Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

W życiu chodzi o to, by być trochę niemożliwym czyli cuchnący post.




Moja lodówka żyje. Siedzimy sobie czasem wieczorem i słuchamy jak gaworzy zawzięcie. Dla ludzi o słabszej konstrukcji psychicznej, takie gaworzenie może być nieznośne. No, bo siedzisz sobie wygodnie na sofie, obserwujesz na ekranie skradającego się mordercę, a tu nagle zza twoich pleców rozlega się "eeeeeeeeee"..."auauauuuuu". I zawał gotowy.

Na dodatek, prawdopodobnie w zemście za lodówkę, którą zamordowałam za pomocą wyrwania jej drzwi, obecna lodówka wyrwała mi paznokieć. Jest to bardzo okrutna lodówka, ponieważ nie wyrwała go całkowicie, a zostawiła w stanie filozoficznym,  pomiędzy być a nie być.

Nie mogłam krzyczeć ponieważ miałam gości. Przyjechało potomstwo, z przyszłą synową i szwagrem. Przecież nie wypada biegać po domu z palcem uniesionym do góry, jak z  ogniem w tyłku, i drzeć się niemiłosiernie, wysypując przy tym z ust najbardziej wymyślne przekleństwa. Nie, nie, nie...my tak nie robimy. Cierpimy w milczeniu, bo chcemy mieć kiedyś wnuki. W skrócie wyglądało to tak, że z niemym krzykiem na ustach podbiegłam do Pieprza, chwyciłam go (zdrową dłonią za jego dłoń) i pociągnęłam do łazienki żeby pokazać zgliszcza palczane. Poczułam się gorzej, kiedy zobaczyłam niemą panikę na jego twarzy. Musiał być w szoku, bo zapomniał swojego ulubionego powiedzenia, które zawsze pada z jego ust w takich momentach "Gabi, coś ty zrobiła?".

No, zrobiłam. A tu goście!
Posiadanie dwóch starych, dużych psów i gości w jednym domu jest bardzo stresujące. Po pierwsze trzeba stosować przyciemnienia, żeby ślady śliny na ścianach były mniej widoczne. Po drugie, trzeba pilnować żeby koty z sierści nie wyłaziły na środek pokoju. Po trzecie, trzeba mieć czysta ściereczkę na podorędziu, aby takiego gościa co chwilę wycierać. Strasznie męczące. Męczące....ale nie najgorsze!

Najgorsze jest to, że moje stare, duże psy...puszczają duże bąki. Takie, które odbijają się od drewnianej podłogi, i z hukiem przewalają się po domu. Nie, nie, nie jest to jakieś ciche pssssss, lub pufffff. Są tą wielkie, nabrzmiałe bączyska, które echem wędrują przez pomieszczenia. Takie...RYP -DU-DUM-DUM-BĘC! Wietrzymy, ale wygłuszyć nie jesteśmy w stanie . W okresie zimowym mdlejemy z niedotlenienia, w okresie letnim mamy zawsze okna otwarte na przestrzał. Dom jest otwarty, nie ma drzwi do kuchni, nie ma drzwi na górę do pokoju młodzieży. Bąki mają więc zupełną swobodę przemieszczania się, śmierdzą i huczą.

I nagle goście na noc. I z każdym bąkiem mój biedny mąż zgina się w pół, łapie za głowę i szepcze "Rany, rany...zrób coś". Ale bąki zagłuszają jego szept -  ryp -dudududu- DUM! Co mam zrobić? Powkładać im szpunty w tyłki? Zresztą, rozważałam już kiedyś opcję ze szpuntem. Doszłam jednak do wniosku, że wkrótce psy napompowane niewypuszczonymi bąkami, wisiałyby jak dwa balony pod sufitem. A pęknięcie takiego balonu, byłoby mało estetyczne. 

Wyobrażamy sobie ze zgrozą, jak przyszła synowa łowi lewym uchem takiego wędrującego bąka, marszczy śliczny nosek i mówi "Twoi rodzice są bardzo swobodni". A na to nasza progenitura, głucha na bąki z przyzwyczajenia, z wlepionymi w ekran komputera gałami, nieuważnie odpowiada "Tak, tak...lubią swobodę". I nieszczęście gotowe. Pozostajemy w jej pamięci, jako najbardziej pierdzący rodzice świata. Dramat.


Ponieważ nie każdemu chce się zamieszczać komentarz, dla leniwych i zapracowanych umieściłam poniżej szybką ocenę posta. Wystarczy postawić mi ptaszka! Może być makolągwa albo ten ścierwojad marabut. Biorę wszystko.
A dla tych do doczytali do końca, świeżutkie selfie rannej z palcem bez paznokcia. Czaaad!

Ma dziewczyna klasę i dobre serce. Przeczytała i skomentowała:

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Bo bar­dzo dba­li, aby żad­ne­mu z nich nie było zim­no, ani w łóżku, ani w sercu czyli świat jest mały, os­ta­tecznie wszys­cy kiedyś spot­ka­my się w łóżku.





