Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaraza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaraza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 stycznia 2022

The end of the world as we know it - czyli jak się żyło w Roku Zarazy?

 



Zastanawiam się, dlaczego narzekałam na tyle rzeczy w 2019? Co mi przeszkadzało? Dlaczego nie tańczyłam kankana od wieczora do ranka? Nie całowałam przechodniów na ulicach? Nie spędzałam każdego wieczora na kolacji w restauracji? (ach, ten piękny rym) Nie dotykałam nieznajomych?

Rok 2020, czyli Rok Zarazy, przyniósł mi wiele ciekawych odkryć, trochę dramatów i mnóstwo wolnego czasu. 4 miesiące przesiedziałam w domu, czekając kiedy będę mogła wrócić do pracy i kiedy zaczniemy wreszcie normalnie żyć. (kiedy zaczną latać samoloty?). Jestem wdzięczna mojemu pracodawcy, że przez te 4 miesiące wypłacał nam 100% naszej pensji, bo bez tego pewnie obgryzałabym tynk ze ścian. 

Kiedy tylko wróciłam do pracy, natychmiast zachorowałam. Nie, nie na Covid. Zachorowałam na pierś. Wróciłam szybkim lotem do kraju i natychmiast umówiłam się na wizytę lekarską, do mojej pani doktor. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że do poradni nie zostanę wpuszczona, wróciłam bowiem z kraju "zapowietrzonego" i pani doktor brzydziła się mnie dotknąć. Poprosiła mnie, żebym pokazała jej pierś przez szklane drzwi. Cóż było robić, podwinęłam bieliznę do góry i wystawiłam zdziwione cycki na świat (znaczy, na panią doktor i ludzi w poczekalni), a za mną ulica, ktoś idzie z dzieckiem za rękę, jakiś staruszek się potyka, pies szczeka, jeżdżą auta, przystaje autobus...no, normalne życie. 

Okazało się, że z moją piersią muszę natychmiast dostać do chirurga. To śmieszne, szczególnie, kiedy nawet do szpitala nie można było wejść. Udałam się więc na robotę prywatną. Zapłaciłam jakieś 1000 zł i wróciłam do domu z piersią na temblaku, zawinięta w 4 bandaże. Przespałam noc na fotelu w pozycji siedzącej, i na drugi dzień w całkiem innym szpitalu pozwoliłam młodemu chirurgowi nieco poskładać ten bałagan do kupy. Kiedy okazało się, że musze codziennie biegać na zmianę opatrunku, a każda wizyta to prywatnie 2 stówki, schowałam wstyd do kieszeni i zadzwoniłam do kolegi chirurga. Wiadomo, że nie jest najlepszą opcją świecenie cyckami po oczach komuś, z kim się piło, paliło, jadło i tańczyło. W każdym razie, było mi już wszystko jedno. Kolega szył, łatał, fastrygował, i jakoś po 6 tygodniach mogłam naprawdę wrócić do pracy. 

W 2020 dowiedziałam się też, że mój kraj postanowił opodatkować mnie podwójnie. Co za radość. To niesamowite uczucie, jakby ktoś ci załadował porządnego kopa w żołądek po tym, jak przebiegłaś maraton, wspięłaś się na Kilimandżaro z pełnym obciążeniem, i próbujesz utrzymać się na powierzchni bagna stojąc na palcach. Moją winą jest posiadanie rodziny w Polsce. 

Czy ja naprawdę narzekałam na czekanie na lotniskach przed 2020? Chyba nie wiedziałam co robię. Od lipca 2020 podróżuję w maseczce, pociąg, autobus, taksówka, samolot, pracuję w maseczce, i testuję się tyle razy w tygodniu, że zliczyć trudno, o stertach dokumentów do wypełnienia nie wspominam. 

Oczywiście, jak w życiu, były też wydarzenia, dzięki którym 2020 będę wspominać wyjątkowo dobrze. 6 grudnia, Mikołaj przyniósł mi najcudowniejszy prezent - mojego wnuka Jeremiego. Trzymałam go na rękach w jego piątym dniu na świecie, i było to cudowne uczucie, bo przecież w tym doskonałym, małym ciałku, jest też kawałek mnie. 

No, i nauczyłam się hiszpańskiego! Zaczęłam w marcu 2020  ciągnę dalej, bo daje mi to nieskończenie dużo frajdy. 

A tymczasem zaraza zaczęła się rozkręcać, i czekało mnie jeszcze wiele niespodzianek. 

Napisałam coś!!! Jestem niesamowicie z siebie dumna! Całuję wszystkich i będę się wdrażać z czytaniem i pisaniem!

Prosię.