Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

piątek, 26 lutego 2010

Flaga na maszt - Irak jest nasz! A rower jest wielce OK! Rower to jest świat!



Nie byłam matką doskonałą. Chociaż biję się w okrągłą pierś, że się starałam. Zazdroszczę mamom, które są zawsze na czas i wszystko mają poukładane, dopięte na ostatni guzik i perfekcyjne. Ja, niestety dawałam jedną plamę po drugiej. Nie kupowałam odpowiednich zeszytów, butów, przyrządów szkolnych, zapominałam, że prowadząc dziecko do szkoły nie powinnam zapominać o jego tornistrze, zapominałam też o odebraniu samego dziecka z przedszkola. Zastanawiam się jak w ogóle instytucje państwowej edukacji były w stanie ze mną wytrzymać.
Dziecko powinno mieć rowerek, dziecko musi mieć rowerek, dziecku rowerek jest wprost niezbędny w procesie rozwoju osobowego i fizycznego – twierdzili moi rodzice. Ciekawostką jest fakt, że mnie pozwolili jeździć na rowerze dopiero w wieku lat 17. O samej nauce może kiedyś napiszę bo widok mojego ojca biegającego bezradnie wokół dorosłej kobyły na rowerku, który to sprzęt na dodatek miał z tyłu kij, jest bezcenny i trudno go zapomnieć. Ćwiczyliśmy w głębokim lesie, co ze względu na gęstość drzew i ciernistość chaszczy, nie było najlepszym pomysłem. Ale to już całkiem inna historia.
Kupiłam coś na kształt rowerka, w odblaskowych kolorach z wygodnym siodełkiem i bajerancką trąbką z przodu. Prezentacja nastąpiła w dniu drugich urodzin juniora. Niestety dziecko nie umiało skorzystać z pięknego prezentu, usiadł i zastygł nieruchomo. Widocznie ten brak rowerka miał już wpływ na jego zdolność postrzegania świata dookoła i poziom inteligencji.
„Pokaż mu jak się jeździ!” – zadysponowała teściowa.
Nie trzeba było mnie dwa razy prosić, przecież ciągle miałam ten ogromny, żrący niedosyt rowerka w moim życiu. Delikatnie odstawiłam nasz drogocenny skarb na pobocze i wsiadłam raźno na plastikowy skuterek chcąc młodzieńcowi dać lekcję poprawnego użytkowania pojazdu. Ruszyłam jak wiatr przez salon wprost do przedpokoju, pęd powietrza rozwiewał mi włosy, poczułam smak wolności i nawet zatrąbiłam. Zapamiętałam się w tym pędzie poprzez przedpokój na tyle, że nie zauważyłam kiedy dziecko ze łzami w oczach podbiegło aby odebrać swoją własność. Niestety, w amoku zmiotłam go bezlitośnie na wstecznym, na dodatek przy całej widowni rodzinnej. Podbite oko nosił z dumą i chętnie objaśniał wszystkim napotkanym osobom pochodzenie sińców na twarzy.
„Kto ci to zrobił aniołku?” – pytali przechodnie, panie w przedszkolu, sprzedawczynie w sklepach patrząc na małego ze współczuciem.
„Mamusia” – odpowiadała blond ofiara z rwącym duszę westchnieniem, mrużąc wielkie błękitne oczy.
Przez dłuższy czas trzymałam go wtedy w ukryciu.

Wszelkim przerażonym wyjaśniam, że dziecko dorosło do wieku wąsatego, żyje, jest w całości, myśli i działa samodzielnie i twierdzi, że dzieciństwo miał bardzo udane!
Taka była ze mnie perfekcyjna matka jak z glisty helikopter. Teraz pozostała mi szansa na bycie perfekcyjną babcią.

środa, 24 lutego 2010

Kto nigdy nie był dzieckiem, nie może stać się dorosłym czyli tylko dzieci wiedzą, czego szukają



Tak się złożyło, że musiałam przespać noc w domu moich własnych, kochanych Rodziców /z dużej litery bo wybitnie kochani są/. Wieczór był jeszcze wczesny kiedy dotarłam do ich niedużego, ciepłego mieszkanka zakotwiczonego gdzieś wysoko pod niebem /co oznacza 4 piętro bez windy i konieczność wspinaczki z wywieszonym jęzorem/. Zadzwoniłam, i w progu niemal natychmiast stanęła uśmiechnięta Moja Mamusia, w wersji nocnej. Muszę koniecznie dodać, że Moja Mamusia jest z tej bajki, w której mamusie są zawsze uśmiechnięte i cieszą się na wasz widok.

- Jesteś! Wchodź, wchodź, czekamy! Już się martwiłam dlaczego tak długo cię nie ma.
Wślizgnęłam się do środka, powiesiłam kurtkę na wieszaku, buty odstawiłam do szafki, a teczkę rzuciłam w kąt. Ach…dom, rodzinny dom. Co prawda, w tym akurat nigdy nie mieszkałam ale zapach pozostał ten sam. W końcu – „Tam dom gdzie serce twoje”.

- Tata ogląda mecz – wyszeptała Moja Mamusia popychając mnie lekko lecz wyjątkowo skutecznie w stronę kuchni – A my sobie tutaj pogadamy. Opowiadaj co słychać!
Rozpoczęłam sprawozdanie z kilku ostatnich dni. Najpierw się wyżaliłam, potem pochwaliłam, sprzedałam kilka mrożących krew historii (jak np. przejechanie pod okiem kamery ze zbyt dużą prędkością lub problemy żołądkowe psa starszego), wdałam się w roztrząsanie sytuacji mieszkaniowej jednej znajomej i zorientowałam się, że nikt mnie nie słucha a mama wpatruje się uporczywie w moją grzywkę.
- CO? – Spytałam mało inteligentnie uroczo zezując w górę aż do bólu lewej gałki ocznej.
- Nic, nic…mów, mów, patrzę tylko bo tak ci jakoś ostatnio te włosy dziwnie przystrzygła ta fryzjerka. Może i nawet ładnie. Może…ale …ja to lubiłam jak byłaś obcięta na pazika.
- Maaaamo – jęknęłam z głębi serca– miałam wtedy 10 lat!
- Ale wszyscy mówili, że ślicznie wyglądasz. Powinnaś się koniecznie obciąć na pazika jak Mireille Mathieu – rozmarzyła się Moja Mamusia
- Maaaamooo!!! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- No oczywiście, że cię słucham! Ale nie ma co siedzieć, już 22.00 czas spać!- zakrzyknęła zachęcająco mama niemal klaszcząc w dłonie - Przygotowałam ci łóżko w stołowym. Umyj się, włóż piżamę i do łóżka. Tylko się nie pluskaj za długo bo ludzie pomyślą, że pierzesz po nocy!
Tato był bardziej wyrozumiały.
- Daj jej spokój, to nie jest małe dziecko, pewnie zaraz zostanie babcią – dołożył uroczo do pieca - Do północy może sobie spokojnie posiedzieć. Ja dopilnuję.
Wypełniwszy swoje główne wieczorne zadania Moja Mamusia życzyła nam dobrej nocy i zniknęła za drzwiami sypialni a ja postanowiłam sprawdzić sobie pocztę, co robię zwykle wieczorem po powrocie z pracy.
- Tato, chciałabym użyć komputera. – szepnęłam śpiącemu na fotelu Mojemu Tatusiowi.
- Teraz? – ocknął się natychmiast - Jest prawie 23.00 , kto o tej porze urzęduje na komputerze? Tam już nic nie działa. Jutro CI WŁĄCZĘ.

