Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 stycznia 2019

"Czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas" czyli w poszukiwaniu straconego czasu.





Zaraz wracam! Już jestem spakowana, ostrzę ołówki, wyciągam notesik, i piszę. Jeszcze tylko należy omieść pajęczyny, zdrapać paznokciami pleśń,  wygonić zalegający w kątach kurz...i można już!


A tymczasem, takie dwie krótkie gawędy, popełnione w całkiem innym miejscu. Może natknie się na nie jakiś samotny wędrowiec, a ja biegnę reanimować tego uroczego blogaska, i zaczynam sprawdzać, kto jeszcze żyje.

Zdaję sobie sprawę, że istnieją wyznawcy płaskiej Ziemi, Janka Taratajcio, zawłaszczenia globu przez reptilian, tego, że Finlandia nie istnieje, bo udaje ją Szwecja, że jesteśmy własnie w statku kosmicznym w drodze na Proxima Centauri, i że Lenin był grzybem. Należę nawet do forum, które zajmuje się głównie rozkminianiem tego typu cudów. Z tym, że osobiście nigdy nie spotkałam kogoś, kto wierzy w chemitrails, leczy się piciem wody utlenionej czy uważa, że raka da się uleczyć odrobaczaniem. No, do czasu. Pół roku temu zostałam poproszona o to, żeby zdjąć lusterko do makijażu z parapetu, bo trawa u sąsiadów z tego powodu zgniła, i kwiatki rosnąć nie chcą. Uparcie malowałam się siedząc przy oknie, co doprowadziła do tego, że moja sąsiadka przechodząc do toalety traciła pamięć i nie wiedziała kim jest. Na szczęście znalazła proste rozwiązanie i w oknie stryszku umieściła małe lusterko, które odbija moje złe oko. I tak sobie żyliśmy w dobrostanie sąsiedzkim przez 6 miesięcy. Dzisiaj dowiedziałam się, że hoduję konopie indyjskie w piwnicy. Sąsiedzi widzieli jak dwa razy w miesiącu przyjeżdża do mnie wieczorem jakiś facet i wnosi mi skrzynki z sadzonkami, a w ogródku ich jakoś nie widać. I tym sposobem Pan Warzywko, mój dostawca warzyw i owoców załapał się na stanowisko dealera. No, cóż...tymczasem otrzymałam ostrzeżenie...czekam aż obudzi mnie rozwalanie kopniakiem drzwi o świcie, i wesoły okrzyk powitalny "Na ziemię , łachudry, ręce do tyłu". Kocham teorie spiskowe:-)

Wysłuchałam wczoraj audiobooka Katarzyny Nosowskiej, pt "A ja żem jej powiedziała...". Uderzyły mnie dwie sprawy, po pierwsze, że jestem jak Nosowska (a zawsze myślałam, że jestem jak Czubaszek, tylko bez parówek, i umiłowania dla telewizji) , i po drugie, że nie jestem jedyną, która cierpi na "syndrom oszusta". Nosowska też na to cierpi. Ucieszyłam się, bo jednak w kupie raźniej. No, i skoro artystka Nosowska cierpi, to ja, zwykły zjadacz chleba ze smalcem, nie mam się czego wstydzić. Syndrom oszusta polega na tym, że jakby cię ludzie nie komplementowali, co by dobrego o tobie nie mówili, to masz poczucie, że okłamujesz tych biedaków, bo wiesz, że prawda jest inna i pewnie zaraz na wierzch wypłynie. Co gorsza, będzie sobie dryfować jak nie powiem co, a wszyscy będą marszczyć nosy przytruci jej fetorem. Pochwalą cię w pracy, natychmiast jesteś załamana, że zaraz pewnie wyjdzie na wierzch, że nie dopisałaś kropki na końcu zdania, w tym emailu z zeszłego miesiąca. Powiedzą, że ładnie wyglądasz, to prawie powód do rozpaczy, bo przecież wiesz, że trzeci paznokieć u lewej nogi masz krzywy!!! Dziecko ci powie, że miało super dzieciństwo, a tobie w głowie pojawia się myśl, o tym jak zapomniałaś go odebrać z przedszkola w 1994 w marcu. Każdy komplement jest powodem do wbijania sobie noża w bebechy, takiego radosnego seppuku ze szczerzeniem zębów. No, bo jednak należy się uśmiechnąć i za dobre słowo podziękować. Jeśli tekst na blogu ma za dużo dobrych komentarzy, to zaczynam trzeć głową o ścianę, bo ja przecież pisać nie umiem, i pewnie ci biedni ludzie zaraz się zorientują, a przy okazji wyjdzie na jaw, że tubkę pasty do zębów zawsze naciskam w środku, i krzywo zakręcam słoiki, nie potrafię parkować, nie potrafię gotować, brakuje mi górnej szóstki...! Jestem ohydnym oszustem. Wierzę jedynie w komplementy przypadkowe, niezamierzone. Taki jak ten otrzymany od pani doktor, którą uraczyłam radosną nowiną, że jest taka opcja, że mogę przechodzić menopauzę. Pani doktor wyglądała na tak wystraszoną, że sama zamarłam w przerażeniu...o jeżu kolczasty, pewnie powie mi teraz jakąś straszliwą tajemnicę, którą matka i ciotki, oraz pisma kobiece przede mną ukrywały. Może kobietom po menopauzie wyrastają penisy? Pani doktor pochyliła się nade mną ze współczuciem i wyszeptała. "Ale dziecko już pani urodziła?" Tak, pani doktor, trzydzieści lat temu.... / I to jest piękny komplement, który kobieta może niechcący od kobiety dostać. (ale pani doktor nie wie, że tuż pod lewym okiem mam prawie zmarszczkę). Są tu jacyś z syndromem oszusta?

Pozdrawim,
Pieprzu, okropnie zapóźniony

niedziela, 15 stycznia 2017

Wilgotna opowieść o ksenomorfach czyli co mam wspólnego z Sigourney Weaver.



