Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paranoje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paranoje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 stycznia 2019

"Czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas" czyli w poszukiwaniu straconego czasu.





Zaraz wracam! Już jestem spakowana, ostrzę ołówki, wyciągam notesik, i piszę. Jeszcze tylko należy omieść pajęczyny, zdrapać paznokciami pleśń,  wygonić zalegający w kątach kurz...i można już!


A tymczasem, takie dwie krótkie gawędy, popełnione w całkiem innym miejscu. Może natknie się na nie jakiś samotny wędrowiec, a ja biegnę reanimować tego uroczego blogaska, i zaczynam sprawdzać, kto jeszcze żyje.

Zdaję sobie sprawę, że istnieją wyznawcy płaskiej Ziemi, Janka Taratajcio, zawłaszczenia globu przez reptilian, tego, że Finlandia nie istnieje, bo udaje ją Szwecja, że jesteśmy własnie w statku kosmicznym w drodze na Proxima Centauri, i że Lenin był grzybem. Należę nawet do forum, które zajmuje się głównie rozkminianiem tego typu cudów. Z tym, że osobiście nigdy nie spotkałam kogoś, kto wierzy w chemitrails, leczy się piciem wody utlenionej czy uważa, że raka da się uleczyć odrobaczaniem. No, do czasu. Pół roku temu zostałam poproszona o to, żeby zdjąć lusterko do makijażu z parapetu, bo trawa u sąsiadów z tego powodu zgniła, i kwiatki rosnąć nie chcą. Uparcie malowałam się siedząc przy oknie, co doprowadziła do tego, że moja sąsiadka przechodząc do toalety traciła pamięć i nie wiedziała kim jest. Na szczęście znalazła proste rozwiązanie i w oknie stryszku umieściła małe lusterko, które odbija moje złe oko. I tak sobie żyliśmy w dobrostanie sąsiedzkim przez 6 miesięcy. Dzisiaj dowiedziałam się, że hoduję konopie indyjskie w piwnicy. Sąsiedzi widzieli jak dwa razy w miesiącu przyjeżdża do mnie wieczorem jakiś facet i wnosi mi skrzynki z sadzonkami, a w ogródku ich jakoś nie widać. I tym sposobem Pan Warzywko, mój dostawca warzyw i owoców załapał się na stanowisko dealera. No, cóż...tymczasem otrzymałam ostrzeżenie...czekam aż obudzi mnie rozwalanie kopniakiem drzwi o świcie, i wesoły okrzyk powitalny "Na ziemię , łachudry, ręce do tyłu". Kocham teorie spiskowe:-)

Wysłuchałam wczoraj audiobooka Katarzyny Nosowskiej, pt "A ja żem jej powiedziała...". Uderzyły mnie dwie sprawy, po pierwsze, że jestem jak Nosowska (a zawsze myślałam, że jestem jak Czubaszek, tylko bez parówek, i umiłowania dla telewizji) , i po drugie, że nie jestem jedyną, która cierpi na "syndrom oszusta". Nosowska też na to cierpi. Ucieszyłam się, bo jednak w kupie raźniej. No, i skoro artystka Nosowska cierpi, to ja, zwykły zjadacz chleba ze smalcem, nie mam się czego wstydzić. Syndrom oszusta polega na tym, że jakby cię ludzie nie komplementowali, co by dobrego o tobie nie mówili, to masz poczucie, że okłamujesz tych biedaków, bo wiesz, że prawda jest inna i pewnie zaraz na wierzch wypłynie. Co gorsza, będzie sobie dryfować jak nie powiem co, a wszyscy będą marszczyć nosy przytruci jej fetorem. Pochwalą cię w pracy, natychmiast jesteś załamana, że zaraz pewnie wyjdzie na wierzch, że nie dopisałaś kropki na końcu zdania, w tym emailu z zeszłego miesiąca. Powiedzą, że ładnie wyglądasz, to prawie powód do rozpaczy, bo przecież wiesz, że trzeci paznokieć u lewej nogi masz krzywy!!! Dziecko ci powie, że miało super dzieciństwo, a tobie w głowie pojawia się myśl, o tym jak zapomniałaś go odebrać z przedszkola w 1994 w marcu. Każdy komplement jest powodem do wbijania sobie noża w bebechy, takiego radosnego seppuku ze szczerzeniem zębów. No, bo jednak należy się uśmiechnąć i za dobre słowo podziękować. Jeśli tekst na blogu ma za dużo dobrych komentarzy, to zaczynam trzeć głową o ścianę, bo ja przecież pisać nie umiem, i pewnie ci biedni ludzie zaraz się zorientują, a przy okazji wyjdzie na jaw, że tubkę pasty do zębów zawsze naciskam w środku, i krzywo zakręcam słoiki, nie potrafię parkować, nie potrafię gotować, brakuje mi górnej szóstki...! Jestem ohydnym oszustem. Wierzę jedynie w komplementy przypadkowe, niezamierzone. Taki jak ten otrzymany od pani doktor, którą uraczyłam radosną nowiną, że jest taka opcja, że mogę przechodzić menopauzę. Pani doktor wyglądała na tak wystraszoną, że sama zamarłam w przerażeniu...o jeżu kolczasty, pewnie powie mi teraz jakąś straszliwą tajemnicę, którą matka i ciotki, oraz pisma kobiece przede mną ukrywały. Może kobietom po menopauzie wyrastają penisy? Pani doktor pochyliła się nade mną ze współczuciem i wyszeptała. "Ale dziecko już pani urodziła?" Tak, pani doktor, trzydzieści lat temu.... / I to jest piękny komplement, który kobieta może niechcący od kobiety dostać. (ale pani doktor nie wie, że tuż pod lewym okiem mam prawie zmarszczkę). Są tu jacyś z syndromem oszusta?

Pozdrawim,
Pieprzu, okropnie zapóźniony

niedziela, 21 maja 2017

Szczęście jest wtedy, gdy nie jest ci potrzebny budzik o poranku czyli Śpij, aniele mój!



Budzik, jak wszyscy wiemy, wymyślił nieczuły, bezduszny, zawzięty barbarzyńca. Budzik zachowuje się nietaktownie i bezkompromisowo.  


Pierwszego zwyrodnialca jakiego pamiętam, ojciec przywiózł z kraju bratniego. Była absolutnie bezlitosny i niesamowicie agresywny. Miał taką moc, że zdrapywał farbę ze ścian razem z tynkiem.

Sąsiedzi nas nienawidzili, bo razem z ojcem wstawała o 5.00 cała kamienica. Zresztą, przez ten właśnie budzik mój szanowny rodzic stracił przednie zęby. Uderzony obuchem dźwięku wyprodukowanym przez plastikowego oprawcę zwanego budzikiem, wyskoczył nagle z łóżka, zapominając, że od kilku dni przy tapczanie stoi łóżeczko, gdzie chrapie całkowicie nowy człowiek. I żegnajcie jedynki!

Mój własny, pierwszy budzik grał piękną melodię, która jeszcze dzisiaj, czasem mi się śni i porusza mi trzewia do żywego. Z tego powodu, zdarzyło mi się wyłączać go już wieczorem, żeby rankiem się nie stresować przed pójściem do szkoły. 

Mój syn dostał swój pierwszy budzik w wieku lat pięciu. Był to budzik przywieziony z Dubaju. Co ciekawe, napisy na cyferblacie i  instrukcja do niego była w języku rosyjskim. Po latach dochodzę do wniosku, że była to bomba dźwiękowa, która miała rozsadzić bratni kraj od środka. Możliwe, że te budziki były w jakiś sposób zaprogramowane, żeby włączyć się pewnego dnia,o jednej porze. Za tą teorią przemawia jeszcze jeden fakt, że pomimo wielogodzinnych tortur, budzik ten nigdy nie zaczął sypać, i nie odpowiedział nam na dwa pytania:

1. Jak się to świństwo dezaktywuje?
2. Gdzie są ukryte baterie?

Zegarek ten był na dodatek poliglotą, i wydawał z siebie następujące odgłosy, do wyboru: zarzynanego koguta, obdzieranej ze skóry owcy, wkręcanego w szprychy kota, bitej na odlew po dziobie kukułki, i smażonego na wolnym ogniu psa rasy niedużej. 

