Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadwaga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadwaga. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

"Wszystko co dobre jest nielegalne, niemoralne, albo powoduje tycie czyli prosto to ujmując, każdy ma swoją cenę". Moją jest makaron.



Urodziłam się jako dziecko wielkości pestki słonecznika. Nie rozumiem mojej rodzicielki, która twierdziła, że trwało to wieki i było niesamowicie traumatyczne. Jako mniejsza i chudsza od niej ptaszyna wypchałam z siebie 4 kg arbuz w zaledwie pół godziny nie przerywając czytania i nie niszcząc sobie makijażu. (Nie przerwałabym, gdyby nie wyrwano mi znienacka lektury, ale jak wiadomo naszym lekarzom brak taktu) . Może miałam większą motywację, ponieważ chciałam wreszcie zobaczyć swoje stopy? Jeśli człowiek ma zaledwie 158 cm a jego dziecko 60, to przecież jako osesek nie rozpełza się pod skórą jak riszta ale bezczelnie wypycha człowieka od przodu, zasłaniając co ciekawsze fragmenty.  No, ale nie o tym miało być. Zacznę chyba raz jeszcze...
(przy okazji wszystkie ciężarne zapraszam na webinar  - 'Jak urodzić w pół godziny, bez konieczności przerywania czytania lub robienia manicure")

Urodziłam się z nikczemnym wzrostem i wagą. Zawsze stałam na końcu szeregu, miałam najchudsze pęciny, zapadniętą klatkę piersiową, a siedzieć musiałam w pierwszej ławce, która i tak była zbyt wysoka. Pielęgniarki bały się pobrać mi krwi, ponieważ igła strzykawki mogła mnie przebić niczym dzida na wylot i spowodować wykrwawienie się na śmierć, zresztą w takich przypadkach gryzłam w nadgarstki. Wszyscy dookoła na sam mój widok nabierali ochoty na dokarmianie. Sąsiadki kusiły szyneczką, babcia piekła bułeczki, mama rwała włosy z głowy, że jajeczko znowu nie ruszone, nawet sprzedawczyni w sklepie chciała mi dać za darmo cukierka, bo pewnie wyglądałam jak Urszulka od Kochanowskiego na dzień przed zgonem. Najszerszy w moim ciele był uśmiech. Bo ogólnie byłam zadowolona z siebie szaleńczo. 

Moje ulubione danie z tego szczęśliwego okresu to - suchy kawałek chleba z kawałkiem cebuli w drugiej ręce. Każde inne pożywienie było mi wstrętne. No, chyba że szliśmy z wizytą. Wtedy oczywiście raczyłam coś zjeść, tylko po to żeby dobić rodziców w oczach znajomych
 - Zobacz mamusiu, co to jest to różowe? Szynka? A to jest dobre? A to się na chlebek kładzie?
- Mamusiu a to jak się nazywa? Żółty ser?
Mała zemsta na rodzicach zawsze cieszy w tym wieku. 

Żyłam sobie całkiem spokojnie, specjalnie chorowita nie byłam. No, może słabowita ździebko, bo jednak cebula niewiele dodawała mi energii i nieco psuła mi charakter i oddech Siły miałam akurat  tyle, żeby jakąś złośliwość bliźniemu uczynić. Może dlatego dzieci nie chciały się ze mną bawić, a psy gryzły mnie dotkliwie. Nie szkodzi, mogłam spokojnie obgryzając cebulę i paznokcie obmyślać plany unicestwienia tego świata.

 Idąc do pierwszej klasy ważyłam zaledwie 15 kg.  Nie wiem komu to przeszkadzało, bo mnie naprawdę wcale. Klika dopychaczy postanowiła zwalczyć moją naturalną kościstość i zaczęła gremialnie wpychać we mnie żarcie, dla mojego dobra. Panie w przedszkolu, rodzice, ciocie, dziadkowie jeden przez drugiego chcieli udowodnić, że odniosą sukces. Walczyłam lepiej niż Mały Rycerz, dzielnie wijąc się jak piskorz, odpluwając w kieszenie, piszcząc, zaciskając zęby, kopiąc i szczypiąc każdego zbliżającego się tuczarza z łyżką lub widelcem. Do tej pory na ciele noszę znaki tej walki, w tym jeden na twarzy. Za pomocą widelca poszerzono mi uśmiech o jakieś 3 cm, na dodatek asymetrycznie, co nadało mojej twarzy lekko szyderczy wyraz twarzy, bo z wewnętrznym szyderstwem już się urodziłam. Od noworodztwa plułam sarkazmem na wszystkich. A szczególnie, jeśli ktoś w mojej obecności wygłaszał następujące kmentarze:

- Dzieci z Domów Dziecka to by mnie po rękach całowały gdyby mogły tak jeść
-Zobacz, niektóre dzieci to w życiu chałwy nie jadły..a ty wydziwiasz. 
-Zjedz chociaż kawałek mięsa,w Afryce dzieci głodują.