Wykąpana i różowa jak młode prosię poczułam jakiś niedosyt. No tak, w domu o tej porze mąż czekał na mnie z „powrotną kawką” i „kolacyjką”. Na paluszkach dotarłam do kuchni i postawiłam wodę na gazie, zdążyłam nawet zalać do połowy czarną maź w szklance kiedy…brzęknęła klamka i mamusia była przy mnie, naciągając na siebie szlafrok w motyle.
- Co ty robisz? Kawę? O 22?!!! Chyba zwariowałaś kochanie - nakrzyczała szeptem - Proszę natychmiast to zostawić i iść do łóżka. Mleczka ci dam na noc, z miodkiem albo meliski ci zaparzę – uśmiechnęła się słodko mamusia i natychmiast zakręciła po maleńkiej kuchni wylewając moją kawusię-jedyną-nocną do zlewu jedną ręką i otwierając szafkę z ziołami drugą.
Pokrzepiona nieco rozcieńczonym zielskiem, odczekałam aż mamusia zniknie w pieczarze i postanowiłam zakraść się do kuchni raz jeszcze aby skonsumować co - nieco przed udaniem się na spoczynek. Udając podstępnie, że otwieram drzwi do WC skręciłam niespodziewanie i lisio w stronę kuchni. Otworzyłam lodówkę i mój wzrok spoczął na nieźle wypasionej swojskiej leżącej jak hurysa na półce i mrugającej do mnie zachęcająco. Nie tracąc czasu na szukanie noża ukręciłam ślicznotce łeb. Niestety mamusia już była za mną dopinając peniuar na piersi.

- Będziesz teraz jadła??? – wykrzywiła się brzydko co kompletnie do niej nie pasowało- To bardzo niezdrowo objadać się na noc. Jabłuszko ci pokroję, idź zaraz ci przyniosę – wyjęła pięknie pachnące kiełbasisko z mojej zatłuszczonej dłoni, wytarła moją rękę ręcznikiem kuchennym, a kiełbaskę odesłała z powrotem na półkę. Miałam wrażenie, że ta brzuchata zołza wystawiła w moja stronę środkowy, kiełbasiany palec.
Powlokłam się ze spuszczoną głową do stołowego. Jabłuszko nadeszło chwilę później, było pomarszczone i jakby lekko obrażone. Zatopiłam w nim zęby perwersyjnie głęboko, nawet nie jęknęło.

Nieco zła (bo nadal głodna) postanowiłam oddać się pracy umysłowej. Wyciągnęłam księgi mądrości i ułożyłam się wygodnie w trzeszczącej od krochmalu pościeli. Praca wciągnęła mnie na tyle, że nie zwracałam uwagi na krzyki dochodzące od strony telewizora, gdzie banda amerykańskich wyrostków pacyfikowała właśnie jakiegoś staruszka. Tatuś posapywał miarowo, zegary tykały w takt jego „chrrrr –pufff”.
Punkt 24.00 telewizor poszedł spać. Tato wstał z wigorem młodej sprężyny z fotela, powiedział DOBRANOC, zgasił światło i wyszedł z pokoju pozostawiając mnie z głupią miną i rozłożoną książką na poduszce, w kompletnych ciemnościach. Cóż było robić, książkę odłożyłam na podłogę, ciało zwinęłam w maleńki kłębek na wykrochmalonej pościeli i bezwstydnie oddałam się Morfeuszowi. Śniła mi się kiełbasa obcięta na pazika, tańcząca flamenco z Moim Tatą, a Moja Mamusia przygrywała im na tamburynie.

wtorek, 23 lutego 2010

Bądźmy ludźmi, choćby tak długo, póki nauka nie odkryje, że jesteśmy, czym innym.



Nauka działa na mnie w sposób specyficzny i niestandardowy - ogłupiająco.
Podczas pierwszych straszliwie mądrych i naszpikowanych wiedzą do wypęku studiów, nieoczekiwanie i całkiem zaskakująco wyszłam za mąż . Wyjście za mąż potraktowałam lekko i z właściwą młodym pogardą dla obrzędów i tradycji.
Tatko właśnie zajadał pomidorową, kiedy buntowniczo potrząsając grzywą wkroczyłam do pokoju i oznajmiłam, że za 3 miesiące zmieniam stan cywilny. Spokojnie nasycił się obiadem, oparł wygodnie o krzesło i powiedział:
- Córko - to jest najgłupsze co słyszałem w tym tygodniu, a wiesz że z kwiatem intelektualistów to ja do czynienia nie mam.
Musiał się jednak pogodzić z nadciągającymi zmianami. Za mąż się udałam i w stanie tym egzystuję do dziś.

Studia obecne:
Egzamin zaczyna się o 8.00. Oczywiście zepsuła się suszarka, niestety zapasowej mi brak, a za oknem mróz straszliwy. Zaczęłam nerwowo i całkiem bezsensownie biegać po domu, za mną biegały zachwycone moją krzątaniną psiska. Czułam jak chrzęszczą im łapki pod moimi stopami co zawsze dodatkowo mnie przygnębia, szczególnie w godzinach porannych.
Popędziłam na górę, już od progu histerycznie krzycząc:
- Wstawaj i naprawiaj suszarkę!!!
O dziwo! Dziecko zadziałało jak świetnie wytresowana wańka- wstańka i czynu dokonało. Szybko stoczyłam walkę z materią podnosząc co opadało, ugniatając co odstawało, przylepiając co odpadało. Darowując sobie śniadanie wybiegłam w mróz. Wsiadłam do srebrnego szerszenia i podróż skończyła się szybciej niż zaczęła. Szerszeń źle reaguje na mrozy. Taksówka. 15 minut oczekiwania, w czasie których wyrosły mi z nosa sople.

