inną formację)

Kiedyś chciała powołać do życia Damską Drużynę Obsikującą Trawniki i Kioski oraz Damską Drużynę Ekshibicjonistek Parkowych, jako przeciwwagę dla obsikujących ulice i obnażających się gdzie popadnie facetów - nie wyszło w praktyce, bo w szpilkach i z majtkami w kolanach przewróciła się boleśnie i okrutnie stłukła kolana, a kolana są jej niezbędne do pacyfikacji zwierza. 

Matko, co za obrzydliwa pchła szachrajka z tej Gabrieli! Nie powinno się jej dopuszczać do chłopa bliżej, niż odległość zaostrzonych, pokrytych currarą wideł. Pewnie nie goli nóg! I w ogóle wstrętny babszczak o urodzie kartofla.


WNIOSEK:
Gdybym chciała być sobą, powinnam znaleźć sobie jakieś fajne miejsce na mokradłach i tam starać się być tak naturalna, jak tylko mogę. Do woli!

Wyłożyłam zwierzowi moją rację na temat bycia sobą. Pokiwał głową i powiedział:

Wisz ty co, Piszkitle, bzdury gadasz. Właśnie dlatego nie robisz tych wszystkich obrzydliwych rzeczy, bo jesteś sobą. Bo prawdziwa ty, nie chce nikogo zdenerwować, zasmucić, krępować. I mimo, że czasem chciałabyś zdetonować świat, prawdziwa ty trzyma w ryzach tego wewnętrznego wariata.

No? I jak tu być sobą?

Wieprzu, wmasowujący maść na otarcia w kolana i łokcie. 

Dodatek dla ciekawych: Takie rzeczy między innymi muszą wyczyniać na blacie w kuchni kobiety, które chcą powstrzymać własnych zwierzów przed zabiciem sąsiadów. I robią to tuż nad kipiącym krupnikiem, trąc jednocześnie marchewkę palcami u nóg!



czwartek, 19 maja 2016

Morderco! Tak na mnie wołali czyli jak być nieczułym żeby innych uszczęśliwić.



Spanie, obok czytania, jedzenia, i różnych fajnych,  figlarnych przyjemności, to moja ulubiona czynność. Może dlatego, że jest to ta czynność, której z nikim dzielić się nie da. Spanie jest tylko nasze, naszeńkie,  naszutkie! Jeśli ktoś złoży wam propozycję wspólnego spania, to ma na myśli coś więcej, niż upojne chrapanie na dwa głosy.

Lubię przyglądać się, jak mój mężczyzna przygotowuje się do snu. Przypomina mi w tym mojego dziadka, i dzięki temu, mogę znowu poczuć się małą dziewczynką, która dopiero poznaje męski świat lepkich niedomówień, mętnych półprawd i śliskich aluzji. Uwielbiałam patrzeć, jak dziadek szykuje się do snu. Te wszystkie mikstury, które wypijał, i smarowidła które na siebie nakładał były fascynujące. Ciągnęło od niego lekko naftaliną, trochę benzyną, i ździebko towotem. No, i senne niezbędniki, to całe męskie oprzyrządowanie, dzięki któremu mężczyzna jest ciągle mężczyzną, mimo, że jest w piżamie.
- Dziadziu, dlaczego wkładasz siekierę pod poduszkę?
 Na niektóre pytanie nigdy nie dostaje się odpowiedzi.

Wróćmy jednak do teraźniejszości. Dzisiejszy seans zaczyna się od rolowania kocyka. Zrolowany kocyk nie służy jako wałek pod strudzoną dniem szyję, ale jako wypełniacz przestrzeni pomiędzy łóżkiem a ścianą. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że mój kochanek mógłby włożyć , choćby przez nieuwagę, choćby w szale nieludzkiego podniecenia, cokolwiek w tą ziejącą czeluść o szerokości pół centymetra. A jednak barykaduje się przed nią, bardzo dokładnie upychając tam pomarańczowy pledzik. Może to nieuświadomiony lęk przestrzeni?

Następnie mamy wieczorną gimnastykę, połączoną z wyszalnią - trzepanie poduch. Najpierw oklep z obu stron dostaje największa poduszka.  Słyszę jak trzeszczy w niej pierze, a roztocza aż piszczą z bólu, rozmasowując swoje maleńkie, kościste, potłuczone zadki. Poducha średnia jest bardziej napakowana, i przypomina wyglądem i charakterem Tomasza Oświecińskiego. Stawia się, czupurzy i fika. Widać, że gdyby tylko dostała rąk, z chęcią by oddała. Najbardziej żal mi jednak jasieczka. To maleństwo, z niewiadomych przyczyn jest bite razy sześć. Widać, że z bólu aż się wywija na lewą stromę, a hello Kitty namalowana na powłoczce wreszcie przestaje się głupio uśmiechać.... I kiedy leżą już sobie upakowane jedna na drugiej, i liżą swoje podusine rany, nadchodzi nieoczekiwany cios poniżej pasa, który powoduje, że wciągają z piskiem swoje grube brzuszki i ze strachu pozostają na bezdechu - w leju powstałym po lewym sierpowym będzie leżeć szanowna głowa. A to jest taka głowa, że żadna czapka ze sklepu na nią nie wejdzie, a zęby ma takie, że trzeba było kilofem wyrąbywać, bo choć przyszło 3 dentystycznych atletów i ciągnęli, ciągnęli, to i tak nie wyciągnęli. Ale za to w paszczy zmieściły się trzy dłonie lekarzy wraz z zegarkami i kleszczami, plus asystentka.