Lubię sypiać sama. Wiem, to jakoś mało romantycznie ale nic mnie tak nie cieszy jak własna sypialnia, a w niej łóżko, szczelnie zaciągnięte rolety, poduszki rozsypane dookoła i w tym wszystkim ja, plus dobra książka. 

Oczywiście zdarzało się w moim życiu, że łóżko musiałam dzielić z jedną, dwiema lub trzema osobami. Czasem były to osoby chrapiące, czasem kopiące, ściągające kołdrę, zarzucające spiżową nogę na moje delikatne biodro, ugniatające mi biust jak walec, szarpiące długie włosy me, wkładające palce do moich ust (zdarzało się, że były to palce u nóg niestety). Czasem były to osoby, którym przeszkadzało moje chrapanie, szeleszczenie kartkami książek, mruczenie pod nosem, ugniatanie poduszek. Reasumując, spanie z kimś uważam za przykry obowiązek, przepraszam. Niestety zaraziłam tym własne potomstwo płci męskiej, które nieświadome jak kobieta jego życia może zareagować na słowa "Od dziś śpimy osobno" przeniosło pewnego wieczoru swoją kołdrę i poduszkę na wolne łóżko żeby wreszcie rozkoszować się swobodą. Jedna dobra kolacja nie wystarczyła jako przeprosiny.

Nie sypiam z psami. Nie dlatego, że należę do tych którzy maja twarde zasady i zwierząt do łóżka nie wpuszczają, no...chyba, że to TAKI SŁODKI zwierzak. Po prostu moje psy wspólnie dochodzą, a raczej dobiegają w sekundę do kwintala, mają osiem łap zakończonych krogulczymi szponami, a w nocy mlaszczą, chrapią, puszczają bąki, ślinią się w poduszki, szczekają i biegają we śnie. Jeśli miłośnik psów się oburzy, zapraszam serdecznie..chętnie udostępnię śmierdziuchy na noc lub dwie.

Jasne, że pręgowane przechery nie rezygnują łatwo (szczególnie w zimie) i urządzają nam treningi zumby pod drzwiami, waląc krogulcami o deski, tańcząc quickstepa lub zwyczajnie stepując. Na szczęście są stare, szybko się męczą i odpuszczają. A przynajmniej tak było do wczoraj.

- Kochanie zepsułam zamek w drzwiach! Nie da się zamknąć! (psucie to moja specjalność)
Długa cisza...sprawdza poczynione szkody.
- Hmmm...nie da się naprawić. (naprawianie to nie jest jego specjalność)
- A czemuż to? - pytam ciągle spokojna.
- Bo widzisz...żeby dało się zamykać, muszę wymienić klamkę, żeby wymienić klamkę, muszę wymienić  cały zamek, takich zamków już nie ma, trzeba wymienić drzwi...drzwi są niestandardowe...trzeba by wyrwać framugę i wstawić nową, wtedy można kupić zwykłe drzwi, wstawić zamek i klamkę. 

Jako kobieta, której drugim imieniem jest CIERPLIWOŚĆ uśmiecham się łagodnie i syczę:
- Guzik mnie to obchodzi kochanie moje, wychodzę teraz, masz 4 godziny czasu na myślenie...chcę mieć zamykające się drzwi, nie życzę sobie, żeby zwierzyniec wchodził do mojego pokoju, kiedy zwierzyńcowi się spodoba.
- Dobrze - powiada, mój artysta z kapiącym pędzlem w dłoni - coś wymyślę.

I wymyślił. Wymontował zamek, który całkiem się rozpadł, dzięki czemu można sobie na mnie patrzeć teraz przez dziurę w drzwiach wielkości pięści, w drzwi wbił haczyk, a we framugę pętelkę. Wygląda to jak drzwi od sławojki.
- I co? Dobrze? - zapytał zadowolony MacGyver.
- A jak będę się zamykać? - pytam ciągle spokojna bo wciąż myślę, że to żart a za drzwiami czai się stolarz z nowa parą drzwi. 
- ja cię będę zamykał wieczorem! - rzecze dumny odkrywca.
I już wyobraziłam sobie jak skrobię świeżo wyemaliowanymi pazurami o drzwi, błagając żeby wypuścił mnie na siusiu, a następnie załatwiam się do kwiatka albo w szklany wazonik.

Pominę opis piekła, które się rozpętało w wyniku tej krótkiej konwersacji i przejdę do meritum, a więc opisu ostatniej nocy.