Na głowie kwietny ma wianek 
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek 

Kazik

Tak, tak...ten w lustrze to niestety ja. Taka chciałam być w Nowym Roku - kwiatuszki, motylki,baranek przodem, sama dobroć i słodycz. Jeśli ktoś by mnie wkurzył, to pogroziłabym tylko palcem mówiąc - A ty niedobry, ty!  Aplikacja dodała różowej poświaty moim policzkom i walnęła mi kreski, jakich w życiu nie potrafiłabym sobie narysować - miało być romantycznie, a ja miałam zaniechać kopcenia papierochów i skończyć z ubieraniem się na czarno, przestać kląć i przejmować się rzeczami, na które i tak nie mam wpływu.  Ale znowu poległam. Bo czy łatwo być dobrym? No, zapewniam, że jest to sakramencko (jak mawiał wuj Henryk, który był jedynym znanym mi mężczyzną dumnie zakładającym sandały do garnituru)  trudne. Głównie ze względu na bliźnich. 

Krzywdę robią mojej panience 
Opluć chcą ją podli zboczeńcy 
Utopić chcą ją w morzu zawiści 
Paranoicy, podli sadyści 


Do 4 stycznia nawet jakoś mi szło. Unosiłam się na różowych obłokach swojego czaru, jadłam truskawki z bitą śmietaną, piłam sok z marchwi i buraka, pilnowałam, żeby codziennie założyć coś kolorowego, pryskałam się Si Armaniego, używałam różu na policzki, błyszczyka, nosiłam buty na obcasach, codziennie dzwoniłam do mamy i starałam się nie być złośliwa. (bo niestety jestem, jestem złośliwa do kości od wczesnego dzieciństwa - a największą przyjemność czerpię z faktu, że czasem ludzie nie wiedzą, że jestem złośliwa - co czyni mnie makiawelicznie złośliwą i podwójnie winną ). Naprawdę byłam fajna, taka fajna, że mogę przysiąc, że kiedy przechodziłam mimo, to słychać było chóry anielskie i brząkanie na harfie, coś jakby wczesny Vollenweider . A potem wsiadłam do samolotu i poleciałam do pracy. 

Znów widzieli ją z jakimś chłopem 
Znów pojechała do St. Tropez 
Znów męczyła się, Boże drogi 
Znów na jachtach myła podłogi 
Tylko czemu ręce ma białe 
Chciałem zapytać, zapomniałem 
Ciało kłoniąc skinęła dłonią wsparła skroń o skroń 
I znów zapadłem w nią jak w toń 


Już wejście na pokład sprawiło mi pewną przykrość. Odkryłam, że człowiek, którego biodro przylega ściśle do mojego (tanie linie lotnicze sprawiają, że ludzie są bliżej siebie) emituje niezwykle oryginalne miazmaty, coś co przywodziło na myśl określenie - morowe powietrze. Nie, nie był to zwykły, klasyczny fetor. Był to długo leżakowany, mocno wędzony, wielokrotnie moczony w solance smród, który na okoliczność podróży został elegancko odprasowany, wykrochmalony i wielokrotnie złożony pod pachą. Mogłam szybko ocenić jego głęboki, mahoniowy posmak, i wyróżniającą się nutę camemberta,  ponieważ właściciel uniósł ramię w górę i zaczął majdrować przy lampce nad siedzeniem. Zacisnęłam z bólu zęby. Powiało grozą i wystraszonym kozłem, który przez ostatnie pół roku brał kąpiele w oborniku i nacierał się martwym skunksem. 

Moje biedne Armani rozsypało się na poszczególne składniki, zemdlało i wpadło pod siedzenie, widziałam kątem oka jego marny zewłok desperacko próbujący opuścić pokład. Zazdrościłam mu, bo zdążyło się doczołgać do wyjścia i wziąć głęboki oddech. Ja nie. Siedziałam jak sparaliżowana, i bałam się poruszyć, żeby nie spowodować dodatkowego ruchu powietrza. 

Właściciel capów (założę się, że pod jego koszulką mieszkały co najmniej dwa, oba dobrze wypasione) ziewnął i pociągnął nosem. Zabrzmiało to jak oczyszczanie rur kanalizacyjnych i nie wróżyło nic dobrego. Wiercąc się na siedzeniu wyciągnął z kieszeni spodni mizerny kawałek papieru toaletowego, kaszlnął soczyście i dmuchnął w niego z taką siłą, że biedny karteluszek uciekł z piskiem i przykleił się do mojego buta błagając o pomoc. Struchlałam. Tragizm sytuacji podbił fakt, że sąsiad nie zauważył, że to w co chciał smarkać już dawno nie znajduje się w jego rękach. A potem już normalnie, rozłożył dłonie, żeby obejrzeć swoje dzieło...żeby się nie zagłębiać w szczegóły, całą scenę mojej walki o przeżycie, można sobie obejrzeć tutaj:

Jak walczyłam w samolocie



Nie dałam rady i zostałam zainfekowana, wyraźnie czułam, że ksenomorf we mnie zaczął ewoluować! To by wyjaśniało dlaczego miałam problem z dopięciem koszuli.  Dlatego też, mój powrót wyjątkowo uległ przyspieszeniu. 

No, wreszcie doszliśmy do sedna! Kiedy jestem daleko od domu, mój mężczyzna mocno się stara. Wiecie- słodkie teksty, zdjęcia, rysunki, zapewnienia o tym jak bardzo tęskni, i co to nie będę miała jak już wrócę. Takie tam.. figliki. Kiedy oznajmiłam, że wracam wcześniej, prawie pogryzł słuchawkę telefonu z radości i natychmiast wydał nierozsądną sumę pieniędzy na tzw zaopatrzenie. I naprawdę, nie mogę się skarżyć, bo mieszkanie zostało odpowiednio umajone, wszystko co lubię było w zasięgu mojego ukochanego fotela, a gorące potrawy wjeżdżały kolejno na przyjęcie powitalne śpiewając wesoło "Bo do tanga trzeba dwojga". Tak, ale to jest dzień pierwszy. Dzień drugi ma już całkiem inny scenariusz. Nadciąga bowiem proza życia, a w moim wybranku zasypia Romeo, a budzi się kierownik.