Trzy minuty po sypialnianej kaźni słyszę jak otwierają się drzwi do lodówki.  Nie da się tego nie usłyszeć, ponieważ trafiła nam się gadająca lodówka - jęczy, błaga, śpiewa, odbija jej się, lub kwili jak niemowlę. Przy otwieraniu jęczy rozżalona tak, że człowiekowi głupio, że naraził sprzęt na takie tortury tylko po to, żeby obeżreć się jakąś banalną kiełbasą podwawelską.
Teraz następuje przygotowanie niezbędnego prowiantu, pomagającego przetrwać noc na odludziu, nad urwiskiem czyli na łóżku delikwenta. Na talerzyku ląduje ślimaty plaster Brie, jeden chudy, suchy, przerażony swoim losem kabanos, a dla zdrowotności otyły pomidor i szklanka czerwonego wina.

Jedzenie od łóżka nie powinno być oddalone o więcej niż trzy długości pędzla z bobrowego włosia. Musi być na tyle blisko, żeby nie trzeba było prostować ręki w łokciu, ale nie tak blisko żeby trzeba było skręcać sobie nadgarstek kiedy się po nie sięga. Ustawienie wszystkiego w dogodnej odległości zajmuje lwią część czasu "przed podrożą". W następnej kolejności mamy pozycjonowanie laptopa na stoliku za nogami łóżka i wybór odpowiedniego filmu dokumentalnego, jednego z trzech ulubionych, działających nasennie i uspokajająco. I już możemy wsiadać do naszego pojazdu, i już wypływa na senne morze nasz pościelowy parowiec....prrrrrr....trzeba się ruszyć po dokładkę. Po godzinie następuje automatyczne wygaszenie komputera i szukanie najwygodniejszej pozycji do snu- prawo, lewo, nogi na kołdrze, nogi pod kołdrą, w podkoszulku, i bez, z ręką pod poduszką, i z ręką nad głową, na wznak i na ślimaka. I wreszcie dom zaczyna roznosić chrapanie. Bestia zasnęła na całe 12 godzin. 

Moja wersja zasypiania jest dużo skromniejsza - o 2.30 dobiegam do najbliższego miękkiego posłania, choćby psiego, i zwalam się na nie z impetem, gniotąc sobie piersi na piasek. Zasypiam w trzy minuty snem sprawiedliwego. I tak do 6.30

Tak. Niestety. I dlatego nic mnie tak nie denerwuje w ludziach jak to, że ciągle śpią. O północy już śpią, a o siódmej rano nadal chrapią. Że się nie boją odleżyn nabawić? Nawet Mizia, która wieczorem jest dobrym kompanem i potrafi dotrzymać mi towarzystwa nawet do 4 nad ranem, o 7 brzęczy jedynie coś pod nosem, zakryta po lokatą głowę, wystawiając na zewnątrz jedynie kościste pięty.

I to marudzenie. Przecież wstawanie jest fajne. Otwieram oczy i najpierw sprawdzam językiem czy mam wszystkie zęby (taka trauma z dzieciństwa, kiedy je gubiłam), potem upewniam się, że nadal poruszam wszystkimi członkami ciała i nic mi w nocy nie odpadło . I już. Wstaję. 

A ludzie leżą, ślimaczą się w łóżku, denerwują, że co pięć minut pytam czy się wyspali. Nie ma głupich pytań, chcę uzyskać jasną informację, więc pytam! Przecież mogą tak długo spać przez przypadek, a ja z dobrego serca chcę im uświadomić, że oto nastał nowy, piękny dzień. Niektórzy bywają nawet agresywni i próbują czymś we mnie rzucić. Po co zaczynać dzień tak nerwowo? Przecież można zatańczyć, taniec ułatwia uchylanie się przed lecącymi w naszą stronę przedmiotami.


Wstawaj! Szkoda dnia!
Prosie, tańczące od rana.



wtorek, 10 maja 2016

Aaa, były sobie kotki dwa...czyli o tym, jak to jest wymienić się na twarze z tatarem, przez małe t i uratować komuś życie.




Jak powszechnie wiadomo, twarz to ta część ciała jaką stajemy frontem do świata. Oczywiście, powiecie, że wszyscy nosimy maski, i że tak do końca nie wiadomo jak z tą twarzą jest. Zgoda, ale żeby nosić maskę( o makijażu nie wspomnę) trzeba jakąś twarz na własność posiadać, i dobrze jej pilnować.  Bo jeśli tracisz twarz, to natychmiast przyprawiają ci gębę. 

