Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 stycznia 2022

The end of the world as we know it - czyli jak się żyło w Roku Zarazy?

 



Zastanawiam się, dlaczego narzekałam na tyle rzeczy w 2019? Co mi przeszkadzało? Dlaczego nie tańczyłam kankana od wieczora do ranka? Nie całowałam przechodniów na ulicach? Nie spędzałam każdego wieczora na kolacji w restauracji? (ach, ten piękny rym) Nie dotykałam nieznajomych?

Rok 2020, czyli Rok Zarazy, przyniósł mi wiele ciekawych odkryć, trochę dramatów i mnóstwo wolnego czasu. 4 miesiące przesiedziałam w domu, czekając kiedy będę mogła wrócić do pracy i kiedy zaczniemy wreszcie normalnie żyć. (kiedy zaczną latać samoloty?). Jestem wdzięczna mojemu pracodawcy, że przez te 4 miesiące wypłacał nam 100% naszej pensji, bo bez tego pewnie obgryzałabym tynk ze ścian. 

Kiedy tylko wróciłam do pracy, natychmiast zachorowałam. Nie, nie na Covid. Zachorowałam na pierś. Wróciłam szybkim lotem do kraju i natychmiast umówiłam się na wizytę lekarską, do mojej pani doktor. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że do poradni nie zostanę wpuszczona, wróciłam bowiem z kraju "zapowietrzonego" i pani doktor brzydziła się mnie dotknąć. Poprosiła mnie, żebym pokazała jej pierś przez szklane drzwi. Cóż było robić, podwinęłam bieliznę do góry i wystawiłam zdziwione cycki na świat (znaczy, na panią doktor i ludzi w poczekalni), a za mną ulica, ktoś idzie z dzieckiem za rękę, jakiś staruszek się potyka, pies szczeka, jeżdżą auta, przystaje autobus...no, normalne życie. 

Okazało się, że z moją piersią muszę natychmiast dostać do chirurga. To śmieszne, szczególnie, kiedy nawet do szpitala nie można było wejść. Udałam się więc na robotę prywatną. Zapłaciłam jakieś 1000 zł i wróciłam do domu z piersią na temblaku, zawinięta w 4 bandaże. Przespałam noc na fotelu w pozycji siedzącej, i na drugi dzień w całkiem innym szpitalu pozwoliłam młodemu chirurgowi nieco poskładać ten bałagan do kupy. Kiedy okazało się, że musze codziennie biegać na zmianę opatrunku, a każda wizyta to prywatnie 2 stówki, schowałam wstyd do kieszeni i zadzwoniłam do kolegi chirurga. Wiadomo, że nie jest najlepszą opcją świecenie cyckami po oczach komuś, z kim się piło, paliło, jadło i tańczyło. W każdym razie, było mi już wszystko jedno. Kolega szył, łatał, fastrygował, i jakoś po 6 tygodniach mogłam naprawdę wrócić do pracy. 

W 2020 dowiedziałam się też, że mój kraj postanowił opodatkować mnie podwójnie. Co za radość. To niesamowite uczucie, jakby ktoś ci załadował porządnego kopa w żołądek po tym, jak przebiegłaś maraton, wspięłaś się na Kilimandżaro z pełnym obciążeniem, i próbujesz utrzymać się na powierzchni bagna stojąc na palcach. Moją winą jest posiadanie rodziny w Polsce. 

Czy ja naprawdę narzekałam na czekanie na lotniskach przed 2020? Chyba nie wiedziałam co robię. Od lipca 2020 podróżuję w maseczce, pociąg, autobus, taksówka, samolot, pracuję w maseczce, i testuję się tyle razy w tygodniu, że zliczyć trudno, o stertach dokumentów do wypełnienia nie wspominam. 

Oczywiście, jak w życiu, były też wydarzenia, dzięki którym 2020 będę wspominać wyjątkowo dobrze. 6 grudnia, Mikołaj przyniósł mi najcudowniejszy prezent - mojego wnuka Jeremiego. Trzymałam go na rękach w jego piątym dniu na świecie, i było to cudowne uczucie, bo przecież w tym doskonałym, małym ciałku, jest też kawałek mnie. 

No, i nauczyłam się hiszpańskiego! Zaczęłam w marcu 2020  ciągnę dalej, bo daje mi to nieskończenie dużo frajdy. 

A tymczasem zaraza zaczęła się rozkręcać, i czekało mnie jeszcze wiele niespodzianek. 

Napisałam coś!!! Jestem niesamowicie z siebie dumna! Całuję wszystkich i będę się wdrażać z czytaniem i pisaniem!

Prosię. 

niedziela, 15 stycznia 2017

Wilgotna opowieść o ksenomorfach czyli co mam wspólnego z Sigourney Weaver.



Na głowie kwietny ma wianek 
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek 

Kazik

Tak, tak...ten w lustrze to niestety ja. Taka chciałam być w Nowym Roku - kwiatuszki, motylki,baranek przodem, sama dobroć i słodycz. Jeśli ktoś by mnie wkurzył, to pogroziłabym tylko palcem mówiąc - A ty niedobry, ty!  Aplikacja dodała różowej poświaty moim policzkom i walnęła mi kreski, jakich w życiu nie potrafiłabym sobie narysować - miało być romantycznie, a ja miałam zaniechać kopcenia papierochów i skończyć z ubieraniem się na czarno, przestać kląć i przejmować się rzeczami, na które i tak nie mam wpływu.  Ale znowu poległam. Bo czy łatwo być dobrym? No, zapewniam, że jest to sakramencko (jak mawiał wuj Henryk, który był jedynym znanym mi mężczyzną dumnie zakładającym sandały do garnituru)  trudne. Głównie ze względu na bliźnich. 