2.00
Postanawiam złożyć ciało w łóżku. Psy chrapią u siebie, kompletnie ignorując moje przygotowania. Drzwi dopycham do futryny na wcisk.
2.15
Słyszę pierwsze dźwięki fujarki Morfeusza. (mam czarny pas w zasypianiu)
2.17
Czuję jak unosi się kołdra. Pierwszy pies pokonał zasieki. Ponieważ Morfeusz już mnie ścisnął, nie mam ochoty walczyć.
2.19
Ktoś zaczyna się drapać waląc girasem o ścianę. Przeczekuję, śni mi się Afryka.
2.30
Strasznie gorąco w tej Afryce. Proszę moją koleżankę z Malawi o kapkę wody. Głaszcze buty Africa Simona. 
2.35 
Afric Simon ssie mój palec u nogi, niestety nie mogę go odepchnąć bo jakiś słoń przydepnął mi biodra. Gorąco staje się nie do wytrzymania.
2.36
Otwieram oczy. Próbuję się wyczołgać spod psów leżących na moich plecach. Przeprowadzam z nimi poważną rozmowę. Psy okazują skruchę i wracają na posłania.
2.50
Ustawiam barykadę ze stołków pod drzwiami i z ulga kładę się do łóżka.
3.00
Słyszę jakiś daleki warkot...samolot...lecę..
3.15
Budzę się bo większy pies źle obliczył odległość i zamiast na wolnej przestrzeni przy ścianie ląduje zawieszony na moim boku, próbując uchwycić się krogulcami mojego ciała. Wyglądam jak Bruce Lee. Suka udaje, że jej tam nie było. Dostają wilczy bilet i ewakuują się bez słowa.
3.38
Łomot. Dla suki nie starczyło miejsca, spadła z łóżka. Wyczołguję się spod Kluska i pokazuję palcem wyjście. Wychodzą.
3.45 - 4.00
Nie mogę zasnąć, czekam aż przyjdą. Nawet chciałabym żeby już przyszły bo miałabym to z głowy. Zmęczona zasypiam.
4.20
Czuję, że mam mokre udo i jest mi zimno. Dotykam. Wsadzam palec w czyjąś obślinioną paszczę. Psy zawłaszczyły kołdrę i większość łóżka. Łkam cicho...Zabieram koc, kapituluje i przenoszę się na kanapę. Wychodząc odwracam głowę i widzę paszczury leżące na moich poduszkach.
6.30
Mam zwichnięte biodro, nie mogę się poruszyć. Otwieram oczy i czuję, że słoń powrócił. Tym razem z rodziną. Kocyka nie ma, jeden zwierz leży na moich nogach , a drugi za moimi plecami wyprostowując łapy na całą długość.
6.45
Piję kawę i obmyślam zemstę. 
7.20
Idę spać do łazienki. Psy czekają pod drzwiami obgryzając pazury i udając Freda Astera i Ginger Rogers. Jest mi wszystko jedno. Szkoda, że nie mam podgrzewanej podłogi...



środa, 3 sierpnia 2011

Antrakt - czyli miejsce na kucyka.




Pies dostał zapalenia pierożka. Zaprzyjaźniona pani weterynarz zaleciła delikatne przemywanie Rivanolem. Przemywałam. Delikatnie.W końcu to mój pies i ktoś musiał się tej ciężkiej roboty podjąć.

Niestety, nie pomogło i pies zamiast pierożka zaczął nosić pod brzuchem bakłażana.
Wybraliśmy się więc do pobliskiego weterynarza, całą rodziną, oprócz suczydła, które zostało na gospodarstwie. Do weterynarza z psem trzeba jeździć w trójkę , a psa prowadzić na krowim powrozie przyczepionym do dwóch obroży i przypiętym w pasie do człowieka. Na dodatek przed opuszczeniem samochodu należy dokładnie zapoznać się z okolicą i wyczuć moment kiedy poczekalnia jest pusta. Wtedy jedno zamyka auto, a dwójka biegnie co sił z psem na upatrzone pozycje. ( miłośnicy psów – pies jest po szkoleniach, ale jest nieodwoływalny w trakcie popełniania morderstwa, najważniejszą rzeczą jest unikanie sytuacji w której mord może mieć miejsce )W środku jedno trzyma psa, drugie wygląda na zewnątrz, a trzecie czeka żeby ewentualnie podjechać jak najbliżej lecznicy.

Pan doktor obejrzał dokładnie bakłażana, w lecznicy problemów nie ma bo pies na komendę pokazuje – oczy, uszy, zęby, a tym razem nawet więcej. Podziwiałam go, bo wytrzymał badanie przez tylni otwór, a także miętoszenie i naciąganie klejnotów. W sumie panowie będący ze mną znieśli to gorzej niż sam pan pies. Syczenie niosło się z wiatrem po całej poczekalni.

Po odpowiednim wymiętoszeniu weterynarz zadał pytanie zasadnicze:

- Jak pani przemywa?
- Wlewam i ruszam. O tak! – zademonstrowałam na środkowym palcu.
- Za płytko- stwierdził pan doktor - Musi pani ruszać tak! – i robiąc pętelkę z kciuka i palca wskazującego zademonstrował siłę i głębokość pchnięć na moim wyciągniętym palcu.
Można powiedzieć, że dzięki tym palcom, pętelkom i ruchom posuwistym nawiązała się między nami jakaś erotyczna nić porozumienia, możliwa tylko pomiędzy właścicielami psów. Więź na tyle silna i widoczna, że kiedy pan doktor poprosił o numer telefonu, małżonek rzucił się od razu ze swoim udaremniając tym samym dalszy rozwój akcji.