Człowiek do swojej fizys szybko się przyzwyczaja, i dokładnie wie, co rankiem zastanie w lustrze. Takie codzienne - wstajesz i wiesz. Cudu się nie spodziewamy, nawet jeśli wydamy  jak Romuald Lipko ostatni grosz, żeby "wino z zielonych lat ciągle pić". Czyli w wolnym tłumaczeniu - kupić najbardziej na świecie nano-ekstremalny-hiper-sensirenalny krem z kwasem dezoksyrybonukleinowym i rybim żelem transdermalnym , którego zadaniem jest wyprasowanie naszej twarzy i uczynienie jej tym czym powinna się stać według zapewnień umieszczonych na wieczku.

Wolne żarty. Wiadomo przecież, że kupujemy marzenia i kręcą nas te kolorowe pojemniczki pełne tajemniczych mikstur ustawione na półeczce w łazience. Ten różowy słoiczek to perełki pod oczy, ten to na sterczący podbródek, ta ampułka sprawi, że zniknie lwia zmarszczka, a ten żel odmłodzi nasze policzki i nada im dziewczęcej świeżości. Tymczasem każdego ranka ta sama Gabryśka w lustrze, żadnych zmian nie widać na horyzoncie. Chyba, że mówimy o zmianach na gorsze i plamach wątrobowych, a w następnej kolejności tych opadowych. Te z pewnością się pojawią, podobnie jak paradontoza, owłosienie w nieoczekiwanych miejscach i  okulary do czytania. 

Pewnego pięknego ranka, jak zwykle wyskoczyłam rześko (ale nie przesadzajmy, bo jednak mamy już swoje lata i najpierw trzeba się rozbujać, żeby z łózka wyleźć) z piernatów i przebiegając raźnym truchtem do łazienki, zerknęłam z roztargnieniem w lustro. I całkiem jak pan Hilary -nie chcę wierzyć, jeszcze zerkam. Niestety, nawet po 3 zerknięciu zmiany nie stwierdziłam. Patrzyłam w oczy kotletowi siekanemu,  który uśmiechnął się do mnie i pomachał na przywitanie. Podeszłam bliżej do zwierciadła -  "to żyje" - pomyślałam zaskoczona. W niebieskim oku tatara zamigotało przerażenie. Niestety, było to moje własne, świeżutko wyhodowane przerażenie, którym natychmiast się zajęłam wrzeszcząc jak opętaniec - Lekarza!!!!

W trybie natychmiastowym udałam się na wizytę do pani doktor, która profesjonalnie zajmuje się twarzami. Zresztą, nie tylko, bo jak wiadomo, ci sami lekarze zajmują się organami, które rzadziej wystawiamy na światło dzienne, a które służą uciesze w zaciszu domowego ogniska. (chociaż czasy się zmieniły i organa można oglądać nawet na celebryckich zjazdach, bo któż nie pamięta co pokazała Pietrasińska? Google pamięta, bo jak wiadomo - internet nie zapomina) 


Oczywiście, moja wizyta była jak najbardziej prywatna. Ponieważ lekarz od twarzy, jest też lekarzem od bardzo wstydliwych przypadłości,  pamiętałam jeszcze z czasów "Daleko od szosy", że w takie miejsca można zaglądać anonimowo. Z typową dla siebie beztroską (czytaj bezmyślnością) wsadziłam do kieszeni kurtki jedynie ręce i papierosy. Dlaczego do kieszeni? Bo moja torebka zrobiła się tak ciężka, że po ostatnim wyjściu prawie nabawiłam się przepukliny, a już z pewnością czerwonych pręg na ramieniu, a nie byłam jeszcze gotowa na to, żeby spędzić kilka godzin na jej opróżnianiu. Zresztą, po co mi cokolwiek jeszcze, skoro podróżuję z mężczyzną?


Należę, do tych wysoce niepraktycznych i beztroskich kobiet, które idąc gdziekolwiek z osobnikiem płci  odwrotnej nie martwią się o to - które to drzwi, gdzie jest płaszczyk, i że trzeba zapłacić. No, wybaczcie, ale tak zostałam wychowana, i na tyle mi się to spodobało, że tak zostało. To jest fajna droga, i z czasem doprowadziła mnie do punktu, w którym nie interesuje mnie aprowizacja - to nie mój problem czy jest chleb w domu, czy go nie ma, czy rachunek za gaz jest zapłacony, czy też nie. Mnie interesuje, przede wszystkim czy dostanę jeszcze ten fajny lakier z Inglota, i czy nie rozmazuje mi się maskara. Mogę sobie zupełnie spokojnie żyć życiem płytkiej blondynki, zadowolonej z siebie i bezstresowo piłującej paznokcie na miękkiej kanapie. I to całe dwa tygodnie w miesiącu! 