Krzywdę robią mojej panience 
Opluć chcą ją podli zboczeńcy 
Utopić chcą ją w morzu zawiści 
Paranoicy, podli sadyści 


Do 4 stycznia nawet jakoś mi szło. Unosiłam się na różowych obłokach swojego czaru, jadłam truskawki z bitą śmietaną, piłam sok z marchwi i buraka, pilnowałam, żeby codziennie założyć coś kolorowego, pryskałam się Si Armaniego, używałam różu na policzki, błyszczyka, nosiłam buty na obcasach, codziennie dzwoniłam do mamy i starałam się nie być złośliwa. (bo niestety jestem, jestem złośliwa do kości od wczesnego dzieciństwa - a największą przyjemność czerpię z faktu, że czasem ludzie nie wiedzą, że jestem złośliwa - co czyni mnie makiawelicznie złośliwą i podwójnie winną ). Naprawdę byłam fajna, taka fajna, że mogę przysiąc, że kiedy przechodziłam mimo, to słychać było chóry anielskie i brząkanie na harfie, coś jakby wczesny Vollenweider . A potem wsiadłam do samolotu i poleciałam do pracy. 

Znów widzieli ją z jakimś chłopem 
Znów pojechała do St. Tropez 
Znów męczyła się, Boże drogi 
Znów na jachtach myła podłogi 
Tylko czemu ręce ma białe 
Chciałem zapytać, zapomniałem 
Ciało kłoniąc skinęła dłonią wsparła skroń o skroń 
I znów zapadłem w nią jak w toń 


Już wejście na pokład sprawiło mi pewną przykrość. Odkryłam, że człowiek, którego biodro przylega ściśle do mojego (tanie linie lotnicze sprawiają, że ludzie są bliżej siebie) emituje niezwykle oryginalne miazmaty, coś co przywodziło na myśl określenie - morowe powietrze. Nie, nie był to zwykły, klasyczny fetor. Był to długo leżakowany, mocno wędzony, wielokrotnie moczony w solance smród, który na okoliczność podróży został elegancko odprasowany, wykrochmalony i wielokrotnie złożony pod pachą. Mogłam szybko ocenić jego głęboki, mahoniowy posmak, i wyróżniającą się nutę camemberta,  ponieważ właściciel uniósł ramię w górę i zaczął majdrować przy lampce nad siedzeniem. Zacisnęłam z bólu zęby. Powiało grozą i wystraszonym kozłem, który przez ostatnie pół roku brał kąpiele w oborniku i nacierał się martwym skunksem. 

Moje biedne Armani rozsypało się na poszczególne składniki, zemdlało i wpadło pod siedzenie, widziałam kątem oka jego marny zewłok desperacko próbujący opuścić pokład. Zazdrościłam mu, bo zdążyło się doczołgać do wyjścia i wziąć głęboki oddech. Ja nie. Siedziałam jak sparaliżowana, i bałam się poruszyć, żeby nie spowodować dodatkowego ruchu powietrza. 

Właściciel capów (założę się, że pod jego koszulką mieszkały co najmniej dwa, oba dobrze wypasione) ziewnął i pociągnął nosem. Zabrzmiało to jak oczyszczanie rur kanalizacyjnych i nie wróżyło nic dobrego. Wiercąc się na siedzeniu wyciągnął z kieszeni spodni mizerny kawałek papieru toaletowego, kaszlnął soczyście i dmuchnął w niego z taką siłą, że biedny karteluszek uciekł z piskiem i przykleił się do mojego buta błagając o pomoc. Struchlałam. Tragizm sytuacji podbił fakt, że sąsiad nie zauważył, że to w co chciał smarkać już dawno nie znajduje się w jego rękach. A potem już normalnie, rozłożył dłonie, żeby obejrzeć swoje dzieło...żeby się nie zagłębiać w szczegóły, całą scenę mojej walki o przeżycie, można sobie obejrzeć tutaj:

Jak walczyłam w samolocie



Nie dałam rady i zostałam zainfekowana, wyraźnie czułam, że ksenomorf we mnie zaczął ewoluować! To by wyjaśniało dlaczego miałam problem z dopięciem koszuli.  Dlatego też, mój powrót wyjątkowo uległ przyspieszeniu. 

No, wreszcie doszliśmy do sedna! Kiedy jestem daleko od domu, mój mężczyzna mocno się stara. Wiecie- słodkie teksty, zdjęcia, rysunki, zapewnienia o tym jak bardzo tęskni, i co to nie będę miała jak już wrócę. Takie tam.. figliki. Kiedy oznajmiłam, że wracam wcześniej, prawie pogryzł słuchawkę telefonu z radości i natychmiast wydał nierozsądną sumę pieniędzy na tzw zaopatrzenie. I naprawdę, nie mogę się skarżyć, bo mieszkanie zostało odpowiednio umajone, wszystko co lubię było w zasięgu mojego ukochanego fotela, a gorące potrawy wjeżdżały kolejno na przyjęcie powitalne śpiewając wesoło "Bo do tanga trzeba dwojga". Tak, ale to jest dzień pierwszy. Dzień drugi ma już całkiem inny scenariusz. Nadciąga bowiem proza życia, a w moim wybranku zasypia Romeo, a budzi się kierownik.