Moim marzeniem było wyjechać do Afryki i spokojnie pogłodować, ewentualnie przeprowadzić się do Domu Dziecka i musieć całować po rękach za kawałek kiełbasy albo za pyry oblane tłuszczem. Dom Dziecka w najbardziej zapadłym dołku Afryki wydawał mi się krainą szczęśliwości i błogiego spokoju. 

Nie wiem jak było w waszym przedszkolu, ale w moim była jasna zasada - kto zwymiotuje, dostaje dokładkę i karmi go pani kierowniczka. W razie nieobecności kierowniczki, chochlę przejmuje pani kucharka, wyjątkowo silna kobieta. Pamiętam dzieci, które dzielnie, ze łzami w oczach przełykały to co próbowało wrócić na talerz. Pamiętam też niejakiego Piotrusia, który nie lubił buraczków. Piotruś starał się przełykać jak każdy z nas, niestety widocznie by zbyt wrażliwy, bo bez przerwy musiał zjadać dokładkę. Tym sposobem pani mogła zawiadomić z uśmiechem jego rodziców, że Piotruś zjadł wszystko i jeszcze rzucił się jak chart afgański na dokładkę kapuśniaku i sinego mięsa zwanego mięsem zmielonym. (w szkole nazywaliśmy to - wymemłaniec) 

Po jednym takim obiadku, kiedy Piotruś poprosił o dokładkę buraczków, panie zajmując się myciem dzieci, ścian i klocków, odpuściły reszcie dopychanie obiadku. Buraczki jednak strasznie farbują. Polubiłam za to Piotrusia. Nawet usiadam obok niego, bo byłam dobra w tak zwanym obrzydzaniu. Piotruś też mnie lubił, więc nie wnosił pretensji kiedy gięłam się przed nim w konwulsjach i robiłam straszliwe miny mamląc jakieś świństwo w otwartych ustach. Spokojnie płynął z prądem i zawsze odnosiliśmy sukces. Niestety, wszystko się skończyło kiedy doniosła na nas pewna zazdrosna, gruba Ewa. (co ciekawe, kiedyś w przyszłości zemszczę się za to nieświadomie, i odbiję jej chłopaka /wiesz Mizu, to ten co tam ten tego na Sylwestrze, pamiętasz?/, ale wtedy obie będziemy chude, ładne i bez serca, z tym że ja będę ładniejsza)

Piosenką mojego dzieciństwa powinien zostać utwór Eat It Weird Ala Yankovica: 

"Dlaczego wciąż tak grymasisz, młody czlowieku?
Nie chcesz Captain Cruncha*, nie chcesz Raisin Brana*
Nie wiesz, że w Japonii inne dzieci głodują
Więc zjedz to, po prostu zjedz to

Nie chcę się kłócić, nie chcę dyskutować
Nie chcę słyszeć o tym czego nienawidzisz jeść
Nie dostaniesz deseru nim nie sprzątniesz z talerza
Więc zjedz to

Nie mów mi, że jesteś pełen
tylko zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Zrób sobie jajko i wmuś je w siebie
Zjedz jeszcze trochę kurczaka, zjedz jeszcze trochę placka
Nie ważne czy jest ugotowane czy usmażone
Po prostu zjedz to, zjedz to, po prostu zjedz to, zjedz to
Po prostu zjedz to, zjedz to, po prostu zjedz to, zjedz to uuu

Twoje maniery przy stole to wielki wstyd
Bawisz się jedzeniem, to nie zabawa jest
Jeśli się zagłodzisz na śmierć będziesz musiał za to tylko siebie winić
Więc zjedz to, po prostu zjedz to

Lepiej słuchaj, lepiej rób co ci każą
Nie tknąłeś nawet swojej zapiekanki z tuńczyka
Lepiej wcinaj albo wystygnie
Więc zjedz to

Nie interesuje mnie czy jesteś pełen
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Otwórz usta i nakarm je
Zjedz trochę jogurtu, zjedz trochę mielonki
Nie ważne czy jest świeże czy z puszki
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Nie każ mi powtarzać
Zjedz banana, zjedz całą kiść
Nie ważne co jadłeś na obiad
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to

Zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Jeśli stygnie odgrzej
Zjedz duży obiad, zjedz małą przekąskę
Jeśli ci nie smakuje nie możesz tego zwrócić
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Zrób sobie jajko i wmuś je w siebie (o panie)
Zjedz jeszcze trochę kurczaka, zjedz jeszcze trochę placka
Nie ważne czy jest ugotowane czy usmażone
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Nie każ mi powtarzać (o nie)
Zjedz banana, zjedz całą kiść
Nie ważne co jadłeś na obiad
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to"

Pamiętam, że stałam się głodna gdzieś tak w okolicach matury. Dokładnie przed ustnym z Nauk o Społeczeństwie. Zjadłam wtedy jakieś 10 kanapek.  Nareszcie! Rodzina triumfowała. A ja postanowiłam trenować.  Z biegiem czasu otworzyłam wszystkie siedem żołądków. Chcieliście - to macie!