- Na Ściegiennego proszę. Nie…chyba nie Ściegiennego…Szenwalda raczej, Szenwalda…a może Ściegiennego? – gadałam jak katarynka – Wie pan co? Nie pamiętam jak się ta ulica nazywa, pokażę panu gdzie skręcić i już.
- Dobrze.
- Pojedzie pan prosto, a później skręci w lewo, znaczy w prawo, w lewo, w lewo przed pierwszymi światłami.
- Przed pierwszymi światłami…którymi?
- Nooo… za dawną stacją Polmozbytu.
- A ta stacja to gdzie?
- Po lewej.
- Po lewej od czego?
- No od tego skrętu.
- A skręt gdzie?
- Po prawej. No … jak pan dojeżdża do Spodka…
- A to my do Katowic jedziemy?
- No jasne! – ucieszyłam się, że wreszcie do czegoś doszliśmy wspólnie.
Przez chwilę jechaliśmy w ciszy przerywanej tylko wycieraniem mojego nosa.
- Tututu!!! W lewo! – krzyknęłam nagle.
- W prawo chyba, w lewo się nie da.
- Ano właśnie. W lewo. W prawo, w prawo oczywiście. Teraz prosto i na końcu w prawo. O rany! W lewo, w lewo. Bardzo pana przepraszam, myślę o egzaminie i zupełnie nie mam już miejsca w głowie na cokolwiek innego.
Kierowca nie odpowiedział nic, ale widziałam złośliwy uśmiech w lusterku wstecznym.
Z samochodu wyskoczyłam jak oparzona aby za chwilę wrócić i spokojnie zapłacić. Trzasnęłam drzwiami i zorientowałam się, że wszystkie notatki znajdują się w taksówce.
- Halo! Halo! Niech pan stanie!!! - Kierowca nie słyszał, a może nie chciał.
Niewiele myśląc porwałam spod nóg zbrylony kawał śniegu i walnęłam z całych sił w tylną szybę auta. Zatrzymał się natychmiast i cofnął tuz pod moje nogi.
- Co pani wyprawia? - zasyczał - Zwariowała pani?
- Notatki - wyjąkałam. Pan odjeżdżał i nie słyszał, co miałam zrobić?
- Zadzwonić, zadzwonić!!!!
- A...nie pomyślałam.
- Zauważyłem!
..........................
Dla chętnych staroć - notka, która powstała w czasie studiów nr 2:
Przestałam chodzić jak człowiek. Przestałam przypominać kobietę. Biegam. Czasem bez sensu i w odwrotnym kierunku do tego, do którego zmierzam. Na dodatek biegam z przewrotkami i poślizgami. Dwa dni temu w Lidlu, tuz przy wejściu, udało mi się zrobić fantastycznego podwójnego Lutza, a na stoisku z chlebem przeraziłam przechodzącą starowinkę poprawnie wykonanym Rittbergerem z przytupem. Wszystko przez zjechane obcasy, bo nie ma kiedy nowego buta obstalować.
Biegnę do przedpokoju, kuchni, biegnę z psem, biegnę do auta, wbiegam na schody, biegnę nawet do łazienki, biegnę do biblioteki, biegnę do pracy. Wkładam obce okrycia wierzchnie...:-), wybiegam bez butów, parasolki, dokumentów, kluczy, notatek...uch...Az wreszcie...zdarzyło się to co się zdarzyć musiało jeśli roztrzepanie połączy się w jakikolwiek sposób z prowadzeniem pojazdu. Małe bum...

Zapewne stuknięty-już-pan kierowca nie żyje w ciągłym pośpiechu i jego życie jest bardziej constans niż moje. Historia stara jak świat automobilistów: ja myślałam, nie spojrzałam, ruszyłam, on miał czas, poczekał, trwał w tym-samym-miejscu z nogą na hamulcu i ...tym sposobem jego tył i mój przód weszły ze sobą w bliski kontakt. Na dodatek po drugiej stronie ronda pojawiła się właśnie policja. Ciekawe ...kiedy okradali mi mojego pierwszego kaszlaka musiałam na nich czekać bite 4 godziny. Zjechaliśmy na pobocze.

Policjanci uśmiechnięci, mili ale jednak służbowo-zasadniczy. Poprosili mnie o dokumenty. I tu wielkiej farsy ciąg dalszy. Z czeluści mojego piekielnego torbiszcza na maskę samochodu wysypały się : sztuczne gluty w kapsułkach, sztuczny nos z wąsami, pierdziawka do podkładania gościom, okulary z lusterkami wstecznymi (sic!) / wszystkie te cuda należały do mojego dziecka i były skarbami z KACZORA DONALDA - gazetki, którą wymyślono żeby dzieci mogły torturować rodziców/, 2 zwiędłe banany koloru mocny-uwiąd-w-rozkwicie, 2 śrubokręty, aparat cyfrowy, poezje Emily Dickinson, 7 długopisów-które-kiedyś-działały, 2 tampony ob -luzem i sterta kartek, notatek, zapisków rożnego formatu, przeznaczenia i wieku.....:-) Agrhhhh...czułam, ze to jest właśnie moment kiedy powinnam zapaść się pod ziemię.

Nie odnalazłam:
a/rejestracji
b/prawa jazdy
c/ ważnego ubezpieczenia.

Agrhhhhh....po raz drugi. Stałam tak na tej ulicy jak ostatnia łajza, na dodatek przy odpinaniu pasów wyrwałam sobie 3 guziki z marynarki...Ech .. wiedziałam, ze katastrofa nieunikniona.
Myślę jednak, ze choroba-roztargnieniowo-biegowa, na którą cierpię atakuje innych, którzy nieopatrznie znajdują się w pobliżu. Nie zapłaciłam ani grosza. Pan-stuknięty zapomniał spisać ze mną cokolwiek zabierając podobnie jak nadobni policjanci tylko mój numer telefonu. (Na drugi dzień zadzwonił i przyznał się, ze został tak otumaniony, iż sam nie wiedział co robi ale uwierzył mi we wszystko co mówiłam, dopiero po powrocie do domu naszły go lekkie wątpliwości). Na dodatek kierowca był jedynie chwilowym posiadaczem stukniętego pojazdu. Pożyczył go na 5 minut od koleżanki z pracy, po wielu zresztą prośbach i błaganiach. Nie ma to jak mieć farta.

Na zajęcia spóźniłam się zaledwie 15 minut, ale wszyscy kursanci grzecznie czekali....:-) W czasie zajęć tylko 2 razy polałam się sokiem marchewkowym, raz zrzuciłam mapę, raz potrąciłam tablice, próbowałam wyrwać okno, stuknęłam się w głowę, zjadłam banana, który absolutnie nie należał do mnie......i mogłam wracać do domu.

niedziela, 21 lutego 2010

Pogardzam ludźmi trzymającymi psy. Są to tchórze, którzy nie mają odwagi, by samemu gryźć ludzi.