Dziecko biegało cały dzień po mieszkaniu rozkoszując się wrzaskiem kota albo meczeniem owcy. Zdecydowanie budzik usunął w cień huśtawkę, która grała "Ojca Chrzestnego" i sama się bujała kiedy młody na niej siadał. (prezent od rodziny) Zresztą od kiedy udało nam się zlokalizować baterie, huśtawka trwała w kącie smutna i nieruchoma łypiąc od czasu do czasu złowrogo kiedy ją odkurzałam nucąc sobie beztrosko.

Niestety, wyrwanie dziecku budzika z ręki nie wchodziło w grę, postanowiliśmy poczekać aż się trochę nim znudzi i porzuci go gdzieś w kącie, a my spokojnie skręcimy mu budzikowy kark, posiłkując się później prawami fizyki i tłumacząc, że tak się dzieje kiedy budzik upadnie na kafelki nieroztropnie pozostawiony w kuchni na brzegu stołu. 

W zawierusze wieczornych kąpieli, przebieranek, czytanek i tym podobnych, budzik zupełnie dał nam o sobie zapomnieć. Nie na długo jednak. O trzeciej w nocy wyrwało nas z głębokiego snu rzężenie skubanego na żywo koguta, błagającego o skrócenie mu cierpień. Patrzyliśmy na siebie przerażeni, zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi, i które z nas upadło na głowę i wydziera się po nocy udając koguta na tarle. 

Po jakiś 10 minutach wpatrywania się w siebie nawzajem rzuciliśmy się do poszukiwań farmerskiego budzika. Przewracaliśmy się, wywalaliśmy wszystko z szuflad i szafek...aż w końcu znaleźliśmy dziada za naszym łóżkiem i załatwiliśmy na amen młotkiem w kuchni, bo odnalezienie wyłącznika lub baterii nadal przerastało  nasze możliwości. Co ciekawe, okazało się, że jednak był baranem, bo ostatnie co z siebie wydał zanim przeniósł się do lepszego świata dla budzików, to zawodzące beczenie. 

Oczywiście, jeśli się ma dziecko, to wiadomo że budzik nie jest potrzebny. Nasza własna progenitura uwielbiała wstawać o 6.00 rano i siłą swoich własnych paluszków vel imadeł otwierać nam powieki, wrzeszcząc "Mamulu, Tatulu zobaczcie, słoneczko już wstało". (przysięgliśmy sobie wtedy, że zemścimy się na nim, kiedy dojdzie do wieku szkolnego. I dotrzymaliśmy obietnicy) 

Poduszki z naszego łóżka musieliśmy wysłać na resocjalizację, ponieważ nasłuchały się takiej ilości niecenzuralnych słów, kiedy gryźliśmy je z nerwów szepcząc w ich uszy co mielibyśmy ochotę zrobić błękitnookiemu, szczerbatemu aniołkowi (i przysięgając sobie, że nigdy więcej radosnego, beztroskiego seksu), że normalnie pranie im nie pomagało, ociekały jadem produkowanym przez wszystkich rodziców w tak przykrych okolicznościach przyrody.  Do aniołka oczywiście uśmiechaliśmy się wyrozumiale, grając pod kołdrą w szybkie kamień, nożyczki, papier. Przegrany zaczynał wcześnie dzień. 

W czasach smartfonów zaczęłam ustawiać sobie utwory muzyczne w telefonie jako  budziki. I tym sposobem taki oto utwór, działa na mnie jak płachta na byka:



Nie idźcie tą drogą. Proponuję raczej coś bardziej ekstrawaganckiego. Może coś z Zenka Martyniuka?

P.


środa, 19 kwietnia 2017

Kobieta zmienną jest, to jest możliwe...albo zmieniłam zdanie.



Są takie prawdy i mity, które się z upodobaniem powtarza, nie zastanawiając się nad ich sensownością. Każdy pamięta choćby kilka z dzieciństwa, jak: "nie siadaj na trawie, bo wilka dostaniesz" albo  "nie czytaj przy złym świetle, bo zniszczysz sobie wzrok". 

Są też takie, w które gorąco wierzą nasi rodzice, co zmienia nasze dzieciństwo w pole bitwy i walkę o przetrwanie. Ulubionym mitem mojej mamy, było:


Jak będziesz nosić taką długą grzywkę, to dostaniesz zeza - zeza nie chciałam, ale nie chciałam też paradować wszem i wobec z grzywką do połowy czoła, co moja mamusia uwielbiała, tłumacząc mi, że mam "oczy jak niezabudki, i brwi jak skrzydła jaskółek" i absolutnie nie powinnam tego ukrywać przed resztą świata. Dzięki temu ukrywałam nie tylko oczy, ale i resztę Gabryśki. 


Jeśli nie nauczysz się gotować, to nigdy nie wyjdziesz za mąż. Byłam krnąbrna i mało zainteresowana, a teraz już wiem na pewno: nie ucz się gotować, zostaw to mężczyźnie, łącznie ze zmywaniem talerzy. Warunek : nigdy nie pokazuj, że potrafisz przyrządzić choćby jajecznicę. Naucz się natomiast okazywać wdzięczność za przyrządzanie posiłków przez Twojego faceta, to się bardziej opłaca i nie będziesz sfrustrowana, że stałaś przy garach 3 godziny, wszyscy zjedli i nikt nawet nie powiedział dziękuję. 


Niektóre powiedzenia, będące :mądrością narodów" paskudnie się wykluczają. Z jednej strony "Tylko krowa nie zmienia poglądów", a z drugiej " Kobieta zmienną jest".Też mi odkrycie. Wszystko jest zmienne - pogoda, moda, fryzury, glazury, faceci, a nawet psy i koty, i tak w nieskończoność. 

Zmienność, to jest jedyna stała w naszym nędznym życiu. A więc, czemu kobieta nie miałaby być zmienna? W końcu, można podejrzewać, że ma więcej inteligencji niż ta krowa co zielonkę przeżuwa. 


Aż przyszedł czas kiedy wykrzyknęłam - prawdę powiadają! Kobieta zmienną jest, jak nic na świecie! Z tym, że przekonałam się o tym dosyć późno, tak gdzieś koło własnego półwiecza. Było to tak nagłe, że powinnam to nazwać - atakiem zmienności, histeryczną kapryśnością i nagłą chybotliwością osobowości. Wiadomo, że wszystko jest zmienne. Z tym, że dla zmienności kobiety wyjaśnienia brak, i z tego powodu wciskają nam do głowy, że to wszystko szalejące w nas hormony.

Nie wierzę! Nie uwierzę, że moje hormony namówiły mnie na ...no, właśnie...na co?

Zaczęło się niewinnie - od buraczków. Buraczek gotowany należy do grupy produktów, którego moje czarne podniebienie wyraźnie nie znosi. Ta awersja do bordowego buca sięga jeszcze przedszkola w najstarszym mieście Zagłębia, gdzie jakaś pani z misją postanowiła przekonać mnie siłą, że buraczki są smaczne jeśli zostaną siłą wepchnięte w paszczękę.

Ponieważ już we wczesnym dzieciństwie nabyłam wiedzę, jak bardzo buraczki przyczyniają się do zmiany designu otoczenia, można się było spodziewać, że unikałam ich niczym diabeł wody święconej, niczym Edyta Dody, plus minusa, i tyłek bata.

Aż nadszedł czas na zmianę. Najgorsze, że nic nie zapowiadało katastrofy - żadnych proroczych snów, przeczuć, śnienia na jawie...po prostu będąc w sklepie włożyłam do koszyczka tarte buraki w plastikowym kubeczku. Taki impuls. O czym myślałam? Nie wiem. Pewnie jak zwykle, o niczym. 

