Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UK. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 grudnia 2015

My jesteśmy straszne zmory, bardzo groźne z nas upiory,Jeśli nie chcesz się nas bać, musisz nam buziaka dać.(część 2)









Odsłuchali Rockwella z końca pierwszej części? Dobrze, bo świetnie wprowadza w atmosferę. To jedziemy...

Ogród w naszym domu jest pełen starych rzeźb, które wydają się poruszać w świetle księżyca.  A ponieważ jest to tradycyjny angielski dom, w którym gardzi się czymś tak trywialnym jak firanka i zasłona, całe nasze życie po zmroku jest wystawione na oblegającą nas jak wata ciemność. Tak, tak, życie intymne też. I to też!  Oczywiście, w takim miejscu nie należy nigdy tracić czujności i dawać swojej wyobraźni pola do popisu. Żadne - "coś tam mignęło za oknem", lub "coś zaskrobało w szybę" nie wchodzą w grę. Zbiorowa panika gwarantowana. 

Bezfirankowe okna wychodzące na dyszący grozą ogród:

Nic więc dziwnego, że każde pukanie do drzwi lub okien po zmroku  ścina nasze kobiece serca mrozem grozy. Powody tej grozy bywają jednak bardzo różne - w zależności od własnych preferencji i narodowości. Osobiście należę do grupy polskich ultra sceptyków. A to oznacza, że żadne strzygi, utopce, wampirze, kobiety-pająki, wilkołaki, sukuby, stukostrachy, o podrzędnych duchach i zjawach nie wspomnę, kiepsko się ze mną komponują. Już kiedyś pisałam, że jedna z moich przyjaciółek opisała to w bardzo dosadny sposób:
"Ty byś nie zauważyła ducha, nawet gdyby ci przysadził kopniak w tyłek"
Myślę, że ma rację. Pewnie pomyślałabym, że tak mi coś strzyknęło w krzyżach ze starości. 

Dom nic nie ułatwia...jest stary jak najstarsze angielskie starowinki, rury wyją, stropy stękają, schody trzeszczą, okna (o pojedynczych szybach, zsuwane w dół) same się zamykają z trzaskiem, a drzwi, dla odmiany,  same się otwierają. Na dodatek ilość luster, dziwacznych obrazów i wielkich okien wychodzących wprost w ciemność przekracza tu unijne normy. Przechodząc korytarzem, lub siedząc na łóżku w sypialni ma się wrażenie bycia obserwowanym (czy wspomniałam , że rzeźby znajdują się w całej chałupie, i w ciemnych  korytarzach też? Wszystkie mają naturalne ludzkie kształty - idąc po ciemku, można się więc nabić nieoczekiwanie na palec Napoleona) lustra odbijają się w lustrach...wiecie, człowiek patrzy w te lustra i czeka aż wyłoni się z nich vicewers dziki.

( Dla tych, którzy nie wiedzą kim lub czym są vicewersy dzikie mała ściąga: opis vicewersów dzikich). No, i są jeszcze koty. Koty, które wchodzą i wychodzą kiedy mają na to ochotę.

Jedna z rzeźb, na której łapska można się nadziać:



Nic więc dziwnego, że dla ludzi u których sceptycyzm został wyparty przez mistycyzm, dom taki może być wspaniałym miejscem do rozwijania w nieskończoność własnej wyobraźni. Nadmienię, że większość czasu spędzamy z ludźmi, którzy widzą co Bóg napisał do nich na ścianach, uważają, że są divami operowymi z czasów międzywojnia lub, że pod łóżkiem zaczaił się na nich android wysysający krew. Jeden nierozsądny krok, o jeden ciarek za daleko, jedno niepotrzebne spojrzenie w ciemność...i Huston! Mamy problem...

Zaczyna się zwykle od drobiazgów...

Własnie przygotowywałam sobie swoją wieczorną kawkę, kiedy jestestwem mym wstrząsnął przeraźliwy, stawiający mi na baczność wszystkie nieogolone włosy na ciele, wrzask. 
---AAAA...ahaaa....aaaa

I żadnego wyjaśnienia, żadnego rozwinięcia tematu. Po prostu suche - aaaaaa. Porzuciłam więc, rozlaną na blacie stołu czarną, aromatyczną ciecz i rzuciłam się do holu, niemal pewna, że musiało się stać coś upiornego. Moja koleżanka z przerażeniem malującym się na obliczu ściskała klamkę ogrodowych drzwi, ciągnąc je do siebie z siłą Pudziana .

- Co ty robisz do diabła? - zapytałam z ciekawością.
- Diabła!!!!! Aaaaaa - wrzeszczało dziwowisko z grozą w oczach. długie czarne włosy oblepiały jej twarz w tak oryginalny sposób, że wyglądała jak zjawa z filmu "Krąg".  Słaby ciarek przebiegł mi szybko od karku w stronę majtek. Zdusiłam go gumką od niewymownych.

Chwilę to potrwało zanim z rozwartych szeroko, jak wrota piekieł ust koleżanki wyszło proste, okrągłe, wyjęczane na jednym oddechu zdanie - Chciałam zamknąć drzwi, nie mogę... coś chce je otworzyć....

Przyjrzałam się uważnie całej sytuacji i spostrzegłam kawałek starej, rozsypującej się kotary , który dostała się między wrota. Grubość wyżej wymienionego strzępka nie pozwalała na domknięcie drzwi, za żadne skarby. Gabaryty i siła koleżanki mogły wkrótce spowodować wciągnięcie drzwi do środka razem z ościeżnicą i kawałkiem ogródka. 