/notka stara - przeprowadzkowa/
Jestem zapsiona. Kompletnie, totalnie i nieodwracalnie.
Zapsieni w naszych czasach łatwo nie mają. Atakuje się ich za kupy na trawnikach, za pogryzienia, za obsikiwanie pięknie pachnących kwiatów itd. Ucinam ten temat wyjaśniając, że moje psy załatwiają się we własnym ogrodzie i ja osobiście uprawiam kupozbiory po każdym wyjściu. Opuszczając zaś miejsce zamieszkania maja całkowicie puste jelita i nie zanieczyszczają parków, skwerków i innych miejsc użyteczności publicznej. W miejscach gdzie są ludzie chodzą na smyczach, a w miejscach gdzie puszczam je wolno maja przypięte linki.

UWAGA ZŁE PSY – taki napis znajduje się na bramie mojego domu.
Piękny jesienny dzień. Psy biegają w ogrodzie. Nagle nie wiadomo skąd /a jednak, ktoś zapomniał zamknąć furtkę na klucz/ na podjeździe pojawia się zbieracz papieru i metalu wszelakiego. Ubrany dokładnie tak jak pozorant na treningu, w kufajkę z długimi rękawami, watowane portki i ogromne buciska.
- Paniiii!E! Paaaani! Ma pani jakieś żelazo?
Zastygłam nieruchomo w niewygodnej pozie, z piłeczką w ręku. Psy zastygły także, odblokowało je jednak znacznie szybciej. Obcy! obcy na ich terenie.
Samczyk natychmiast porzucił obsikiwanie bratków, zebrał do kupy swoje 50 kg i ruszył błyskając złym okiem, z 700 metrów jego rozpęd nabierał głębszej powagi. Suczydło popatrzyło wypukłym okiem i podciągnęło białe podkolanka rozpoczynając lekki, zwiadowczy kłus w stronę potencjalnej ofiary. Świat się dla mnie zatrzymał. Czułam już w powietrzu zapach nieboszczyka.
- Stóóóóóóóóój…leżeć! – głosu jaki wyrwał mi się z płuc, nie powstydziłby się Arnold Sz. Był to głos powalający mury i nie znający granic ni kordonów, szedł nisko i kosił floksy. Psy na szczęście zareagowały, wwiercając kupry w trawę, a ich ponure miny świadczyły o wielkim rozczarowaniu.
-Pani, co się pani tak dze ..taka mała kobita a tak się dze - zdziwił się niedoszły umarlak, cmokając z dezaprobatą. - Trzeba je wytresować!
- Panie…one są wytresowane, inaczej już byłby pan siekanym kotletem – nie wytrzymuję, jeszcze dysząc z przerażenia.
- Eeee…psesadza pani. To jak bendzie sefowo z tym zelazem?


-Ooooo…jaki piękny! – do przypiętego na smyczy Obłaskawionego Testosteronowego Killerka podbiega na ulicy jakaś kobieta. I bez zbędnych pytań zaczyna mu mierzwić sierść nad czołem.
- Tiuli Tiuli Tiuuuu…śliczny piesecek, moldka taka kofana…- mamrota jak potrzaskana, gniotąc mojego psa, tłamsząc mu uszy i wsadzając paluchy w oczy. Zauważyłam ze zgrozą, że „moldce kofanej” już irokez wyskoczył na karku, a unik jaki zrobił głową aż krzyczał komunikatem „Przestań babo bo nie odpowiadam za siebie”.
- Pisecek…taaaaak…jaki miluuuuuuniii…- tłamszu, tłamszu, tłamszu, gniotu, gniotu, mierzwu, mierzwu.
- Lepiej niech pani go nie dotyka, on nie przepada za obcymi – silę się na spokój, lekko odciągając psa na smyczy.
- Cio ta pani mówi o piesecku?…nie lubi obcej pani?….siiiiiiicny…siiiiicniutki pieseeeecek… one tylko tak groźnie wyglądają. Taaaakiiii piiiiieeeesssssioooo…..
- Wrrrrrr…- samczyk obnażył wreszcie zęby i dobitnie pokazał, że ma w swoim krótkim nosie i pod krótkim ogonem te cholerne pieszczoty.
- Ojej…musi mu pani założyć kaganiec! On może kogoś ugryźć! A ta rasa jest przecież taka łagodna…


Idziemy na spacer ze staruszkiem. Posuwamy się spokojnie, noga za nogą…nagle gdzieś z boku rozlega się kaszelek. A nie…to nie kaszelek, to ratlerek, który bez smyczy biega sobie wolny niczym ptak z zębami. Jego pan, na oko w wieku mojego starego psa woła z 50 metrów:
- Niech się pani nie boi. On nic nie zrobi. – Nie wiem jak pies wielkości głowy mojego samca miałby mu zagrozić. Chyba tylko, gdyby się nim zadławił w trakcie spożywania. Na szczęście mój pies jako gentleman dobrze wychowany udawał, że nie zauważa szczekacza próbującego ucapić go w przednią łapę.
Niestety rzecz się miała całkiem inaczej z niedorosłym jeszcze samczykiem, co to ciągle pstro w głowie a siła żubra już w mięśniach. Kurdupelski podbiegł, ugryzł i uciekł.
Młodzieniec z nadmiarem testosteronu nie zdzierżył, reakcja była natychmiastowa. Trudno, nie przewidziałam tego i stojąc na lekkim spadzie poszybowałam w górę, aby szybko zaliczyć pobliski parów. Kurz jaki się uniósł w momencie uderzenia mojego szanownego ciała o Matkę Ziemię przesłonił słońce a głuchy łoskot przetoczył się po niebie./tak Magento wyginęły dinozaury/. Nie puściłam...wleczona po żwirze wzniecałam tabuny czarnego pyłu, darłam ubranie i robiłam peeling dekoltu. Wreszcie pies zorientował się, że coś mu wisi u szyi. Stanął,obejrzał się i zmachał ogonem, a ja próbowałam podnieść się na nogi. Otrzepałam strzępy ubrania, zastanawiając się czym zatamować krew na nadgarstkach i zaczęłam rozglądać się za butami. W ustach miałam żwirek a w nosie kilogramy jakiegoś paskudztwa.
- Musi go pani wytresować! – pouczył mnie dziad obrzydliwy biorąc na ręce kurdupelskiego i odchodząc w siną dal.