Po przyjściu do domu, wyżarłam je łyżką. Płakałam, bo to jednak świństwo okropne,  i jadłam. A nawet wpierniczałam, wcinałam, szamałam, wtranżalałam i wtrząchałam. Z pewnością tego, co z tymi cholernymi burakami wyczyniałam, nie można nazwać uroczym raczeniem się lub delikatnym posilaniem.

Zawsze w takich chwilach musi się napatoczyć ten, który normalnie wstaje w okolicach pory obiadowej. Przystanął, popatrzył i zapytał z troską:
- Czemu to ślozy z oczu nadobnych puszczasz, piękna królewno? Co się stało?
- Bo żrę buraki! - krzyknęłam i zaniosłam się szlochem, pryskając dookoła bordową śliną.
Trzeba facetowi przyznać, że ma stalowe nerwy. Pozostawił sprawę bez komentarza i w ciszy zamknął drzwi do łazienki.

Wkrótce dołożyłam mu zmartwienia, przyprawiając go o stan osłupienia w restauracji, kiedy poprosiłam o coś, co normalnie omijałam wzrokiem z powodu obrzydzenia, jakie we mnie wywoływało.

- Dla mnie potrawkę z kurczaka na mały apetyt i grillowane warzywa - (wstyd z takim facetem iść do eleganckiej restauracji) - zwrócił się wybranek do oczekującego na zamówienie kelnera.
- A dla mnie na duży, na duży-duży apetyt (pokazałam swoją kobiecą niezależność)..powiedzmy...- zawiesiłam dramatycznie głos- O! Wątróbka z gruszką i sosem żurawinowym...
Ukochanego  zatchnęło, a ja sama się przeraziłam popełnionym właśnie przestępstwem.
- Co? Wszystkiego bym się mógł po tobie spodziewać, ale nie że będziesz żarła podroby!I to na słodko!
- Zamilcz człowieku i podaj sztućce - odrzekłam, postanawiając utrzymać nerwy na wodzy do końca.

Przyglądał mi się jak ciekawemu okazowi w klatce, i coś tam mamrotał o egzorcyzmach. A przecież nie jadłam na surowo! Zapewniam, że zachowałam pełną kulturę spożywania, chociaż, muszę przyznać, że miałam ochotę na żarcie tego świństwa rękami, wysysanie go z soku żurawinowo-wątrobianego i upojne przeżuwanie. Przeleciała mi nawet przez głowę kąpiel w wątrobiance, ale na szczęście nie posiadam wanny.

Płakałam zatem, i żarłam. Na szczęście była to wątróbka drobiowa, a nad drobiem płaczę zdecydowanie mniej niż nad resztą zwierząt. Bo jak wiadomo, kury nie mają u mnie poważania za grosz.
A jakie wrażenie wywarłam na swoim mężczyźnie!Stwierdził, że od czasów kiedy przyszedł do domu i zastał mnie na podłodze zapuchniętą od płaczu, z trwałą na krótkich, rudych kłakach, a na dodatek w 2 miesiącu ciąży, bardziej się nie przeraził.

A potem przyszła lawina -  buciki na obcasach zamiast trampek, zamiast męskiego podkoszulka - koszulka do spania z taką ilością koronki, że listonosz wystąpił o odszkodowanie za pracę w szkodliwych warunkach po tym, jak poparzył się papierosem, kiedy niechcący wybiegłam do niego w radosnych podskokach, bez peniuarka.
Paznokcie w czerwieni, kredka do oczu, puder, róż i pył...hydrolaty, olejki, absoluty, anglezy, wałki,
Mało?
Buty na obcasie. Boli? Ale za to jak fajnie mieć nogi o 8 cm dłuższe!Płacz, płać i bądź piękna, na tyle ile możesz. Zrobiłam się tak kobieca, że sama sobie zaczęłam ustępować miejsca i otwierać przed sobą drzwi, jeśli tylko zobaczyłam gdzieś własne odbicie.

I stojąc tak kiedyś na peronie, w butach na 9 cm obcasach, z anglezami fruwającymi dookoła mojej twarzy, obcisłych jak druga skóra dżinsach, wypielęgnowanymi paznokciami, które stanowią ogromne ryzyko, grożą bowiem przebiciem bębenków, wyłupieniem gałek, i wyciągnięciem sobie fragmentów mózgu przez nos, zaczęłam marzyć o czymś wygodnym. I zaraz po powrocie do domu, bez żadnych zapowiedzi przeszłam na hygge.


 Obecnie jestem na etapie - magii olewania i szukania radości w najprostszych czynnościach. Właśnie zjadłam śledzika w occie i popiłam kakao. Wolno mi, jestem dorosła. Obcięłam włosy do ramion, spiłowałam szpony, wciągnęłam ulubione traperki. Dosyć tego ciągnącego się za mną seksu.Nie, no jednak tę koszulkę nocną i bezecną bieliznę, to sobie zostawiłam. Bo jednak gdzieś tam głęboko, to we mnie jest seks, gorący jak samum.


Pie-pierz

Następnym razem opowiem, o tym, jak zostałam uprowadzona nocą przez grupę chasydów i siłą umieszczona w ich samochodzie. 

czwartek, 10 marca 2016

Nie mam problemu z alkoholem, upijam się bez problemu czyli don't worry, don't cry! Drink vodka and fly!


Zdarza się, że ludzie patrzą na nas i dziwią się bo nie wyglądamy. Nie dopasowujemy się, nie przystajemy do ich wyobrażeń. 

Ja, na ten przykład, nie wyglądam im na posiadanie tak starego dziecka, na swój wiek, na to, że puszczam więcej dymu niż kominy huty Lenina, że klnę jak szewc, że potrafię odgryź głowę gołębiowi, że sypiam z wielkopsami, że nie jadam kapusty, i że mam rozjaśnione włosy. Przede wszystkim jednak, nad czym ubolewam  - nie wyglądam na taką, co nie pije. 

Wiecie, ludzie robią pod wpływem alkoholu dziwne rzeczy, a ja najwyraźniej nie potrzebuję do tego alkoholu. Ja robię głupoty na trzeźwo. Co jest zdziebko ryzykowne, bo nie ma na kogo zrzucić winy.

Kiedy już ta wstydliwa tajemnica wylezie na światło dzienne,chociaż przyznaję,  ze ukrywam tę gańbę i sromotę kręcąc niesamowicie i wymykając  się lisio, czekają mnie dwie reakcje - pierwsza od rodaków :
- Ta? Weno, nie gadaj! Ale co? Antybiotyki bierzesz? Chora jesteś? Na chorobę to tylko wódeczka!Pij, cholero, jak darmo dają!
albo od Anglików:
- Och, tak mi przykro...miałaś problemy z piciem? Mój ojciec/matka, wujek/kuzynka/sąsiad też to ma, to musi być straszne...tak się męczyć. I co? Tak całkiem nic? Nawet w samolocie?

Prosta odpowiedz- Nie lubię, bo mi nie smakuje - w ogóle nie wchodzi w grę. No bo jak to? NIE SMAKUJE? A może zły kieliszek? Może temperatura była nieodpowiednia?  A może spróbuj tego/tamtego/owego powinno pomóc! Może z wodą? Może z sodą? A może na balkonie? Może w salonie?I tak dalej w tym stylu. Dlatego na większych imprezach już od progu udaję, że jestem nabombiona w sztok,bełkoczę coś zupełnie niezrozumiałego i kiwam się od lewej do prawej.
Na wszelki wypadek potykam się ze trzy razy zanim trafię na właściwy stołek. Nie zaszkodzi też usiąść jakiemuś przypadkowemu panu na kolanach zaśmiewając się do rozpuku i robiąc dzióbek za dzióbkiem - jest pewne, że do końca imprezy jego pani będzie go pilnowała lepiej niż owczarek niemiecki na głodzie i chłopina nie ma szans dołączyć do tak zwanych polewaczy- nagabywaczy. Super! Jeden już trafiony-zatopiony.
Potem wystarczy śmiać się głupio w nieodpowiednich momentach i dalej już z górki.