(Bo pozostałe dwa tygodnie służą mi do zarabiania na to wygodne i beztroskie życie. )

"O RANY, RANY, JESTEM NIEPOKONANY"

Przychodnia, do której przybyłam przypominała mi moje pierwsze przedszkole - niewygodne stołki i ściany w kolorach zimnych, i przyprawiających o dreszcze. I lada, znaczy recepcja. Na tyle wysoka, że panie w recepcji mogły widzieć jedynie moją twarz i to kiedy stałam na palcach lub podskakiwałam. Uśmiechnęłam się szeroko, ukazując piękny komplet miśnieńskiej porcelany, i wyszeptałam z brodą leżącą na kontuarze:

- Dzień dobry, ja do doktor XYZ, byłam umówiona przez portal internetowy...
- Dowód proszę! - nie bawiła się w kurtuazję żena za pultem. 
- Ojej, nie mam ze sobą...- uśmiechnęłam się beztrosko, rozmazując słodycz swojej osobowości po zielonych ścianach, i skrapiając siedzących dookoła czarem osobistym o zapachu świeżo upieczonego ciasta z wanilią i czekoladą .
- To proszę o jakiś dokument z nazwiskiem - nacisnęła mnie recepcjonistka o twarzy Beaty Szydło.
- Hmmm...mam tylko kartę do perfumerii Douglas...

Pani za ladą przetarła ze zdumienia oczy, nadęła się straszliwie, a następnie wyrzuciła z siebie hektolitry własnoręcznie wyhodowanego kwasu solnego, prosto w moją schorowaną twarz.
- To jak pani z domu wychodzi? Co za ludzie? Żeby tak bez dokumentów chodzić po mieście!!! I tak pani do lekarza bez dokumentów sobie idzie? Przecież to myśleć trzeba!

Wszystkie głowy obecne w poczekalni odwróciły się w moją stronę, i poczułam na sobie pogardliwy wzrok tych co to zawsze są odpowiednio przygotowani. Natychmiast przypomniało mi się, jak wysłałam dziecko do szkoły bez tornistra, albo, o zgrozo, zapomniałam je odebrać z przedszkola. 
Poczułam się jak pierwszoklasista, zrugany za brak chusteczki do nosa i przyłapany na wycieraniu smarków w rękaw. Jednocześnie przeraziło mnie to co zobaczyłam w oczach mojego mężczyzny. Była to zdrowa, właśnie narodzona żądza mordu. Wiedziałam, że za chwilę ta poczekalnia może przypominać jedną ze scen filmów Tarantino.  Już widziałam panią recepcjonistkę przestawioną razem z krzesłem na najwyższy regał, zakneblowaną, i z przegryzionym gardłem (Że po co kneblować jak przegryzione? Knebluje się wcześniej, żeby nie zrażać pozostałych pacjentów rzężeniem i zawodzeniem.) Złapałam mężczyznę za ręce i odpłynęłam w głąb poczekalni. 

- Nazwisko! Nazwisko! - darła się za mną kobieta, nieświadoma, że właśnie uratowałam jej życie
- Czarny Pieprz - odkrzyknęłam, rozpinając jednocześnie koszulę samcowi i miziając go delikatnie opuszkami palców po klatce piersiowej - Miły kotek, miły....- szepnęłam gryząc go delikatnie w ucho.
- Nie dostanie pani żadnej zniżki na leki! - zagroziła kobieta, kręcąc sobie grubszy sznur, i wykopując krzesło spod nóg.
- A wsadź...- zaczął mój-ci-on, ale udało mi się zdusić warkot regularnym buziakiem i obietnicą żeberek w dniu następnym. (Hej! Nie żebym umiała robić żeberka, ale doskonale wiem jak na nie zarobić i gdzie można je dostać).

Przebywanie z niektórymi mężczyznami, jest jak mieszkanie z tygrysem w ciasnej klatce. Niby oswojony, niby można mu obciąć pazury, wymiziać futerko, zrobić puci-puci i pip pip na nosku, ale cały czas czujesz ten warkot pod pręgami. Wiesz, że tam w środku siedzi dziki zwierz, który wypuszczony na wolność będzie siał gwałt i pożogę. Ciężkie jest życie kobiety -  tresera, jeden nieostrożny ruch i jakiś wiercący trzy dni sąsiad zostanie pożarty żywcem, albo auto nieuprzejmego kierowcy zostanie przerobione na wykałaczki. Wszystko przez ten testosteron...

Twarz została uratowana. Podobno to wszystko jedynie wina stresu i nadmiernej wrażliwości. A jak tu, do licha, nie być zestresowanym, skoro spacerujesz po mieście z dzikim zwierzem bez smyczy? I od rana do wieczora słyszysz ten dziki pomruk dobiegający z głębi trzewi..:



Wasza owieczka, zagrzebana w puszku. 

czwartek, 14 kwietnia 2016

Gdy świat pachniał spaloną trwałą. Odpowiedzi do testu na ziomka.



Niestety, nikt nie potrafił odpowiedzieć poprawnie na wszystkie pytania. A to z tej prostej przyczyny, że ci od których można tego wymagać, mają już pamięć jak rzeszoto. Oczywiście, z wyjątkiem mnie!!!