Oto ja, (w skowronkach, bo wróciłam do domu) chodzę i śpiewam z tej nierozsądnie rozsadzającej mnie radości, piję ukochaną kawę, zajadam Bielucha, jaśnieję dobrocią i mizdrzę się słodko, tak jak najlepiej potrafię...a przecież jestem ciężko zainfekowana, do kroćset! W moim organizmie zagnieździł się obcy. Czy łatwo być rusałką, skoro gile ciągną się za mną na długości 3 metrów, jestem prawie przygłucha, a oczy mam całkiem kaprawe? A mimo to staram się być tak radosna i uwodzicielska, jak tylko w tych trudnych warunkach mogę. I co otrzymuję w zamian?

Ach, dziewczyna pięknie się stara 
Kosi pieniądz, ma jaguara 
Trudno pracę z miłością zgodzić 
Rzadziej może do mnie przychodzić 
Tylko pyta kryjąc rumieniec 
Czemu patrzę jak potępieniec 
Czemu zgrzytam, kiedy się pyta czy ma ładny biust 
Czemu toczę pianę z ust 


- Gabi czy ty musisz śpiewać od 7 rano? 🙊
- Gabi, czy ty musisz tu palić? 
- Gabi, czy ty musisz łazić w piżamie do 9 rano? To nie jest zachęcające...
- Gabi, nie znoszę tej bluzki, fatalny kolor...czemu sobie takie rzeczy kupujesz
- Gabi, możesz zmienić fryzurę? Lubię jak masz rozpuszczone włosy...
- Gabi, zgaś tego wyjca, nie znoszę tej muzyki...tej też nie...i tej! 
- Gabi, miałaś siedzieć ze mną...wyłaź z tego pokoju...
- Gabi, przestań czytać....popatrz na mnie!👀

I jak ja mogę być dobra? Włożyłam mój maskujący czarny golf, dodałam do tego czarną bieliznę i czarne jak heban spodnie, pstryknęłam zapalniczką i położyłam jęzor na ostrzałce do noży...

Im Westen nichts Neues!
Pieprzu z kłami na wierzchu!

A tu zdjęcie, które jest dowodem mojej chwilowej słodkości:

Jak na nie patrzę to się szczerze wzruszam.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Nowy Rok nastaje, każdemu ochoty dodaje czyli ta sama melodia od lat.





I nastał Nowy Rok. 
Niestety, z powodu prawie pół setki Nowych Roków, w które rzucałam się jak pijany z mostu (bez planu, doświadczenia, z przypadku ale z radosnym "olaboga' na ustach) już wiem, że nie powinnam mieć wysokich oczekiwań. 

Grudzień, styczeń, luty i ciągle ta sama ja. No, jedynie rok starsza (*sic!) to co tu świętować? Kiedy przypomnę sobie te wszystkie imprezy, na których kołysałam się na niebotycznie wysokich szpilkach, marzłam z odkrytym dekoltem i wyłuskiwałam paznokciem brokat z oczu jeszcze 3 stycznia, to na pytanie - Gdzie się bawimy w tym roku?- mam ochotę skoczyć pytającemu do gardła i zanurzyć moje zęby w czerwonej jusze. Jestem skłonna jedynie do posiadówek, bez zbędnej napinki .

A więc, siedzimy, zagryzamy pokarm przygotowany przez Mizię (kochana, zawsze wyglądasz dwa razy bardziej atrakcyjnie, kiedy niesiesz jedzenie) , konwersujemy niespiesznie słuchając Spotify i rzucając okiem na to, jak w Zakopanem, Katowicach czy Warszawie ludzie tłoczą się w kolejce do plastikowych toalet i muszą słuchać beczenia Zenka Martyniuka. (artysty 25-lecia wg Super Ekspresu - tak, tak...czasami kłamię, ale teraz mówię prawdę). Taki Sylwester mam, i tak jest mi dobrze. 

Ostatnie dwa miesiące zajmowało mi martwienie się o własną latorośl, która to o siebie nie martwiła się wcale. Myślę, że to dziecko zostało zamienione, gdzieś w szpitalu, i tylko dorobiono mu pewne fragmenty przypominające rodziców. (główny nacisk położono na brak zamiłowania do porządku i kompletne niezrozumienie słowa - oszczędność). 

Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak dziecko ubogiego artysty (pamiętaj -jeśli bogaty, to nie artysta) i matki, która jeszcze nie wie kim zostanie, kiedy dorośnie, mogło wyrosnąć na człowieka, który tworzy powierzchniową geometrię modelu, projektuje dokumentację płaską i symuluje metodą elementów skończonych coś co ma się unieść w powietrze, i to przed śniadaniem. Na dodatek nie pija kawy, wódki, nie jada słodyczy i żywności przetworzonej. Nie powinniśmy karmić go SONDĄ i GWIEZDNYMI WOJNAMI w dzieciństwie! Błąd! 

No, ale zmierzając do celu - martwiła mnie głównie sprawa przeprowadzki, z miasta A do miasta B. Jeśli wynosisz się jakieś 280 kilometrów na północ, to fajnie byłoby znaleźć najpierw mieszkanie w którym możesz złożyć swoje graty w szafie, kości na łożu, brudy w koszu i strawę w lodówce. Moje dziecko uważa to za niepotrzebną stratę czasu. Skoro pracę w nowym miejscu ma zacząć o godzinie 8.00 1 grudnia, to wyjazd 30 listopada z zapakowanym dobytkiem życia (zdradziecko systematycznie rabowanym z domu rodzinnego - oddawaj sokowirówkę, smarkaczu!) i znalezienie kwatery, wydaje mu się okresem wystarczającym. Rwałam więc włosie z głowy, jęczałam i narzekałam, jak to czynią wszystkie rasowe matki (a przynajmniej udawałam, że to robię). 

