Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 października 2013

Słyszałem, że świat jest piękny” - rzekł niewidomy. „Podobno” - odpowiedział widzący czyli Czy jeżeli ludożerca je nożem i widelcem - to postęp?






Myśli całkiem nieposegregowane. 

Po pierwsze - zaczynam mieć kłopoty z ogarnianiem współczesności. Na plecach czuję imperatyw pokazywania różnych części ciała, wszem i wobec. 

Zaczęło się od Pietrasińskiej. 
-Wiesz kochanie, że Pietrasińska pokazała waginę?"- zapytałam niewinnie męża przy kolacji?
Mało się nie udławił kawałkiem kurczaka w ziołach prowansalskich, przełknął, zakaszlał i zapytał:
- Kto to jest do stu tysięcy diabłów Pietrasińska?
- Nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i zasromałam się nieco- ale wszędzie piszą, że pokazała.I zademonstrowałam rzeczoną na przenośnym urządzeniu wielofunkcyjnym, na dodatek w powiększeniu.
- ???? - zdziwił się wydatnie i zaczął rzucać biednym tabletem na boki, żeby zrozumieć co takiego znalazło się na zdjęciu. - Oooo! Przeciez to...O! - i nawet się uśmiechnął.
- Nie ciesz się tak, najnowsze doniesienia mówią, że "Pietrasińska je ciastko i nie pokazuje waginy". 
Wyrażnie stracił zainteresowanie dla sprawy.

Ale słowo pietrasińska zyskało u nas nowe znaczenie....

Drugim najczęściej pojawiającym się tytułem było Miley Cirus liże  - młotek, puszkę, poduszkę, swojego buta, szczotkę do włosów, krzesło, mrożonego halibuta, kosz na śmieci, lampę, strugaczkę do ołówków, auto, kota, rękę ojca itp. itd. Nie wiem kto to jest Miley Cirus ale stanowczo powinno się ją powstrzymać bo to cholernie niezdrowe. 

Maryla Rodowicz pokazała sutki. No....Marylę też należy powstrzymać. Stanowczo!


Po drugie dokonałam uszczerbku na sprzęcie domowym. Czytając najnowsza pozycję Yrsy postanowiłam uprzyjemnić sobie czas kawałkiem cheddara. Skoczyłam więc raźno, \rączo, cwałem i chyżo do lodówki i otworzyłam dziarsko drzwi, żeby dokonać mordu na nowym kawałku. Szarpnęłam drzwi i wyrwałam je z zawiasami. Przez dwa dni wstawialiśmy drzwi na dopych i zaglądaliśmy do środka przez szparę z boku. W środku ktoś czasem zapalał światło, a czasem gasił. Dziwno i straszno. Z lodówką pożegnaliśmy się na zawsze. 

Po trzecie moje krzywe widzenie świata kiedyś mnie zgubi.
Pielęgniarka weszła do domu, prowadząc ze sobą smukłego, młodego mężczyznę w ciemnych okularach.
Przyszłam w sprawie takiej to a takiej -powiedziała - a to jest hiszpański doktor - dodała i na tym zakończyła prezentację. Hiszpański doktor stał w kąciku i cichcem łypał dookoła, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. I stał tak sobie w kątku, milczący, smutny i całkiem bezużyteczny. Popatrzyłam na niego i zaczęłam się śmiać. Niestety, nie skończyło się to na zwykłym hihihi, śmiałam się tak, że musiałam usiąść a w środku mnie coś piszczało okrutnie.Wyobraziłam sobie jak to wizytuje nas następnym razem "A to jest clown Coco", "A to jest grecki wyciskacz serów", "A to jest rolnik znad Sekwany", "A to Stanisław Bzdyl ze Świętochłowic". 
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Po czwarte i najważniejsze - - werrrble...tak, własnie minęło 25 lat od momentu powiedzenia sakramentalnego TAK. Nadal nikt się nie wycofał, co uważam za nasz osobisty sukces. Bo:
Nikt na świecie nie wkurza mnie tak jak mój Pan Pieprz. 