I nagle cała rodzina i narzeczony zaczęli protestować.
- stop, przestań wreszcie żreć, przystopuj! 
- Nie dopuszczajcie jej do lodówki. 
- O matko! Ona zeżarła cały gar zupy!!! 
- Kto do cholery zeżarł 5 kg zamrożonych parówek? 
- Czemu pijesz olej??!!! - Bo to tłuszcz..hahaha!

Nic nie mogło mnie zatrzymać w tym biegu do jedzenia coraz więcej. Ach, jakaż to przyjemność po 20 latach głodowania! 
Marmolada - super, zjem cały słoik i wyliżę nakrętkę. Ziemniaki - 20 proszę. Bigos? Czy ja kiedyś nie lubiłam bigosu? Chyba na głowę upadłam! Dajcie cały gar, łyżki nie potrzebuję. Gębą wyżrę.  
Makaron, bułki, kopytka, podsmażana kiełbaska, ptysie, lody, konfitury, żeberka, jaja, buraczki? Nie, buraczki nie - ciągle pamiętam Piotrusia.
Chcieliście żebym się dobrze odżywiała ? To macie!
Wasz ukochany Mroczny Kaban "od jutra" może na diecie 

A tu ta sama piosenka w języku lengłidz.






niedziela, 1 września 2013

Gdy kobieta mówi, że dostała od kuzyna złoty pierścionek, to albo złoto jest fałszywe albo kuzyn czyli oty­li żyją krócej ale jedzą dłużej.




Kiedy pierwszy raz spotkałam Mimi natychmiast przyszła mi na myśl Bubbles Devere (kto nie oglądał Little Britain może wrzucić w internet) - szeroko uśmiechnięta buźka, rude kręcone włosy i ta niesamowita pewność siebie, okraszona gadatliwością ponad miarę. 

Właściwie to...najpierw spotkały Mimi moje uszy i przeżyły potężny szok. Rozmowa telefoniczna trwała minut 20, a ja zdążyłam tylko powiedzieć - Słucham...- i zalała mnie fala informacji  Dowiedziałam się , że Mimi jest niesamowicie szczera, że nie lubi plotkować, że jest prawdomówna, pełna humoru, optymizmu, preferuje zdrowy styl życia i kuchnię vege; wysłuchałam jej skomplikowanej historii miłosnej i powodów dla których opuściła kraj cukierków Karamellkungen, dżemu borówkowego i smorgasbord. Można powiedzieć, że Mimi mnie oszołomiła swoją osobowością.


Czekałam więc z wiadrem sałat wszelakich, pomidorów nadobnych, rzodkiewek szczypliwych i innego zdrowego zielstwa na pojawienie się posągowej blond Walkirii z nogami po pachy bo mimo, że gadatliwość Mimi wykraczała poza ogólnie przyjęte normy dla Europy Północnej, to ja sama ciągle wierzyłam w stereotypy. 


O umówionej godzinie do domu wpadł rudy wir i zatrzymał się tuż przy mojej twarzy. "I jestem! Cieszysz się?!!!" - wykrzyknęła nieduża, tłuściutka rudaska w obcisłych ciuchach, poprawiając sobie trzecia oponkę od dołu i jednocześnie podciągając opadające spodnie zdecydowanie ściągnięte z Walkirii bo miały taką długość, że znajdowały się pod całą podeszwą złotego sandałka. (zaczęłam się zastanawiać czy przyjezdna nie zjadła czasem Mimi gdzieś po drodze, kradnąc jednocześnie jej ciuchy). A jednak była to Mimi we własnej osobie.


"Jeść!"- krzyknęła kontraltem i natychmiast rzuciła się na wiaderko zieleniny, które jej usłużnie podsunęłam. Młóciła zdrową żywność jak najlepsza kosiarka do trawy. Podziwiam, gdybym ja miała do unicestwienia taką ilość surowizny to pewnie nabawiłabym się żylaków żuchwy. Patrząc jak Mimi rozkoszuje się jarską sałatką, ze wstydem konsumowałam swojskiego schabowego z puree i Coleslawem i czułam wyraźnie jak mi idzie w boki (w sumie w moim przypadku to wyraźnie w przód). 