Pies otrzymał specyfik, a ja lekcję jak też specyfik w środku bakłażana rozprowadzać. Naciągałam więc gumowe rękawice, brałam w rękę strzykawkę i specjalną nakładkę i zmiękczałam psa. Nasz pies należy do zwierząt upartych, jeśli raz mu się coś nie spodoba nie sposób z nim tego powtórzyć. Dobrym przykładem jego zachowania jest to, że nie wchodzi do kuchni, bo kuchnia leży zbyt blisko łazienki, gdzie można zostać nagle wykąpanym. Psa należy przynęcać, dobrym sposobem przynęcania, kiedy staje się podejrzliwy jest zachowywanie się radośnie – śpiew, taniec, podskakiwanie – wtedy traci czujność i jest szansa na chytre posunięcia. Pies raz przynęcony kamienieje.

Muszę przyznać, że nauka pana doktora nie poszła w las. Pompowałam i rozprowadzałam rytmicznie.W dniu trzecim pies przyszedł sam, bez przynęcania. Usiadł i czekał z zadowoleniem na pysku, nawet powarkiwał niecierpliwie , jeszcze parę dni a poprosiłby o fajkę po seansie. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Widzę go właśnie w przedpokoju, w miejscu aplikowania. Siedzi i patrzy żałośnie. Wspomina dobre dni.

Żeby mieć pojęcie jak wyglądało przynęcanie, proponuję obejrzenie teledysku. Przynęcałam dokładnie tak jak te panie, z tym, że miałam rękawice na rękach i wielką strzykawkę po prawej.
"You and me are gonna have some fun together"
Na zdjęciu pies w tęsknocie.

wtorek, 23 marca 2010

"Mój mąż i ja mamy zamiar albo kupić psa albo sprawić sobie dziecko. Trudno nam się zdecydować, czy zrujnować sobie dywan czy życie"




Po co człowiekowi pies?
Kupując pierwszego czworonoga kupujemy sobie zazwyczaj nasze wyobrażenie o posiadaniu psa. Wspaniałe i długie spacery, zabawy na świeżym powietrzu, ciepły kłębek u naszych stóp zapatrzony w nas jak w obraz, posłuszny na każde skinienie. Terefere!Taka sama bujda jak z posiadaniem dzieci.

-Będziemy mieć dzidziusia- zawiadamiamy naszego oblubieńca.
-Cudownie! To najpiękniejsza wiadomość, jaką kiedykolwiek usłyszałem! –Odpowiada zachwycony kontynuator gatunku, też uwiedziony podstępną wizją różowego bobaska siedzącego w rajcownych śpioszkach na kanapie i ćwierkającego do nas słodkie guu guuu.

Jaka jest prawda?
Nasze mieszkanie przestaje być słodkim miejscem dla dwojga, my z eleganckiej kobiety popijającej spokojnie kawę przy oglądaniu ulubionego serialu przeistaczamy się w całodobową mleczarnię, niewyspaną, wściekłą, która na dodatek może wbić się jedynie w ciuch przypominający namiot. Słodki bobasek okazuje się wiecznie zaślinionym i zasikanym wrzaskulcem a nasz kochany mąż bezdusznym potworem, wkładającym sobie zatyczki do uszu albo zamykającym się we własnej sypialni z poduchami na uszach. I w nocnej, samotnej godzinie nachodzą nas mordercze myśli, o które wczesniej sami siebie nie podejrzewaliśmy ponieważ zawsze byliśmy krynicą spokoju wszelkiego.
– Zamilknij albo zmiotę cię z tego świata tak szybko jak cię na niego sprowadziłam- mamroczemy pod nosem.
Stajemy nad łóżeczkiem, a za naszymi plecami ustawiają się wszyscy najwięksi mordercy psychopaci świata, łącznie z Hannibalem Lecterem i Tedem Bundy. I wystarczy jeden uśmiech malucha, a cała ta wataha zmyka jak niepyszna a my tulimy maleństwo i wiemy już, że nieważne ile nocy nie prześpimy, w ile kreacji się nie zmieścimy i ile ominie nas fajnych rzeczy, bo najważniejszy jest on.


Dokładnie tak samo bywa z posiadaniem psa. Przynosimy toto do domu i pląsamy dookoła zachwyceni, wyobrażając już sobie wspólne zabawy na śniegu, to jacy będziemy dumni z wyjątkowego posłuszeństwa i inteligencji naszego psa, a jaki będzie piękny, a jaki wspaniały, i ile razy mądrzejszy od głupiego Fafika sąsiadów.

Co dostajemy naprawdę?
Zimnym rankiem budzi nas popiskiwanie. Wstajemy i tuż przy łóżku wdeptujemy bosą stopą w kupę wielkości żaglowca.Wiuuuuuuuuuu! Na ślizgu docieramy do kuchni po najbliższą suchą ścierkę i papier toaletowy. Niestety, nie ma lekko i w kuchni zastajemy istne pobojowisko składające się z przewróconego kubła na śmieci, opakowania po maśle malowniczo przylegającego do kafelków, a na tym wszystkim resztki jedzenia, popiołu, petów i mnóstwo bliżej niezidentyfikowanych przedmiotów niewiadomego pochodzenia. Wszędzie widzimy rozdeptaną psią kupę, nawet na naszych najlepszych butach, których przez roztargnienie wieczorem nie schowaliśmy.