1. Teodor. Pierwotnie występował tam jeden z braci Damięckich, a później pan Zygmunt Telesfor i Teodor zniknęli, a pan Zygmunt kupił sobie Pankracego.
A tu - Dwaj piraci, piegowaci...tak, kiedyś bajki były czarno - białe.
I śpiewamy...


2. W każdym mieście było takie miejsce. W Katowicach, jak już wiadomo pod Skarbkiem i Juniorem. Zawsze stała tam baba z naręczem reklamówek. Można było też w Peweksie, ale trzeba było mieć walutę. Jako dwunastolatka wybrałam się z koleżanką, posiadającą obcą walutę do tego przybytku luksusu właśnie po reklamówkę. Ponieważ byłyśmy nieletnie, sklep zamknięto razem z wszystkimi ludzmi wewnątrz, walutę nam odebrano, a policja nas spisała. Tak, że jako 12 latka już trafiłam do policyjnej kartoteki. 

3. Firma Tadeusza B. Czyli Tadeusza Brosia, który prowadził Teleranek od lat 80 do 90. Oto dowód, Tadeusz Broś i Papa Dance. W 2013 ukazała się książka Sorry Batory, czyli Przypadki Pana Teleranka. Tadeusz Broś zmarł w 2011 roku.


4. To proste - oranżada w proszku i mleko w proszku. Taka dieta.

5. Powrót Do Edenu - główna bohaterka miała na imię Stephanie, a później występowała pod imieniem Tara. Krokodyl wybitnie wzmocnił jej urodę. 
Każdy odcinek zaczynał się słowami:

"Nazywam się Stephanie Harper. To jest Eden – królestwo mojego ojca. W dniu jego śmierci, 17 lat temu, byłam samotną i wystraszoną 23-latką. Gdybym wiedziała o czekającym mnie koszmarze, umarła bym razem z nim."

W Polsce serial był emitowany w 1985 roku. 

6. ABBA - oczywiście, teraz na nikim nie zrobiłoby to większego wrażenia. Wtedy Polska zamarła -1976 rok. Podobno ABBA dała ten koncert za darmo, bo Polska nie była w stanie im zapłacić. Schody były bez balustrady i miały 6 m wysokości, zejście po nich na obcasach było ekwilibrystyką. 

Tu moment zejścia i efektowne rozpoczęcie koncertu;


7. Toby, to bohater serialu Korzenie. Jak wiadomo, tak naprawdę miał na imię Kunta Kinte i był z plemienia Zulusów. Serial był w Polsce emitowany w latach 80. Rodzice nie pozwalali mi go oglądać, ale nie wiedzieli, że telewizor świetnie odbijał się w meblościance Albena "na wysoki połysk". 

8. Wojciech Mann. 


9. Tango Maanam. Maanam nie zgodził się zagrać koncertu dla partyjnych oficjeli, no i radio dostało zakaz grania ich utworów. Była to niezła zagwozdka dla Marka Niedzwieckiego, bo jak na złość Tango utrzymywało się na pierwszym miejscu dość długo. W radio puszczano tylko początek utworu - te słynne werble.
Posłuchajmy tych werbelków:


10. Carmeny - papierosy, które wyczuwało się ze 100 metrów. Szał.

11. U nas największą kolekcję puszek po piwie z zachodu, można było powiększyć dzięki grzebaniu w śmietniku hotelu Novotel. Jak się miało szczęście, to można było wygrzebać też paczki po papierosach. Osobiście nie grzebałam, rodzice mi zabronili, a matka straszyła żółtaczką. 

12. Saturator! - można było zamówić sobie wodę z sokiem, albo nawet z podwójnym sokiem. Sposób mycia tych szklaneczek, z których piło całe miasto był zaiste imponujący.

13. Razem. Seks i muzyka, czego chcieć więcej.

14. Telewizyjne Technikum Rolnicze. 

15. Ekran z Bratkiem. Najbardziej pamiętam z niego seriale młodzieżowe, których odcinki puszczano na końcu - Stawiam na Tolka Banana, Szaleństwa Majki Skowron itp. 

16. Sportowa Niedziela. Oprócz Spirali, używano także utworu Popcorn Jarra.



17. Tomasz Hopfer. 

18. Mała Maggie, Azyl P. Ten utwór mnie strasznie drażnił, tekst jakiś od czapy. Pamiętam, że przerobiłyśmy tę piosenkę i zamiast "na nogach buty dwa", śpiewałyśmy "pod pachą włosy ma". 



19. Paweł Kukiz i Aya RL. Moim zdaniem Skóra to najsłabszy utwór na tej świetnej płycie. Tego sukcesu Kukiz więcej nie powtórzył. Na złość wrzucę tu coś innego zamiast Skóry, której do tej pory nie znoszę. 


Nagroda jednak być musi.:-)
Buźka. Pieprzu prawie w podróży.

Zdjęcie zrobione w 17 roku życia, ścięłam wtedy długie kłosy . Podobno na tym zdjęciu wyglądam jakbym była wysoka. Tak powiedziała mi pani w dziekanacie, która wybrała mnie do oficjalnego odbierania indeksów na UŚ. Straszliwie się rozczarowała. Bidulka. 

wtorek, 12 kwietnia 2016

Po czym poznać ziomka.Test.