-Puszczaj drzwi, bo zaraz odrąbie ci te grabie tasakiem - ostrzegłam z wrodzoną delikatnością. .
- Nieeee.....aaaaa...to wejdzie! 
- To kotara! Kotara!!!!
- Co to jest kotara?...ja nie chcę...aaaaaa - powiększająca się panika spowodowała u niej całkowity zanik znajomości języka angielskiego, zaczynała już coś bełkotać w języku własnej matki (dla mnie niestety niezrozumiałym).
- Kotara...,.do jasnej cholery! K-O-T-A-R-A! 
- Aaa....nieeeee....nie wpuszczaj jej....

Miałam wrażenie, że rozmawiam z wariatem, który już stracił kontakt z rzeczywistością lub nażarł się małych różowych tabletek, które znajdują się u nas pod ścisłym nadzorem(w specjalnej kasetce, do której klucz leży w osobnym schowku, do którego klucz schowany jest w piwnicy, do której klucz...itp.). Mogłam koleżance wydzielić soczysty policzek, który pewnie przywołałby ją do pionu, ale ponieważ jest ona wzrostu i postury więcej niż słusznych, mogłoby się to dla mnie skończyć utratą siekaczy. A tego byśmy nie chcieli sssskarbie, bo przecież dopiero co pozbyliśmy się diastemy i przestaliśmy wyglądać jak nędzna podróbka Madonny. 

Podeszłam więc bliżej, i dziabnęłam trzy razy ręką w kawał materiału. Dotarło. Oczy wróciły na swoje miejsce, szpony wypuściły z uścisku klamkę i Marika zjechała plecami po ścianie.
- Dzisiaj śpię z tobą - zakomunikowała spiżowym głosem.




Na drugi dzień zauważyłam ją krążącą wokół domu, i wykonującą jakieś dziwaczne ruchy dłońmi. Przyjrzałam się bliżej - rozsypywała jakiś proszek. Okazało się, że była to najczystsza sól. Sól ta miała trzymać wszelkie potwory ciągnące tabunami od strony pól. z dala od naszej chałupy. W pokojach zostały ustawione misy wypełnione do połowy solą, a ja zostałam poinstruowana o absolutnym zakazie dotykania proszku. .

Marika codziennie robiła przegląd mis, chrząkając znacząco i kiwając głową. Kilka razy pokazała mi coś w misce, upierając się że są to ślady pazurów. Przytakiwałam, bo ja zawsze przytakuję i zgadzam się na wszystko. Kompletny brak asertywności to moja największa wada, reszta to same zalety, oczywiście. 

Trzy dni później Marika przywlokła do domu wietrzne dzwonki i łapacze snów. Całe popołudnie spędziła na odpowiednim rozmieszczaniu jednych i drugich w całym domu.
Wieczorem dzwonki wisiały już wszędzie, i jak na dzwonki przystało, dzwoniły z każdym podmuchem wiatru.(a przyszedł do nas własnie huragan i duło jak diabli). 

 - Słyszysz? Idą....- łypnęła w stronę ciemnego pola rzepaku i kapusty Marika. 
- To wiatr. Wiatr porusza dzwonkami - odpowiedziałam próbując za wszelką cenę utrzymać równowagę umysłową, mimo zapadającego za oknem zmierzchu. 
- Żaden wiatr. Nie ma wiatru. I zamknęłam okno w twojej sypialni, sukuby uwielbiają się wciskać przez okna...- szepnęła tajemniczo.

Łapacz snów, który został powieszony w mojej sypialni, tuż nad moją głową, miał dołączoną trupią główkę z błyskającymi na czerwono oczętami. Leżąc w łóżku, i nie mogąc zasnąć z powodu hałasu jaki produkowały dzwonki, ciągle widziałam wpatrujące się we mnie mrugające ślepia. Nie jest dobrze Gabryś- pomyślałam. 

Moje okno z gąszczem pełnym sukubów:



Listopad. Wracam do UK z Polski. Wdrapuję się na górę po schodach, otwieram drzwi swojego pokoju i już zamierzam rzucić  bagaż podręczny na łózko...gdy do moich nozdrzy dociera pierwsza, ostrzegawcza fala...

Pokój śmierdział. Był to kwaśny, dobrze zbrylony zapach starego capa, który poprzednią noc spędził na jedzeniu grochówki i piciu wódki ze skunksem, i właśnie się obudził we własnych wymiocinach i skarpetach skunksa. Wstrząsające. 

- Hej!!! Czy ktoś spał w moim łóżeczku, że tak grzecznie zapytam? - krzyknęłam w stronę parteru.
- Nie...to ...oczyszczenie... - zostało odwrzeszczane z dołu. 
- Oczyszczenie? Raczej ciężkie skażenie powietrza! Kto i co tu rozlał i czy musimy wzywać ekipę do toksycznych wyziewów????
- Nie...nic się nie rozlało, ale nie ruszaj tego kieliszka przy łóżku...

Podeszłam bliżej poduszki i o mały włos nie zemdlałam. Faktycznie, tuż u wezgłowia łóżka stał spory kielich, wypełniony jakimś proszkiem i cieczą. Smród można było ciąć piłą i zjadać jak karmelki. Marika zmaterializowała się przy mnie:

- Nie dotykaj tego... Dostałam to od mojej wróżki. To będzie trzymać wszystkie złe duchy z daleka od ciebie.
 - A nie przyszło ci do głowy, że będzie trzymać też mnie z daleka od łóżka? A może i mojej sypialni?
- Otworzysz okno.
- A sukuby?
- Nie wejdą kiedy to działa.