Być jedyną trzeźwą osobą na imprezie to bardzo bolesne doświadczenie. Wiecie jak to jest, na początku wszyscy eleganccy- makijaże, tatuaże, garnitury, tiurniury a potem Zosia leży z głową w sałatce, Mirek wyje do księżyca, Marysia posmarkuje w kącie, a Tadzio już dawno zwalił się pod stół. A ty człowieku siedzisz i patrzysz, jak ci się znajomi psują od głowy. Wysłuchujesz po raz setny tych samych historii a od potakiwania boli cię szyja. 
Na szczęście jesteśmy już bardzo dorośli i kręgosłupy nie te, bo zdarzyło mi się bywać na imprezach, gdzie z  nadmiaru alkoholu puściły wszelkie hamulce moralne i ludzie radośnie uprawiali seks w wannie, pod wanną, na balkonie, na stole w kuchni wśród resztek żarcia. A ty siedzisz w tym wszystkim jak wołowa d***, albo czytasz gazetę i udajesz, że nic nie widzisz. Bywałam żałosna, doprawdy. 

Nie, nie mówię, że nigdy nie piłam. Piłam. Z taką samą przyjemnością jak inni piją Tussipect czy krople miętowe. Zaciskasz oczy, wstrzymujesz oddech i bach, a później szybko przegryzasz jakąś sałatką czy śledzikiem. I znowu wstrzymujesz oddech, i znowu bach. Strasznie męczące ale da się zrobić. 

Pierwszy raz upiłam się w liceum. Oczywiście wtedy też nie piłam, ale miałam już zadatki na cycatą, płytką blondynkę,  dlatego założyłam się z kolegą, że rozlejemy pół litra na dwoje i kto pierwszy wypije swoją część ten wygrywa. Wygrałam! Wszyscy bili brawo.A ja co? Kamienna twarz i dyskusja o zaangażowanej poezji. Następne co pamiętam to jak się z tym kolegą namiętnie całuję, a mój chłopak siłą próbuje mnie od niego odczepić. Kolejna migawka - widzę jak mój chłopak siedzi w kącie i płacze nad kieliszkiem czystej, a chwile później wygraża, że wszystkich pozabija. A potem moja koleżanka zarzuca mnie na ramię i wynosi na zewnątrz, w windzie robiąc jeszcze pomidora z nosa jakiegoś niedobitka, który chciał się do nas przyłączyć. (Tak, ta Marzena trenowała judo i karate). Pamiętam też całkiem dokładnie jak  mamusia otwiera mi drzwi, załamuje ręce i eskortuje do łóżka. A później to już mam bana na wyjście przez następne dwa miesiące, a mamusia przeprowadza poważną rozmowę z moim chłopakiem (tak, tak, to ten sam co został moim mężem)

Drugie upicie się miało miejsce kiedy byłam już całkiem dorosłą osobą. Mój mąż naburmuszony odwrócił się do mnie na imprezie i znienacka rzucił tekstem " Oj, napiłabyś się, co? Może będziesz łatwiejsza!". Nie miałam pojęcia, że byłam trudna, ale czego się nie robi żeby zadowolić ukochanego mężczyznę. W momencie odczułam pragnienie bycia najłatwiejszą kobietą w tej stronie wszechświata. 

Postanowiłam to załatwić najbliższą butelką stojącą na wyciągnięcie ręki. Jedna, druga, trzecia szklaneczka słodkiego wermutu i już byłam wolna. Do tego stopnia, że od razu zapragnęłam zatańczyć coś fajnego na stole, najlepiej bez butów i spódnicy, bo miałam cudownie piękną koronkową halkę i uznałam, że reszta towarzystwa też powinna dostąpić zaszczytu obcowania z tym arcydziełem sztuki krawieckiej. Ponieważ mój mąż próbował pochwycić moje kostki, śmigające pomiędzy roladą, salcesonem i galaretą z nożek, postanowiłam zakończyć występ efektownym zeskokiem ze stołu na podłogę. Nie zauważyłam tylko, że po drodze mam zwisający żyrandol. W mojej głowie rozświetliły się najdalsze galaktyki, wybuchło tysiąc supernowych...

Potem pamiętam tylko, że biegnę boso po śniegu udając rączego jelenia, a mąż próbuje mnie złapać ściągając kolejne warstwy płaszczyków, czapeczek, sweterków i szalików. Kierowca taksówki obserwował nas spokojnie oparty o swój wóz. Mąż mnie w końcu dorwał, założył mi nelsona i zgrabnie kneblując szalikiem, wciągnął bez słowa do auta. Bez słowa, to znaczy, że nadal miał dobry humor. Najgorzej jak się zaczyna śmiać, o to oznacza, że naprawdę musi być wściekły. 

Wszystkie portale internetowe dotyczące zdrowego stylu życia publikują teksty o rewelacyjnym wpływie wina na nasze ciało - pijąc lampkę codziennie będziemy piękniejsze, młodsze, szczuplejsze (chociaż Mizia twierdzi, że jeśli to prawda to ona powinna mieć 10 cm w pasie). Pewnie powiecie, że powinnam raczej rzucić papierosy, a nie zaczynać pić. No, jasne. Akurat. Nie po to zaczynam zdrowy styl życia żeby sobie psuć humor już na samym początku tej wspaniałej drogi. Tymczasem będę pić wino i myć głowę jajkiem z cytryną, Chyba wystarczy jak na początek?

Ponieważ nie mam pojęcia o winach postanowiłam znaleźć takie, które będzie jak najmniej obrzydliwe. Kupiłam czerwone wytrawne, czerwone słodkie, czerwone półsłodkie i półwytrawne. Postawiłam butelki na barku i rozpoczęłam degustację.

Po wypiciu pierwszej szklanki poczułam potrzebę zrobienia sobie porządnego makijażu i fryzury. Usiadłam przed lustrem i zamieniłam się w malarza kolorystę, a po każdym pociągnięciu pędzlem, pociągałam sobie łyczek czerwonej cieczy z kieliszka. 

Po napełnieniu drugiego kieliszka temperatura w pokoju wydatnie wzrosła. Czułam jak moja różowa buziunia przybiera kolor czerwieni, ..ciepło...ależ tu ciepło...
Postanowiłam pozbyć się odzieży wierzchniej i założyć coś fikuśnego, delikatnego, koronkowego...mmm...dobre to wino...może daktyla do tego?

Przy trzeciej szklaneczce włączyłam muzykę i zaczęłam poruszać biodrami, stanowczo pasują do tego szpilki...a potem poczułam się dokładnie jak ta pani tutaj i zrozumiałam dlaczego dziewczyny piją wino.


Czwarta butelka wciąż mrugała do mnie z barku, zaśmiałam się seksownie (w swoim własnym będącym już pod wpływem mniemaniu) i postanowiłam nie przejmować się szklaneczką, która tymczasem gdzieś mi się zapodziała w poduchach, piernatach i jedwabiach łoża mego.
Podpełzłam do barku, podciągnęłam się na drżących rękach ale niestety musiałam już użyć stołka jako lewarka, dopadłam gadzinę i jednym zgrabnym ruchem wlałam sobie łyk do gardła. Prawdopodobnie byłam wtedy tak łatwa, jak tylko mogłam. Niestety, jak pech to pech - akurat byłam sama. 