Po pierwsze jest niesamowitym śpiochem. Matko! Godzina jedenasta to dla niego wciąż poranek. Przez lata można mnie było znaleźć klęczącą u jego łóżka i błagającą o to żeby zaszczycił mieszkanie swoją obecnością.

Po drugie nigdy w życiu nie zrozumiem jego zamiłowania do programów rolniczych - żywienie trzody chlewnej, zbiór z hektara buraka, doniesienia na temat herbicydów i pestycydów. Ja nie żartuję! Nie wyjdzie z domu bez obejrzenia Agrobiznesu.

Po trzecie jeszcze nigdy nie wyszedł z domu bez wrócenia z powrotem przynajmniej dwa razy. O ile dobrze pamiętam - maksimum to 5 razy:)

Bo tak wkurzająco przygotowuje się do snu - kąpiel, trzepanie poduszki, przygotowywanie szklanek z napojami, nocna przekąska, ustawienie komputera na odpowiednim filmie dokumentalnym, trzepanie kołdry, i łażenie do kuchni i z powrotem po 10 razy. 

Po czwarte farby, kawałki blejtramów ( czy ktoś pamięta gdzie wbiłam sobie taki kawałek pewnego poranka- a wbiłam, oj wbiłam) ( http://czarnypieprz.blogspot.com/2010/01/spojrz-w-gab-duszy-mej-albo.html ) , papiery, śmierdziele, śmierdziuchy i inne lepkie substancje, które rozlewa dookoła.

A po piąte przez dziesiąte - ma ochotę mną rządzić. Co ja mówię! Ma ochotę rządzić całym światem dookoła, jest napakowany testosteronem i staram się, żeby się nie zdenerwował gdzieś przy ludziach bo jest jak lawina. W dawnych czasach zarobił za to nożem. Wszystko wie najlepiej, wszystko już widział, o wszystkim słyszał i nie znosi jeśli kogoś przy nim chwalę.

Ale:
Po pierwsze - pozwala mi trzymać psy, chociaż sam mógłby się z radością bez nich obejść, opiekuje się nimi kiedy mnie nie ma, sprząta po nich kupska, kąpie je, karmi, jeździ do weterynarza.

Mimo, że lubi spać to on wstawał i zawoził naszego syna do przedszkola i do szkoły, żebym ja mogła przewracać się w ciepłej pościeli i czekać na świeże bułeczki. Wiedział, że wywiadówki doprowadzają mnie do szału, więc wziął te sprawy na siebie.

W czasach ciężkich szył dla mnie sukienki, bluzki, spódnice, kurtki, a nawet seksowną bieliznę. Farbował mi też włosy i dwa razy mnie obcinał. 

Gotuje dla mnie, to co lubię.To on robi w domu kawki, herbatki i przynosi mi na biurko (nawet teraz dostałam własnie gorący i parujący napój).

Kiedy zachciało mi się studiować, co rano w sobotę i niedzielę wiózł mnie na uczelnię "Bo ja tam nie mam gdzie zaparkoooowaaać", bez względu na pogodę i porę roku.

Bo kiedy wracam do domu po dwóch tygodniach to czeka na mnie obiad, mimo że zasiadamy do niego o 1 nad ranem, a lodówka jest wypełniona tym co lubię.

Bo kiedy mnie nie ma roztacza opiekę nad moja mamą i był ogromną podporą dla niej po śmierci mojego taty, był tez z nim bliżej niż ja. To on woził go na badania, rozmawiał z lekarzami, stał w kolejkach, kłócił się dzwonił, jeździł. 

Bo nie przejdzie obojętnie jeśli gdzies komuś dzieje się krzywda, nawet jeśli może to być dla niego niebezpieczne.

Bo kiedy tak włożę mu ręce pod kurtkę i tak się przytulę, to cały świat mam...no, wiadomo gdzie!







sobota, 17 listopada 2012

Nel blu dipinto di blu i na herbatce u Królowej czyli jak chciałam się oświadczyć ale sie wstrzymałam.