No, ja się nie dziwie. Myślę, że nie ma takiego zwyrodnialca na świecie, którego by ten odór nie odstraszył. Na wszelki wypadek można by to rozlać na wodach dookoła Wyspy. Nie ma szans, żeby ktoś się przedostał. 

Wieczorem położyłam się na łóżku. Nad moją głową obok czaszki ludzkiej, wisiała jakaś wychudzona ptasia morda z szarymi piórkami.  W otwartym oknie kołysały się dzwonki, grając coś z repertuaru Paderewskiego, lustra były odwrócone do ściany, wypinając się do mnie pustymi, czarnymi zadami, i śmierdziało martwym z przeżarcia capem. .

Zatęskniłam do domu, ale przynajmniej mogłam być pewna, że żadne złe duchy nie będą miały do mnie dostępu.

"....I dlatego też zwracam się uprzejmie z prośbą o przeniesienie mnie w miejsce, które jest mniej oddalone od ludzkich siedzib...."


I przyjrzyjcie się uważnie Bobkowi Smithowi - też mam taką minę leżąc w łóżku....no i te sukuby pakują mu się przez okna jak u mnie, (typowe angielskie, podnoszone do góry, pojedyncza szybka - okna, nie sukuby)...no, cała ja w moim angielskim domku:-))) W końcu Robek wie jak to jest, wychował się na angielskiej prowincji. 



Pieprzu. w odwrocie

niedziela, 6 grudnia 2015

My jesteśmy straszne zmory, bardzo groźne z nas upiory. Jeśli nie chcesz się nas bać, musisz nam buziaka dać.




Jak powszechnie wiadomo, w kraju czarnego  puddingu, jadowitych pająków i pleśni, mieszkam w miejscu do którego nie sposób trafić. Żadne dzi-pi-esy nie mają tu dostępu. Słodkie "in the middle of nowhere" czyli po polsku "miejsce, w którym psy dupami szczekają". Niestety, nie mogę tego sprawdzić, ponieważ w promieniu 10 km nie odkryłam żadnego żyjącego psa. Są za to wiewiórki, lisy, bażanty, sowy, zające i mnóstwo owadów ale ciężko je złapać. 

 Dojazd tutaj przypomina nieco filmy z dreszczykiem. Po pierwsze - miejsce to znajduje się pomiędzy trzema miejscowościami i posiada trzy adresy. Żaden nie działa. Po drugie - nazwa ulicy - haha! Jakiej ulicy? Po trzecie - dom ma jedynie nazwę, numeru nie posiada. 

Jedziesz przez jakieś miasteczko, potem telepiesz się polnymi drogami, lasami,  mokradłami, przepływasz bagniska, pokonujesz z wysiłkiem lotne piaski,  aż wreszcie wjeżdżasz w mgłę i po omacku, sam nie wiesz jak dostajesz się prosto na nasze podwórko. Kilka razy zdarzyło się, że taksówkarz poprosił żebym pomogła mu jakoś zlokalizować miejsce do którego jedziemy. Wyśmiałam go okrutnie. Jak można zlokalizować miejsce dookoła którego nie ma nic? To potrafią tylko narody mongolskie.

Widziałam kiedyś film dokumentalny o studentce wracającej z Ułan Bator do domu autobusem. Dookoła płasko aż po horyzont , nawet kamieni I krzewia brak. W pewnym momencie studentka krzyczy, że chce wysiąść . Myślałam nawet, że zrobiło jej się niedobrze od tej dojmującej zewnętrznej pustki. Błąd! Rozpoznała okolice rodzinne. Wyszła z autobusu, zarzuciła sak na plecy i przemierzyła dziarskim marszem, jakieś 20 km pieszo docierając wreszcie do rodzimej jurty. Uwierzcie mi, widziałam ten film trzy razy, próbowałam dostrzec cokolwiek w tej pustce, co pomogło jej odnaleźć dom. Nie było tam nic! Nawet mchu na drzewach, bo drzewa tam nie uświadczysz., a kamienie miały średnicę centymetra. 

Tam gdzie mieszkam jest podobnie, chociaż sytuacja jest nieco ułatwiona - mamy drzewa!!! Kiedy po dwóch tygodniach tego przymusowego odosobnienia, znowu przyjeżdża po mnie taksówkarz mam ochotę rzucić mu się na szyję, ucałować i pomacać, czy faktycznie należy do świata żywych. Nie ma u nas latarni, nie ma chodnika, nie ma nawet ulicy. Taksówkarz dostaje się do nas metodą prób i błędów, błądząc po rozstajach i dzwoniąc co chwila z pytaniami w stylu .

- Widzę duże drzewo, większe niż inne....
- A ma jedną gałąź bardziej ?
- Nie...
- A to się pan zgubił. Proszę jeszcze raz wrócić do tego miejsca, gdzie leży ten szary kamień, który wygląda jak martwy, bezgłowy zając przebity włócznią, i przejechać kawałek przez pole kapusty, koło stracha na wróble,  za dębem z dużą dziuplą w kształcie pępka dinozaura w lewo. 

Najgorzej jednak, kiedy trzeba kogoś wzywać w nocy. Mus jest bowiem,  wyjść na pole, lub wejść w gąszcz i błyskać telefonem, zapalniczką, papierosem, latarenką. Czyli produkować znaki świetlne jak błędny ognik...inaczej przepadło, ludziska będą błądzić kilka godzin, aż w końcu się zniechęcą. Tydzień zabrało pewnej firmie dowiezienie mi walizki do domu. Codziennie odbywałam z kierowcą wielominutowe rozmowy przez telefon (codziennie z innym) próbując wyjaśnić mu gdzie jestem. I codziennie słyszałam szloch, a później słówko 'tomorrow". Zwycięzcą okazał się nowoprzybyły do Anglii Senegalczyk. Widocznie niektóre narody mają wrodzone, wewnętrzne mapy Google. Nie dawałam mu żadnych szans, bo jego angielski był na tyle zły, że nie rozumiałam nic oprócz słówka 'Yes'. A jednak! Niestety nie wiem czy udało mu się trafić z powrotem, czy też nadal krąży gdzieś dookoła. 