- Będziesz sypiał w samochodzie na parkingu, i mył się w chłodnicy albo staczał wieczorną bitwę o karton z bezdomnym! Na dodatek "Winter is coming!!!" nabiał ci wymarznie, uszy się skruszą, nos pokryje sinawym odcieniem!

Na nic. 

Wjechał do stolicy o 13.00, a o 13.40 podpisał umowę na wynajem glanc nowego mieszkanka, takiego co to trzeba jeszcze ze sprzętów styropian wyciągać. Na dodatek 10 minut od swojej pracy. Na dobicie mnie - z miejscem parkingowym. Ta młodzież to ma dobrze, i nic nie wie o życiu. Kiedy nasz znajomy zaprosił nas do swojej nowej kwatery w Warszawie (wczesne lata 90-te), to pamiętam, że zaskoczyło mnie, że poczęstował nas herbatą w przedpokoju. Okazało się, że mieszkanie, to właśnie ten przedpokój. 


Wszystkim cudownego Nowego Roku! 
Postanawiam nie postanawiać. I jeszcze na głowie kwietny mieć wianek...i te motylki. Tak, w tym roku będę czarująca! Tymczasem trenuję.






czwartek, 1 stycznia 2015

Be like water czyli postanowienia na Nowy Rok.



Nowy Rok - nowy start. 
A niby dlaczego? Po środzie nastąpił czwartek, woda w kranie jak śmierdziała chlorem tak śmierdzi, kurz na półkach sam się nie wytarł, Złamałam paznokcia, a on od wczoraj wcale nie odrósł, palec jak bolał tak boli. 

Nie lubię Sylwestra. Głównie dlatego, że wszystkie Sylwestry jakie przeżyłam sprowadzały się do totalnej katastrofy, jakieś zapętlone ciała na podłodze, niezidentyfikowane substancje na ścianach i odpływach wanny, wyjce kuchenne, uliczne i bagienne, krawaty w sałatce, sałatka w krawatach, spływający makijaż, zmarznięte kolana i inne nieprzyjemności. I wcale nie chodzi mi o to, że martwi mnie przybywająca liczba lat, martwi mnie to, że znowu trzeba sobie coś obiecać. A ja obiecałam sobie już w sierpniu, i kurczowo się tego trzymam. 

Większość noworocznych postanowień jest nudna do bólu - schudnąć, rzucić palenie, nauczyć się niemieckiego, zapisać na kurs tańca, wyleczyć jedynki itp. Dlaczego nie sięgamy gwiazd? O ileż ciekawiej wyglądałaby taka lista:

1. Wybrać kolor nowego Jaguara.
2. Umówić się na kolację z Bradem Pittem.
3. Odebrać pierścionek zaręczynowy od Cartiera
4. Zjeść kolację na Spitsbergenie. 
5. Nauczyć się robić szpagat. 

A u nas tylko dieta kapuściana, dentysta, dietetyk i same problemy. 
Dlatego moje sierpniowe układy ze mną samą wyglądały całkiem inaczej:


1. Kochaj!
2. Pozwól się kochać!
3. Naucz się mówić "nie". Nie mów "tak" gdy myślisz NIE NIE NIE! Do cholery, nie!
4. Nie sprawiaj innym przyjemności własnym kosztem.
5. Lśnij. 
6. Wstawaj i walcz! Czyli w skrócie - od 7.00 rano wyglądaj jak milion dolarów (albo chociaż dwadzieścia funtów). 

Z resztą dałam sobie spokój, bo jak powiedział Woody Allen "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość.

Najważniejsze - świetnie mi idzie! Czego wszystkim życzę:)



piątek, 3 stycznia 2014

2013




Trzeba zacząć od tego, że rok był paskudny. Pierwsze jego pół to pogrom w mojej rodzinie. Dobrze, że jeszcze nas trochę zostało i jest komu dobrze życzyć na Święta. Po drugie sypnął mi się mąż, i taki sypiący się leżał na kanapie i głównie cierpiał. Cierpiałam razem z nim bo wnoszenie zakupów należy teraz do mnie. A 10 kg wory karmy to nie jakaś tam pestka tylko poważne zadanie dla kręgosłupa. To było złe, bardzo złe. Co było dobre?

Kolejność nieważna:
Po pierwsze moja praca i płaca oraz wszystkie pyszności, którymi mnie tam w tym roku częstowano, które specjalnie dla mnie gotowano i pieczono..


Chociaż czasami przychodziło mi zmierzyć się z czymś takim!


Po drugie moje dziecko.

Po trzecie ludzie, których poznałam.

Po czwarte blogi, które wpadły do mnie w tym roku i stały się ważne, a ich właścicielki szczerze polubiłam, tu również w kolejności przypadkowej:
1.  Kaczka. No, Kaczka. Nie mam słów. Już dawno nic mnie tak nie bawiło jak jej posty, na dodatek na temat, którego normalnie nie znoszę: dzieci.

2. Pandemonia i jej blog Skorpion w rosole
Cudowny humor, inteligencja i liryczność, a jakie ilustracje W ogóle fajna laska(tylko jej dysk trzaska) :)

3. Inwentaryzacja Krotochwil omnipotencja
Nie wiem skąd czerpie pomysły na swoje posty ale zawsze czytam je z OGROMNYM zainteresowaniem.

Cieszę się, że starzy, wysłużeni blogowicze w większości pozostali na miejscu i będąc w dalekich krajach mogę się pocieszać ich tekstami. Dziękuję tym co czytają i nie zostawiają komentarzy, a po stokroć dziękuję tym co zostawią chociaż słówko.

Post, który najlepiej oddał moje uczucia co do tego roku to:
A taki, który mnie samą rozbawił kiedy go pisałam:


Cieszę się, że w starym roku mogłam odnaleźć coś dla pokrzepienia serc i czasem siebie i jeszcze kogoś rozbawić. Dzięki temu wszystkiemu terapeuta był mi zbędny.
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!