Następne co pamiętam to, że ktoś ściąga mnie z podłogi, do której przykleiły mi się nie tylko koronki ale i fryzura. Na barku ktoś napisał winem niecenzuralne słowo, co śmieszy mnie tak bardzo, że dostaję czkawki. Mówię wam, to prawda, że alkohol niszczy skórę! Zwłaszcza na łokciach i kolanach! Niestety, znowu nie mogłam sprawdzić czy po alkoholu bywam łatwiejsza. Było dokładnie jak w tej tu piosence:



Wasze Niewinne Prosie w koronkach:-)
(jedyny znany mi człowiek, który nie zgodził się na zakup jakiegokolwiek alkoholu na własne wesele - bo wszystkim dogodzić nie jest łatwo, ale wszystkich wkurzyć to już żaden problem)

sobota, 2 stycznia 2016

Życie jest jak żul. Nigdy nie wiesz gdzie się zatoczy czyli Ninja nie może być mientka.



Zauważyłam, że większość ludzi cierpi na syndrom po-noworoczny. Wszystko drażni, jest beznadziejne, ludzie się sprzeczają, patrzą na siebie wilkiem, a do marketu się nie dostaniesz. 
Mnie też dorwało. Obejrzałam kawałek "Wodzireja' i o mały włos nie zdekapitowałam się jajcarnią.

Wiem, że trzeba podjąć jakieś obietnice dotyczące Nowego Roku, ale się boję bo mam straszliwie silną wole, z którą nie potrafię walczyć. Siedzę sobie na kanapie i wcinam zielone liście szpinaku, a tu nagle moja silna wola, ni z gruszki, ni z pietruszki, budzi się i rozkazuje - Idź i kup jeszcze jednego Bajecznego.  - Ja oczywiście próbuję protestować, stawić jej czoła, tłumaczyć...nic z tego, jęzor sobie tylko strzępię. Moja silna wola wygrywa ze mną za każdym razem. I znowu żrę tego Bajecznego, I rozmazuję go sobie na brodzie płacząc żywymi łzami. 

Ponieważ jest już 2016 (niech 2015 sfruwa w podskokach, bo był jedną wielką porażką) dla poprawy humoru, jak co roku polecam chłopaków z grupy STEKLOVATA: 





Bo życie właśnie takie jest - szczerbate, w obciachowym swetrze, z rozjaśnionymi pasemkami , kretyńską grzywką, ale wciąż sprawia, że się uśmiechamy.
Pamiętajcie, że może mieć także hardcorową wersję niemiecką.




 Wszystkiego najlepszego! Jakieś ciepłe słowa chętnie przyjmę. 

Wieprzu leżący plackiem w kałuży depresji. 


wtorek, 8 grudnia 2015

My jesteśmy straszne zmory, bardzo groźne z nas upiory,Jeśli nie chcesz się nas bać, musisz nam buziaka dać.(część 2)









Odsłuchali Rockwella z końca pierwszej części? Dobrze, bo świetnie wprowadza w atmosferę. To jedziemy...

Ogród w naszym domu jest pełen starych rzeźb, które wydają się poruszać w świetle księżyca.  A ponieważ jest to tradycyjny angielski dom, w którym gardzi się czymś tak trywialnym jak firanka i zasłona, całe nasze życie po zmroku jest wystawione na oblegającą nas jak wata ciemność. Tak, tak, życie intymne też. I to też!  Oczywiście, w takim miejscu nie należy nigdy tracić czujności i dawać swojej wyobraźni pola do popisu. Żadne - "coś tam mignęło za oknem", lub "coś zaskrobało w szybę" nie wchodzą w grę. Zbiorowa panika gwarantowana. 

Bezfirankowe okna wychodzące na dyszący grozą ogród:

Nic więc dziwnego, że każde pukanie do drzwi lub okien po zmroku  ścina nasze kobiece serca mrozem grozy. Powody tej grozy bywają jednak bardzo różne - w zależności od własnych preferencji i narodowości. Osobiście należę do grupy polskich ultra sceptyków. A to oznacza, że żadne strzygi, utopce, wampirze, kobiety-pająki, wilkołaki, sukuby, stukostrachy, o podrzędnych duchach i zjawach nie wspomnę, kiepsko się ze mną komponują. Już kiedyś pisałam, że jedna z moich przyjaciółek opisała to w bardzo dosadny sposób:
"Ty byś nie zauważyła ducha, nawet gdyby ci przysadził kopniak w tyłek"
Myślę, że ma rację. Pewnie pomyślałabym, że tak mi coś strzyknęło w krzyżach ze starości. 

Dom nic nie ułatwia...jest stary jak najstarsze angielskie starowinki, rury wyją, stropy stękają, schody trzeszczą, okna (o pojedynczych szybach, zsuwane w dół) same się zamykają z trzaskiem, a drzwi, dla odmiany,  same się otwierają. Na dodatek ilość luster, dziwacznych obrazów i wielkich okien wychodzących wprost w ciemność przekracza tu unijne normy. Przechodząc korytarzem, lub siedząc na łóżku w sypialni ma się wrażenie bycia obserwowanym (czy wspomniałam , że rzeźby znajdują się w całej chałupie, i w ciemnych  korytarzach też? Wszystkie mają naturalne ludzkie kształty - idąc po ciemku, można się więc nabić nieoczekiwanie na palec Napoleona) lustra odbijają się w lustrach...wiecie, człowiek patrzy w te lustra i czeka aż wyłoni się z nich vicewers dziki.

( Dla tych, którzy nie wiedzą kim lub czym są vicewersy dzikie mała ściąga: opis vicewersów dzikich). No, i są jeszcze koty. Koty, które wchodzą i wychodzą kiedy mają na to ochotę.

Jedna z rzeźb, na której łapska można się nadziać:



Nic więc dziwnego, że dla ludzi u których sceptycyzm został wyparty przez mistycyzm, dom taki może być wspaniałym miejscem do rozwijania w nieskończoność własnej wyobraźni. Nadmienię, że większość czasu spędzamy z ludźmi, którzy widzą co Bóg napisał do nich na ścianach, uważają, że są divami operowymi z czasów międzywojnia lub, że pod łóżkiem zaczaił się na nich android wysysający krew. Jeden nierozsądny krok, o jeden ciarek za daleko, jedno niepotrzebne spojrzenie w ciemność...i Huston! Mamy problem...

Zaczyna się zwykle od drobiazgów...

Własnie przygotowywałam sobie swoją wieczorną kawkę, kiedy jestestwem mym wstrząsnął przeraźliwy, stawiający mi na baczność wszystkie nieogolone włosy na ciele, wrzask. 
---AAAA...ahaaa....aaaa

I żadnego wyjaśnienia, żadnego rozwinięcia tematu. Po prostu suche - aaaaaa. Porzuciłam więc, rozlaną na blacie stołu czarną, aromatyczną ciecz i rzuciłam się do holu, niemal pewna, że musiało się stać coś upiornego. Moja koleżanka z przerażeniem malującym się na obliczu ściskała klamkę ogrodowych drzwi, ciągnąc je do siebie z siłą Pudziana .

- Co ty robisz do diabła? - zapytałam z ciekawością.
- Diabła!!!!! Aaaaaa - wrzeszczało dziwowisko z grozą w oczach. długie czarne włosy oblepiały jej twarz w tak oryginalny sposób, że wyglądała jak zjawa z filmu "Krąg".  Słaby ciarek przebiegł mi szybko od karku w stronę majtek. Zdusiłam go gumką od niewymownych.

Chwilę to potrwało zanim z rozwartych szeroko, jak wrota piekieł ust koleżanki wyszło proste, okrągłe, wyjęczane na jednym oddechu zdanie - Chciałam zamknąć drzwi, nie mogę... coś chce je otworzyć....

Przyjrzałam się uważnie całej sytuacji i spostrzegłam kawałek starej, rozsypującej się kotary , który dostała się między wrota. Grubość wyżej wymienionego strzępka nie pozwalała na domknięcie drzwi, za żadne skarby. Gabaryty i siła koleżanki mogły wkrótce spowodować wciągnięcie drzwi do środka razem z ościeżnicą i kawałkiem ogródka. 