Trenuję z psami. We własnym ogrodzie.
- Leżeć! Zostań!...- Odchodzę na odległość 100 metrów i rzucam w trawę smakołyk. Psy jak posągi Sfinksa leżą nieruchomo wpatrując się we mnie dziurkami czarnych oczu.
- Pani Gabrielko…co pani tak męczy te psy? Jak tak można kazać im leżeć na tej zimnej trawie…Biegnijcie..noo, biegajcie – Odzywa się znawczyni zza płota. Psy słusznie ją ignorują.
- Ja też nie mogę patrzeć jak ona tak te psy katuje…chodźcie…mam kawałek syneeeecki…- przyłącza się teściowa- …Łapcie!- I rzuca kawałek różowego smakołyka w górę.
80 kg wir jaki przetoczył się przez ogród zwalił z nóg teściową, stół, krzesła i zakończył się się pod płotem na pięknie kwitnących floksach.
- Boszszszsze! Musisz z nimi coś zrobić! One są niewychowane! Zabiłyby mnie – jęczy, gramoląc się na nogi teściowa.
Muszę. A mogę?

czwartek, 18 lutego 2010

Pan Bóg stworzył jedzenie, a diabeł kucharzy czyli życie bez cierpienia jest jak jedzenie bez soli.



W moim domu gotuje mój mąż. Nie chodzi o to, że wykorzystuje chłopa do cna i oram nim jak górnicy Łyskiem - on faktycznie świetnie gotuje i bardzo lubi to zajęcie. Spożywanie tych posiłków, to całkiem inna sprawa.

Wracam z pracy, skonana jakbym na przodku tyrała a tu na stół wjeżdża pierwsza potrawa, a z głośników rozlegają się pierwsze tony kantaty Bacha. Mąż gotuje zawsze przy klasycznym rzępoleniu Bacha, maluje przy Mozarcie, a piecze do wtóru gitary Pata Metheny. Taki typ.
- Myj ręce i siadaj bo wystygnie. Spóźniłaś się 10 minut!
- A bo taka pani...
- Ja stoję godzinami przy piecu, żebyś miała smacznie i zdrowo, a ty zamiast wrócić zaraz to gdzieś łazisz. Jeśli mówisz, że będziesz o drugiej to bądź o drugiej, bo ja nie będę cały dzień przy rondlach stał.
- A mogę się przebrać?
- Ja tu robie od godziny żeby dla ciebie przygotować, a ty... - i zaczyna się długa litania moich grzechów głównych i tych pobocznych. Skruszona natychmiast siadam przy stole i zanurzam łyżkę w świetnie pachnącej potrawie.
- Nie smakuje ci?
- Smakuje!!!
- Przecież jeszcze nie spróbowałaś. Jedz!
- Kiedy gorące...
- Trzeba jeść kiedy jest gorące, nie marudź tylko próbuj.
Mąż stoi nade mną, ręce oparł na stole a jego twarz znajduje się jakieś 30 cm od moich oczu, ledwo go widzę bo gorąca para z potrawy przesłoniła już całą jadalnię. Kuchnia wygląda jak tajemnicze opary na wrzosowiskach z powieści sióstr Brontie. Mąż i jego wzrok są bardzo motywujący - natychmiast wlewam w siebie wrzątek. Parzy jak piekielna smoła.
- I co???
- Świetne!! Wspaniałe - dławię się kawałkiem gorącego ziemniaka, a oczy wychodzą mi z orbit.
- Spróbuj mięsa, mięsa spróbuj. - Pokazuje palcem KONKRETNY kawałek W mgnieniu oka nabijam kęsik na widelec i wrzucam w paszczękę, czuję że górne dziąsła mam już zwęglone na Amen.
- I co?
- Rewelacja - parskam sosem na wszystkie strony świata i swoja marynarkę.
- E?
- Naprawdę cudowne.
- Przecież widzę, że coś ci nie leży. Za słone?
- Wspaniałe!!! - pędem pakuje następną łychę roztopionego żelaza i czuję jak przedostaje sie przez moje jelita i wypala otchłań bezdenną w żołądku. Zmuszam się do pełnego uśmiechu.
Mąż znika za barkiem ale z tej odległości bacznie śledzi każdy mój gest i zmarszczenie nosa.
- Co się tak marszczysz? Niedobre?
- Dobre, dobre...gorące tylko.
- Nie jest gorące bo się spóźniłaś. Jest letnie. Letnie to juz nie to samo co gorące. Sama jesteś sobie winna, że jesz letnie bo gdybyś trafiła do domu jak każdy człowiek, zaraz po pracy to nie musiałabyś jeść ZIMNEGO mięsa.
Korzystam z przerwy w torturach i wyciągam język na całą szerokość w stronę okna. Ulga.
- Zupę chcesz teraz?
- Nie, nie..jestem najedzona. Może później.
- Masz jeść świeże a nie odgrzewane. Dam ci trochę, chociaż na spróbowanie.
Ląduje przede mną miseczka smakowicie pachnącej "surówki z wytopu stali", widzę jak wypala dziury w dnie. Czuję jak zaczynają mi płynąć łzy.
- Jedz. To cię rozgrzeje. Zupa meksykańska - taka jaką lubisz - na ostro.
- Dziękuję, kochanie - chrypię słabym głosem i wlewam w zahartowaną już gardziel następną łyżkę gorącej i ostrej potrawy. Pot perli mi się na czole, a po plecach ciekną strumienie. Mam wrażenie, że spociło mi się nawet wnętrze ucha. Żołądek cicho łka.
- Zdejmij kotku tą marynarkę bo widzę, że ci w niej za ciepło.
Z ulgą rzucam się do swojego pokoju i zdejmując marynarkę wlewam w siebie pół litra zimnej Mazowszanki.
- Co ty robisz? - dozorca więzienny natychmiast pojawia się za moimi plecami.
- Nie pije się przy jedzeniu. To niezdrowe. Pić można przed lub po, ale nie w trakcie. Skończ wreszcie ten obiad.
- Wiem..ale tak mi było gorąco.
Siadam i kończę.
- No! A teraz ci zrobię gorącej kawki. Nie ma to jak dobra, gorąca kawka po powrocie do domu.
Mąż z zadowoleniem zaciera ręce. A ja mam wrażenie, że z ust wydobywa mu się piekielny chichot.

wtorek, 16 lutego 2010

Strzeż się milczącego psa i cichej wody czyli Czasem łatwiej można się ogonić przed złym psem niż przed dobrą żoną



Jako siedmiolatek, mój mąż poczuł w sobie pragnienie posiadania psa. Nękanie rodziców, płacz i jęki przyniosły pozytywne rezultaty i pies został obiecany w okolicach wakacji. Oczywiście termin wybrano nieprzypadkowo, w końcu na przyjemności trzeba zapracować, w tym wypadku dobrymi stopniami. Przez następne 3 miesiące mąż wyobrażał sobie siebie biegającego po łąkach z przepięknym owczarkiem niemieckim u boku, psem który to oczywiście miał by mądry, wierny i piękny. [W końcu wychował się na "Czterech Pancernych i Psie" oraz na "Psie Cywilu".]