W tym czasie budzi się nasz mąż i zaczyna krzyczeć, że po ciemku wdepnął w coś mokrego. Syn, którego normalnie nie da się zwlec z łóżka przed 9.00 też już jest na nogach i natychmiast staje się głodny. Dziecko ryczy, mąż krzyczy, pies schował się pod łózko a ty z żądzą mordu biegasz pomiędzy nimi wszystkimi zastanawiając się – PO CO MI Był TEN PIES?
I bierzesz śmierdziucha na ręce zastanawiając się nad jakąś wymyślną torturą, a on wtula się w ciebie z tak wielkim zaufaniem, że nieważne ile razy powtórzysz ten poranny scenariusz pies i tak z wami zostanie.


Można oczywiście ułatwić sobie sprawę z psem i wcześniej poddać się pewnemu testowi. Oto, co proponuję:

Nazbieraj psich kupek do woreczka, przynieś do domu i rozmaż dokładnie po puszystej wykładzinie, wetrzyj dobrze w fugi w kafelkach na podłodze i ścianach. Warto też zrobić mały rozbryzg ( np. za pomocą łyżeczki) po drzwiach i oknach. W większe kawałki kupki włóż swoje ulubione papucie, łańcuszek i smycz psa oraz klapki męża, a także kurtkę z wieszaka w przedpokoju. A potem pozwól temu wszystkiemu nieco zaschnąć i...bierz się do roboty. Jeśli dasz radę sprzątnąć wszystko bez bluzgania dookoła i po tym wszystkim nadal będziesz chciał mieć psa to gratuluję- naprawdę się nadajesz na jego właściciela!
Dla przyszłych właścicieli bokserów proponuję test dodatkowy - rozmazanie białka kurzego po ciuchach, zasłonach, firankach, suficie, obrazach, dekoracjach wszelkich i ubraniach - szczególnie tych czarnych. Kto miał boksera - wie o czym mówię!
Niestety nie podejmuje się stworzenia testu na posiadacza dziecka. Ale nie wierzcie reklamom!

A na zdjęciu szanowne stado - Klusek i Talon.

niedziela, 21 lutego 2010

Pogardzam ludźmi trzymającymi psy. Są to tchórze, którzy nie mają odwagi, by samemu gryźć ludzi.



/notka stara - przeprowadzkowa/
Jestem zapsiona. Kompletnie, totalnie i nieodwracalnie.
Zapsieni w naszych czasach łatwo nie mają. Atakuje się ich za kupy na trawnikach, za pogryzienia, za obsikiwanie pięknie pachnących kwiatów itd. Ucinam ten temat wyjaśniając, że moje psy załatwiają się we własnym ogrodzie i ja osobiście uprawiam kupozbiory po każdym wyjściu. Opuszczając zaś miejsce zamieszkania maja całkowicie puste jelita i nie zanieczyszczają parków, skwerków i innych miejsc użyteczności publicznej. W miejscach gdzie są ludzie chodzą na smyczach, a w miejscach gdzie puszczam je wolno maja przypięte linki.

UWAGA ZŁE PSY – taki napis znajduje się na bramie mojego domu.
Piękny jesienny dzień. Psy biegają w ogrodzie. Nagle nie wiadomo skąd /a jednak, ktoś zapomniał zamknąć furtkę na klucz/ na podjeździe pojawia się zbieracz papieru i metalu wszelakiego. Ubrany dokładnie tak jak pozorant na treningu, w kufajkę z długimi rękawami, watowane portki i ogromne buciska.
- Paniiii!E! Paaaani! Ma pani jakieś żelazo?
Zastygłam nieruchomo w niewygodnej pozie, z piłeczką w ręku. Psy zastygły także, odblokowało je jednak znacznie szybciej. Obcy! obcy na ich terenie.
Samczyk natychmiast porzucił obsikiwanie bratków, zebrał do kupy swoje 50 kg i ruszył błyskając złym okiem, z 700 metrów jego rozpęd nabierał głębszej powagi. Suczydło popatrzyło wypukłym okiem i podciągnęło białe podkolanka rozpoczynając lekki, zwiadowczy kłus w stronę potencjalnej ofiary. Świat się dla mnie zatrzymał. Czułam już w powietrzu zapach nieboszczyka.
- Stóóóóóóóóój…leżeć! – głosu jaki wyrwał mi się z płuc, nie powstydziłby się Arnold Sz. Był to głos powalający mury i nie znający granic ni kordonów, szedł nisko i kosił floksy. Psy na szczęście zareagowały, wwiercając kupry w trawę, a ich ponure miny świadczyły o wielkim rozczarowaniu.
-Pani, co się pani tak dze ..taka mała kobita a tak się dze - zdziwił się niedoszły umarlak, cmokając z dezaprobatą. - Trzeba je wytresować!
- Panie…one są wytresowane, inaczej już byłby pan siekanym kotletem – nie wytrzymuję, jeszcze dysząc z przerażenia.
- Eeee…psesadza pani. To jak bendzie sefowo z tym zelazem?