-Puszczaj drzwi, bo zaraz odrąbie ci te grabie tasakiem - ostrzegłam z wrodzoną delikatnością. .
- Nieeee.....aaaaa...to wejdzie! 
- To kotara! Kotara!!!!
- Co to jest kotara?...ja nie chcę...aaaaaa - powiększająca się panika spowodowała u niej całkowity zanik znajomości języka angielskiego, zaczynała już coś bełkotać w języku własnej matki (dla mnie niestety niezrozumiałym).
- Kotara...,.do jasnej cholery! K-O-T-A-R-A! 
- Aaa....nieeeee....nie wpuszczaj jej....

Miałam wrażenie, że rozmawiam z wariatem, który już stracił kontakt z rzeczywistością lub nażarł się małych różowych tabletek, które znajdują się u nas pod ścisłym nadzorem(w specjalnej kasetce, do której klucz leży w osobnym schowku, do którego klucz schowany jest w piwnicy, do której klucz...itp.). Mogłam koleżance wydzielić soczysty policzek, który pewnie przywołałby ją do pionu, ale ponieważ jest ona wzrostu i postury więcej niż słusznych, mogłoby się to dla mnie skończyć utratą siekaczy. A tego byśmy nie chcieli sssskarbie, bo przecież dopiero co pozbyliśmy się diastemy i przestaliśmy wyglądać jak nędzna podróbka Madonny. 

Podeszłam więc bliżej, i dziabnęłam trzy razy ręką w kawał materiału. Dotarło. Oczy wróciły na swoje miejsce, szpony wypuściły z uścisku klamkę i Marika zjechała plecami po ścianie.
- Dzisiaj śpię z tobą - zakomunikowała spiżowym głosem.




Na drugi dzień zauważyłam ją krążącą wokół domu, i wykonującą jakieś dziwaczne ruchy dłońmi. Przyjrzałam się bliżej - rozsypywała jakiś proszek. Okazało się, że była to najczystsza sól. Sól ta miała trzymać wszelkie potwory ciągnące tabunami od strony pól. z dala od naszej chałupy. W pokojach zostały ustawione misy wypełnione do połowy solą, a ja zostałam poinstruowana o absolutnym zakazie dotykania proszku. .

Marika codziennie robiła przegląd mis, chrząkając znacząco i kiwając głową. Kilka razy pokazała mi coś w misce, upierając się że są to ślady pazurów. Przytakiwałam, bo ja zawsze przytakuję i zgadzam się na wszystko. Kompletny brak asertywności to moja największa wada, reszta to same zalety, oczywiście. 

Trzy dni później Marika przywlokła do domu wietrzne dzwonki i łapacze snów. Całe popołudnie spędziła na odpowiednim rozmieszczaniu jednych i drugich w całym domu.
Wieczorem dzwonki wisiały już wszędzie, i jak na dzwonki przystało, dzwoniły z każdym podmuchem wiatru.(a przyszedł do nas własnie huragan i duło jak diabli). 

 - Słyszysz? Idą....- łypnęła w stronę ciemnego pola rzepaku i kapusty Marika. 
- To wiatr. Wiatr porusza dzwonkami - odpowiedziałam próbując za wszelką cenę utrzymać równowagę umysłową, mimo zapadającego za oknem zmierzchu. 
- Żaden wiatr. Nie ma wiatru. I zamknęłam okno w twojej sypialni, sukuby uwielbiają się wciskać przez okna...- szepnęła tajemniczo.

Łapacz snów, który został powieszony w mojej sypialni, tuż nad moją głową, miał dołączoną trupią główkę z błyskającymi na czerwono oczętami. Leżąc w łóżku, i nie mogąc zasnąć z powodu hałasu jaki produkowały dzwonki, ciągle widziałam wpatrujące się we mnie mrugające ślepia. Nie jest dobrze Gabryś- pomyślałam. 

Moje okno z gąszczem pełnym sukubów:



Listopad. Wracam do UK z Polski. Wdrapuję się na górę po schodach, otwieram drzwi swojego pokoju i już zamierzam rzucić  bagaż podręczny na łózko...gdy do moich nozdrzy dociera pierwsza, ostrzegawcza fala...

Pokój śmierdział. Był to kwaśny, dobrze zbrylony zapach starego capa, który poprzednią noc spędził na jedzeniu grochówki i piciu wódki ze skunksem, i właśnie się obudził we własnych wymiocinach i skarpetach skunksa. Wstrząsające. 

- Hej!!! Czy ktoś spał w moim łóżeczku, że tak grzecznie zapytam? - krzyknęłam w stronę parteru.
- Nie...to ...oczyszczenie... - zostało odwrzeszczane z dołu. 
- Oczyszczenie? Raczej ciężkie skażenie powietrza! Kto i co tu rozlał i czy musimy wzywać ekipę do toksycznych wyziewów????
- Nie...nic się nie rozlało, ale nie ruszaj tego kieliszka przy łóżku...

Podeszłam bliżej poduszki i o mały włos nie zemdlałam. Faktycznie, tuż u wezgłowia łóżka stał spory kielich, wypełniony jakimś proszkiem i cieczą. Smród można było ciąć piłą i zjadać jak karmelki. Marika zmaterializowała się przy mnie:

- Nie dotykaj tego... Dostałam to od mojej wróżki. To będzie trzymać wszystkie złe duchy z daleka od ciebie.
 - A nie przyszło ci do głowy, że będzie trzymać też mnie z daleka od łóżka? A może i mojej sypialni?
- Otworzysz okno.
- A sukuby?
- Nie wejdą kiedy to działa.

No, ja się nie dziwie. Myślę, że nie ma takiego zwyrodnialca na świecie, którego by ten odór nie odstraszył. Na wszelki wypadek można by to rozlać na wodach dookoła Wyspy. Nie ma szans, żeby ktoś się przedostał. 

Wieczorem położyłam się na łóżku. Nad moją głową obok czaszki ludzkiej, wisiała jakaś wychudzona ptasia morda z szarymi piórkami.  W otwartym oknie kołysały się dzwonki, grając coś z repertuaru Paderewskiego, lustra były odwrócone do ściany, wypinając się do mnie pustymi, czarnymi zadami, i śmierdziało martwym z przeżarcia capem. .

Zatęskniłam do domu, ale przynajmniej mogłam być pewna, że żadne złe duchy nie będą miały do mnie dostępu.

"....I dlatego też zwracam się uprzejmie z prośbą o przeniesienie mnie w miejsce, które jest mniej oddalone od ludzkich siedzib...."


I przyjrzyjcie się uważnie Bobkowi Smithowi - też mam taką minę leżąc w łóżku....no i te sukuby pakują mu się przez okna jak u mnie, (typowe angielskie, podnoszone do góry, pojedyncza szybka - okna, nie sukuby)...no, cała ja w moim angielskim domku:-))) W końcu Robek wie jak to jest, wychował się na angielskiej prowincji. 



Pieprzu. w odwrocie

niedziela, 6 grudnia 2015

My jesteśmy straszne zmory, bardzo groźne z nas upiory. Jeśli nie chcesz się nas bać, musisz nam buziaka dać.




Jak powszechnie wiadomo, w kraju czarnego  puddingu, jadowitych pająków i pleśni, mieszkam w miejscu do którego nie sposób trafić. Żadne dzi-pi-esy nie mają tu dostępu. Słodkie "in the middle of nowhere" czyli po polsku "miejsce, w którym psy dupami szczekają". Niestety, nie mogę tego sprawdzić, ponieważ w promieniu 10 km nie odkryłam żadnego żyjącego psa. Są za to wiewiórki, lisy, bażanty, sowy, zające i mnóstwo owadów ale ciężko je złapać. 

 Dojazd tutaj przypomina nieco filmy z dreszczykiem. Po pierwsze - miejsce to znajduje się pomiędzy trzema miejscowościami i posiada trzy adresy. Żaden nie działa. Po drugie - nazwa ulicy - haha! Jakiej ulicy? Po trzecie - dom ma jedynie nazwę, numeru nie posiada. 