Niestety zły los sprawił, że jego marzenia rozminęły się nieco z marzeniami rodziców i kiedy wrócił w podskokach ze szkoły, ze świadectwem w ręku w przedpokoju zamiast Szarika czekał na niego mały, brązowy pokurcz z wyłupiastym okiem.
- To twój piesek! - uśmiechnęła się promiennie mamusia.
Pies spojrzał cwaniacko zdrowym okiem, zdając się mówić - "Akurat! Nie w tym życiu!".
Zaległa złowroga cisza, którą można było ciosać siekierą, po czym malec cisnął świadectwo na podłogę i bez słowa pobiegł na górę zmasakrować jedną z poduszek za pomocą ciosów karate; dopiero głód wygnał go na dół.

Tata, szybciej zrozumiał rozterki małego mężczyzny i postanowił zastosować sprytny wybieg, nieświadomie "dokładając do pieca."
- To prawda, że pies jest mały ale za to ma duuuże imię. Nazywa się Lampart! Popatrz jak śmiesznie! Kiedy ktoś zapyta czy masz psa będziesz mógł odpowiedzieć, że masz lamparta. I nie skłamiesz!

Od tego momentu zaczęło się ich wspólne, pieskie życie. Ryży był katem, bezzębny siedmiolatek jego ofiarą, na którą polował kiedy tylko było to możliwe, a szczególnie kiedy nikt nie widział. Zamiast silnego owczarka maluch skazany był na ratlerka o nadmuchanym imieniu, którego głównymi zajęciami było gwałcenie nóg gości i szczekanie aż do upadłego bez względu na sytuację. Na pytania rówieśników czy ma psa, odpowiedz zmaltretowanego dziecka zawsze brzmiała - NIE. Jakby na przekór losowi Lampart trzymał się życia bardzo mocno krogulczymi pazurami i dożył lat 19 w dobrym zdrowiu, kąsając dla sportu kogo popadło, załatwiając się na podłodze w domu i niszcząc ostrymi jak piłka zębami to co znalazło się na jego drodze, wliczając w to nos mamusi i palec od nogi tatusia.
Jako uczeń szkoły sportowej mąż często trenował bieg po schodach wcześniej dając robaczywcowi prztyczka w ucho. Czasami nie zdążył zamknąć drzwi od swojego pokoju i wtedy można było usłyszeć jęki bólu ale z wiekiem był coraz szybszy i osiągał naprawdę zadziwiające rezultaty.

Zemścił się też srogo na rodzicach, którzy jak uważał wcisnęli mu obrzydliwca podstępem. Mama robiła ciasto, był to sławny Murzynek. Mój mąż, który uwielbiał jeść kręcił się w kuchni pilnując swojego prawa do wylizania garnka po czekoladzie. Chyłkiem podkradł kawałek ciasta i uformował z niego piękną, lśniącą psią kupę, którą podłożył w pokoju na jasnym dywanie. Natychmiast też rozpuścił wici o swoim znalezisku. Przybiegli rodzice, mama chwyta się za głowę, tata wrzeszczy na psa. A mój mąż z uśmiechem lizusa na twarzy oświadcza:
- Nie denerwujcie się, ja posprzątam.
Po czym podnosi "psią kupę" i ze smakiem ją pożera.
Rodzice byli pewni, że ich potomek zwariował i przez długi czas nie dawali się przekonać, że kupon nie był prawdziwy. Zemsta jest słodka, a ta była słodka podwójnie.

Ta historia wyjaśnia jasno dlaczego mój mąż zniechęcił się do psów. Odczulanie go zabrało mi 5 lat, ale opłacało się bo najpierw zgodził się na jednego [oczywiście dużego] a od paru lat w domu są zawsze dwa, które razem ważą więcej niż 70 kg, a więc traumatyczne wydarzenia z przeszłości odeszły w niepamięć. A przynajmniej tak mi się wydawało....

Mąż spieszy się do pracy. Idzie szybko chodnikiem w swoich ciężkich traperskich butach z chlebakiem pełnym projektów pod pachą. Słyszy za sobą coś co wydawało mu się ludzkim kaszlem a okazało się brązowym ratlerkiem, ujadającym wściekle tuż przy jego nogawce. Staje, rozgląda się dookoła za właścicielem ale niestety w pobliżu nie widać nikogo. Ząbki malucha szarpią już wściekle jego nogawkę, tupanie i krzyki nie pomagają. Cóż robić? Z pełnym przekonaniem o słuszności swojego czynu mąż bierze rozmach i kopie rozjuszonego pinczerka prosto w nos......
Obudził mnie straszliwy krzyk. Mąż leży na łóżku i trzyma się za stopę jęcząc i krzycząc coś o cholernych psach. Palce lewej stopy przybierają kolor węgierki i rozmiary balonu. Ponieważ zawsze stara się znaleźć pozytywną stronę każdego wydarzenia, odwraca w moją stronę głowę i charczy:
- Mogło być gorzej, mogli mi przestrzelić kolano....
Ściana zniosła cios całkiem dobrze.

niedziela, 14 lutego 2010

“I can remember when the air was clean and sex was dirty.”



To też jest staroć ale nie mogłam się powstrzymać w związku z przeklętym Walentym.

Mój pierwszy związek z seksem zaczął się od okrągłego słowa “DUPA”. Znalazło się ono w pierwszym wyprodukowanym przeze mnie za pomocą drewnianych klocków zdaniu. Miałam wtedy 4 lata i wprawiłam rodzinę w konsternację. Na marginesie – jestem potwierdzeniem reguły, że wczesna nauka czytania nie ma nic wspólnego z inteligencją dziecka. Z jednej strony rodzina była dumna, że taki geniusz im rośnie pod bokiem, a z drugiej jak tu pochwalić się czymś takim przed resztą świata. Pełne zdanie brzmiało: „Dziadek Pietrek dupa”. Zmieniono je dla ogółu na „Dziadek Pietrek śpi” i zakazano mi używania tego czteroliterowego wyrazu tłumacząc, że tak się nie mówi. Na pytanie „DLACZEGO?” odpowiedź zawsze była taka sama „Dowiesz się jak dorośniesz”. Zdanie to obciążyło całe moje dzieciństwo i nierozerwalnie zaczęło kojarzyć mi się ze słowem DUPA. Coś w tej dupie musi być tajemniczego skoro rodzina po raz pierwszy nie chciała mi dokładnie wytłumaczyć w czym rzecz. Niewinna dupa urosła do gargantuicznych rozmiarów i jawnie ze mnie drwiła.
„Babciu a kim była twoja babcia?
„Dowiesz się jak dorośniesz” – aha…dupa?
„ Jak to się dzieje, że działa telefon?” – dupa?
„Dlaczego wujek nie ma dzieci?” – dupa?
„ Czemu dziewczynki siusiają inaczej niż chłopcy” – a odpowiedz zawsze taka sama DUPA i DUPA.
Niestety wkrótce pojawił się następny problem. Zabawy ze starszym kuzynostwem, są jak wiadomo, powszechnie bardzo pouczające. Starsze kuzynostwo powie ci o takich rzeczach, które twoi rodzice skrzętnie przed tobą ukrywają, nauczy cię świńskich wierszyków i dużej ilości przekleństw. Na dodatek będzie z tego czerpać ogromną satysfakcję.
„Ra-ra-rasputin lewą ręką konia bił, a prawą sobie pomagał” – podśpiewywałam sobie do melodii Bony M., czesząc lalkę radzieckiej produkcji na jednej z rodzinnych imprez. Rodzina przy stole oniemiała, ciotki spąsowiały, wujkowie dostali napadu kaszlu, a starsze kuzynostwo wiło się ze śmiechu pod stołem.
„Skąd ona zna takie słowa?”
„Kto ją tego nauczył?”
„Ohyda! Takie małe dziecko!”
Zakazano mi śpiewać sprośnej piosenki i pozostawiono z niemym pytaniem: „DLACZEGO?
„Dowiesz się jak dorośniesz!” – ucięła sprawę mamusia. Po rozłożeniu songu na czynniki pierwsze wydedukowałam, że zakazanym słowem musi być Rasputin – bo przecież nie niewinny koń! Tym samym wymyśliłam pierwsze oryginalne i własne przekleństwo, którym raczyłam dzieci na podwórku „Ty dupo Rasputina”.