Szybki test ziomkostwa duchowego. 
Sprawdź czy jesteś moim ziomkiem? Na ile pytań potrafisz odpowiedzieć?

1. Jak się nazywał kumpel Telesfora, pomijam pana Zygmunta. 
2. Jest 1984  gdzie kupić nową reklamówkę z napisem Marlboro?
3. Czym była "Firma Tadeusza B."?
4. Co miało być wypite, a zawsze było zeżarte prosto z torebki?
5. Dokąd wróciła pewna pani, którą poszarpał krokodyl przy głośnym rechocie jej męża i przyjaciółki?
6. Dla kogo Mariusz i Bożena Walter, a także Tadeusz Sznuk przygotowali schody pokryte folią?
7. Jak miał naprawdę na imię Toby?
8. Głos w 5-10-15? 
9. Marek Niedzwiedzki zapowiada piosenkę znanego zespołu, poleciały tylko werble i tak przez kilka tygodni. Co to za zespół?
10. Polskie papierosy o zapachu Zachodu. W pewnym momencie dostępne jedynie u szatniarza w knajpie lub hotelu? 
11. Jest 1985, znajdujesz puszkę po piwie wgiętą tylko z jednej strony. Co robisz?
12. Gdzie najłatwiej było złapać gruźlicę wprost ze szklanki?
13. Gazeta z plakatem w środku, po którą ustawiały się kilometrowe kolejki. Dodatkową atrakcją były artykuły Lwa Starowicza. 
14. Program zaczynający się tym utworem : 



15. Z czym ekran?
16. Ten program rozpoczynał Vangelis:


17. Pan Tomasz, który propagował bieganie w Polsce. Pracował w tym samym miejscu, w którym schody pokryte były folią.
18. Ta dziewczyna  miała duże żółte piegi na nosie,rozwiane włosy, szła ulicą, a na nogach miała buty dwa. Facet przestał jeść i spać. Taka była z niej laska, chociaż mała. (piosenka)
19. Czyjej dziewczynie napluto w twarz, a on za to łokciem przestawił gościowi nos? Gość upadł, ale wstał!!! (piosenka)
20. Marusia czy Lidka?



Wystarczy:-) No, to kto stanie do tytułu Zioma Roku? W nagrodę za odpowiedzi 3,7,14, 18 ten dojrzały kogucik u góry.
Pieprz w nostalgii:-)

środa, 6 kwietnia 2016

Baby babom zgotowały ten los czyli Kodeks postępowania dla kobiet.




Kiedy dwie kobiety spotykają się po raz pierwszy, mierzą się jak bokserzy przed walką. Wszak, każda kobieta to potencjalna rywalka na naszym spokojnym poletku życia. Dlatego też, natychmiast uruchamiamy tak zwany głęboki skan niedoskonałości. Nawet najpiękniejsza kobieta ma przecież jakąś fajną skazę, jakiś błąd w sztuce, na którym możemy oprzeć swoją sympatię. Tak właśnie - sympatię.  Nie możemy przecież polubić kogoś kto jest piękniejszy, inteligentniejszy, bardziej zabawny, zgrabny od nas samych. Po co?

Posiadanie takiej przyjaciółki byłoby wieczną torturą. Spotykasz się z nią wieczorem w kawiarni po całym dniu orki , a ta żmija wygląda jak po długotrwałej sesji w SPA. Ze złości ratujesz się dodatkową porcją rurki z kremem, a to przecież samobójstwo. Wstajesz rano, masz swój "bad hair day", zraszasz niesforne kłaki wodą, męczysz grzebieniem, polewasz brzozową, nacierasz nabłyszczaczem, i nic... siano, siano, siano. W tym czasie ta pinda przychodzi do pracy z błyszczącym włosiem, błyska zdrowym zębem i udaje, że nie widzi, że na twojej głowie rozsiadł się krowi placek i powoli spływa na uszy. 

Oczywiście , że łatwiej nam polubić kogoś, kogo w nadmiarze obsypały piegi, ma cellulit, zepsutą jedynkę lub koślawe palce. W razie "bad hair day" wchodzimy do pracy, i już od progu patrzymy na naszą niedoskonałą przyjaciółkę, przypominamy sobie, że ma żylaka na lewym udzie, nieatrakcyjny ślad po szczepionce na prawym i już nam lepiej. 

Kobiety nie mogą być zbyt inteligentne – dba o to mechanizm Ewolucji Naturalnej. Inteligentna istota nie wytrzymałaby przebywania przez dłużej niż godzinę dziennie z paplającym dzieckiem! Dlatego właśnie (i nie tylko dlatego) mężczyźni nie lubią wiązać się z kobietami inteligentnymi: instynktownie chcą, by ich dzieci miały dobrą opiekę.
Oczywiście przyjaźń między pięknymi i inteligentnymi kobietami też się zdarza. Przykładem jestem ja i Mizia. Ponieważ każda z nas jest przekonana o swojej niezwykłej urodzie, mądrości i wspaniałym IQ, możemy spokojnie, bez napinki, z lekkim pobłażaniem patrzeć na ten drugi egzemplarz słabszej produkcji, bez żadnej zazdrości. 

