Odsłuchali Rockwella z końca pierwszej części? Dobrze, bo świetnie wprowadza w atmosferę. To jedziemy...
Ogród w naszym domu jest pełen starych rzeźb, które wydają się poruszać w świetle księżyca. A ponieważ jest to tradycyjny angielski dom, w którym gardzi się czymś tak trywialnym jak firanka i zasłona, całe nasze życie po zmroku jest wystawione na oblegającą nas jak wata ciemność. Tak, tak, życie intymne też. I to też! Oczywiście, w takim miejscu nie należy nigdy tracić czujności i dawać swojej wyobraźni pola do popisu. Żadne - "coś tam mignęło za oknem", lub "coś zaskrobało w szybę" nie wchodzą w grę. Zbiorowa panika gwarantowana.
Bezfirankowe okna wychodzące na dyszący grozą ogród:
Nic więc dziwnego, że każde pukanie do drzwi lub okien po zmroku ścina nasze kobiece serca mrozem grozy. Powody tej grozy bywają jednak bardzo różne - w zależności od własnych preferencji i narodowości. Osobiście należę do grupy polskich ultra sceptyków. A to oznacza, że żadne strzygi, utopce, wampirze, kobiety-pająki, wilkołaki, sukuby, stukostrachy, o podrzędnych duchach i zjawach nie wspomnę, kiepsko się ze mną komponują. Już kiedyś pisałam, że jedna z moich przyjaciółek opisała to w bardzo dosadny sposób:
"Ty byś nie zauważyła ducha, nawet gdyby ci przysadził kopniak w tyłek"
Myślę, że ma rację. Pewnie pomyślałabym, że tak mi coś strzyknęło w krzyżach ze starości.
Dom nic nie ułatwia...jest stary jak najstarsze angielskie starowinki, rury wyją, stropy stękają, schody trzeszczą, okna (o pojedynczych szybach, zsuwane w dół) same się zamykają z trzaskiem, a drzwi, dla odmiany, same się otwierają. Na dodatek ilość luster, dziwacznych obrazów i wielkich okien wychodzących wprost w ciemność przekracza tu unijne normy. Przechodząc korytarzem, lub siedząc na łóżku w sypialni ma się wrażenie bycia obserwowanym (czy wspomniałam , że rzeźby znajdują się w całej chałupie, i w ciemnych korytarzach też? Wszystkie mają naturalne ludzkie kształty - idąc po ciemku, można się więc nabić nieoczekiwanie na palec Napoleona) lustra odbijają się w lustrach...wiecie, człowiek patrzy w te lustra i czeka aż wyłoni się z nich vicewers dziki.
( Dla tych, którzy nie wiedzą kim lub czym są vicewersy dzikie mała ściąga: opis vicewersów dzikich). No, i są jeszcze koty. Koty, które wchodzą i wychodzą kiedy mają na to ochotę.
Jedna z rzeźb, na której łapska można się nadziać:
Nic więc dziwnego, że dla ludzi u których sceptycyzm został wyparty przez mistycyzm, dom taki może być wspaniałym miejscem do rozwijania w nieskończoność własnej wyobraźni. Nadmienię, że większość czasu spędzamy z ludźmi, którzy widzą co Bóg napisał do nich na ścianach, uważają, że są divami operowymi z czasów międzywojnia lub, że pod łóżkiem zaczaił się na nich android wysysający krew. Jeden nierozsądny krok, o jeden ciarek za daleko, jedno niepotrzebne spojrzenie w ciemność...i Huston! Mamy problem...
Zaczyna się zwykle od drobiazgów...
Własnie przygotowywałam sobie swoją wieczorną kawkę, kiedy jestestwem mym wstrząsnął przeraźliwy, stawiający mi na baczność wszystkie nieogolone włosy na ciele, wrzask.
---AAAA...ahaaa....aaaa
I żadnego wyjaśnienia, żadnego rozwinięcia tematu. Po prostu suche - aaaaaa. Porzuciłam więc, rozlaną na blacie stołu czarną, aromatyczną ciecz i rzuciłam się do holu, niemal pewna, że musiało się stać coś upiornego. Moja koleżanka z przerażeniem malującym się na obliczu ściskała klamkę ogrodowych drzwi, ciągnąc je do siebie z siłą Pudziana .