sobota, 13 lutego 2010

Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło czyli Nie rań osoby, której nie możesz zabić


Notka pisana u szczytu popularności Naszej Klasy

"Pamiętam kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem. Było to koło toalety, zażądałaś ode mnie papierosa. Byłaś taka stanowcza, surowa-a przy tym piękna, wyjątkowa."

Portal Nasza Klasa osiągnął niesamowitą popularność. Doszło do tego, że jeśli nie masz tam swojego profilu to właściwie cię nie ma, nie istniejesz i w ogóle jesteś stary pryk, który nie wie do czego służy komputer. Pojawiły się dwa obozy - jeden zbiera tylu znajomych ilu się da, im więcej tym lepiej, a drugi twierdzi że więcej znajomych niż 50 to już obciach, "sromota i gańba" /jak krzyczał nasz organista kiedy widział nas palących w pobliżu kościoła/.
Fajnie jest wspominać stare, dobre czasy. Fajnie, pod warunkiem, że nie ograniczamy się do tekstów typu: "Widziałaś jakiego Małgośka ma wąsa? A Jola jaka gruba! A Zbyszek łysy!!!. Zapominamy przy tym, że z nas też już wiotkość odbiegła kurzym galopkiem, ciałko jakby mniej jędrne, a naszemu mężowi dużo zaczyna brakować do Adonisa, jakim kiedyś z pewnością był. /bo przecież wychodzić za mąż za kogoś poniżej Adonisa nie miałoby sensu:)/

Najgorsze są jednak niespełnione miłości, które przez lata upiększyły niedoszłych kochanków czyniąc z nich coś na kształt istoty boskiej, której czas nie nadszarpnął spróchniałym swym zębem i która posiada jedynie zalety, o jakich inni mogą poczytać w "Harlequinach".

Dostałam list od jednego z byłych wielbicieli. List serdeczny, zabawny, zawierający w sobie jakieś okruchy i echa dawnej sympatii. Odpowiedziałam, pożartowaliśmy wspominając stare czasy i zgodziłam się umówić na przyjacielską kawkę w celu poroztrząsania tego co było, a pewnie i pogadania o tym co by być mogło, gdyby wtedy nie…akurat...bo...

Zanim jednak doszło do "randki" wielbiciel zatopił się w swoich marzeniach i wyprodukował list, w którym opisał wszystkie moje zalety ciała i umysłu. Pokusił się tez o opis mojego sposobu poruszania się, gestu z jakim odrzucałam włosy , długości moich rzęs i czerwieni moich ust. Włosy zjeżyły mi się od kostek po czubek głowy, a po plecach przebiegł dreszcz!! Toż ja temu cudowi nigdy w życiu nie dorastałam do pięt, a intelektualnie nie wyszłam ponad poziom kolan. To mam być ja? Ta rewelacja, która zamiast szurać buciorami i zdzierać zelówki szybowała sobie lekko nad ziemią i rozrzucała wokół płatki czerwonych róż? Ta bogini żywiąca się nie mielonym i galaretą z nóżek tylko poranną rosa spijaną z liści traw? Ta dziewoja urocza z gęstym włosem i bujnym biustem a talią cienką niby szczaw? Pobiegłam do lustra. Nic. Przejrzałam zdjęcia od dzieciństwa do teraźniejszości - nie rozpoznałam w tym opisie nawet małego palca od własnej nogi.
I jak go tu skonfrontować z „20 parę lat później” z krwi i kości wypijającą hektolitry kawy, lubiąca mocne słowa, na dodatek nie gardzącą tatarem? A fe! Tfu! A kysz maro!
Nie, nie zrobiłam mu tego. Nie wyciągnęłam trupa z szafy i nie zabiłam cudu. Korespondencja jest mniej bolesną formą niespełnienia w miłości.

czwartek, 11 lutego 2010

Rzecz o zwierząt posiadaniu czyli Jakże wiele ludzkiego w każdym zwierzęciu


Czy miłość do zwierząt ma jakieś granice? Po ostatnich wydarzeniach jakich byłam świadkiem, z ręką na sercu klnę się - mieć POWINNA.
Dom Lilki zawsze był pełen. Pełen dzieci, niezmytych naczyń, niewypranych ciuchów, stert starych gazet i zwierząt. Sterty trwały, dzieci rosły a wśród zwierząt rotacja była większa niż w niejednym supermarkecie wśród pracowników. Zaczęło się całkiem niewinnie. Dzieci chcą mieć psa, dzieci powinny mieć psa, dzieci muszą mieć psa! Ponieważ Lila miała duże serce, postanowiła oddać kąt w swoim domu ( a dokładnie na podwórzu) jednej z miejscowych bied, mieszkającej w pobliskim schronisku dla zwierząt.

Zwierzak otrzymał imię Smród i kojec z budą w kącie posesji. Niestety wszelkie luksusy, jakie tak hojnie rozdawała mu rodzina Lilki, miał głęboko pod kikutem swojego ogona. Pięć razy przeskakiwał ogrodzenie, przebiegał dzielnie ruchliwe ulice i za pomocą podkopu wracał do miejsca, które podobno każdy przyzwoity pies uważa za więzienie – ochronki. Postawili na nim krzyżyk i postanowili kupić malucha, którego mogą wychować od szczeniaka.