Ponieważ pokochałam już torbę, postanowiłam pokochać ją jeszcze mocniej i zaopatrzyłam się w Tablet. Miał on spowodować, że moje życie stanie się lżejsze. Faktycznie tak jest, mogłabym zacząć rozpisywać się nad jego zaletami ale ponieważ żyjemy w XXI wieku i nadal nie zgłosiła się do mnie firma Samsung z prośbą o tekst pochwalny, poprzestanę na tym, że jest cool - nigdy nie miałam bardziej funkcjonalnego urządzenia.
Niestety, ma też poważną wadę - kiepsko nadaje się do pisania na stronach, a pisanie bloga to katusze i zgrzytanie zębami. Klawiatura zasłania napisany tekst i pisze się po omacku. Porzuciłam więc pisanie na wyjeździe i stąd ogromna przerwa (jeśli ktoś wie jak sobie poradzić z klawiatura i pisaniem na stronach to bardzo prosze o poradę), ci którzy maja mnie dodana na Facebooku wiedzą, że żyję bo umieszczam tam zdjęcia i inne takie - owakie. 

Reaktywuje tym samym mój drugi blog http://zperspektywykrotkichnozek.blogspot.com/ (z tego logu wystarczy nacisnąć świnkę w chlewiku po prawej) żeby móc wrzucac tam zdjęcia, krótkie komentarze, teksty z podrózy o ograniczonej liczbie zdań. Zapraszam - komentarze sprawią mi przyjemnośc bo na obczyźnie tęsknię za przyjaznym słowem, wymiana zdań w języku ojczysytym. Tutaj natomiast zamierzam dokończyć niedokończone, co wkrótce nastąpi. Teraz jednak do rzeczy.

Było zabawnie. 20 dni spędziłam w miejscowości Didcot, niedaleko Oxfordu. Przy okazji nauczyłam się podstaw włoskiego (zastanawiam sie nad kontynuacją), ponieważ mój podopieczny języka lengłidż po prostu zapomniał i posługiwał się jedynie językiem ojczystym. Zapomniał zresztą nie tylko języka, bez przerwy zastanawiał się jaki dziś dzień, czy jesteśmy przed czy po jedzeniu (a jedzenie stanowiło centralny punkt dnia) czy tez może za chwile jeść zaczniemy i czy ja mam na imię Gabriela, Graziella czy tez Donatella i w ogóle to co ja tu robię, i co my tu oboje robimy. Poznałam tez wszystkie obecne przeboje ponieważ pan O. uznawał jedynie programy muzyczne od Vivy po MTV - od wczesnego ranka do pierwszego chrapania. 
Czas upłynął mi w rytmie Gangnam style,ogromnych ilości makaronu i wizyt włoskiej rodziny, przyjaciół, wnuków, prawnuków, dawnych współpracowników, sąsiadów i ciastek z czekoladą.

A następnie wylądowałam w Eton, z tyłu miałam sławny college, a widok z sypialni zapierał dech w piersi - przede mną stał sobie zamek Windsor.

Pracowałam z dziewczyną (lat 57 ) z Węgier, której hobby było gotowanie. Przesiadłam sie zatem z makaronów, lazanii i broccoli prosto w węgierskie gulasze, placki, zupy, ach zupy... kto jadał na Węgrzech ten wie o czym piszę.... Eva gotowała wybornie, na dodatek piekła tez wybornie. Siedziałam i jadłam, jadłam, jadłam, czytałam i piłam kawe, patrzyłam na rzeke, zamek, turystów i łabędzie...no, i zwiedzałam, fotografowałam, rozmawiałam o polityce, dzieciach, mężczyznach, filmach i miłości. :))) 


Aż nadszedł upragniony dzień powrotu do domu. Mgła spowodowała, że zamiast w Katowicach wylądowaliśmy we Wrocławiu. Ale po kolei...
Myślę, że każdy kto wraca z kraju gdzie formowanie kolejki do wejścia gdziekolwiek jest rzeczą naturalna, słowo przepraszam jest tak zwyczajne jak oddech wpada w pułapkę rozpaczy juz na lotnisku. Jeszcze nie wiadomo, którym wejściem będziemy wchodzić a tłum Polaków już formuje grupki gotowe do biegu. Juz przy GATES mamy kolejkę składającą się z 6 przeciwstawnych sobie kolejek i ci z kolejki A, patrzą z mordem w oczach na tych z kolejki B, a ci z kolei z wyższościa na miernoty w kolejce C, kolejka D stara się stopić z A i wypchnąc do tyłu tych z E. Tłum faluje, ida w ruch kolana i łokcie...Bramka zostaje otwarta! Teraz bieg do samolotu, i przepychanki i blokowanie na schodach. Wreszcie znajdujemy miejsca i fruuuuu!
Na pokładzie jest co najmniej 6 dzieci w wieku przedprzedszkolnym, chłopaki z budowy i już to powoduje ochote na napchanie sobie waty do uszu. 