-Ooooo…jaki piękny! – do przypiętego na smyczy Obłaskawionego Testosteronowego Killerka podbiega na ulicy jakaś kobieta. I bez zbędnych pytań zaczyna mu mierzwić sierść nad czołem.
- Tiuli Tiuli Tiuuuu…śliczny piesecek, moldka taka kofana…- mamrota jak potrzaskana, gniotąc mojego psa, tłamsząc mu uszy i wsadzając paluchy w oczy. Zauważyłam ze zgrozą, że „moldce kofanej” już irokez wyskoczył na karku, a unik jaki zrobił głową aż krzyczał komunikatem „Przestań babo bo nie odpowiadam za siebie”.
- Pisecek…taaaaak…jaki miluuuuuuniii…- tłamszu, tłamszu, tłamszu, gniotu, gniotu, mierzwu, mierzwu.
- Lepiej niech pani go nie dotyka, on nie przepada za obcymi – silę się na spokój, lekko odciągając psa na smyczy.
- Cio ta pani mówi o piesecku?…nie lubi obcej pani?….siiiiiiicny…siiiiicniutki pieseeeecek… one tylko tak groźnie wyglądają. Taaaakiiii piiiiieeeesssssioooo…..
- Wrrrrrr…- samczyk obnażył wreszcie zęby i dobitnie pokazał, że ma w swoim krótkim nosie i pod krótkim ogonem te cholerne pieszczoty.
- Ojej…musi mu pani założyć kaganiec! On może kogoś ugryźć! A ta rasa jest przecież taka łagodna…


Idziemy na spacer ze staruszkiem. Posuwamy się spokojnie, noga za nogą…nagle gdzieś z boku rozlega się kaszelek. A nie…to nie kaszelek, to ratlerek, który bez smyczy biega sobie wolny niczym ptak z zębami. Jego pan, na oko w wieku mojego starego psa woła z 50 metrów:
- Niech się pani nie boi. On nic nie zrobi. – Nie wiem jak pies wielkości głowy mojego samca miałby mu zagrozić. Chyba tylko, gdyby się nim zadławił w trakcie spożywania. Na szczęście mój pies jako gentleman dobrze wychowany udawał, że nie zauważa szczekacza próbującego ucapić go w przednią łapę.
Niestety rzecz się miała całkiem inaczej z niedorosłym jeszcze samczykiem, co to ciągle pstro w głowie a siła żubra już w mięśniach. Kurdupelski podbiegł, ugryzł i uciekł.
Młodzieniec z nadmiarem testosteronu nie zdzierżył, reakcja była natychmiastowa. Trudno, nie przewidziałam tego i stojąc na lekkim spadzie poszybowałam w górę, aby szybko zaliczyć pobliski parów. Kurz jaki się uniósł w momencie uderzenia mojego szanownego ciała o Matkę Ziemię przesłonił słońce a głuchy łoskot przetoczył się po niebie./tak Magento wyginęły dinozaury/. Nie puściłam...wleczona po żwirze wzniecałam tabuny czarnego pyłu, darłam ubranie i robiłam peeling dekoltu. Wreszcie pies zorientował się, że coś mu wisi u szyi. Stanął,obejrzał się i zmachał ogonem, a ja próbowałam podnieść się na nogi. Otrzepałam strzępy ubrania, zastanawiając się czym zatamować krew na nadgarstkach i zaczęłam rozglądać się za butami. W ustach miałam żwirek a w nosie kilogramy jakiegoś paskudztwa.
- Musi go pani wytresować! – pouczył mnie dziad obrzydliwy biorąc na ręce kurdupelskiego i odchodząc w siną dal.

Trenuję z psami. We własnym ogrodzie.
- Leżeć! Zostań!...- Odchodzę na odległość 100 metrów i rzucam w trawę smakołyk. Psy jak posągi Sfinksa leżą nieruchomo wpatrując się we mnie dziurkami czarnych oczu.
- Pani Gabrielko…co pani tak męczy te psy? Jak tak można kazać im leżeć na tej zimnej trawie…Biegnijcie..noo, biegajcie – Odzywa się znawczyni zza płota. Psy słusznie ją ignorują.
- Ja też nie mogę patrzeć jak ona tak te psy katuje…chodźcie…mam kawałek syneeeecki…- przyłącza się teściowa- …Łapcie!- I rzuca kawałek różowego smakołyka w górę.
80 kg wir jaki przetoczył się przez ogród zwalił z nóg teściową, stół, krzesła i zakończył się się pod płotem na pięknie kwitnących floksach.
- Boszszszsze! Musisz z nimi coś zrobić! One są niewychowane! Zabiłyby mnie – jęczy, gramoląc się na nogi teściowa.
Muszę. A mogę?

wtorek, 16 lutego 2010

Strzeż się milczącego psa i cichej wody czyli Czasem łatwiej można się ogonić przed złym psem niż przed dobrą żoną



Jako siedmiolatek, mój mąż poczuł w sobie pragnienie posiadania psa. Nękanie rodziców, płacz i jęki przyniosły pozytywne rezultaty i pies został obiecany w okolicach wakacji. Oczywiście termin wybrano nieprzypadkowo, w końcu na przyjemności trzeba zapracować, w tym wypadku dobrymi stopniami. Przez następne 3 miesiące mąż wyobrażał sobie siebie biegającego po łąkach z przepięknym owczarkiem niemieckim u boku, psem który to oczywiście miał by mądry, wierny i piękny. [W końcu wychował się na "Czterech Pancernych i Psie" oraz na "Psie Cywilu".]