A tu dokumentacja fotograficzna: tak wygląda w prawo, w lewo i prosto za domem:








I zagadka dla spostrzegawczych. Wytęż wzrok i znajdź mój dom!




A teraz proszę użyć wyobraźni i pomyśleć jak wygląda to miejsce po zmroku? W nocy? 
I o tym właśnie będzie ta historia, którą musiałam rozdzielić na dwa posty, bo zrobiła mi się z tego epopeja.

Pieprzu pomału pakujący manatki. 
Zapomniałam dodać, że teledysk jest świetnym wstępem do części drugiej. Serdecznie polecam obejrzenie:-)



czwartek, 6 czerwca 2013

Dziś kota nie będzie! Będę ja! Czyli czy można mieć romans z transcendencją na pokładzie Boeinga?



Zamiast kota - ja. Ponieważ to moje jedyne zdjęcie w życiu, na którym wyglądam ździebko romantycznie (czyt. tak jak nie wyglądam nigdy w życiu) zdecydowałam się je umieścić. Zamierzam zastygać częściej w takiej pozie, a kto wie, kto wie...być może odetka mi się ta arteria odpowiedzialna za rozumienie poezji i stanę sie bardziej uduchowiona? Przez moment pomyślałam nawet, że na fakt uduchowienia może mieć wpływ częste obcowanie z niebem. W końcu latam samolotem 3 razy w miesiącu...

Latanie ma swoje plusy. Oczywiście, jesli nie trzeba kwitnąć przy ścianie w oczekiwaniu na spóźniony samolot i trzymać kciuków za baterię w tablecie. Polaków na lotnisku można poznac bardzo łatwo - to ci co gromadza się dookoła tablicy odlotów przebierając nerwowo  kopytami i wpadają w galop natychmiast po ukazaniu się informacji o numerze wejścia. Nie wiem dlaczego ale żeby wejść do samolotu odlatującego do Polski albo Rumunii nalezy przejść  16 km śliskimi korytarzami, na krórych straszą napisy " w tym korytarzu nie ma toalet", następnie zejśc krętymi schodami do lochu, ustawić się wraz z setką innych oczekujących w pomieszczeniu o kubaturze 20 metrów kwadratowych i pocić wytrwale przez około 40 minut.

Kiedy człowiek wypoci już ostatnią kropelkę wody (nikt nie pije bo przeciez toalet w tych kazamatach brak), dzinsy przylepią mu się do półdupków, a włosy upodobnią do ślicznotki wyłażącej ze studni w filmie Ring, wtedy własnie otwierają się drzwi i owiewa nas orzeźwiający wiatr syberyjski. Już tylko kolejka do schodów na przeraźliwym wygwizowiu i jestesmy w środku. Sądząc po zapachu, wszyscy mają na sobie swetry ze spoconej kozy i skarpetki z sierści starego capa.

Nie kapryszę. Siadam na pierwszym wolnym, bez względu czy obok leci staruszka, niemowle, bracia syjamscy czy też jeżozwierz. Najciekawszym współpasażerem okazał się jak dotąd wokalista grupy Gospelowej IDMC Gospel Choir.

Nie musiałam wybierac się na koncert, miałam własny!Myślę, że w ciągu 2 godzin słowo GOD usłyszałam około 500 razy - śpiewane, mruczane i szeptane. Cały zespół bardzo fajny, otwarci ludzie z poczuciem humoru - do końca nie zorientowałam się, że miejsce do którego się wybierają to Częstochowa. To co wymawiali brzmiało bardziej jak Karpacz.

Miałam tez okazję leciec obok człowieka, który z detalami opowiedział mi na czym polega jego nowa praca. Ponieważ miało to związek z bankiem i informatyką odpadłam już przy drugim zdaniu, a on gadał i gadał i gadał. Była też pani - amatorka chrupek serowych z dużą ilością bransoletek. Z lewej strony, przez dwie godziny dobiegało "Brzdęk, szelestu-szelestu, brzdęk, chrrrrrup, chrup, chrup, mlask, brzdęk, brzdęk, szelstu, szelstu, chrrrrrup. chrrrrrup, mlask, mlask". No, i ten zapach...jakby się gorgonzola z camembertem zaciekle naparzały. I tak byłam wytrwała, dopóki nie zwróciła się w moją stronę z niewinnym zapytaniem o godzinę. 

Michelle od ciast - piecze wytrwale, i gada, gada, gada. Kiedy już zacznie, to ciężko sie przebić. Powiedziałam jej ostatnio, że mówi jak Vicky Pollard. Nie obraziła się, pomyślała chwilę, zaśmiała sie i przyznała mi rację. Ktos nie wie kim jest Vicky Pollard? Koniecznie trzeba nadrobić - od 0.55:)





Dobranoc:) I przewietrzmy swetry i skarpety!




poniedziałek, 6 maja 2013

Kot z Henfield. Niebezpieczny, podstępny i rudy!


Kot, który mnie śledził i próbował się dostać do mojej sypialni.
Ale jakby co...to udawał, że jest całkiem niezainteresowany. Na moje "kici, kici" zupełnie nie zwracał uwagi i gapił się w deski martwym kotem.

Albo przechodził mimo....
Ciasto z Henfield o wyjątkowo długiej nazwie. Równie niebezpieczne i podstępne jak kot. Pieczone nocą przez blond zabójczynię nazywaną Michelle. Michelle zawsze piecze nocą...a potem zostawia wypieki w kuchni. Czyż to nie okrutne?

sobota, 17 listopada 2012

Nel blu dipinto di blu i na herbatce u Królowej czyli jak chciałam się oświadczyć ale sie wstrzymałam.


Ponieważ pokochałam już torbę, postanowiłam pokochać ją jeszcze mocniej i zaopatrzyłam się w Tablet. Miał on spowodować, że moje życie stanie się lżejsze. Faktycznie tak jest, mogłabym zacząć rozpisywać się nad jego zaletami ale ponieważ żyjemy w XXI wieku i nadal nie zgłosiła się do mnie firma Samsung z prośbą o tekst pochwalny, poprzestanę na tym, że jest cool - nigdy nie miałam bardziej funkcjonalnego urządzenia.
Niestety, ma też poważną wadę - kiepsko nadaje się do pisania na stronach, a pisanie bloga to katusze i zgrzytanie zębami. Klawiatura zasłania napisany tekst i pisze się po omacku. Porzuciłam więc pisanie na wyjeździe i stąd ogromna przerwa (jeśli ktoś wie jak sobie poradzić z klawiatura i pisaniem na stronach to bardzo prosze o poradę), ci którzy maja mnie dodana na Facebooku wiedzą, że żyję bo umieszczam tam zdjęcia i inne takie - owakie. 

Reaktywuje tym samym mój drugi blog http://zperspektywykrotkichnozek.blogspot.com/ (z tego logu wystarczy nacisnąć świnkę w chlewiku po prawej) żeby móc wrzucac tam zdjęcia, krótkie komentarze, teksty z podrózy o ograniczonej liczbie zdań. Zapraszam - komentarze sprawią mi przyjemnośc bo na obczyźnie tęsknię za przyjaznym słowem, wymiana zdań w języku ojczysytym. Tutaj natomiast zamierzam dokończyć niedokończone, co wkrótce nastąpi. Teraz jednak do rzeczy.

Było zabawnie. 20 dni spędziłam w miejscowości Didcot, niedaleko Oxfordu. Przy okazji nauczyłam się podstaw włoskiego (zastanawiam sie nad kontynuacją), ponieważ mój podopieczny języka lengłidż po prostu zapomniał i posługiwał się jedynie językiem ojczystym. Zapomniał zresztą nie tylko języka, bez przerwy zastanawiał się jaki dziś dzień, czy jesteśmy przed czy po jedzeniu (a jedzenie stanowiło centralny punkt dnia) czy tez może za chwile jeść zaczniemy i czy ja mam na imię Gabriela, Graziella czy tez Donatella i w ogóle to co ja tu robię, i co my tu oboje robimy. Poznałam tez wszystkie obecne przeboje ponieważ pan O. uznawał jedynie programy muzyczne od Vivy po MTV - od wczesnego ranka do pierwszego chrapania. 
Czas upłynął mi w rytmie Gangnam style,ogromnych ilości makaronu i wizyt włoskiej rodziny, przyjaciół, wnuków, prawnuków, dawnych współpracowników, sąsiadów i ciastek z czekoladą.

A następnie wylądowałam w Eton, z tyłu miałam sławny college, a widok z sypialni zapierał dech w piersi - przede mną stał sobie zamek Windsor.

Pracowałam z dziewczyną (lat 57 ) z Węgier, której hobby było gotowanie. Przesiadłam sie zatem z makaronów, lazanii i broccoli prosto w węgierskie gulasze, placki, zupy, ach zupy... kto jadał na Węgrzech ten wie o czym piszę.... Eva gotowała wybornie, na dodatek piekła tez wybornie. Siedziałam i jadłam, jadłam, jadłam, czytałam i piłam kawe, patrzyłam na rzeke, zamek, turystów i łabędzie...no, i zwiedzałam, fotografowałam, rozmawiałam o polityce, dzieciach, mężczyznach, filmach i miłości. :))) 


Aż nadszedł upragniony dzień powrotu do domu. Mgła spowodowała, że zamiast w Katowicach wylądowaliśmy we Wrocławiu. Ale po kolei...
Myślę, że każdy kto wraca z kraju gdzie formowanie kolejki do wejścia gdziekolwiek jest rzeczą naturalna, słowo przepraszam jest tak zwyczajne jak oddech wpada w pułapkę rozpaczy juz na lotnisku. Jeszcze nie wiadomo, którym wejściem będziemy wchodzić a tłum Polaków już formuje grupki gotowe do biegu. Juz przy GATES mamy kolejkę składającą się z 6 przeciwstawnych sobie kolejek i ci z kolejki A, patrzą z mordem w oczach na tych z kolejki B, a ci z kolei z wyższościa na miernoty w kolejce C, kolejka D stara się stopić z A i wypchnąc do tyłu tych z E. Tłum faluje, ida w ruch kolana i łokcie...Bramka zostaje otwarta! Teraz bieg do samolotu, i przepychanki i blokowanie na schodach. Wreszcie znajdujemy miejsca i fruuuuu!
Na pokładzie jest co najmniej 6 dzieci w wieku przedprzedszkolnym, chłopaki z budowy i już to powoduje ochote na napchanie sobie waty do uszu. 

Nagle ktos mnie trąca w ramię i miłym głosem pyta.." Przepraszam, czy mogłabym dać pani mojego syna na trochę?" Zgadzam się bo ja się zwykle na wszystko zgadzam i na moich rekach ląduje 3 miesięczny niemowlak. Jest słodki ale ciężki jakby miał buty z żelaza. Biedna młoda mama, lecąca zupełnie sama ma czas i miejsce żeby przewinąć drugiego szkraba. Niemowlak odpływa w ramiona swojej mamy, a ja przysypiam. I nagle kapitan informuje nas o mgle w Katowicach. Ekipa chłopaków z budowy jest niezadowolona i zaczyna rzucać krwistym mięsem, młoda mama blednie, reszta nie zważając na prośby stewardes wyciaga telefony komórkowe i zaczyna się przekrzykiwac. 
"Władek!! Władek!!! Nie przyjeżdzaj!!!"
"Hela, do Wrocławia lecę...do WROCŁAAAWIAAAA"

Wrocławskie lotnisko jest wewnątrz puste i ciche, wypalam ostatniego papierosa, w kieszeni mam tylko funty i dlatego nie mogę nawet kupić kawy z automatu. Wreszcie przyjeżdza pierwszy autokar...zaczyna sie jatka, torby, walizki, dziki i skłębiony tłum rzuca się do drzwi. Słychac krzycząca stewardesę "Prosze wchodzić tylko przednimi drzwiami i podawac nazwisko!!!" Tłum wlewa się wszystkimi 3 drzwiami, i oknami, rosłe chłopaki podcinają co słabsze kobiety i wyrzucaja je bezceremonialnie poza obreb kolejki.
Stoje 15 metrów od autobusu z grupa samotnie podróżujących kobiet, część z nich jest z dziećmi na rękach, i mam ochotę krzyczec do tych osiłków "Hej!!! A kobiety i dzieci???!!!". Autobus zapakowany po brzegi, czekamy na drugi, ci z wnętrza patrzą jak marzniemy na zewnątrz, a my patrzymy jak zaczynaja im parowac szyby od wewnątrz.

Jeszcze przed opuszczeniem samolotu, nastapiła scena, która byc może uratowała moją psyche i spowodowała, że otucha wlała się w moje serce. Jak napisałam młoda, samotna matka zbladła na wiadomośc o lądowaniu we Wrocławiu, dla niej oznaczało to 2 dzieci na reku i na dodatek walizki - juz miałam ochote zaproponowac pomoc, kiedy nagle z rzedu przede mna podniósł sie MĘŻCZYZNA, podszedł do styranej biduli i powiedział "Widzę, że pani podrózuje sama z dziećmi. Pomogę pani." I faktycznie dzwigał walizy i jedno z dzieci. W świetle tego co zobaczyłam przy pakowaniu się chłopaków do pierwszego autobusu miałam ochotę podejść i pogratulować mu bycia Prawdziwym Mężczyzna i może nawet się oświadczyć. 

Do autobusu numer 2 nawet nie próbowałam się dostać. Niedobitki męskie, które nie zmieściły się do pierwszego stały sie bardziej agresywne i kopały po nogach, odpychały, fukały, pluły i drapały, wymachiwały tez tobołami z taka siłą, że podejście bliżej niż 2 metry mogło skutkowac połamaniem kończyn i odbiciem nerek,Autobus nabił sie w sobie, i znowu zaczał parowac od wewnątrz.

Na zewnatrz zostało 8 niedobitków, w tym taka dupa wołowa, nikłego wzrostu jak ja. Dwa wypełnione autobusy patrzyły z wyższością na nasz widoczny brak asertywności. I wtedy podjechał pietrowy autobus numer 3, do którego spokojnie weszłam, wyłożyłam się na 2 siedzeniach i mogłam wreszcie odpocząć. Dwa wczesniejsze autobusy zabulgotały ze złości ale nic mnie to juz nie obchodziło, wyciągnęłam kupionego na lotnisku flap jacka, ugryzłam z błogością i usnęłam. Chciałoby sie krzyknąć "GDZIE TE CHŁOPY???"

No to buźka! Wszystkie blogi czytam i jestem na bieżąco, tylko wypadłam z obiegu z komentowaniem:)))


sobota, 1 września 2012

Jak przestałam się martwic i pokochałam torbę czyli trzy w jednym - Dzień Blagiera, książki na wakacje i podróży ciąg dalszy.



Tak, pokochałam torbę. Właściwie dwie torby. Jedną uwieszam sobie na ramieniu, a drugą ciągnę za sobą. Razem ważą 21 kg jak obszył (z czego lektura wazy około 2,5). Przestałam sie przejmowac przesiadkami, biletami, zawirowaniami w podróży - staram się cieszyć chwilą, oglądam ludzi, miejsca, podglądam życie w mieszkaniach bez firanek, wytężam słuch w kolejkach, czytam ogłoszenia, buszuję w charity shops (oczywiście nie mogłam się opanować i już przywlekłam jedną książke do domu).

Jest ciekawie, oddycham Anglią. Saffron Walden bardzo mi się podoba, człowiek depcze tu średniowiecze i o średniowiecze się ociera. Łatwo sobie wyobrazić jak to wszystko wyglądało w czasach kiedy kat należał do najbardziej znanych celebrities w mieście, a wieszanie miało więcej widzów niż Mam Talent i Gwiazdy Tańczą na Lodzie razem wzięte, a rywalizowało jedynie z łamaniem kołem lub rozdzieraniem końmi. Pewnie zaliczałabym się do fanów wieszania, strasznie nie lubię jęków , a przy łamaniu kołem bez kilku godzin konania się nie obejdzie, rozrywanie końmi jest za to mało estetyczne.



Książki oczywiście ze sobą zabrałam. I niestety, musze przyznać, że wybór okazał się nieco chybiony.
Po pierwsze Nevermore:Kruk - narwałam się na tę książkę jak szczerbaty na suchary. Miał być gotycki romans oparty na dziełach Edgara Allana Poe, a wyszła kasza z ryżem. Nie wiem co poszło nie tak bo recenzje są bardzo entuzjastyczne. Dla mnie było nudno, bohaterka denerwująca, bohater trywialny (w czasach kiedy miałam naście lat podobnie wyglądających chłopaków było na pęczki), historia prowadzi donikąd. Następną część sobie daruję.

Po drugie otrzymałam, wraz z zapewnieniem, że od niej się nie oderwę - "Pretty Little Liars". Odrywałam się aż nazbyt często bo było nudno, a panienki na poziomie Paris Hilton i kiedy wreszcie akcja ruszyła z kopyta to okazało się, że jestem na ostatniej stronie i musze kupić następna część. Hm....nie wiem czy warto, a może jestem po prostu za stara na takie książki?

No, i wreszcie Yrsa. Oczywiście Yrsa mnie nie zawiodła, tym razem jednak...muszę przyznać, że nie był to dobry czas na czytanie "Pamiętam Cię". Własnie wróciłam z Brighton do domu treningowego, w którym spędziłam upojny czas na początku swojego pobytu w UK. Dom tętnił życiem, wielojęzyczył, był pełen strawy pochodzącej z różnych części świata, pachniał, szemrał,  po prostu żył. A tym razem...

Wysiadałam z pociągu o 21.30. Na szczęście stacja znajdowała się niedaleko od domu, jednak w miarę przybliżania się moja radość zdychała w zarodku i na jej miejscu rodził się niepokój, z każdym metrem coraz większy. Ciemne okna wyglądały posępnie, a ogród zdawał się być pełen szeptów, szelestów, cmoknięć, chrumknięć i  tym podobnych. Żeby dostać się do domu trzeba mieć klucz, a żeby zdobyć klucz trzeba znać szyfr do specjalnego schowka. Szyfr na szczęście znałam, niestety wystukać go w ciemnościach nie byłam w stanie, nerwowa atmosfera ogrodu za plecami nie była moim sprzymierzeńcem. Wyjęłam zapalniczkę i postanowiłam oświetlić sejf, smród palonego plastiku przywołał mnie do porządku. Jeśli spale to cholerstwo to spędze noc na ławce w ogrodzie lub na stacji. Nerwowo macałam przyciski i wreszcie się udało, dom stanął przede mna otworem.

Weszłam do środka, przeszłam się w góre i w dół, zajrzałam do szaf i schowków bo jeśli już jakiś wampirz dostał się wczesniej do środka to lepiej wiedzieć wcześniej niż dowiedzieć sie o tym w środku nocy. Dom był pusty i chłodny. Rozlokowałam się i zaczełam robić atmosferę - telewizor, tu światło, tam lampka, gwiżdzący czajnik. Tak się tym zmęczyłam, że musiałam wyjść na zewnątrz i zapalić. Zaciągnęłam się dymem po adidasy i zaczęłam się uspokajać, niestety nie na długo - ciemność dookoła zdawała się krzyczeć, ba! wrzeszczeć na mnie. W takich wypadkach moja wyobraźnia zaczyna żyć własnym życiem, z przodu przez trawę wyraźnie sunęła w moją stronę sina dłoń, zza krzaków na lewo coś mrygało bezczelnie, a z prawej słyszałam czyjś oddech. (dla przypomnienia - moje mistrzowskie osiagnięcia w sianiu paniki i ćwiczenia na koleżance Ance:
http://czarnypieprz.blogspot.co.uk/2010/10/nade-drzwiami-wilczy-pysek-dla.html ) - tak, z taka przeszłością w ogóle nie powinnam mieć wyobraźni dla własnego dobra. Zgasiłam papierosa drżącą ręką i natychmiast znalazłam się w środku, niestety okno sięgało od sufitu do podłogi, nie miało zasłon i wychodziło na ciemny, pełen dzikiego zwierza i grozy ogród. Przytuliłam twarz do szyby, ogród popatrzył na mnie i było mu łatwiej bo to u mnie świeciło się światło, i to on miał mnie na widelcu, wyraźnie śledził każdy mój ruch.

Postanowiłam zabarykadować się w pokoju. W tym celu dosunęłam do drzwi wolne łóżko, budząc przy tym smacznie śpiące za nim pająki. Natychmiast tez pożałowałam tego kroku bo ze strachu strasznie chciało mi się siusiu. Ledwo żywa z przerażenia, zmęczenia i wysiłku przebiegłam do łazienki, starając sie nie patrzec w stronę ciemnego ogrodu. Ale kątem oka wyraźnie widziałam, że zaczynają się tam niezłe harce i ilość morderców - zwyrodnialców wyraźnie się tam potroiła.