Przyjaźnimy się jakieś 30 lat z kawałkiem bez sprzeczania się i wzajemnego ubliżania (delikatne złośliwości śmigały czasem w powietrzu, ale druga strona inteligentnie udawała, że wysłała mózg na odpoczynek i nie rozumie o co chodzi). To bardzo zdrowy układ. Potrafi przetrwać wieki. Zawsze znajdę coś w lustrze coś co mam ładniejsze, szczególnie, jeśli poświęcę na to odpowiednią ilość czasu. 

Nie powiem, moja przyjaciółka naprawdę się stara - kiedyś, gdzieś tak w okolicy naszej 28 rocznicy wspólnej słodkiej koegzystencji, skomplementowała kształt moich paznokci. Naprawdę się wzruszyłam. Powiedzieć mi coś takiego prosto w oczy, po zaledwie jednej butelczynie wina!! Podziwiam ją, wiem ile musiało ją to kosztować. Oczywiście nie zrobiła tego tylko po to żeby poprawić mi humor. Ze złości natychmiast schudła jakieś 8 kg i bezczelnie wcisnęła się w spodnie rozmiaru 0. (tak, Miziu - słyszę wyraźnie twój rechot przed lustrem, i widzę ten środkowy palec wystawiony do góry). 

Kobiety są błędem natury… z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu… są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny… Pełnym urzeczywistnieniem rodzaju ludzkiego jest mężczyzna.

Kobiety powinny trzymać się razem. Dlatego przypomnijmy sobie dzisiaj najokropniejsze wystąpienia przeciwko własnej płci:

1. Nazywanie innej kobiety z pogardą "BABĄ". 

Moja teściowa, która jeździ jakby robiła prawo jazdy na ulicach Indii, za każdym razem kiedy na ulicy zdarza jej się jakikolwiek niebezpieczny moment w związku z innym użytkownikiem pojazdu mechanicznego, wydyma pogardliwie usta i wypluwa pogardliwe słowo:
Baaa-baaa.
Nawet wtedy, kiedy płeć delikwenta w kontra-aucie jest niemożliwa do ustalenia. Możliwe, że ona sama należy do specjalnego gatunku bezpłciowców, co usprawiedliwiałoby sposób ubierania i makijaż.
Jeśli to robisz, knebluj się na czas podróżowania autem. 


(…) poglądy na psychologię kobiety dałyby się wyrazić w kilku zdaniach: psychologia aparatu rozrodczego, krąg zainteresowań nie przekraczający sfery płciowej. Wszystko, co pozostaje poza funkcją rozmnażania się i macierzyństwa, co nie jest w oczywisty, namacalny sposób z tym związane, jest dla każdej kobiety najdoskonalej obojętne.

2. Deprecjonowanie własnej płci:

Wygłaszanie sądów żywcem ściągniętych od J.K.M. Kobiety nie nadają się na kierowników, managerów, szefów, kierowców, naukowców.itp. itd. 
Opowiadanie głodnych kawałków w męskim towarzystwie:
"Och, jak ja wolę spędzać czas z mężczyznami (to jest do przyjęcia, i doskonale to rozumiem) bo kobiety są takie - głupie, nieciekawe, mało interesujące..."(tutaj zwykle mam ochotę sięgnąć po sztuciec i wbić go w kolanko idiotki)

Ach, jakiż to tani podryw przy pomocy oczerniania własnej płci. Bo ja jestem inna. Kobieto, zapamiętaj - facet tak naprawdę ma w nosie co gadasz, najważniejsze czy masz jędrne cycki, zgrabne nogi i fajne włosy. (w jego mniemaniu) Ja wiem, że zaraz podniosą się głosy, że "mój mąż taki nie jest", "mój chłopak to by nigdy" - ja wiem, wiem, mój też taki nie jest, ale tylko kiedy mnie nie ma w pobliżu mogę być tego pewna na 100 procent. Wy też. 

Stąd to właśnie kobiety, które w skutek właściwej im słabości rozumu są daleko mniej zdolne od mężczyzn do pojmowania zasad, do trzymania się ich i obierania ich za wytyczną dla swego postępowania, w ogóle stoją też niżej od mężczyzn pod względem cnoty sprawiedliwości, czyli są i mniej sumienne i mniej uczciwe; niesprawiedliwość i fałsz są najpospolitszymi ich wadami, a kłamstwo – właściwym żywiołem. W zamian za to przewyższają mężczyzn pod względem cnoty miłości bliźniego.

3. Zabicie kochanki męża, albo też ckliwie zawodzenia w stronę rywalki - oddaj mi mojego chłopa. 

Kobiety, zrozumcie wreszcie jedną prawdę - mężczyzna, który ma nogi i mózg sam podejmuje decyzje w stronę którego łóżka się udać. Pójście "na rozmowę" z kochanką męża, uważałabym za największy obciach we własnym życiu. Nie, w sumie gdyby to była fajna kobieta mogłybyśmy się spotkać i omówić sprawę zabicia tego padalca i rozsypania jego szczątków tam, gdzie rozdziobią je kruki, sępy i wrony.