Jedziesz przez jakieś miasteczko, potem telepiesz się polnymi drogami, lasami,  mokradłami, przepływasz bagniska, pokonujesz z wysiłkiem lotne piaski,  aż wreszcie wjeżdżasz w mgłę i po omacku, sam nie wiesz jak dostajesz się prosto na nasze podwórko. Kilka razy zdarzyło się, że taksówkarz poprosił żebym pomogła mu jakoś zlokalizować miejsce do którego jedziemy. Wyśmiałam go okrutnie. Jak można zlokalizować miejsce dookoła którego nie ma nic? To potrafią tylko narody mongolskie.

Widziałam kiedyś film dokumentalny o studentce wracającej z Ułan Bator do domu autobusem. Dookoła płasko aż po horyzont , nawet kamieni I krzewia brak. W pewnym momencie studentka krzyczy, że chce wysiąść . Myślałam nawet, że zrobiło jej się niedobrze od tej dojmującej zewnętrznej pustki. Błąd! Rozpoznała okolice rodzinne. Wyszła z autobusu, zarzuciła sak na plecy i przemierzyła dziarskim marszem, jakieś 20 km pieszo docierając wreszcie do rodzimej jurty. Uwierzcie mi, widziałam ten film trzy razy, próbowałam dostrzec cokolwiek w tej pustce, co pomogło jej odnaleźć dom. Nie było tam nic! Nawet mchu na drzewach, bo drzewa tam nie uświadczysz., a kamienie miały średnicę centymetra. 

Tam gdzie mieszkam jest podobnie, chociaż sytuacja jest nieco ułatwiona - mamy drzewa!!! Kiedy po dwóch tygodniach tego przymusowego odosobnienia, znowu przyjeżdża po mnie taksówkarz mam ochotę rzucić mu się na szyję, ucałować i pomacać, czy faktycznie należy do świata żywych. Nie ma u nas latarni, nie ma chodnika, nie ma nawet ulicy. Taksówkarz dostaje się do nas metodą prób i błędów, błądząc po rozstajach i dzwoniąc co chwila z pytaniami w stylu .

- Widzę duże drzewo, większe niż inne....
- A ma jedną gałąź bardziej ?
- Nie...
- A to się pan zgubił. Proszę jeszcze raz wrócić do tego miejsca, gdzie leży ten szary kamień, który wygląda jak martwy, bezgłowy zając przebity włócznią, i przejechać kawałek przez pole kapusty, koło stracha na wróble,  za dębem z dużą dziuplą w kształcie pępka dinozaura w lewo. 

Najgorzej jednak, kiedy trzeba kogoś wzywać w nocy. Mus jest bowiem,  wyjść na pole, lub wejść w gąszcz i błyskać telefonem, zapalniczką, papierosem, latarenką. Czyli produkować znaki świetlne jak błędny ognik...inaczej przepadło, ludziska będą błądzić kilka godzin, aż w końcu się zniechęcą. Tydzień zabrało pewnej firmie dowiezienie mi walizki do domu. Codziennie odbywałam z kierowcą wielominutowe rozmowy przez telefon (codziennie z innym) próbując wyjaśnić mu gdzie jestem. I codziennie słyszałam szloch, a później słówko 'tomorrow". Zwycięzcą okazał się nowoprzybyły do Anglii Senegalczyk. Widocznie niektóre narody mają wrodzone, wewnętrzne mapy Google. Nie dawałam mu żadnych szans, bo jego angielski był na tyle zły, że nie rozumiałam nic oprócz słówka 'Yes'. A jednak! Niestety nie wiem czy udało mu się trafić z powrotem, czy też nadal krąży gdzieś dookoła. 

A tu dokumentacja fotograficzna: tak wygląda w prawo, w lewo i prosto za domem:








I zagadka dla spostrzegawczych. Wytęż wzrok i znajdź mój dom!




A teraz proszę użyć wyobraźni i pomyśleć jak wygląda to miejsce po zmroku? W nocy? 
I o tym właśnie będzie ta historia, którą musiałam rozdzielić na dwa posty, bo zrobiła mi się z tego epopeja.

Pieprzu pomału pakujący manatki. 
Zapomniałam dodać, że teledysk jest świetnym wstępem do części drugiej. Serdecznie polecam obejrzenie:-)



czwartek, 17 września 2015

To, co popularne, jest złe czyli trzy utwory, które zdominowały moje dzieciństwo i przygotowały mnie do bycia nastolatką.



O tym, jak trzy piosenki wpłynęły na kształtowanie się mojego charakteru;

Piosenka numer jeden, która spowodowała że w życiu dorosłym jestem sceptykiem:

Moje najwcześniejsze wspomnienie związane z muzyką to wesoła piosenka -  Krakowiaczek (jeden miał koników siedem). Śpiewała mi ją nieprzeczuwająca niczego babcia. Piosenka zabiła mi niezłego ćwieka na parę lat. Całe dzieciństwo zastanawiałam się, co jest nie tak z Krakowiankami, które strugają sobie chłopców z drewna i lepią dziewczynki z wosku. Czy nie mogą normalnie uprawiać seksu z innym homo sapiens? I ile wosku potrzebowała Krakowianka, na stworzenie fajnej, jędrnej dziewczynki? Ile drzazg musiała sobie wyłuskiwać wieczorem Krakowianka po obcowaniu z chłopcem? Pytania, pytania, pytania...
Dlatego tej pory ludzie z Krakowa budzą we mnie nieufność.  A przecież jeszcze ta szabelka, co to Krakowiaczkowi zardzewiała przez siedem lat wojowania. Też jakieś takie dwuznaczne. Prawda?


"Krakowianka jedna
miała chłopca z drewna,
a dziewczynkę z wosku,
wszystko po krakowsku."

Piosenka numer dwa, która zaszczepiła we mnie chęć świntuszenia i zabiła w zaraniu romantyzm i radość z rodzinnego biesiadowania:

Okres dzieciństwa to korowód imprez rodzinnych, na których śpiewało się dużo i głośno, zanim się nie padło twarzą w sałatkę jarzynową z majonezem. Świętowanie w mojej rodzinie ciągnęło się jak rok długi od stycznia do grudnia - imieniny, urodziny, wesela, poprawiny, chrzciny i rocznice. No, i jeszcze Barbórka!

W śpiewaniu rubasznych pieśni szczególnie przodował  wujek Marian. Był pieśniarzem głęboko oddanym swojemu hobby.  Krztusił się się sałatką, kaszlał w śledzika ale pieśni nigdy nie przerwał, a nawet jeśli przerwał to i tak echo wciąż grało. Ulubioną pieśnią wujka Mariana była zdecydowanie Walercia:


Zaskakująco inteligentna pointa każdej zwrotki tej pieśni do tej pory budzi we mnie wzruszenia, jakich żaden tam Justin Biber nie wywoła. 
"Panno Walerciu, wsadzę ci, panno Walerciu, wsadzę ci,
Wsadzę ci piórko do kapelusza, panno Walerciu, wsadzę ci.
           Panno Walerciu czarną masz, panno Walerciu czarną 


               masz, wstążeczkę z pluszu przy kapeluszu, 

panno Walerciu czarną masz. "


Nie ma się co dziwić, że lubię świntuszyć skoro Walercia stała się punktem obowiązkowym każdego rodzinnego spotkania. Z drugiej strony, tak wczesne przejście z piosenką biesiadną na ty, spowodowało we mnie całkowitą obojętność na tak modne w latach 90 disco polo. Byłam biesiadno-oporna. 

Nabawiłam się też weselo - fobii. Konsekwentnie odmawiałam brania udziału we wszelkich rodzinnych imprezach i weselach, ze swoim własnym włącznie. Nie mogłam znieść myśli, że będę się musiała wesoło uśmiechać do wszelkich kuzynów, ciotek i wujków,towarzyszyć im na parkiecie w tańcu chochołów i po raz tysięczny wysłuchiwać Walerci. Wiem, złą kobietą byłam. Do tego stopnia złą, że na własne wesele też się nie zgodziłam, a obiad po-ślubny był imprezą bezalkoholową. Co do tej pory jest wspominane w mojej rodzinie jako swoiste kuriozum. Mam nadzieję, że moje własne dziecko po ślubie pójdzie sobie spokojnie do kina, albo do kawiarni i nie każe starej matce tańczyć i śpiewać Walerci oraz spędzać kilku godzin nad kwaśniejącą sałatką.

Piosenka numer trzy, dzięki której wiem, że nie należy włazić tam gdzie straszy:





W tym domu straszy - nie chodź tam o brzasku.
Źle z oczu patrzy nawet psu, co targa łańcuch.
Ktoś nocą łazi, światło ktoś pali w dzień,
W tym domu dziwne rzeczy dzieją się,
W tym domu dziwne rzeczy dzieją się.

Nie mów sobie po cichu: "co będzie, to będzie",
Lecz uważaj, dziewczyno, uważaj na siebie,
Bo możesz trafić, kto wie, gorzej niż źle


Jak widać już wtedy lubiłam teksty z dreszczykiem. Mogłam słuchać tego godzinami, i pogrążać się coraz mocniej we własnej wyobraźni, penetrując jej najciemniejsze zakurzone kątki. 

Dlatego właśnie, z zasady nie plątam się po odludnych i pustych budynkach, nie eksploruję piwnic, i dałam się namówić na jedną tylko, jak dotąd randkę na cmentarzu. Pan Andrzej wyraźnie śpiewał, że mamrotanie sobie pod nosem 'co będzie, to będzie" nie jest dobrym mottem życiowym dla szanującej się dziewczynki, która chce dożyć do świętej komunii i otrzymać zegarek oraz rower. (roweru nie dostałam, bo jak wiadomo miałam zakaz pedałowania konsekwentnie utrzymywany prawie do momentu mojej pełnoletniości. Dzięki temu jeżdżę jak ostatnia łajza.) 

Ponieważ utworu "W tym domu straszy" słuchałam jakieś 100 razy dziennie, to obecnie nie jestem typem blondynki, która zaciekawiona jakimś cholernym szmerem w piwnicy bierze drgającą i dopalającą się świeczkę w rękę i złazi po spróchniałych schodach do kazamatów, popatrzeć co tak skrobie pod podłogą. Noooo way! 
 A jeśli już muszę spać w domu, w którym może straszyć to proszę mi pozwolić zacytować samą siebie/:

(dom, do którego przybyłam znajdował się na wsi angielskiej):


Weszłam do środka, przeszłam się w górę i w dół, zajrzałam do szaf i schowków bo jeśli już jakiś wampirz dostał się wcześniej do środka to lepiej wiedzieć wcześniej niż dowiedzieć się o tym w środku nocy. Dom był pusty i chłodny. Rozlokowałam się i zaczęłam robić atmosferę - telewizor, tu światło, tam lampka, gwiżdżący czajnik. Tak się tym zmęczyłam, że musiałam wyjść na zewnątrz i zapalić. Zaciągnęłam się dymem po adidasy i zaczęłam się uspokajać, niestety nie na długo - ciemność dookoła zdawała się krzyczeć, ba! wrzeszczeć na mnie. W takich wypadkach moja wyobraźnia zaczyna żyć własnym życiem, z przodu przez trawę wyraźnie sunęła w moją stronę sina dłoń, zza krzaków na lewo coś mrygało bezczelnie, a z prawej słyszałam czyjś oddech. (...)

 Zgasiłam papierosa drżącą ręką i natychmiast znalazłam się w środku, niestety okno sięgało od sufitu do podłogi, nie miało zasłon i wychodziło na ciemny, pełen dzikiego zwierza i grozy ogród. Przytuliłam twarz do szyby, ogród popatrzył na mnie i było mu łatwiej bo to u mnie świeciło się światło, i to on miał mnie na widelcu. Wyraźnie śledził każdy mój ruch.

Postanowiłam zabarykadować się w pokoju. W tym celu dosunęłam do drzwi wolne łóżko, budząc przy tym smacznie śpiące za nim pająki. Natychmiast tez pożałowałam tego kroku, bo ze strachu okropnie chciało mi się siusiu. Ledwo żywa z przerażenia, zmęczenia i wysiłku, przebiegłam do łazienki, starając się nie patrzeć w stronę ciemnego ogrodu. Ale kątem oka wyraźnie widziałam, że zaczynają się tam niezłe harce i ilość morderców - zwyrodnialców wyraźnie się potroiła."

A jaka jest wasza melodia z dzieciństwa?
Pieprzu  tańczący la-ba-da.



wtorek, 14 lipca 2015

Kobietą być to... chudnąć i tyć.




Nadeszło lato. Nie ma chyba bardziej stresującego okresu w roku dla kobiety. Właściwie powinnyśmy się do tego przygotowywać cały rok, na okrągło. Presja, która spada na mnie z ekranu telewizora, wlewa się przez monitor komputera i drapie moje gałki oczne z każdej strony gazety jest trudna do zlekceważenia. Panie Premierze!!! Jak żyć?

Już dawno zauważyłam, że gdyby nie reklamy, nie wiedziałabym, że kobieta w moim wieku ma wiecznie opuchnięte i pokryte żylakami nogi, zamazuje jej się owal, nie może opuścić spokojnie mieszkania bo albo ma wzdęcia albo też nietrzymanie moczu odbiera jej codzienną radość życia. 
Nie wiedziałabym, że moją życiową rolą jest podejmowanie nierównej walki z cellulitem,że moje krągłości powinny być powodem do wstydu, bo w życiu nie wcisnę się w bluzeczkę rozmiaru 34, i że powinnam czuć się jak orka i  pancernik Potiomkin w jednym. 

Nawet najeść nie można się dla przyjemności bo zły duch wątrobiany pokaże nam miejsce w szeregu. Zegnie nas bólem gniotącym, zaskakującym i frustrującym. 


Zostałam skazana na picie wody niegazowanej i łykanie tabletek na wszystkie dolegliwości świata, a dbałość o swoje ciało powinna mi zajmować czas od rana do wieczora. Sadyści kosmetyczno -farmaceutyczni nie próżnują, właśnie próbują mi wmówić, że moje cztery litery żądają już nie tylko pachnącego melisą, tłoczonego w aniołki papieru toaletowego ale nie potrafią się obyć bez specjalnego płynu do mycia tych czarujących okolic. Czekam teraz na specjalną szczoteczkę do czyszczenia zagłębienia mojego pępka. Skoro pytają mnie o ładne pachy, zaraz zaczną wypytywać i o odpowiednio uroczy i zadbany pępek. 

Pomału zaczniemy marzyć o burkach. 

Pokazujesz nogi - lansujesz się. Zakrywasz nogi - pewnie masz żylaki. Masz zmarszczki - nie dbasz o siebie. Nie masz zmarszczek - pewnie się ostrzykujesz. I gdzie jest złoty środek?

Tak. Miałam urodziny. Zbliżam się właśnie do granicy, w której kobieta przestaje być kobietą, a staje się niewolnikiem gabinetów odnowy biologicznej i ofiarą cudotwórców chirurgii kosmetycznej, W której ze śmieszących wszystkich makijażem próbuje odnaleźć w sobie resztki urody. Piątka w dacie urodzenia wyrzuca cię po za nawias społeczeństwa. Fiuuuuu.....pani tu nie stała! Suń się babcia.

W czasach kiedy nie stać mnie było na waciki kosmetyczne i zmuszona byłam do używania w zamian papieru toaletowego, kiedy pożyczałam buty od mamy, bo na swoje odkładałam 3 miesiące nauczyłam się jednego - mogę żyć bez drogich kremów, albo właściwie bez żadnych kremów. 

I wiecie co? Każdy się zestarzeje. Czy nie lepiej wyglądać tylko staro, niż staro i śmiesznie?

Następnym razem obiecuję coś bardziej zabawnego. Czas się otrzepać!