Niestety zły los sprawił, że jego marzenia rozminęły się nieco z marzeniami rodziców i kiedy wrócił w podskokach ze szkoły, ze świadectwem w ręku w przedpokoju zamiast Szarika czekał na niego mały, brązowy pokurcz z wyłupiastym okiem.
- To twój piesek! - uśmiechnęła się promiennie mamusia.
Pies spojrzał cwaniacko zdrowym okiem, zdając się mówić - "Akurat! Nie w tym życiu!".
Zaległa złowroga cisza, którą można było ciosać siekierą, po czym malec cisnął świadectwo na podłogę i bez słowa pobiegł na górę zmasakrować jedną z poduszek za pomocą ciosów karate; dopiero głód wygnał go na dół.

Tata, szybciej zrozumiał rozterki małego mężczyzny i postanowił zastosować sprytny wybieg, nieświadomie "dokładając do pieca."
- To prawda, że pies jest mały ale za to ma duuuże imię. Nazywa się Lampart! Popatrz jak śmiesznie! Kiedy ktoś zapyta czy masz psa będziesz mógł odpowiedzieć, że masz lamparta. I nie skłamiesz!

Od tego momentu zaczęło się ich wspólne, pieskie życie. Ryży był katem, bezzębny siedmiolatek jego ofiarą, na którą polował kiedy tylko było to możliwe, a szczególnie kiedy nikt nie widział. Zamiast silnego owczarka maluch skazany był na ratlerka o nadmuchanym imieniu, którego głównymi zajęciami było gwałcenie nóg gości i szczekanie aż do upadłego bez względu na sytuację. Na pytania rówieśników czy ma psa, odpowiedz zmaltretowanego dziecka zawsze brzmiała - NIE. Jakby na przekór losowi Lampart trzymał się życia bardzo mocno krogulczymi pazurami i dożył lat 19 w dobrym zdrowiu, kąsając dla sportu kogo popadło, załatwiając się na podłodze w domu i niszcząc ostrymi jak piłka zębami to co znalazło się na jego drodze, wliczając w to nos mamusi i palec od nogi tatusia.
Jako uczeń szkoły sportowej mąż często trenował bieg po schodach wcześniej dając robaczywcowi prztyczka w ucho. Czasami nie zdążył zamknąć drzwi od swojego pokoju i wtedy można było usłyszeć jęki bólu ale z wiekiem był coraz szybszy i osiągał naprawdę zadziwiające rezultaty.

Zemścił się też srogo na rodzicach, którzy jak uważał wcisnęli mu obrzydliwca podstępem. Mama robiła ciasto, był to sławny Murzynek. Mój mąż, który uwielbiał jeść kręcił się w kuchni pilnując swojego prawa do wylizania garnka po czekoladzie. Chyłkiem podkradł kawałek ciasta i uformował z niego piękną, lśniącą psią kupę, którą podłożył w pokoju na jasnym dywanie. Natychmiast też rozpuścił wici o swoim znalezisku. Przybiegli rodzice, mama chwyta się za głowę, tata wrzeszczy na psa. A mój mąż z uśmiechem lizusa na twarzy oświadcza:
- Nie denerwujcie się, ja posprzątam.
Po czym podnosi "psią kupę" i ze smakiem ją pożera.
Rodzice byli pewni, że ich potomek zwariował i przez długi czas nie dawali się przekonać, że kupon nie był prawdziwy. Zemsta jest słodka, a ta była słodka podwójnie.

Ta historia wyjaśnia jasno dlaczego mój mąż zniechęcił się do psów. Odczulanie go zabrało mi 5 lat, ale opłacało się bo najpierw zgodził się na jednego [oczywiście dużego] a od paru lat w domu są zawsze dwa, które razem ważą więcej niż 70 kg, a więc traumatyczne wydarzenia z przeszłości odeszły w niepamięć. A przynajmniej tak mi się wydawało....