Mimi młóciła i opowiadała mi o swoim zdrowym stylu życia, joggingu, sałatkach i niechęci do wszystkiego co tłuste, mięsiste, zawiesiste i mączne. "Och...jaka jestem głooooodna..." powiedziała po wylizaniu miski z soku z pomidora i łypnęła łakomie na mojego schabowego, wstydliwie przykrytego duszoną cebulką. "Chcesz spróbować?"- zapytałam nieśmiało. "Czemu spróbować? Chcę zjeść!" - powiedziała stanowczo i zaczęła buszować w kuchni. Za chwilę na stół wjechał talerz z dwoma duszonymi schabowymi i popiątną porcją cebulki, z puree się nie patyczkowała tylko przyniosła sobie cały garnek. "Będzie ktoś to jadł?- zapytała. "Noooo, nie...." powiedziałam z ociąganiem bo miałam nadzieje, że obiad wytrwa do dnia następnego. Mimi, oblizując paluszki przypominające swojskie serdelki zamordowała go w trzy minuty zapijając litrem soku pomarańczowego. 


Muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie. Lubię jeść, lubię jedzenie (i łatwiej mnie skusić zupą niż kawałkiem tortu) i  zdecydowanie jestem wielokrotnością Twiggy ale coś takiego widziałam po raz pierwszy. 


Po obfitym obiedzie, jak to w kraju mgieł bywa, nadszedł czas na deser - marne dwa kawałki tarty owocowej. Jeden kawałek należał do mnie ale odstąpiłam bez żalu, ponieważ byłam ciekawa czy jest jakieś dno, a raczej czy zacznie się w końcu przelewać. Zrobiłam kawki w kawiarce i konwersacja popłynęła rwącą rzeką. Mimi opowiadała nadal o swojej zdrowej diecie i miłości do joggingu i gimnastyki- "Och, jak już zacznę biec to tak biegnę, i biegnę, i biegnę, że nie mogę się zatrzymać" - Wyobraziłam sobie nawet jak Mimi wprawia się w ruch i toczy z szybkością kuli bilardowej, zbijając z nóg wszystko co stanie jej na drodze, i na dodatek nie potrafiąc się zatrzymać. (i choćby przyszło tysiąc atletów, i każdy zjadłby tysiąc kotletów, i każdy nie wiem jak się wysilił ...i tak nie dadzą rady zatrzymać tej bili)


"Bo ja muszę na siebie bardzo uważać! Całe życie miałam anoreksję i powinnam pilnować tego co jem, jak jem i kiedy. Wiesz, że z anoreksji to tak całkiem się człowiek nie wyleczy, co?" Przytaknęłam potulnie skołowana zupełnie i na wszelki wypadek zaczęłam marudzić coś o zmęczeniu i łypać zachłannie w stronę własnej sypialni.


"Jasne, połóż się...a ja tymczasem zrobię sobie mały suflet"- i to powiedziawszy, wyjęła z szafki największe naczynie żaroodporne jakie miałyśmy na stanie i ze zmarszczonym czołem przeliczyła jaja w lodówce.


Podczas kiedy Mimi opowiadała o swojej wielkiej miłości do roszpunki, wymknęłam się cicho przed dom na małego, nocnego papieroska. "Palisz?!"- wyjrzała przez okno Mimi, przeżuwając kanapkę z żołtym serem - "bo ja to palę, strasznie dużo...może nawet kiedyś sobie z tobą zapalę, to się nie zdziw." Nakazałam sobie natychmiast przestać się dziwić i posłuchałam, chociaż leżąc w łóżku w głowie miałam wciąż obraz Mimi trzymającej w obu rękach dwadzieścia zapalonych papierosów na raz i dymiącej jak kominy Nowej Huty. 


Rankiem rozpoczął się raban. Zniknęły dwie bombonierki pełne wykwintnych czekoladek, wszystkie jaja (a było ich 12),cała paczka bekonu i 7 bułek. Winą obarczono Mimi.

"Ech, ludzie to są...." - mówiła Mimi pakując swoje rzeczy- "Wzięłam ostatnią czekoladkę i od razu wszystko na mnie. Przecież ja normalnie czekoladek nie jadam, wiesz,...dieta...nooo, czasem pozwolę sobie na małe co nieco do kawy ale żeby zaraz na mnie, że zjadłam...". 

Najważniejsze to...niczemu się nie dziwić!





"Jeśli wsku­tek nad­mier­ne­go jedze­nia ut­kniesz w drzwiach fron­to­wych czy­jegoś dom­ku, będziesz zmuszo­ny poz­wo­lić swe­mu gos­po­darzo­wi używać twoich tyl­nych łapek za­miast wie­sza­ka na ręczni­ki. Cóż, tak to bywa." A.A.Milne