Głosującym dziękuję, nie przypuszczałam, że tyle głosów nazbieram, w skromności swojej liczyłam na 3...no, może 10:) A głosowanie wciąż trwa, aż do północy w sobotę" 



niedziela, 3 marca 2013

Długość życia teściowej zależy od warunków występowania, jednak zawsze żyje za długo czyli tylko Chuck Norris potrafi podnieść krzesło, na którym siedzi.


To był jeden z tych leniwych dni pomiędzy Świętami a Nowym Rokiem, kiedy człowiek oddaje się przybyszewskiej rui i porubstwu , żywi się resztkami z lodówki i wciąż jeszcze ogląda prezenty. Niespieszny czas piżamowych poranków, śniegu za oknem, ciepłych kaloryferów, herbaty z malinami i dobrej lektury.

I  w taki własnie dzień, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość " ONA PRZYJEŻDŻA". Te one nawiedzały mój dom systematycznie od jakiegoś czasu nie krzywdząc nikogo, kryjąc się nieco po zakurzonych kątach mieszkania i szybko uciekając po schodach na górę do pieczary kawalera. Bez prezentacji obyć się oczywiście nie mogło bo żeby wejść na gorę trzeba przejść przez salon,. a żeby dojść do łazienki należy zwizytować kuchnię. Mój dom, jak widać, należy do tych bardzo stresujących dla młodzieży płci obojga. Przyjazd TEJ ONEJ był jednak czymś więcej, miał potrwać kilka dni - a to oznacza dzielenie łazienki, kuchni, salonu, talerza i dziecka. 

Cóż było robić, zzułam piżamę, wciągnęłam flagę na maszt i zapędziłam się do pracy - wymiatałam, ścierałam, myłam i szorowałam. Psy siedziały nerwowo na psich półdupkach ze zwieszonymi głowami, wiedziały, że po takim krzątaniu czeka ich wyczesywanie, i mycie wszystkich wilgotnych okolic ciała. ( co pies uwielbia, a czego suka nienawidzi jak kotów sąsiada). Wyczesałam siebie i męża, który natychmiast pomknął do kuchni w podskokach aby przy dźwiękach klasycznego rzępolenia tworzyć bigos nadobny i inne domowe przysmaki. Podskoki i radość się w nim tląca wynikały z tego, że zostało nam powiedziane, iż  kandydatka należy do kategorii hard -mocarz i nawet golonka jej nie dziwna. Po wysublimowanych miłośniczkach sushi, wegetariańskich króliczkach, odchudzających się lotniarkach, wreszcie doczekaliśmy się dziewczyny z krwi i kości. 

Teraz przyszło jeszcze opracować taktykę - powitać kandydatkę można wszak na kilka sposobów.

1. Na damę - Stoję w przedpokoju i przyglądam się spojrzeniem ciągłym i taksującym, po minucie cedzę - wiiiitam i podaję dłoń do ucałowania. Z góry ustalam wtedy hierarchię w stadzie i później jedynie pilnuję zdobytych przyczółków, wzdychając od czasu do czasu na temat partii, które przechodzą kandydatowi koło nosa.

2. Na słodko-jadowicie - Rzucam się z całusami i szczebioczę  - "ooo jaka ładna dziewczynka, a mówiłeś, że jest szczuplejsza/młodsza//wyższa" - kawaler i tak nie zauważy jadu, a kandydatka będzie wiedziała, że wojna została rozpoczęta i łatwo ze schodów na górę zepchnąć się nie dam. 

3. Metoda naturalna - "cześć i czołem - czuj się jak u siebie, bierz co chcesz i sobie nie żałuj" - tym samym oddaje pole do działania kandydatce - może się wykazać.  

4. Metoda na zimno - udaję, że nie zauważyłam, że ktoś przyszedł, oderwana od zajęć wydaję się nieprzytomna, przez następne dni konsekwentnie nie zauważam kandydatki podając jedzenie tylko kawalerowi, zwracając  się jedynie do niego, i myląc jej imię z poprzednimi kandydatkami - dobre do zniechęcania takich, które się jeszcze nie zakotwiczyły na stałe. Ryzykowne jeśli dziecko się zaangażowało. 

Oczywiście metod jest dużo więcej. Zachęcam do kreatywności i wypracowania swoich własnych. Metoda pierwsza została użyta wobec mnie w czasie pierwszej wizytacji domu przyszłego małżonka, było hardcorowo-  bazyliszek nie zginął od spojrzenia w lustro, jestem pewna, że zginął od spojrzenia mojej teściowej -   i tak zostało do dziś bo teściowa jest uzbrojona i nie waha się użyć całej amunicji w razie buntu. 


Wybraliśmy metodę 3. Oddałam pole i zostałam obdarowana misą pierogów ruskich domowej roboty (znaczy progenitura z głodu nie umrze), swojska kiełbasa i masłem RĘCZNIE ZROBIONYM. Było miło na tyle, że ucięłyśmy sobie pogawędkę przy wspólnym myciu i wycieraniu talerzy - naturalnie, niespiesznie, z humorem. (teraz przyszło mi do głowy, że kandydatka tez pewnie użyła wobec mnie jednej ze znanych metod - przynęcania na pieroga. Dałam się złapać!)

Martwi mnie tylko, że głównym tematem zakochanych była cewka tesli i wał napędowy. No, chyba że jestem już tak stara, że nie rozumiem....
A u góry MY W OCZEKIWANIU NA PREZENTACJĘ. 

środa, 20 lutego 2013

Czemu, ach..czemu..garbate karzełki sikają mi do mleka???


Powykręcałam Mrożka w tytule. Mam nadzieję, że Mrożek wybaczy. 