- Co ty robisz do diabła? - zapytałam z ciekawością.
- Diabła!!!!! Aaaaaa - wrzeszczało dziwowisko z grozą w oczach. długie czarne włosy oblepiały jej twarz w tak oryginalny sposób, że wyglądała jak zjawa z filmu "Krąg". Słaby ciarek przebiegł mi szybko od karku w stronę majtek. Zdusiłam go gumką od niewymownych.
Chwilę to potrwało zanim z rozwartych szeroko, jak wrota piekieł ust koleżanki wyszło proste, okrągłe, wyjęczane na jednym oddechu zdanie - Chciałam zamknąć drzwi, nie mogę... coś chce je otworzyć....
Przyjrzałam się uważnie całej sytuacji i spostrzegłam kawałek starej, rozsypującej się kotary , który dostała się między wrota. Grubość wyżej wymienionego strzępka nie pozwalała na domknięcie drzwi, za żadne skarby. Gabaryty i siła koleżanki mogły wkrótce spowodować wciągnięcie drzwi do środka razem z ościeżnicą i kawałkiem ogródka.
-Puszczaj drzwi, bo zaraz odrąbie ci te grabie tasakiem - ostrzegłam z wrodzoną delikatnością. .
- Nieeee.....aaaaa...to wejdzie!
- To kotara! Kotara!!!!
- Co to jest kotara?...ja nie chcę...aaaaaa - powiększająca się panika spowodowała u niej całkowity zanik znajomości języka angielskiego, zaczynała już coś bełkotać w języku własnej matki (dla mnie niestety niezrozumiałym).
- Kotara...,.do jasnej cholery! K-O-T-A-R-A!
- Aaa....nieeeee....nie wpuszczaj jej....
Miałam wrażenie, że rozmawiam z wariatem, który już stracił kontakt z rzeczywistością lub nażarł się małych różowych tabletek, które znajdują się u nas pod ścisłym nadzorem(w specjalnej kasetce, do której klucz leży w osobnym schowku, do którego klucz schowany jest w piwnicy, do której klucz...itp.). Mogłam koleżance wydzielić soczysty policzek, który pewnie przywołałby ją do pionu, ale ponieważ jest ona wzrostu i postury więcej niż słusznych, mogłoby się to dla mnie skończyć utratą siekaczy. A tego byśmy nie chcieli sssskarbie, bo przecież dopiero co pozbyliśmy się diastemy i przestaliśmy wyglądać jak nędzna podróbka Madonny.
Podeszłam więc bliżej, i dziabnęłam trzy razy ręką w kawał materiału. Dotarło. Oczy wróciły na swoje miejsce, szpony wypuściły z uścisku klamkę i Marika zjechała plecami po ścianie.
- Dzisiaj śpię z tobą - zakomunikowała spiżowym głosem.
Na drugi dzień zauważyłam ją krążącą wokół domu, i wykonującą jakieś dziwaczne ruchy dłońmi. Przyjrzałam się bliżej - rozsypywała jakiś proszek. Okazało się, że była to najczystsza sól. Sól ta miała trzymać wszelkie potwory ciągnące tabunami od strony pól. z dala od naszej chałupy. W pokojach zostały ustawione misy wypełnione do połowy solą, a ja zostałam poinstruowana o absolutnym zakazie dotykania proszku. .
Marika codziennie robiła przegląd mis, chrząkając znacząco i kiwając głową. Kilka razy pokazała mi coś w misce, upierając się że są to ślady pazurów. Przytakiwałam, bo ja zawsze przytakuję i zgadzam się na wszystko. Kompletny brak asertywności to moja największa wada, reszta to same zalety, oczywiście.
Trzy dni później Marika przywlokła do domu wietrzne dzwonki i łapacze snów. Całe popołudnie spędziła na odpowiednim rozmieszczaniu jednych i drugich w całym domu.
Wieczorem dzwonki wisiały już wszędzie, i jak na dzwonki przystało, dzwoniły z każdym podmuchem wiatru.(a przyszedł do nas własnie huragan i duło jak diabli).