Mąż spieszy się do pracy. Idzie szybko chodnikiem w swoich ciężkich traperskich butach z chlebakiem pełnym projektów pod pachą. Słyszy za sobą coś co wydawało mu się ludzkim kaszlem a okazało się brązowym ratlerkiem, ujadającym wściekle tuż przy jego nogawce. Staje, rozgląda się dookoła za właścicielem ale niestety w pobliżu nie widać nikogo. Ząbki malucha szarpią już wściekle jego nogawkę, tupanie i krzyki nie pomagają. Cóż robić? Z pełnym przekonaniem o słuszności swojego czynu mąż bierze rozmach i kopie rozjuszonego pinczerka prosto w nos......
Obudził mnie straszliwy krzyk. Mąż leży na łóżku i trzyma się za stopę jęcząc i krzycząc coś o cholernych psach. Palce lewej stopy przybierają kolor węgierki i rozmiary balonu. Ponieważ zawsze stara się znaleźć pozytywną stronę każdego wydarzenia, odwraca w moją stronę głowę i charczy:
- Mogło być gorzej, mogli mi przestrzelić kolano....
Ściana zniosła cios całkiem dobrze.

czwartek, 11 lutego 2010

Rzecz o zwierząt posiadaniu czyli Jakże wiele ludzkiego w każdym zwierzęciu


Czy miłość do zwierząt ma jakieś granice? Po ostatnich wydarzeniach jakich byłam świadkiem, z ręką na sercu klnę się - mieć POWINNA.
Dom Lilki zawsze był pełen. Pełen dzieci, niezmytych naczyń, niewypranych ciuchów, stert starych gazet i zwierząt. Sterty trwały, dzieci rosły a wśród zwierząt rotacja była większa niż w niejednym supermarkecie wśród pracowników. Zaczęło się całkiem niewinnie. Dzieci chcą mieć psa, dzieci powinny mieć psa, dzieci muszą mieć psa! Ponieważ Lila miała duże serce, postanowiła oddać kąt w swoim domu ( a dokładnie na podwórzu) jednej z miejscowych bied, mieszkającej w pobliskim schronisku dla zwierząt.

Zwierzak otrzymał imię Smród i kojec z budą w kącie posesji. Niestety wszelkie luksusy, jakie tak hojnie rozdawała mu rodzina Lilki, miał głęboko pod kikutem swojego ogona. Pięć razy przeskakiwał ogrodzenie, przebiegał dzielnie ruchliwe ulice i za pomocą podkopu wracał do miejsca, które podobno każdy przyzwoity pies uważa za więzienie – ochronki. Postawili na nim krzyżyk i postanowili kupić malucha, którego mogą wychować od szczeniaka.

Nowy mieszkaniec dostał w spadku imię i miejsce po poprzedniku. Widocznie jednak miejsce albo imię nie były szczęśliwe, bo już w wieku siedmiu miesięcy znalazł się po raz pierwszy na psim „gigancie”. Szukano go długo, ogłoszenia wisiały na wszystkich słupach w okolicy. Żeby osłodzić dzieciom brak zwierzątka Wojtek przywiózł im nawet kucyka, który dożywał u kogoś swoich dni. Niestety kucyk wybitnie nie lubił dzieci, i kiedy wszystkie kończyny milusińskich zostały doszczętnie pokąsane kucyk został bez żalu odesłany tam skąd przybył. A tymczasem minął miesiąc i mąż Lilki wybrał się na pobliskie wysypisko śmieci załatwić sprawę związaną z wywózką gruzu. Jakież było jego zdziwienie kiedy z rozsypującego się baraku wybiegł za mężczyzną w kufajce jego własny, brudy i zapchlony do nieprzytomności Smród, jak żywy. Smród łypnął na niego… i na łypnięciu się skończyło. Mężowi Lilki trudno było wytłumaczyć, że pies naprawdę należy do niego, kundel złośliwie zachowywał się tak, jakby go wcale nie znał. Kufajkowaty zgodził się na oddanie wilczka za drobną opłatą i pies z miną wielokrotnego recydywisty został przetransportowany do domu. Niestety wystarczył tydzień i niewdzięcznik znowu znalazł się na gruzowisku. Ile razy można płacić za tego samego psa? Wytrzymali siedmiokrotność „na wódeczki”. Odpuścili. Myślę, że z pozycji psa ta sprawa wyglądała dużo tragiczniej – zmienił miejsce pobytu, nazwisko a i tak go dopadli.

Dwa następne wytrzymały po roku każdy i zniknęły nikt nie wie gdzie, piaty z kolei został w wieku 10 miesięcy pozbawiony klejnotów rodzinnych, ponieważ Lila przeczytała gdzieś, że to może zapobiec ucieczkom. Niestety nawet nie całkiem wygojone jajka nie przeszkodziły mu w przesadzeniu 2 metrowego płotu i porzuceniu domu na zawsze. Zresztą, temu akurat dziwię się najmniej.
-Z psami koniec!- Lila podjęła decyzję.
-Ale przecież twierdziłaś, że zwierzak jest niezbędny do prawidłowego rozwoju dzieci – przypomniałam jej grzecznie.
-Ale kto powiedział, że to musi być pies? Kupiliśmy dzieciakom węża. To boa tęczowy – Lilka promieniała szczęściem i uważnie patrzyła jakie to wywrze na mnie wrażenie.
- Boa???? A mogę zobaczyć? - zapytałam ostrożnie.
- No…właściwie to Jareczek wypuścił go gdzieś w domu i od trzech dni nie możemy go znaleźć. Na dodatek i piwnica i drzwi na zewnątrz do ogrodu były otwarte, i właściwie to może być wszędzie.
Porwałam torebkę i kluczyki od auta i tez uciekłam. Na wszelki wypadek nie odwiedzam ich dopóki zwierz się nie odnajdzie.