Nagle ktos mnie trąca w ramię i miłym głosem pyta.." Przepraszam, czy mogłabym dać pani mojego syna na trochę?" Zgadzam się bo ja się zwykle na wszystko zgadzam i na moich rekach ląduje 3 miesięczny niemowlak. Jest słodki ale ciężki jakby miał buty z żelaza. Biedna młoda mama, lecąca zupełnie sama ma czas i miejsce żeby przewinąć drugiego szkraba. Niemowlak odpływa w ramiona swojej mamy, a ja przysypiam. I nagle kapitan informuje nas o mgle w Katowicach. Ekipa chłopaków z budowy jest niezadowolona i zaczyna rzucać krwistym mięsem, młoda mama blednie, reszta nie zważając na prośby stewardes wyciaga telefony komórkowe i zaczyna się przekrzykiwac. 
"Władek!! Władek!!! Nie przyjeżdzaj!!!"
"Hela, do Wrocławia lecę...do WROCŁAAAWIAAAA"

Wrocławskie lotnisko jest wewnątrz puste i ciche, wypalam ostatniego papierosa, w kieszeni mam tylko funty i dlatego nie mogę nawet kupić kawy z automatu. Wreszcie przyjeżdza pierwszy autokar...zaczyna sie jatka, torby, walizki, dziki i skłębiony tłum rzuca się do drzwi. Słychac krzycząca stewardesę "Prosze wchodzić tylko przednimi drzwiami i podawac nazwisko!!!" Tłum wlewa się wszystkimi 3 drzwiami, i oknami, rosłe chłopaki podcinają co słabsze kobiety i wyrzucaja je bezceremonialnie poza obreb kolejki.
Stoje 15 metrów od autobusu z grupa samotnie podróżujących kobiet, część z nich jest z dziećmi na rękach, i mam ochotę krzyczec do tych osiłków "Hej!!! A kobiety i dzieci???!!!". Autobus zapakowany po brzegi, czekamy na drugi, ci z wnętrza patrzą jak marzniemy na zewnątrz, a my patrzymy jak zaczynaja im parowac szyby od wewnątrz.

Jeszcze przed opuszczeniem samolotu, nastapiła scena, która byc może uratowała moją psyche i spowodowała, że otucha wlała się w moje serce. Jak napisałam młoda, samotna matka zbladła na wiadomośc o lądowaniu we Wrocławiu, dla niej oznaczało to 2 dzieci na reku i na dodatek walizki - juz miałam ochote zaproponowac pomoc, kiedy nagle z rzedu przede mna podniósł sie MĘŻCZYZNA, podszedł do styranej biduli i powiedział "Widzę, że pani podrózuje sama z dziećmi. Pomogę pani." I faktycznie dzwigał walizy i jedno z dzieci. W świetle tego co zobaczyłam przy pakowaniu się chłopaków do pierwszego autobusu miałam ochotę podejść i pogratulować mu bycia Prawdziwym Mężczyzna i może nawet się oświadczyć. 

Do autobusu numer 2 nawet nie próbowałam się dostać. Niedobitki męskie, które nie zmieściły się do pierwszego stały sie bardziej agresywne i kopały po nogach, odpychały, fukały, pluły i drapały, wymachiwały tez tobołami z taka siłą, że podejście bliżej niż 2 metry mogło skutkowac połamaniem kończyn i odbiciem nerek,Autobus nabił sie w sobie, i znowu zaczał parowac od wewnątrz.