- Słyszysz? Idą....- łypnęła w stronę ciemnego pola rzepaku i kapusty Marika.
- To wiatr. Wiatr porusza dzwonkami - odpowiedziałam próbując za wszelką cenę utrzymać równowagę umysłową, mimo zapadającego za oknem zmierzchu.
- Żaden wiatr. Nie ma wiatru. I zamknęłam okno w twojej sypialni, sukuby uwielbiają się wciskać przez okna...- szepnęła tajemniczo.
Łapacz snów, który został powieszony w mojej sypialni, tuż nad moją głową, miał dołączoną trupią główkę z błyskającymi na czerwono oczętami. Leżąc w łóżku, i nie mogąc zasnąć z powodu hałasu jaki produkowały dzwonki, ciągle widziałam wpatrujące się we mnie mrugające ślepia. Nie jest dobrze Gabryś- pomyślałam.
Moje okno z gąszczem pełnym sukubów:
Listopad. Wracam do UK z Polski. Wdrapuję się na górę po schodach, otwieram drzwi swojego pokoju i już zamierzam rzucić bagaż podręczny na łózko...gdy do moich nozdrzy dociera pierwsza, ostrzegawcza fala...
Pokój śmierdział. Był to kwaśny, dobrze zbrylony zapach starego capa, który poprzednią noc spędził na jedzeniu grochówki i piciu wódki ze skunksem, i właśnie się obudził we własnych wymiocinach i skarpetach skunksa. Wstrząsające.
- Hej!!! Czy ktoś spał w moim łóżeczku, że tak grzecznie zapytam? - krzyknęłam w stronę parteru.
- Nie...to ...oczyszczenie... - zostało odwrzeszczane z dołu.
- Oczyszczenie? Raczej ciężkie skażenie powietrza! Kto i co tu rozlał i czy musimy wzywać ekipę do toksycznych wyziewów????
- Nie...nic się nie rozlało, ale nie ruszaj tego kieliszka przy łóżku...
Podeszłam bliżej poduszki i o mały włos nie zemdlałam. Faktycznie, tuż u wezgłowia łóżka stał spory kielich, wypełniony jakimś proszkiem i cieczą. Smród można było ciąć piłą i zjadać jak karmelki. Marika zmaterializowała się przy mnie:
- Nie dotykaj tego... Dostałam to od mojej wróżki. To będzie trzymać wszystkie złe duchy z daleka od ciebie.
- A nie przyszło ci do głowy, że będzie trzymać też mnie z daleka od łóżka? A może i mojej sypialni?
- Otworzysz okno.
- A sukuby?
- Nie wejdą kiedy to działa.
No, ja się nie dziwie. Myślę, że nie ma takiego zwyrodnialca na świecie, którego by ten odór nie odstraszył. Na wszelki wypadek można by to rozlać na wodach dookoła Wyspy. Nie ma szans, żeby ktoś się przedostał.
Wieczorem położyłam się na łóżku. Nad moją głową obok czaszki ludzkiej, wisiała jakaś wychudzona ptasia morda z szarymi piórkami. W otwartym oknie kołysały się dzwonki, grając coś z repertuaru Paderewskiego, lustra były odwrócone do ściany, wypinając się do mnie pustymi, czarnymi zadami, i śmierdziało martwym z przeżarcia capem. .
Zatęskniłam do domu, ale przynajmniej mogłam być pewna, że żadne złe duchy nie będą miały do mnie dostępu.
"....I dlatego też zwracam się uprzejmie z prośbą o przeniesienie mnie w miejsce, które jest mniej oddalone od ludzkich siedzib...."
I przyjrzyjcie się uważnie Bobkowi Smithowi - też mam taką minę leżąc w łóżku....no i te sukuby pakują mu się przez okna jak u mnie, (typowe angielskie, podnoszone do góry, pojedyncza szybka - okna, nie sukuby)...no, cała ja w moim angielskim domku:-))) W końcu Robek wie jak to jest, wychował się na angielskiej prowincji.
Pieprzu. w odwrocie





