Oto ja, (w skowronkach, bo wróciłam do domu) chodzę i śpiewam z tej nierozsądnie rozsadzającej mnie radości, piję ukochaną kawę, zajadam Bielucha, jaśnieję dobrocią i mizdrzę się słodko, tak jak najlepiej potrafię...a przecież jestem ciężko zainfekowana, do kroćset! W moim organizmie zagnieździł się obcy. Czy łatwo być rusałką, skoro gile ciągną się za mną na długości 3 metrów, jestem prawie przygłucha, a oczy mam całkiem kaprawe? A mimo to staram się być tak radosna i uwodzicielska, jak tylko w tych trudnych warunkach mogę. I co otrzymuję w zamian?

Ach, dziewczyna pięknie się stara 
Kosi pieniądz, ma jaguara 
Trudno pracę z miłością zgodzić 
Rzadziej może do mnie przychodzić 
Tylko pyta kryjąc rumieniec 
Czemu patrzę jak potępieniec 
Czemu zgrzytam, kiedy się pyta czy ma ładny biust 
Czemu toczę pianę z ust 


- Gabi czy ty musisz śpiewać od 7 rano? 🙊
- Gabi, czy ty musisz tu palić? 
- Gabi, czy ty musisz łazić w piżamie do 9 rano? To nie jest zachęcające...
- Gabi, nie znoszę tej bluzki, fatalny kolor...czemu sobie takie rzeczy kupujesz
- Gabi, możesz zmienić fryzurę? Lubię jak masz rozpuszczone włosy...
- Gabi, zgaś tego wyjca, nie znoszę tej muzyki...tej też nie...i tej! 
- Gabi, miałaś siedzieć ze mną...wyłaź z tego pokoju...
- Gabi, przestań czytać....popatrz na mnie!👀

I jak ja mogę być dobra? Włożyłam mój maskujący czarny golf, dodałam do tego czarną bieliznę i czarne jak heban spodnie, pstryknęłam zapalniczką i położyłam jęzor na ostrzałce do noży...

Im Westen nichts Neues!
Pieprzu z kłami na wierzchu!

A tu zdjęcie, które jest dowodem mojej chwilowej słodkości:

Jak na nie patrzę to się szczerze wzruszam.

wtorek, 10 maja 2016

Aaa, były sobie kotki dwa...czyli o tym, jak to jest wymienić się na twarze z tatarem, przez małe t i uratować komuś życie.




Jak powszechnie wiadomo, twarz to ta część ciała jaką stajemy frontem do świata. Oczywiście, powiecie, że wszyscy nosimy maski, i że tak do końca nie wiadomo jak z tą twarzą jest. Zgoda, ale żeby nosić maskę( o makijażu nie wspomnę) trzeba jakąś twarz na własność posiadać, i dobrze jej pilnować.  Bo jeśli tracisz twarz, to natychmiast przyprawiają ci gębę. 

Człowiek do swojej fizys szybko się przyzwyczaja, i dokładnie wie, co rankiem zastanie w lustrze. Takie codzienne - wstajesz i wiesz. Cudu się nie spodziewamy, nawet jeśli wydamy  jak Romuald Lipko ostatni grosz, żeby "wino z zielonych lat ciągle pić". Czyli w wolnym tłumaczeniu - kupić najbardziej na świecie nano-ekstremalny-hiper-sensirenalny krem z kwasem dezoksyrybonukleinowym i rybim żelem transdermalnym , którego zadaniem jest wyprasowanie naszej twarzy i uczynienie jej tym czym powinna się stać według zapewnień umieszczonych na wieczku.

Wolne żarty. Wiadomo przecież, że kupujemy marzenia i kręcą nas te kolorowe pojemniczki pełne tajemniczych mikstur ustawione na półeczce w łazience. Ten różowy słoiczek to perełki pod oczy, ten to na sterczący podbródek, ta ampułka sprawi, że zniknie lwia zmarszczka, a ten żel odmłodzi nasze policzki i nada im dziewczęcej świeżości. Tymczasem każdego ranka ta sama Gabryśka w lustrze, żadnych zmian nie widać na horyzoncie. Chyba, że mówimy o zmianach na gorsze i plamach wątrobowych, a w następnej kolejności tych opadowych. Te z pewnością się pojawią, podobnie jak paradontoza, owłosienie w nieoczekiwanych miejscach i  okulary do czytania. 

Pewnego pięknego ranka, jak zwykle wyskoczyłam rześko (ale nie przesadzajmy, bo jednak mamy już swoje lata i najpierw trzeba się rozbujać, żeby z łózka wyleźć) z piernatów i przebiegając raźnym truchtem do łazienki, zerknęłam z roztargnieniem w lustro. I całkiem jak pan Hilary -nie chcę wierzyć, jeszcze zerkam. Niestety, nawet po 3 zerknięciu zmiany nie stwierdziłam. Patrzyłam w oczy kotletowi siekanemu,  który uśmiechnął się do mnie i pomachał na przywitanie. Podeszłam bliżej do zwierciadła -  "to żyje" - pomyślałam zaskoczona. W niebieskim oku tatara zamigotało przerażenie. Niestety, było to moje własne, świeżutko wyhodowane przerażenie, którym natychmiast się zajęłam wrzeszcząc jak opętaniec - Lekarza!!!!

W trybie natychmiastowym udałam się na wizytę do pani doktor, która profesjonalnie zajmuje się twarzami. Zresztą, nie tylko, bo jak wiadomo, ci sami lekarze zajmują się organami, które rzadziej wystawiamy na światło dzienne, a które służą uciesze w zaciszu domowego ogniska. (chociaż czasy się zmieniły i organa można oglądać nawet na celebryckich zjazdach, bo któż nie pamięta co pokazała Pietrasińska? Google pamięta, bo jak wiadomo - internet nie zapomina) 


Oczywiście, moja wizyta była jak najbardziej prywatna. Ponieważ lekarz od twarzy, jest też lekarzem od bardzo wstydliwych przypadłości,  pamiętałam jeszcze z czasów "Daleko od szosy", że w takie miejsca można zaglądać anonimowo. Z typową dla siebie beztroską (czytaj bezmyślnością) wsadziłam do kieszeni kurtki jedynie ręce i papierosy. Dlaczego do kieszeni? Bo moja torebka zrobiła się tak ciężka, że po ostatnim wyjściu prawie nabawiłam się przepukliny, a już z pewnością czerwonych pręg na ramieniu, a nie byłam jeszcze gotowa na to, żeby spędzić kilka godzin na jej opróżnianiu. Zresztą, po co mi cokolwiek jeszcze, skoro podróżuję z mężczyzną?


Należę, do tych wysoce niepraktycznych i beztroskich kobiet, które idąc gdziekolwiek z osobnikiem płci  odwrotnej nie martwią się o to - które to drzwi, gdzie jest płaszczyk, i że trzeba zapłacić. No, wybaczcie, ale tak zostałam wychowana, i na tyle mi się to spodobało, że tak zostało. To jest fajna droga, i z czasem doprowadziła mnie do punktu, w którym nie interesuje mnie aprowizacja - to nie mój problem czy jest chleb w domu, czy go nie ma, czy rachunek za gaz jest zapłacony, czy też nie. Mnie interesuje, przede wszystkim czy dostanę jeszcze ten fajny lakier z Inglota, i czy nie rozmazuje mi się maskara. Mogę sobie zupełnie spokojnie żyć życiem płytkiej blondynki, zadowolonej z siebie i bezstresowo piłującej paznokcie na miękkiej kanapie. I to całe dwa tygodnie w miesiącu! 

(Bo pozostałe dwa tygodnie służą mi do zarabiania na to wygodne i beztroskie życie. )

"O RANY, RANY, JESTEM NIEPOKONANY"

Przychodnia, do której przybyłam przypominała mi moje pierwsze przedszkole - niewygodne stołki i ściany w kolorach zimnych, i przyprawiających o dreszcze. I lada, znaczy recepcja. Na tyle wysoka, że panie w recepcji mogły widzieć jedynie moją twarz i to kiedy stałam na palcach lub podskakiwałam. Uśmiechnęłam się szeroko, ukazując piękny komplet miśnieńskiej porcelany, i wyszeptałam z brodą leżącą na kontuarze:

- Dzień dobry, ja do doktor XYZ, byłam umówiona przez portal internetowy...
- Dowód proszę! - nie bawiła się w kurtuazję żena za pultem. 
- Ojej, nie mam ze sobą...- uśmiechnęłam się beztrosko, rozmazując słodycz swojej osobowości po zielonych ścianach, i skrapiając siedzących dookoła czarem osobistym o zapachu świeżo upieczonego ciasta z wanilią i czekoladą .
- To proszę o jakiś dokument z nazwiskiem - nacisnęła mnie recepcjonistka o twarzy Beaty Szydło.
- Hmmm...mam tylko kartę do perfumerii Douglas...

Pani za ladą przetarła ze zdumienia oczy, nadęła się straszliwie, a następnie wyrzuciła z siebie hektolitry własnoręcznie wyhodowanego kwasu solnego, prosto w moją schorowaną twarz.
- To jak pani z domu wychodzi? Co za ludzie? Żeby tak bez dokumentów chodzić po mieście!!! I tak pani do lekarza bez dokumentów sobie idzie? Przecież to myśleć trzeba!

Wszystkie głowy obecne w poczekalni odwróciły się w moją stronę, i poczułam na sobie pogardliwy wzrok tych co to zawsze są odpowiednio przygotowani. Natychmiast przypomniało mi się, jak wysłałam dziecko do szkoły bez tornistra, albo, o zgrozo, zapomniałam je odebrać z przedszkola. 
Poczułam się jak pierwszoklasista, zrugany za brak chusteczki do nosa i przyłapany na wycieraniu smarków w rękaw. Jednocześnie przeraziło mnie to co zobaczyłam w oczach mojego mężczyzny. Była to zdrowa, właśnie narodzona żądza mordu. Wiedziałam, że za chwilę ta poczekalnia może przypominać jedną ze scen filmów Tarantino.  Już widziałam panią recepcjonistkę przestawioną razem z krzesłem na najwyższy regał, zakneblowaną, i z przegryzionym gardłem (Że po co kneblować jak przegryzione? Knebluje się wcześniej, żeby nie zrażać pozostałych pacjentów rzężeniem i zawodzeniem.) Złapałam mężczyznę za ręce i odpłynęłam w głąb poczekalni. 

- Nazwisko! Nazwisko! - darła się za mną kobieta, nieświadoma, że właśnie uratowałam jej życie
- Czarny Pieprz - odkrzyknęłam, rozpinając jednocześnie koszulę samcowi i miziając go delikatnie opuszkami palców po klatce piersiowej - Miły kotek, miły....- szepnęłam gryząc go delikatnie w ucho.
- Nie dostanie pani żadnej zniżki na leki! - zagroziła kobieta, kręcąc sobie grubszy sznur, i wykopując krzesło spod nóg.
- A wsadź...- zaczął mój-ci-on, ale udało mi się zdusić warkot regularnym buziakiem i obietnicą żeberek w dniu następnym. (Hej! Nie żebym umiała robić żeberka, ale doskonale wiem jak na nie zarobić i gdzie można je dostać).

Przebywanie z niektórymi mężczyznami, jest jak mieszkanie z tygrysem w ciasnej klatce. Niby oswojony, niby można mu obciąć pazury, wymiziać futerko, zrobić puci-puci i pip pip na nosku, ale cały czas czujesz ten warkot pod pręgami. Wiesz, że tam w środku siedzi dziki zwierz, który wypuszczony na wolność będzie siał gwałt i pożogę. Ciężkie jest życie kobiety -  tresera, jeden nieostrożny ruch i jakiś wiercący trzy dni sąsiad zostanie pożarty żywcem, albo auto nieuprzejmego kierowcy zostanie przerobione na wykałaczki. Wszystko przez ten testosteron...

Twarz została uratowana. Podobno to wszystko jedynie wina stresu i nadmiernej wrażliwości. A jak tu, do licha, nie być zestresowanym, skoro spacerujesz po mieście z dzikim zwierzem bez smyczy? I od rana do wieczora słyszysz ten dziki pomruk dobiegający z głębi trzewi..:



Wasza owieczka, zagrzebana w puszku. 

czwartek, 22 stycznia 2015

Taniec w skarpetach frote na szkle czyli jestem swoim największym wrogiem.



Na ringu ustawiam się
Na przeciw odbicia mnie
By zmylić obniżam głos
Nim zadam pierwszy cios

Przegrałam już tysiąc walk
Czytając z mych ruchu warg
Znów studzą we mnie krew
Wygodnickie lęki
BRODKA K,O.


365 dni w roku budzę się i z uśmiechem na ustach. Wyskakuję z pościeli, tańcząc i śpiewając udaję się do łazienki, w przelocie całuję swoją Gabrysię w lustrze. Pozwalam wodzie z prysznica płynąć po wszystkich zakamarkach mojego ciała, czując jak napełnia mnie energią na cały dzień. Tańczę sobie pogo z ręcznikiem, lubię świat i lubię siebie aż do samych kości!

Kiedy mam dobry dzień kawa smakuje wybornie, śniadanie wygląda dokładnie jak śniadanie Manet'a na trawie.., a świat i lustro się do mnie uśmiechają. Tam w lustrze może nie odbija się diva z okładek o idealnych proporcjach ale ktoś żywy, fajny i wart kochania


Tak jest jakieś 364 dni w roku bo po prostu mam pogodną naturę, nie martwię się zbytnio dniem jutrzejszym i nie próbuję zbawić świata. Żyję, oddycham i cieszę się tym co mam. Jak jętka jednodniówka.

 Niestety istnieje jeszcze 1-2 dni niezagospodarowanych...

To nie są dobre dni.To są beznadziejnie złe dni. 



Otwieram oczy i wydaje mi się, że ktoś mi wykrzywił rzeczywistość, ściany nie trzymają pionu, sufit zbliża się do mojej twarzy bardzo niebezpiecznie .. i słyszę wyraźnie, że Małgośka rozłożyła swój sprzęt koło mojego łóżka..i zaczyna przygrywać mi do tańca na szkle..






już wiem, że będzie ciężko...

Zwlekam się z łoża boleści o 7.30 (jaki beznadziejny rym mi wyszedł, (jak to całe moje gówniane  pisanie) i od razu mam za złe - pogodzie, światu, muzyce, podłodze, psom, zimnej wodzie, ciepłej wodzie i kawie. Wlokę się w piżamie, która oczywiście staje się za duża, w przelocie spoglądam w lustro, i czuję, jak mój stan się pogarsza w tempie zawrotnym

8.00 otwieram okno, żeby wpuścić lepszą atmosferę.

8.02. zamykam okno, sąsiedzi palą napalmem, który wypełnia moje płuca i wytrawia trzewia. Tracę ochotę na śniadanie.

8.30. przyszedł e-mail. Jest miły. Ale skąd wiadomo czy piszący nie jest tylko uprzejmy. 

8.15 stoję przy zamkniętym oknie i patrzę martwo na dom naprzeciwko. szaro.

8.30. stoję przy zamkniętym oknie tyłem i patrzę na drzwi mojej sypialni. kaloryfer parzy mi plecy, i dobrze mi tak!

8.45 położyłam głowę na biurku, patrzę jak łzy się grupują w jeziora na laminacie, wkładam palec do kałuży  i piszę - "chciałabym uciec od siebie, odkleić duszę od ciała,
zapomnieć o myślach, co jak parzące meduzy przywarły do mojej skóry"...(tak naprawdę napisałam tylko pierwsze trzy litery bo brakło mi łzowego atramentu) ...łzy podpływają niebezpiecznie do laptopa, wycieram je rękawem piżamy. 

9.00. przypominam sobie wszystkie krzywdy jakich doznałam w całym swoim życiu . Mamooooo...Dlaczego nie zapisałaś mnie te cholerne lekcje pianina kiedy miałam 5 lat???! Zawsze chciałam zostać subtelną pianistką z długimi palcami. Teraz pewnie byłabym Chopinem w spódnicy. 
,
10.00 przypominam sobie jak  pani w przedszkolu powiedziała, że nie puści mnie do pierwszej klasy bo nie umiem dobrze wyciąć jabłka z papieru. Na złość do tej pory nie umiem nic prosto wyciąć. Siedzę przy biurku i gapię się w ciemny ekran komputera, słucham rzewnych kawałków  i czuję, że łzy dobijają się taranem...Jestem taka niezdolna, nic nie umiem dobrze zrobić, nawet wyciąć tego cholernego jabłka...

11.00.wlokę się do najbliższej kanapy i postanawiam tam sobie umrzeć w spokoju. Żałuję tylko, że jednak nie umyłam włosów bo będę się fatalnie prezentować jako zaniedbany nieboszczyk z przyklepaną koafiurą...i w tej różowej piżamie, i bez pomalowanych rzęs....i w ogromnych depresyjnych skarpetkach frote w różowe paski

11.30 gdzieś tam głęboko słyszę słaby głos rozsądku..."weź się za siebie idiotko" , e tam...język sobie tylko strzępi ten rozsądek...zamykam uszy, zamykam oczy, nie chce mi się nic. ..jestem taka samotna, nikt mnie nie rozumie...nikt mnie nie kocha...świat jest zimny i wstrętny.

12.00  upadam nisko, przytulam się do czekoladowego batonika...pożeram go zakrapiając to wszystko łzami...batonik smakuje gorzko słodko, czuję jak spływa do mojego żołądka i natychmiast uwalniają się z niego zyliardy kalorii, które rozpychają moje ciało od środka, Mój brzuch rośnie do gargantuicznych rozmiarów a moje uda zaczynają przypominać drewniane, toczone beczki....

12.30 rury wyją...wyję z nimi

13.00 płaczę, że jestem taka brzydka, gruba, głupia i nikt mnie nie rozumie, a świat jest wredny

13.30...widzę jak rośnie mi dziób pingwina, szminka źle na nim wygląda, 

14,00 zastawiam lustro w łazience, i przedpokoju.

14.30  widzę wszystkie swoje wady jak na dłoni...próbuję policzyć je na palcach u jednej, drugiej ręki...ach brakuje mi rąk. Spisuję je na rolce ręcznika papierowego...jest ich setki, tysiące...czemu jestem taka beznadziejna, nurzam się w czarnej rozpaczy, wkładam ręce po łokcie do bagna nieszczęścia , płynę żabką przez morze  desperacji...tańczę na szkle, we frotowych skarpetach..
... dopływam do rowu mariańskiego swoich problemów...końca nie widać, przepływam wszystkie 12 kręgów piekielnych...

15.00 ..po raz setny słucham "Tańca pingwina na szkle", krzyczę razem z Małgosią Ostrowską...zawijam się w kącie w  gazetę, nie chcę nic i nikogo.

15.30 postanawiam umrzeć natychmiast ponieważ moja obecność na tym świecie jest kompletnie nieuzasadniona, padam na podłogę i leżę.

17.00 nadal leżę na podłodze, tyle, że odganiam się od liżących mnie psów.

17.30 przekręcam się na plecy i gapię się w sufit

18.00 leżę na brzuchu, gapię się na ścianę pod oknem

18.30 zsuwam się po schodach w dół i otwieram drzwi na zewnątrz, świat mnie denerwuje, więc nawet nogi nie wystawiam za próg.

19.00 wypijam herbatę i słucham Marysi Peszek. Nie pomaga.

20.00 płaczę w przedpokoju

20.15 płaczę w łazience

20.10 płaczę na swoim łóżku, brakuje mi chusteczek

20.30 płaczę jeszcze gorzej bo zobaczyłam swoje odbicie w oknie

21.00 leżę na łóżku, patrzę martwo na przeciwległą ścianę...umrę i zjedzą mnie psy, nawet nie będzie co kremować na grillu. Psy sprawdzają czy jeszcze żyję.

21.30 Psy tracą cierpliwość i wychodzą.

22.00 Czuję, że jestem najbardziej nieszczęśliwą osoba na świecie...słyszę tupot małych nóżek wszystkich moich trosk, wskakują na poduszkę i ciągną mnie za włosy...wszechświat jest taki ogromny, a ja taka mała...zginę..

22.30 nie mam siły walczyć,zaczynam podążać tunelem w stronę światła....

23.00 Zaproszenie od koleżanki do Torunia, zaczynam się zastanawiać czy zdążę odwiedzić ją przed śmiercią, na wszelki wypadek płaczę, bo może nie...

23.15 Sms - od koleżanki, że zrobiła dla mnie rękawiczki na drutach, takie jak chciałam - płaczę, że nigdy ich nie założę

23.30. Telefon . Udaję, że jestem szczęśliwa.

23.50 Wierzę, że jestem szczęśliwa. 

00.00 Rany! Ale ja jestem szczęśliwa!!!



czwartek, 29 marca 2012

Skóra: nieco blada, ale obecna. Obie piersi są równe i reagują na światło.Badanie rektalne ujawniło powiększoną tarczycę.Pacjent odmówił sekcji.



Poniedziałek

Piękna pogoda, taka w sam raz żeby wyciągnąć przyduszone w szopie grabie i pomachać nimi nieco dla zdrowia. Zresztą nie da się inaczej, ponieważ moje osiedle z czasem stało się osiedlem emerytów, których głównym zajęciem jest cięcie, grabienie, rąbanie, palenie, ciągnięcie wiader w tą i z powrotem, zabawy z wężem gumowym, napełnianie wodnych oczek, karmienie ptaszków, kotków, i trzepanie, dużo trzepania. Wyrzuty sumienia rosły mi w oczach, wprost proporcjonalnie do ilości emerytów pocących się za oknem. Nie wytrzymałam. Poszłam grabić. A kiedy już grabię, to grabię, oddaję się temu zajęciu całkowicie, nie zważając na strumienie potu zalewające mi oczy, owiewający mnie podstępnie wiosenny wietrzyk i takie tam.
Wieczorem poczułam łaskotanie w nosie i gardle. Najważniejszą sprawą w chorobie jest - zapobiegac. A więc, zapobiegałam gotując sobie na noc chudą wodzionkę, dla tych co nie znają:
http://www.youtube.com/watch?v=ZGhB3-nANBI
Ziałam czosnkiem straszliwie, nawet psy nie chciały spać ze mną w jednym pokoju.

Wtorek

Z powodu bólu nadgarstków porzuciłam grabienie na rzecz prania. Prałam, wynosiłam, wieszałam, zdejmowałam, składałam, zanosiłam i tak na okrągło. Mogłabym dłużej ale nie pozwoliła mi na to praca zarobkowa. Wzięłam jak zwykle prysznic, przy okazji myjąc moje długie kłosy nowym szamponem. Rozkoszny zapach niemal pozbawił mnie zmysłów, i spowodował całkowite oderwanie się od rzeczywistości, patrz - straciłam poczucie czasu. Rzeczywistość ukąsiła mnie boleśnie, sprawiając, że reszta zaplanowanych czynności rolniczych na ugorze zwanym moim ciałem postanowiłam odłożyć na inny, bliżej mi nie znany termin. Teraz najważniejszym stało się szybkie wysuszenie kłączy i nałożenie codziennej maski zwanej makijażem. Schyliłam głowę i z energią zaczęłam suszyć, oddając się jednocześnie czytaniu. Niestety, pełne werwy szszszszsz... urwało się gdzieś w połowie, i zakończyło lekkim kaszlnięciem, z odrobiną swądku. Wybiegłam więc w świat z połową mokrej głowy, stwierdzając, że gdzies tam wyschnę po drodze.
Wieczorem intensywność łaskotania znacznie wzrosła, a jako bonus otrzymałam pociąganie nosem.
Zjadłam wodzionkę z potrójną ilością czosnku i popiłam herbatą z sokiem malinowym. Psy nawet nie podeszły żeby powiedzieć zwyczajowe dobranoc.

Środa

Postanowiłam wziąć urlop od czynności domowych i zająć się lekturą, pozwalając odsapnąć wszystkim moim nadszarpniętym ciężką robotą członkom. Leżeliśmy sobie tak we trójkę, ja, członki i książka, popijając sok malinowy i pociągając nosem od czasu do czasu.
Kiedy weszłam do sali, zaopatrzona w batalię chusteczek do nosa, mój wzrok przykuła najbliżej siedząca panna na wydaniu.Czerwień jej policzków, i zamglenie oczu świadczyło wymownie, że nie należy do najzdrowszych. Po krótkim maglowaniu przyznała, że ma co prawda zapalenie krtani i gardła, ale mama kazała jej przyjść. Skargę na swoją rodzicielkę zakończyła kaszlnięciem mi w twarz. Prawie zobaczyłam te 100000 bakterii, które w jednej sekundzie zaczęły zakładać kolonie w moim układzie oddechowym, nie zważając na resztki bytującej tam wodzianki i soku malinowego. Szturmowały. Czułam to.
Wieczorem wodzionka, sok malinowy, krople do nosa i aspiryna. Postanawiam zrobić coś dla swojej odwodnionej chorobą skóry. Nakładam maseczkę. Szkoda, że na makijaż.


Czwartek

Podniosłam się bo musiałam. Dowlokłam się do kuchni i wychlipałam z garnka resztkę wodzionki. Trudno, będę śmierdzieć ale przynajmniej przeżyję! Wypłukałam gardło, zamiast kawy napiłam się soku z malinami i poszłam wlewać wiedzę do menadzerskich głów. Mój menadzer już na mnie czekał w naszej małej salce, bez okien ale za to z klimatyzacją włączoną na pełny etat. Na powitanie kaszlnął, smarknął, a następnie pochwalił się, że co prawda jest chory, ma temperaturę, boli go gardło, płuca, nogi ale na zajęcia przybył. Milczałam wrogo. Zajęcia były trudne ponieważ pacjent, a... przepraszam student często tracił głos, a na dodatek rolka papieru nie wystarczyła mu do usunięcia z czeluści nosa tego, co tam zamieszkało. Czułam, że moje własne zarazki świetnie się rozwijają i prawdopodobnie urządziły bankiet dla nowo przybyłych - "czym chata bogata, częstujcie się, no to łykniem bo odwykniem!"
Wieczorem wodzionka, herbata z sokiem, aspiryna, krople, śmierdziuch tłusty do smarowania niektórych części ciała w celu tzw. rozgrzania. Psy piszą petycję w sprawie niehumanitarnego traktowania zwierzyny domowej i rozważają opcję przeniesienia się do schroniska dla zwierzat.

Piątek

Wolne! Nie ruszam ręką, nie ruszam nogą, katar leje się ze mnie strumieniem, nie mam apetytu (co??? ja nie mam apetytu???czy ja w ogóle jeszcze żyję?), nie mam siły. Termometr pokazuje 35 i 4 kreski. Mąż twierdzi, że stałam się oziębła. Umieram, słyszę że zarazki zaintonowały marche funèbre, zaczynam mieć wizje własnej stypy i przypominam sobie, że nie zniszczyłam wszystkich kompromitujących mnie materiałów. Psy wdrapują się na łóżko, nie mam siły im tego zakazać. Leżę z 70 paro kilogramowym ciężarem na nogach i tułowiu i wspominam jak cudownie czułam się w poniedziałek. Kosta kradnie mi ostatniego banana, który upadł mi na podłogę, mimo, że trzymałam go dwoma rękami, niczym miecz świetlny. Tala zrzuca kołdrę, marznę ale nie mam siły podnieść jej z podłogi. Podążam w stronę światła delikatnie popychana przez psie pyski...

poniedziałek, 10 maja 2010

Choroby są po to, by nam przypominać, że nasz kontrakt z życiem może być w każdej chwili unieważniony.



Zaczęło się od ogólnego rozmemłania, rozleniwienia i niechciejstwa. Niby nic, a jednak łatwo było zauważyć.
- Zmieniłaś fryzurę?
- Nie. Umyłam włosy.
- Nieeee. To nie to. Coś zmieniłaś. Makijaż?
Owszem. Zmieniłam wyraz twarzy.
- Ojejku! Co się stało?
- Boli panią coś?
- Jakieś kłopoty?
Hmmm…oprócz rozmemłania, nie zauważyłam żadnych innych symptomów nadciągającej katastrofy. Niestety nadeszła podstępnie słonecznym rankiem, wpiła śledzie w glebę, brudne stopy rozparła na fotelu, rzuciła walizy w kąt i postanowiła zamieszkać na trochę ; razem ze mną, w moim niebieskim pokoiku, w moim białym łóżku w niezapominajki, pod moją błękitną pościelą – kompletnie tu nie pasowała, podobnie zresztą jak ja! W końcu patrząc na to co czytam, oglądam i czego słucham – mój pokój powinien wyglądać jak połączenie jamy Scarlaka i katakumb. No, wiecie – kamienne ściany, jakiś mały, krwawy rozprysk na ścianie, nieco surowych narzędzi tortur i kilka ludzkich kości rzuconych niedbale gdzieś w kąt. Tymczasem…błękity, niezapominajki, aniołki, pierdółki, dwa misie – pysie, kolorowe obrazki i białe szafeczki. Aż do bólu zębów. To jeszcze jeden dowód na dwoistość kobiecej natury.
Przejdźmy jednak do sedna. Słoneczny ranek zawsze zaczyna się parującą kawą i serkiem Bieluchem. Ten zaczął się szybko wypitym jogurtem. Potem spacerek z psami, auto i fruuu do pracy. Po dwudziestu minutach wiedziałam, że coś jest nie tak. Po minutach 30 siedziałam w aucie i prułam w stronę domu łamiąc po drodze kilka przepisów, sycząc i plując jadem na czerwone światła na skrzyżowaniach. Wejście na pierwsze piętro jeszcze nigdy nie trwało tak długo. Potem oparcie się o klamkę mężowskiego pokoju i zachrypnięty szept…”Pomocy, umieram…” resztę usłyszała łazienkowa muszla koncertowa. W samochodzie umarłam dwa razy, pot lał się ze mnie strumieniami, a każdy wybój na drodze był następnych stopniem do nieba. Żałowałam, że wczoraj nie cieszyłam się z tego, że jestem zdrowa i nic mnie nie boli.
O, jakaż byłam głupia wczoraj nie tańcząc z radości nad brakiem bólów wszelakich i mąk cielesnych, o jak materialistycznie i obrzydliwie nastawiona do życia. Pół godziny później żałowałam, że nie umarłam na schodach do przychodni. Mieszanka leków podziałała na szczęście dość szybko i jako umarlak ze spoconym włosem zostałam wypuszczona do domu.
Wszystko fajnie, tylko że w mojej ręce nadal tkwi ohydne ustrojstwo do podawania w żyłę zastrzyków – bo kolka nerkowa lubi powracać. Siedzę i zastanawiam się ile jeszcze pozostało mi minut szczęśliwego stanu, bez bólu. Żeby zaakcentować jak bardzo się cieszę, że w tej chwili nic mnie nie boli postanowiłam napisać niniejszą notkę. Ilustruję ją obrazkiem, który wcale do mnie nie pasuje, nie pasuje tez do całej notki ale za to kojarzy się z miejscem, w którym mnie nic nie bolało. I to jest sedno sprawy! Ludzie! Cieszcie się, że nie macie kolki nerkowej i żyjcie pełnią życia!