Rok był niedobry, kończył się fatalnie. Miałam nadzieję na lepsze jutro. Los miał jednak inne plany na moje życie. Nowy Rok rozpoczął się cmentarnie. Do lutego 3 pogrzeby i hiobowe wieści o zgonach kilku znajomych osób. Atmosfera zagęściła się tak bardzo, że zaczęła przypominać krem. Zaczęłam się bać wstawać rankiem. Zamiast "zobacz no, zobacz no, czyje-czyje imieniny dzisiaj są?" już od świtu w moje ucho wpadało" a wiesz ty kochana kto nie żyje rym-cim-cim-cim-cza-cza-cza?". Po czarnej serii - przelot asteroidy, eksplozja meteorytu w Chabarowsku, brzoza o znamiennej wysokości 666, abdykacja papieża, piorun walący w Bazylikę św. Piotra nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Zdziwiłam się jedynie, że wszystkie te wydarzenia nie miały miejsca w moim ogródku. 

Odkąd egzystencjaliści odkryli, 
że człowiek umiera, już trudno nas czymkolwiek zaskoczyć.

Jeśli ktoś uważa, że śmierć jest końcem wszystkiego to jest w błędzie. Śmierć, moi najmilsi, jest początkiem długiego, bolesnego i skomplikowanego procesu nazywanego ostatnim pożegnaniem. Ja na wszelki wypadek przygotowałam już eleganckie pudełko po butach, w które przyszłości zsypie mnie prosto z przydomowego grilla najbliższa rodzina,  w wielkiej tajemnicy przed rodziną dalszą, zachowując w sekrecie zarówno miejsce mojego pochówku jak i fakt samego zgonu. To uchroni tych, którzy zostają przed wizytą garbatych karzełków, huby tego świata. 

Garbate gargulce zaczynają się gromadzić w ten sam dzień, w którym koścista, zakapturzona postać zastuka w nasze drzwi. Gromadzą się, kręcą szpiczastymi noskami i zaczynają całkiem niewinnie od zadawania pytań - a co się stało, a przecież wczoraj jeszcze żyła (no, popatrz pani!), a ja go tydzień temu widziałam na ulicy, chodził!, a ciocia tak dobrze wyglądała i tak nagle umarła?A córka mówiła, że mama rosół zjadła w niedzielę!Z kluseczkami! No, być nie może? Może to ten rosół tak..? Jak to tak?Żartuje pani? (haha...no jasne! taka ze mnie turpistyczna-psotnica - okrutnica! ) A babcia długo chorowała? A ile miała lat? Aaaa...no, to już..tak, tak...(już co? już czas?) Dziwią się niesłychanie  jakby pośród ludzkiej rasy powszechne było noszenie daty swojej śmierci wypisanej na czole, tak żeby każdy mógł się na to spokojnie przygotować, kupić czarne buciki i uzbierać na wieniec. A ci złośliwcy, tak nagle trrrach, bez zapowiedzi!Ludzie to są! 

Jest też frakcja garbato-paranormalna. "Wiedziałam, że coś się stało bo rano mnie noga swędziała pod kolanem, a to u mnie zawsze oznacza śmierć w rodzinie.( jeśli wdepnie w pokrzywę zginą narody). "A mnie nagle obrazek ze ściany spadł, ten co mi go wujcio podarował. I masz...zaraz ciocia dzwoni, że wujcio umarł"( i zaraz po śmierci, zamiast jak na szanowanego nieboszczyka przystało, podążać posuwiście, ruchem dostojnie przyspieszonym w stronę światła, wujcio w te pędy zmaterializował się u niej w przedpokoju, żeby bohomaza zrzucić z gwoździa ). 

Następnie nadciąga fala karzełków - wujków -dobra-rada, które muszą podzielić się z nami mądrością tego świata  i ulać nam nieco piekącego płynu z czary własnego doświadczenia - gdzie, jak, w jakim obrządku, ubraniu, przy jakiej muzyce/bez muzyki należy dokonać pogrzebania drogich nam zwłok. Tam chowacie? A po co? A z kim będzie leżeć? To niedobrze. Nie do pary. A koło kogo?Fatalnie.Nie lubili się. A na kim? Niedobry pomysł. A kto będzie leżał na niej? Hmmm.. A nie lepiej tu? Tu bliżej, tam dalej. Palicie? Zakopujecie? Mumifikujecie na zimno/gorąco? 

Trzecia fala przychodzi po pogrzebie. Jest to najgroźniejsza fala karzełków, najgroźniejsza bo działa podstępnie, po cichu i zza węgła! Ta własnie sika do mleka nastawionego na kwaśne. Nagle dowiadujemy się przez osoby trzecie, że ciocia Hela na stypie nie była bo jak zobaczyła, że prochy drogiej siostry spoczywają w urnie, a nie w trumnie to nie mogła dojść do siebie, na stypę i do domu. Nawet to, że droga siostra życzyła sobie takiego zakończenia swej ziemskiej wędrówki do niej nie przemawia. Noga jej na cmentarzu i u tej wyzbytej moralności rodziny więcej nie postanie. I super. Ciocię Helę mamy z głowy na kilka lat. 

Potem wujek Hektor zastanawia się na głos gdzie też zmarła ciocia swoje klejnoty trzymała bo szukają, szukają i znaleźć nie mogą. Kto to ją odwiedzał ostatnio? A ty chyba! A nie zabrałaś przez pomyłkę? (można przecież łatwo pomylić pierścionek z brylantem z fasolą typu jaś, starym biletem, zepsutym budzikiem ). Wujka Hektora wykreślamy. Na końcu dochodzi do nas, że stypa była w nieodpowiednim miejscu, rosół ze ścierek gotowany, makaron za chudy, my za mało płakaliśmy, inni za dużo. Ten przyniósł taki mały bukiet, a ci przytaszczyli wieniec jak snop słomy żeby się lansować.(cmentarni celebryci, psiakrew!)