Wykształcenie wcale nie zabija kobiecości: doktorki są takie głupie jak inne kobiety.

4. Zmuszanie córek do podążania tą samą drogą destrukcji. 


"Żaden chłop cię nie będzie chciał bo nawet rosołu nie potrafisz ugotować."

Panie kochany, niejedna z nas nawet herbaty nie potrafiła zagotować( i nie mam tu na myśli chińskiej sztuki parzenia tego napoju, ale wrzucenie papierowego szczura do szklanki, zamieszanie i odsączenie) a chętni spychali się wzajemnie ze schodów. Czniaj kobieto zupę grzybową, przyjdzie czas to się nauczysz, albo i nie. W razie czego internet ci podpowie. 

"Twój brat jest chłopcem, on nie musi umieć sprzątać, ale ty powinnaś"

"Porządek w domu świadczy o kobiecie" (wybacz mamuś, zawsze stałam kontrą do tego stwierdzenia, po pół wieku stwierdzam, miałam rację)

Te stwierdzenia prowadzą do prostej konkluzji - jeśli twój wybranek to brudas i flejtuch, ściera od podłogi przyrośnie ci do ręki. Po jakimś czasie mąż może mieć nawet problem z odróżnieniem ciebie od ścierki, bo obie nabędziecie pięknego odcienia szarej - szarości. Wierz mi, nikt ci nie podziękuje. Wszyscy uznają, że te dodatkowe 8 godzin harówy w domu to twój obowiązek. 

Uczmy swoje córki jak być kobiecą, szczęśliwą i niezależną kobietą, która w razie niepowodzenia nie będzie zwisać na mężu i zależeć od jego humorów. I nawet kiedy dostanie kopniaka od życia, będzie potrafiła stanąć na nogi. Przecież lubicie filmy i książki, które właśnie o takich kobietach opowiadają.  

Ważniejsza od smażonej wątróbki bywa umiejętność zrobienia porządnej kreski na powiece i dobrania pudru w odpowiednim kolorze. Prawda mamo? Teraz już wiesz?

 „Jest wtórnym zamierzeniem natury, jak wszelkie zepsucie, słabość czy starzenie się”(św. Tomasz z Akwinu o kobiecie)



5. Patrzenie na młodsze kobiety z nienawiścią.  


 Ciesz się, że masz pewne sprawy z głowy. Uśmiechnij się do nich, fakt że mają fajniejsze cycki i nogi,  ale za to guzik wiedzą o seksie i życiu. Pamiętaj, że one dopiero wchodzą do piekiełka przez które ty już częściowo przepłynęłaś szczęśliwie. 

Kiedy ty o 11 pijesz szampana w fotelu, skrapiając swoje boskie ciało najnowszymi perfumami marki selektywnej,  one użerają się z wywiadówkami, narzeczonymi, randkami, dziećmi, pieluchami i wysypkami. Powiedz im coś miłego. 

Uczynić biedną dziewczynę matką, pozbawić ją pracy, dlatego, bo spodziewa się macierzyństwa, kopnąć ją z pogardą, zrzucić na nią cały ciężar błędu i jego skutków, zagrozić jej latami więzienia, jeżeli oszalała rozpaczą chce się od tego zbyt ciężkiego na jej siły brzemienia uwolnić, oto filozofia praw, które – aż nadto znać – były przez mężczyzn pisane.
Tadeusz Boy-Żeleński, Piekło kobiet


6. Wrzeszczenie z obrzydzeniem w głosie - "Ja nie jestem feministką."


Ja jestem. Jeśli spodobały się wszystkie cytaty, które umieściłam w swoim tekście, znaczy, że powinnaś pomyśleć o zmianie płci. Jeśli nie, to znaczy, że jesteś feministką. 

Chcesz, żeby kobieta i mężczyzna byli traktowani równo. Nie oznacza to, że będziemy oczekiwali od kobiet wniesienia lodówki na 10 piętro (większość facetów nie dałaby rady) i fedrowania na przodku,  a od mężczyzny rodzenia dzieci. Zupę chyba jednak potrafi ugotować, i gary umyć, a dziecię przewinąć. Nie daj sobie wmówić, że to kobiece zajęcia. Jeśli to lubisz, rób to z radością ale daj też spróbować mężczyźnie. Nie rób tego co sprawia, że czujesz się wykorzystywana, niedoceniona, niekochana. Żyj, i daj żyć innym. Ciesz się z sukcesów innych kobiet. I kochaj, kochaj, kochaj!

Jeśli nie masz akurat nikogo do kochania to możesz potrenować na mnie. Ja bardzo lubię być kochana.

Pieprzu:-)
Następna pogadanka "Jak nie zgłupieć na starość".


Dla wszystkich wspaniałych kobiet z różnych krajów, które poznałam w swoim życiu: