Urodziłam się jako dziecko wielkości pestki słonecznika. Nie rozumiem mojej rodzicielki, która twierdziła, że trwało to wieki i było niesamowicie traumatyczne. Jako mniejsza i chudsza od niej ptaszyna wypchałam z siebie 4 kg arbuz w zaledwie pół godziny nie przerywając czytania i nie niszcząc sobie makijażu. (Nie przerwałabym, gdyby nie wyrwano mi znienacka lektury, ale jak wiadomo naszym lekarzom brak taktu) . Może miałam większą motywację, ponieważ chciałam wreszcie zobaczyć swoje stopy? Jeśli człowiek ma zaledwie 158 cm a jego dziecko 60, to przecież jako osesek nie rozpełza się pod skórą jak riszta ale bezczelnie wypycha człowieka od przodu, zasłaniając co ciekawsze fragmenty. No, ale nie o tym miało być. Zacznę chyba raz jeszcze...
(przy okazji wszystkie ciężarne zapraszam na webinar - 'Jak urodzić w pół godziny, bez konieczności przerywania czytania lub robienia manicure")
Urodziłam się z nikczemnym wzrostem i wagą. Zawsze stałam na końcu szeregu, miałam najchudsze pęciny, zapadniętą klatkę piersiową, a siedzieć musiałam w pierwszej ławce, która i tak była zbyt wysoka. Pielęgniarki bały się pobrać mi krwi, ponieważ igła strzykawki mogła mnie przebić niczym dzida na wylot i spowodować wykrwawienie się na śmierć, zresztą w takich przypadkach gryzłam w nadgarstki. Wszyscy dookoła na sam mój widok nabierali ochoty na dokarmianie. Sąsiadki kusiły szyneczką, babcia piekła bułeczki, mama rwała włosy z głowy, że jajeczko znowu nie ruszone, nawet sprzedawczyni w sklepie chciała mi dać za darmo cukierka, bo pewnie wyglądałam jak Urszulka od Kochanowskiego na dzień przed zgonem. Najszerszy w moim ciele był uśmiech. Bo ogólnie byłam zadowolona z siebie szaleńczo.
Moje ulubione danie z tego szczęśliwego okresu to - suchy kawałek chleba z kawałkiem cebuli w drugiej ręce. Każde inne pożywienie było mi wstrętne. No, chyba że szliśmy z wizytą. Wtedy oczywiście raczyłam coś zjeść, tylko po to żeby dobić rodziców w oczach znajomych
- Zobacz mamusiu, co to jest to różowe? Szynka? A to jest dobre? A to się na chlebek kładzie?
- Mamusiu a to jak się nazywa? Żółty ser?
Mała zemsta na rodzicach zawsze cieszy w tym wieku.
Żyłam sobie całkiem spokojnie, specjalnie chorowita nie byłam. No, może słabowita ździebko, bo jednak cebula niewiele dodawała mi energii i nieco psuła mi charakter i oddech Siły miałam akurat tyle, żeby jakąś złośliwość bliźniemu uczynić. Może dlatego dzieci nie chciały się ze mną bawić, a psy gryzły mnie dotkliwie. Nie szkodzi, mogłam spokojnie obgryzając cebulę i paznokcie obmyślać plany unicestwienia tego świata.
Idąc do pierwszej klasy ważyłam zaledwie 15 kg. Nie wiem komu to przeszkadzało, bo mnie naprawdę wcale. Klika dopychaczy postanowiła zwalczyć moją naturalną kościstość i zaczęła gremialnie wpychać we mnie żarcie, dla mojego dobra. Panie w przedszkolu, rodzice, ciocie, dziadkowie jeden przez drugiego chcieli udowodnić, że odniosą sukces. Walczyłam lepiej niż Mały Rycerz, dzielnie wijąc się jak piskorz, odpluwając w kieszenie, piszcząc, zaciskając zęby, kopiąc i szczypiąc każdego zbliżającego się tuczarza z łyżką lub widelcem. Do tej pory na ciele noszę znaki tej walki, w tym jeden na twarzy. Za pomocą widelca poszerzono mi uśmiech o jakieś 3 cm, na dodatek asymetrycznie, co nadało mojej twarzy lekko szyderczy wyraz twarzy, bo z wewnętrznym szyderstwem już się urodziłam. Od noworodztwa plułam sarkazmem na wszystkich. A szczególnie, jeśli ktoś w mojej obecności wygłaszał następujące kmentarze:
- Dzieci z Domów Dziecka to by mnie po rękach całowały gdyby mogły tak jeść
-Zobacz, niektóre dzieci to w życiu chałwy nie jadły..a ty wydziwiasz.
-Zjedz chociaż kawałek mięsa,w Afryce dzieci głodują.
Moim marzeniem było wyjechać do Afryki i spokojnie pogłodować, ewentualnie przeprowadzić się do Domu Dziecka i musieć całować po rękach za kawałek kiełbasy albo za pyry oblane tłuszczem. Dom Dziecka w najbardziej zapadłym dołku Afryki wydawał mi się krainą szczęśliwości i błogiego spokoju.
Nie wiem jak było w waszym przedszkolu, ale w moim była jasna zasada - kto zwymiotuje, dostaje dokładkę i karmi go pani kierowniczka. W razie nieobecności kierowniczki, chochlę przejmuje pani kucharka, wyjątkowo silna kobieta. Pamiętam dzieci, które dzielnie, ze łzami w oczach przełykały to co próbowało wrócić na talerz. Pamiętam też niejakiego Piotrusia, który nie lubił buraczków. Piotruś starał się przełykać jak każdy z nas, niestety widocznie by zbyt wrażliwy, bo bez przerwy musiał zjadać dokładkę. Tym sposobem pani mogła zawiadomić z uśmiechem jego rodziców, że Piotruś zjadł wszystko i jeszcze rzucił się jak chart afgański na dokładkę kapuśniaku i sinego mięsa zwanego mięsem zmielonym. (w szkole nazywaliśmy to - wymemłaniec)
Po jednym takim obiadku, kiedy Piotruś poprosił o dokładkę buraczków, panie zajmując się myciem dzieci, ścian i klocków, odpuściły reszcie dopychanie obiadku. Buraczki jednak strasznie farbują. Polubiłam za to Piotrusia. Nawet usiadam obok niego, bo byłam dobra w tak zwanym obrzydzaniu. Piotruś też mnie lubił, więc nie wnosił pretensji kiedy gięłam się przed nim w konwulsjach i robiłam straszliwe miny mamląc jakieś świństwo w otwartych ustach. Spokojnie płynął z prądem i zawsze odnosiliśmy sukces. Niestety, wszystko się skończyło kiedy doniosła na nas pewna zazdrosna, gruba Ewa. (co ciekawe, kiedyś w przyszłości zemszczę się za to nieświadomie, i odbiję jej chłopaka /wiesz Mizu, to ten co tam ten tego na Sylwestrze, pamiętasz?/, ale wtedy obie będziemy chude, ładne i bez serca, z tym że ja będę ładniejsza)
Piosenką mojego dzieciństwa powinien zostać utwór Eat It Weird Ala Yankovica:
"Dlaczego wciąż tak grymasisz, młody czlowieku?
Nie chcesz Captain Cruncha*, nie chcesz Raisin Brana*
Nie wiesz, że w Japonii inne dzieci głodują
Więc zjedz to, po prostu zjedz to
Nie chcę się kłócić, nie chcę dyskutować
Nie chcę słyszeć o tym czego nienawidzisz jeść
Nie dostaniesz deseru nim nie sprzątniesz z talerza
Więc zjedz to
Nie mów mi, że jesteś pełen
tylko zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Zrób sobie jajko i wmuś je w siebie
Zjedz jeszcze trochę kurczaka, zjedz jeszcze trochę placka
Nie ważne czy jest ugotowane czy usmażone
Po prostu zjedz to, zjedz to, po prostu zjedz to, zjedz to
Po prostu zjedz to, zjedz to, po prostu zjedz to, zjedz to uuu
Twoje maniery przy stole to wielki wstyd
Bawisz się jedzeniem, to nie zabawa jest
Jeśli się zagłodzisz na śmierć będziesz musiał za to tylko siebie winić
Więc zjedz to, po prostu zjedz to
Lepiej słuchaj, lepiej rób co ci każą
Nie tknąłeś nawet swojej zapiekanki z tuńczyka
Lepiej wcinaj albo wystygnie
Więc zjedz to
Nie interesuje mnie czy jesteś pełen
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Otwórz usta i nakarm je
Zjedz trochę jogurtu, zjedz trochę mielonki
Nie ważne czy jest świeże czy z puszki
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Nie każ mi powtarzać
Zjedz banana, zjedz całą kiść
Nie ważne co jadłeś na obiad
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Jeśli stygnie odgrzej
Zjedz duży obiad, zjedz małą przekąskę
Jeśli ci nie smakuje nie możesz tego zwrócić
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Zrób sobie jajko i wmuś je w siebie (o panie)
Zjedz jeszcze trochę kurczaka, zjedz jeszcze trochę placka
Nie ważne czy jest ugotowane czy usmażone
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to
Nie każ mi powtarzać (o nie)
Zjedz banana, zjedz całą kiść
Nie ważne co jadłeś na obiad
Po prostu zjedz to, zjedz to, zjedz to, zjedz to"
Pamiętam, że stałam się głodna gdzieś tak w okolicach matury. Dokładnie przed ustnym z Nauk o Społeczeństwie. Zjadłam wtedy jakieś 10 kanapek. Nareszcie! Rodzina triumfowała. A ja postanowiłam trenować. Z biegiem czasu otworzyłam wszystkie siedem żołądków. Chcieliście - to macie!
I nagle cała rodzina i narzeczony zaczęli protestować.
- stop, przestań wreszcie żreć, przystopuj!
- Nie dopuszczajcie jej do lodówki.
- O matko! Ona zeżarła cały gar zupy!!!
- Kto do cholery zeżarł 5 kg zamrożonych parówek?
- Czemu pijesz olej??!!! - Bo to tłuszcz..hahaha!
Nic nie mogło mnie zatrzymać w tym biegu do jedzenia coraz więcej. Ach, jakaż to przyjemność po 20 latach głodowania!
Marmolada - super, zjem cały słoik i wyliżę nakrętkę. Ziemniaki - 20 proszę. Bigos? Czy ja kiedyś nie lubiłam bigosu? Chyba na głowę upadłam! Dajcie cały gar, łyżki nie potrzebuję. Gębą wyżrę.
Makaron, bułki, kopytka, podsmażana kiełbaska, ptysie, lody, konfitury, żeberka, jaja, buraczki? Nie, buraczki nie - ciągle pamiętam Piotrusia.
Chcieliście żebym się dobrze odżywiała ? To macie!
Wasz ukochany Mroczny Kaban "od jutra" może na diecie
A tu ta sama piosenka w języku lengłidz.