Na zewnatrz zostało 8 niedobitków, w tym taka dupa wołowa, nikłego wzrostu jak ja. Dwa wypełnione autobusy patrzyły z wyższością na nasz widoczny brak asertywności. I wtedy podjechał pietrowy autobus numer 3, do którego spokojnie weszłam, wyłożyłam się na 2 siedzeniach i mogłam wreszcie odpocząć. Dwa wczesniejsze autobusy zabulgotały ze złości ale nic mnie to juz nie obchodziło, wyciągnęłam kupionego na lotnisku flap jacka, ugryzłam z błogością i usnęłam. Chciałoby sie krzyknąć "GDZIE TE CHŁOPY???"

No to buźka! Wszystkie blogi czytam i jestem na bieżąco, tylko wypadłam z obiegu z komentowaniem:)))


wtorek, 22 listopada 2011

Obcowanie z karłami deformuje kręgosłup.


Przykro mi, że zostawiłam moją koleżankę Ankę (Anula-wybacz) zawieszoną nad wiadrem metalowym niebieskim (blacha ocynkowana)i koleżankę Ewunię (Ewuś, wiesz że ze mnie wieprz)w stanie osłupienia. Nastał ciężki czas i nie wiem gdzie ręce mam włożyć, kim jestem i gdzie jest zeszły tydzień i obiad, co go niby wczoraj zjadłam.

Mam jednak wielbicieli, co o mnie nie zapominają. Oto jaki piękny list otrzymałam...(dodam, że z pewnością na fotce profilu nie mam)

Czesc, jedena z Twoich przyjaciólek (nie wydam która ) powiedziala, ze jestes fajna i ciekawa i bardzo zarekomendowala z Toba zapoznac sie zarejestrowalem sie tu tylko dla ciebie, ale problem w tym, ze na fotce mam trudnosci z dodaniem zdjecia i bardzo powoli otwieraja sie strony, to ucieza mozliwosc pisac listy. Nie wiem co tu zrobic, moze spróbujmy poobcowac przez taki fajny, darmowy portal, który posiada wiele ciekawych funkcyj, calkiem niedawno go odnalazlem: http://www.opomeet.eu/konto/........... Kliknij dla mnie TAK i bedziemy mogli poobcowac. Czekam


Mmm...muszę przyznać, że trochę mnie to obcowanie kusi:)

A na zdjęciu pajacyk-arlekin:)

poniedziałek, 31 października 2011

"Czy wszystko pozostanie tak samo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki odwykną od dotyku moich rąk, czy suknie zapomną o zapachu mojego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojej śmierci - zapomną."

Uwielbiam przeglądać stare zdjęcia. Kiedy byłam mała panicznie bałam się śmierci, do tego stopnia, że bałam się zasnąć żeby nie spotkała mnie we śnie. Przeglądanie starych zdjęć, fantazjowanie na temat ludzi, których mogłam podglądać, zatrzymanych na chwilę w kadrze pomogło mi się uporać z tym strachem, pomogło mi zrozumieć, że wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę.




Mama mojej mamy, moja ukochana babcia. Na zdjęciu ze swoją siostrą i mamą, około 1920 roku. Babcia stoi w środku, wysoka z grubym warkoczem. Życie mojej babci to materiał na całkiem ciekawą powieść. Kiedy przyszłam na świat, ona miała już 66 lat i w mojej pamięci pozostała siwowłosą, okrągłą, maleńką staruszką, pełną ciepła, miłości i cierpliwości.



Tata mojej mamy. Przystojny, wysoki, twardy i szorstki. Dla mnie osoba, która darzyła mnie bezwarunkowa miłością. Tutaj około 50 roku życia. Wiem skąd w rodzinie ciemnookich brunetów wzięła się niebieskooka blondynka.



Mama mojego taty. Na zdjęciu z koleżankami ta po lewej. Z tyłu napisane -" Czarna, Janka, Murzyn". Zmarła w tragicznych okolicznościach, kiedy mój tata miał zaledwie 11 lat. Patrząc na nią widzę ogromne podobieństwo rodzinne. Tylko kształt oczu mamy całkiem inny. Około roku 1935.



Tata mojego taty. Zawsze elegancki, nieobecny, zdystansowany. Uwielbiałam podkradać książki z jego biblioteczki.


Żyją bo wciąż o nich pamiętamy.