Nowy mieszkaniec dostał w spadku imię i miejsce po poprzedniku. Widocznie jednak miejsce albo imię nie były szczęśliwe, bo już w wieku siedmiu miesięcy znalazł się po raz pierwszy na psim „gigancie”. Szukano go długo, ogłoszenia wisiały na wszystkich słupach w okolicy. Żeby osłodzić dzieciom brak zwierzątka Wojtek przywiózł im nawet kucyka, który dożywał u kogoś swoich dni. Niestety kucyk wybitnie nie lubił dzieci, i kiedy wszystkie kończyny milusińskich zostały doszczętnie pokąsane kucyk został bez żalu odesłany tam skąd przybył. A tymczasem minął miesiąc i mąż Lilki wybrał się na pobliskie wysypisko śmieci załatwić sprawę związaną z wywózką gruzu. Jakież było jego zdziwienie kiedy z rozsypującego się baraku wybiegł za mężczyzną w kufajce jego własny, brudy i zapchlony do nieprzytomności Smród, jak żywy. Smród łypnął na niego… i na łypnięciu się skończyło. Mężowi Lilki trudno było wytłumaczyć, że pies naprawdę należy do niego, kundel złośliwie zachowywał się tak, jakby go wcale nie znał. Kufajkowaty zgodził się na oddanie wilczka za drobną opłatą i pies z miną wielokrotnego recydywisty został przetransportowany do domu. Niestety wystarczył tydzień i niewdzięcznik znowu znalazł się na gruzowisku. Ile razy można płacić za tego samego psa? Wytrzymali siedmiokrotność „na wódeczki”. Odpuścili. Myślę, że z pozycji psa ta sprawa wyglądała dużo tragiczniej – zmienił miejsce pobytu, nazwisko a i tak go dopadli.

Dwa następne wytrzymały po roku każdy i zniknęły nikt nie wie gdzie, piaty z kolei został w wieku 10 miesięcy pozbawiony klejnotów rodzinnych, ponieważ Lila przeczytała gdzieś, że to może zapobiec ucieczkom. Niestety nawet nie całkiem wygojone jajka nie przeszkodziły mu w przesadzeniu 2 metrowego płotu i porzuceniu domu na zawsze. Zresztą, temu akurat dziwię się najmniej.
-Z psami koniec!- Lila podjęła decyzję.
-Ale przecież twierdziłaś, że zwierzak jest niezbędny do prawidłowego rozwoju dzieci – przypomniałam jej grzecznie.
-Ale kto powiedział, że to musi być pies? Kupiliśmy dzieciakom węża. To boa tęczowy – Lilka promieniała szczęściem i uważnie patrzyła jakie to wywrze na mnie wrażenie.
- Boa???? A mogę zobaczyć? - zapytałam ostrożnie.
- No…właściwie to Jareczek wypuścił go gdzieś w domu i od trzech dni nie możemy go znaleźć. Na dodatek i piwnica i drzwi na zewnątrz do ogrodu były otwarte, i właściwie to może być wszędzie.
Porwałam torebkę i kluczyki od auta i tez uciekłam. Na wszelki wypadek nie odwiedzam ich dopóki zwierz się nie odnajdzie.

czwartek, 4 lutego 2010

Krótka notka, nieco seksistowska w wyrazie ale w rzeczywistości stworzona ku pokrzepieniu serc. niewieścich



Bezsprzecznie – to mężczyźni bałaganią w domu najwięcej. Nieważne ile ma lat twój facet – 10-20-30 czy 70 mała jest nadzieja na to, że coś w tej materii zmienisz. Mój mąż twierdzi, że to wszystko dlatego, ponieważ mężczyźni mają inne sprawy na głowie niż przejmowanie się drobiazgami. Te drobiazgi to obsikana deska w toalecie, sterta niezmytych naczyń w zlewie, resztki wyleniałego kołtuna w odpływie wanny i wieczne utyskiwania kobiet „Wynieś wreszcie te śmieci bo mam dość prowadzenia żywienia zbiorowego dla much”!!!!! Czasem ma się wrażenie, że mężczyźni wykonują pewne rzeczy po omacku, błądząc po domu jak pijane dzieci we mgle.
Jeśli już umyje naczynia, to w zlewie zostawi resztki z obiadu, które wyglądają zbyt obrzydliwie żeby je samemu wyciągać./do tego służą kochane kobiece rączki/ Ubikację myją niechętnie bo to też nie licuje z powagą majestatu męskiego. Najchętniej siedzieliby sobie w oczekiwaniu na Wielką Męską Robotę, która pojawia się raz na pół roku.
Swoją drogą ciekawe o czym ważnym myślał mąż mojej przyjaciółki znosząc wózek do piwnicy po spacerze z najmłodsza latoroślą…Zamknął piwnicę, wrócił na górę i przypomniał sobie, że dziecko nadal leży w zapiętym wózku, pod kołderką.
Mój tata naraził się mojemu dziadkowi /a swojemu teściowi/ podając mi zamiast syropu na apetyt czystą benzynę. Mając dobry węch głośno protestowałam, niestety zostałam zbesztana i nakłoniona siłą perswazji do połknięcia świństwa. Do końca życia mój dziadek podejrzewał tatusia o zbrodnicze zamiary w stosunku do wnusi. Tatuś zresztą uległ męskiemu roztargnieniu nie raz, nie dwa. Wyjeżdżając na delegację zapakował wszelkie kosmetyki do walizy zanim się wykąpał. Ponieważ nie chciało mu się kopać w bagażu, żeby znaleźć tam dezodorant, podstępnie postanowił użyć mojego. Widziałam jak wychodził z tego przybytku jakiś taki bardziej barczysty niż zwykle. Tym razem sięgając na półeczkę zamiast dezodorantu ściągnął krochmal w sprayu.
Dziadek zafundował sobie „nos pijaka” podkradając babci krem na odciski i używając go jako kremu do twarzy. Tatuś mył dwukrotnie zęby kremem do depilacji. I można by tak bez końca. A mój mąż?
Poranek, cudownie odświeżająca kąpiel i balsam do ciała o zapachu wiśniowo – waniliowym. Ponieważ nasza ówczesna łazienka była miejscem, które po kąpieli przypominało saunę, wszelkie rytuały upiększające ciało musiały być wykonywane w kuchni. Natarłam więc wszystko co dało się natrzeć, wklepałam to i owo i zajęłam się wycieraniem łazienki. Wyciągnęły mnie stamtąd okropne dźwięki, który kojarzyły mi się z japońskimi filmami o samurajach popełniających honorowe harakiri. Na środku pomieszczenia stał mój mąż z szeroko otwartymi oczyma i próbował złapać powietrze. Po 10 minutach sytuacja się wyjaśniła. Widząc wiśniowo – waniliowy pojemnik na stole wziął go za lody. Jeszcze prawie śpiąc załadował wielką stołową łyżkę do ust….od tej pory mam zakaz używania owocowych balsamów do ciała.