I kiedy myślimy, że wszystko już za nami, że cały ten tłum pójdzie sobie w diabły i wreszcie będzie cisza...okazuje się, że płonne nadzieje nasze. Nasi drodzy zmarli nie są tam gdzie ich zostawiliśmy. Okazuje się, że zamiast spoczywać w spokoju, wypełzają podstępnie spod sterty świeżych jeszcze wieńców, bukietów, wstążek z napisem :ostatnie pożegnanie: i urządzają sobie wędrówki po całym kraju stukając, pukając, szurając, ukazując się z nagła i bez ostrzeżenia na kredensie, przy fajansie, za paprotką, na balkonie, przy biurku, w łazience...a karzełki musza natychmiast złapać za telefon i zadzwonić z wielką nowiną/pretensją, że nasz drogi wuj/ciocia/babcia/ojciec spać im nie daje. 

Siedzę na progu, a w ręku mam kij sękaty. Czekam na garbate karzełki. Słyszę, że nadciągają czwórkami, śpiewając:

Gdy ktoś zbłądzi, to trąbimy,
Trututu, trututu,
Gdy ktoś senny, to uśpimy,
Lulu lulu lu,
Gdy ktoś skrzywdzi krasnoludka,
Ajajaj, ajajaj,
To zapłacze niezabudka,
Uuuuu. 

Wyprostuję im plecki, oj...wyprostuję....ale przed nasikaniem im do mleka wstrzymam się z godnościOM osobistOM. 



sobota, 4 lutego 2012

Gdy zima mocno rzeki lodem ścina, wiele ciężarnych ma w ten rok syna.


Zima co? No, zima. Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima to musi być zimno!Czekam z utęsknieniem na roztopy!W tym roku chciałabym:

1. Żeby obrodziły wiśnie u rodziców i żeby moi sąsiedzi znowu obdarowali mnie wielkim wiadrem tego przysmaku. (wiadro z plastiku koloru czerwonego)
2. Żebym obejrzała dwa filmy: Edgar Allan Poe:The Raven i Hobbit.
3. Żebym zakończyła moją pracę dyplomową(której nienawidzę obecnie z całego serca), u pani profesor zwanej powszechnie "małym Adolfem".
4. Żebym przetrwała 12 tygodni zajęć na uczelni - w tym 7 weekendów po rząd, i 90 godzin zajęć z okrutną panią Li.
5.Żeby wszyscy byli zdrowi, nie gadali głupot, i częściej się uśmiechali.

WIosno! Nadchodz! Jestem gotowa!

sobota, 31 grudnia 2011

Gdy Nowy Rok mglisty – zjedzą kapustę glisty.



Żegnamy 2011 - witamy 2012!
Żegnamy Rok Królika - Witamy Rok Smoka!
Niech się wszyscy weselą, i mają nadzieję, że ten który przyjdzie będzie lepszy!
Wszystkiego dobrego!
Pieprzu w biegu

wtorek, 27 grudnia 2011

Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady.


Poświątecznie:
Żeby nie podczepiać sie pod cudzą twórczość dementi składam - oczywiście nie moją ręką wykonane jest dzieło świąteczne ale drogą mi dłonią Pana Pieprza. Moje własne dzieło wyglądało tak jak poniżej. A efekt końcowy to praca wspólna.
Na moim rysunku niektórzy maja naprawdę ciekawy wygląd, dlatego postanowiłam zamieścić oryginał. Tutaj to dopiero ciężko się znaleźć, prawda?
Pozdrawiam
Pieprzu

piątek, 23 grudnia 2011

Człowieku nie irytuj się! Wytęż wzrok i dojrzyj siebie w świątecznym nastroju! Czyli ZAGADKA ŚWIĄTECZNA dla małych i dużych.



Święta, Święta i zaraz będzie po Świętach. Tymczasem jednak weselmy się razem, zatańczmy dookoła choinki, rozpakujmy prezenty. Wraz z najserdeczniejszymi życzeniami dla wszystkich wspaniałych blogowiczów, którzy piszą, czytają, komentują i nie – dedykuję moją mocno świąteczną zagadkę pod wdzięcznym tytułem „ Gdzie jesteś i czy dobrze się bawisz?”. Znajdź siebie, zgadnij kto jest kim! Dla wygranego poświąteczna nagroda!

Z góry przepraszam, że kilka osób pominęłam. Wynikało to z jałowego biegu mojego umysłu, i zamianą słowa na obraz - nie potrafiłam przelać wizji na pędzel i na papier. i UPRASZA SIĘ PAMIĘTAĆ,że narysowane postacie to tylko nosiciele pewnych cech:)

Ściskam serdecznie
Czarny Pieprz-Wieprz

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołe Święta, niech troski idą precz.



Wreszcie jest czas na wyciszenie, niech nic nie zakłóca szelestu przy rozpakowywaniu prezentów, niech jadło się mnoży, napitki leją z umiarem. A w worku dziś przynoszę, w kolejności dowolnej wg zerkania na prawą stronę:

Magencie - żeby na książki od Ciebie księgarnie zapisywały się z półrocznym wyprzedzeniem! I żeby tiry czekały pod wydawnictwem jak kiedys u nas pod kopalniami.
Marzyni - żeby się wyprostowało, wyprasowało i zacerowało, a nigdy nie kwaśniało.
Anastazji i Kapibarze Jednej - szczęśliwych powrotów z podróży!
Madmanowi - żeby podpisał kontrakt na 12 tomową powieść science - fiction, i sprzedał drogo prawa do jej sfilmowania. A za zarobione pieniądze nabył droga kupna wysadzany diamentami, samoczyszczący się kibelek.
Stardust - niech z Twojego humoru nigdy nie zrobi się zakalec!
Nivejce - własnego kierowcy - mechanika, i żeby stała się "nową Grocholą" bo starej znieść nie mogę. (przepraszam)
Riverman - Tobie chęci do dalszych poszukiwań i inspirowania nas nowymi dzwiękami.
Margo - zostania Mickiewiczem z głosem Viletty Villas. Buźka!
Iw - byle tak dalej, bo jak mi się wydaje rok nie był zły:)
Magdzie - żeby dalej jej się chciało, i żeby pisała więcej, no i żeby szafki pokazały sie z najlepszej strony
Beatta - dużo radości w zamianie psa na kota i dobrego aparatu fotograficznego, żeby dalej mnie wkurzać i doprowadzać do spaqzmów.
OLQA - żeby młodzież szła do przodu i jako wspaniale zarabiający inżynier wspierała na starość przytulisko i matczyne kaprysy.
Antares - żeby pozostała tak cudowna jaka jest i dalej wyglądała tak zabójczo kobieco.
Kaprysi - żeby filc się dobrze filcował, a Mrautak tył i mruczał z zadowolenia
Kaś - żeby na następny rok pokazała nam jak udekorowała własne, właśniuteńkie cztery kąty
El no chyba zatrudnienia w National Geografic na stanowisku głównego fotografa.
Hannie - spełnienia marzeń : samych wypasionych mrozniaków i hotelu Ritz
Aga - bezbolesnych narodzin czcigodnego kamienia i dobrego humoru.
Malinkonia - cóż, jednak dalszej obserwacji Komendanta. Warto, oj warto...
Iwa - zdrowia dla wszyskich
Mocie - sukcesu we wszystkich projektach.
Gosi - no....chyba ślubnego kobierca:)
Dużej Małej Mi - zdrowia i więcej pogody ducha!
CałaJa - szczęśliwego rozwiązania...
Ivon - żeby nabrała chęci, ona wie na co!
Agnicy no...chyba już i tak ma fajnie mieszkając w pięknych okolicznościach przyrody, a więc...śniegu!!!
Dla wszystkich blogowych znajomych, których nie udało mi się poznać na tyle, żeby złożyć im bardziej osobiste lub lekko złośliwe(ale zawsze gorące) życzenia - WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!!

niedziela, 5 grudnia 2010

Jeden bałwan zimy nie czyni czyli Zima jest piękna do pewnego stopnia... Celsjusza



Zima, zima, zima...pada, pada śnieg. Super! Wreszcie skończyło się piekielnie prażące lato i zaczął okres dobroczynnego chłodu. Z uśmiechem na ustach wstawałam każdego dnia, wypatrując gwiazdek tańczących na wietrze. Jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz...ale może już jutro!

Dzień 1
I nadszedł długo wyczekiwany biały poranek. Gorąca kawka, dobre śniadanie,zbiegam tańcząc ze schodów, łopata w dłoń i pierwsze odśnieżanie. Ach jak wspaniale. Psy biegają po puchowej pierzynce, robię orła na śniegu i lepię pierwszą kulkę śniegową. Świat w zimie jest piękny.

Dzień 2
Przez noc dosypało nieco śniegu. Kawa, śniadanie, psy, łopata. Śnieg tak pięknie się skrzy. Sprzątanie po psach nieco utrudnione, bo śmierdząca materia zapada się w śnieg. Psy szczekają i podczas odśnieżania gryzą mnie w tyłek. Nawet mnie to śmieszy. Gonię je z łopatą i przewracam się w śniegowy pył. Trochę zimy dostaje mi się pod koszulę. Śnieg jest zimny.Wieczorem lepimy bałwana.

Dzień 3
Temperatura spadła. Jadę do pracy ciesząc się, że śnieg będzie dopiero w nocy i zdążę wrócić zanim zasypie wszystkie drogi. Na ulicach mniej samochodów, mniej korków. Zima ma wiele dobrych stron. Śnieżyca zerwała się o 16.00. O 21 odśnieżam samochód, drzwi auta otwierają się z głośnym cmoknięciem. Samochód rzęzi, mróz dostaje mi się pod spodnie, do butów i we wszelkie możliwe otwory. Po godzinie zabiegów auto rusza i natychmiast wpadam w pierwszy poślizg, a potem jeszcze jeden, i następny. Jadę 30-stką. Dłonie mam zaciśnięte na kierownicy, zęby zagryzione i zaraz mi się chce siusiu. Na zewnątrz - 100 i świszczący wicher. Śpiewam piosenkę o lecie i płaczę. Łzy zamarzają mi na policzkach. Po 1,5 godzinnej jeździe docieram do domu i nie jestem w stanie wysiąść z auta. Wysiadam i natychmiast się przewracam. Z torbą na plecach, na czworakach wspinam się po schodach.Sąsiad z psem mnie obserwuje. Zima jest do niczego.Psy niech same sobie idą na wieczorny spacer.

Dzień 4
Wychodzę w poranny mróz.Za pomocą małego kilofa odkuwam z kostki brukowej to co psy tam zostawiły wieczorem. Kopy śniegu dookoła ogrodzenia maja już 70 cm, obawiam się że czworonogi użyją ich jako trampoliny do nowego, wolnego życia. Samochód się do mnie nie odzywa. Postanawiam jechać dziś do pracy taksówką. Taksówkarz wpada w poślizg kilkukrotnie, kończymy w zaspie. Katowice zablokowane z powodu wypadku. Katastrofa.Chyba kupię czapkę.

Dzień 5
Siedzę w domu i obserwuję prognozy pogody - na przyszły tydzień zapowiadają śnieg. Codziennie. Zastanawiam się czy dałoby się zawiesić życie na kilka dni na kołku? Tak...do pierwszych roztopów? Dla dobicia się czytam skandynawski kryminał.


Na obrazku Obłędny Rycerz:)
Wiadomość specjalna dla Magenty w tematyce lotów kosmicznych : dziecko w chwili wolnej od zakuwania matematyki zrobiło matce przyjemność i zdobyło drugie miejsce w konkursie na esej o tematyce: Astronautyka w najbliższej dekadzie. Dostanie jeden z takich kąsków:
Tourists In Space, A Practical Guide - Erik Seedhouse
The Story of Manned Space Stations, An Introduction - Philip Baker
Apollo Through The Eyes Of The Astronauts - praca zbiorowa z udziałem prof. Stephena Hawkinga
A nagroda przyjdzie do domu. Już mlaskam jęzorem:)