Leżąc bezpiecznie na łóżku postanowiłam odstresować się za pomocą Yrsy, zaczełam czytać książkę, która...Tu kawałek recenzji z Merlina, autorstwa "markietanki" : "

Dawno nie czytałam tak dobrego horroru. Przechodziły mnie ciarki po plecach i słuchałam odgłosów swojego domu, i oglądałam się za siebie - niezwykle wrażenie! Jeśli lubicie się bać - ta pozycja was zachwyci! "Pamiętam Cię" to dwie splatające się historie, które mają wspólny mianownik - zaginione dzieci. Przed wielu laty zaginął Bernodus, syn alkoholika, którego ojciec obwiniał o śmierć matki i młodszego brata. A całkiem niedawno zniknął bez śladu, Bennie, syn lekarza. Dzieci pojawiają się w snach i na jawie pacjentów lekarza psychiatry Freyra, ojca Benniego, a wszystko zaczyna się od włamania do przedszkola, gdzie na ścianach pojawiły się napisy. Takie same napisy widziano wiele lat temu podczas włamania do szkoły, do której chodził Bernodus. Kiedy zaczynają umierać jego koledzy szkolni, Freyr zaczyna badać i porównywać obie historie - wnioski go zaskakują. A kiedy zaczyna nawiedzać go syn - myśli, że sam stracił rozum.... W tym samym czasie na małą, islandzką wyspę przybywa trójka przyjaciół - małżeństwo Gadar i Katrin oraz ich znajoma wdowa, Lif. Kupili dom, który chcą wyremontować i zamienić na pensjonat. Pierwsze wrażenie nie jest jednak pozytywne - wyspa jest opuszczona i przygnębiająca, a dom zrujnowany, bez ogrzewania i elektryczności. Zabierają się za jego remont, kiedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy - słychać głosy, widać ślady stóp, a nigdzie nie ma człowieka,, który je robi. W końcu dostrzegają dziecko, ale nie udaje się go schwytać. Jest przerażające.... Każda jego wizyta przynosi strach, a Katrin spada ze schodów, spadają na nią cegłówki - zaczyna obawiać się o swoje życie. Nagle przestają działać komórki i nie mogą skontaktować się z lądem. Grozą powiewa, kiedy znika nagle Gardar,a kobiety zostają same.... z chłopcem...... 

Czy to dziwne, że noc spędziłam przy zapalonym świetle, z oczami jak spodki, paląc elektronicznego papierosa i nasłuchując trzeszczenia schodów, szelestu liści, drapania, stukania, i rzężenia. O 5.00 wraz z pierwszym promieniem słońca padłam na łóżko i chrapałam jak zabita do południa. Do książki wróciłam dopiero kiedy już dobrze zadomowiłam sie w domu i kiedy odwaga mi wróciła na swoje miejsce.

                                                                   XXX

I z okazji DNIA BLOGERA/BLOGA/BLOGOSFERY czy jak tam zwał, chciałabym napisać o blogach, które poznałam w ciągu ostatniego roku i które zrobiły na mnie największe wrażenie. Polecam!Starzy blagierzy- wybaczta, my się  znamy jak łyse kobyły i ja was opisywać nie muszę bo nawet was już narysowałam!
W kolejności przypadkowej:

1. http://czterydych.blogspot.co.uk/
Z tą Zośką to mogłabym stworzyc całkiem miłą parę niemieszaną, jednopłciowa i wybuchowa. Bawi mnie to w jaki sposób opisuje angielska rzeczywistość, bawi mnie język jakiego używa i jej spostrzeżenia.

2. Wyjdzie na to, że jesteśmy Towarzystwem Wzajemnej Adoracji ale nic na to nie poradzę. Ten blog pozwolił mi przeżyć straszliwa noc w UK kiedy tabuny dziwadeł skrobały mi pazurami po szybach, martwe dzieci stukały do drzwi, a ogród patrzył. Wyczytałam go prawie do samego dna i znacznie poprawił mi humor. Jest niezwykle zabawny i w przeciwieństwie do mojego, każdy tekst na nim umieszczony jest wspaniale dopracowany:
http://szeptywmetrze.blox.pl/html#axzz25FYFfrrp

3. http://bebeluch.blogspot.co.uk/
Mozna czytać, a można skupić się na oglądaniu obrazków. Mnie zaczarowały.

4. Lubicie kryminały? Ja też! A tutaj można znaleźć sporo informacji na ten temat:
http://krimifantamania.blogspot.co.uk/

5. Wierchoł: http://zapisana-celuloza.blogspot.co.uk/
Po prostu lubię zajrzec i zobaczyc co u niej, ma poczucie humoru ale pisze krótko i rzadko.


Dziękuję za uwagę. Do wiadomości biedactwa, które dzwoniło do mnie, a zapomniało sprawdzić, że mnie nie ma w kraju - postaram sie skończyć Ediego do poniedziałku. Buźka!

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

„Może nie jestem perfekcyjny, ale jestem szczęśliwy. Jestem dziełem Boga i Jego obrazem. Jestem błogosławiony."czyli moje There And Back Again. Part3



Moje wrażenia spisuję w wielkim skrócie, chociaż mam w głowie masę szczegółów, rozmów, wydarzeń, które miały tam przecież miejsce. Może uda się je kiedyś wykorzystać, choćby w małym stopniu.

Pojechałam na wakacje...tfu...pojechałam do pracy ale na wakacjach. Moim zadaniem było zapewnienie dodatkowej opieki dla trzech przedstawicielek płci pięknej dotkniętych zespołem Downa, które udawały się do uroczego, porośniętego gęstą knieja Elveden Forest. "Theree are three girls"...no, girls okazały się paniami w wieku 35/36/43. Już po przyjeździe do ich domu zarzuciły mnie mnóstwem informacji na swój temat, zostałam tez przytulona, zostały mi okazane najpiękniejsze obrazki i świeżo pomalowane paznokcie.
Poznałam też ich stałą opiekunkę pochodzącą z Zimbabwe (tak, ma się te rzesze znajomych w Zimbabwe, co?), która oczekiwała wysokiej, czarnej dziewczyny o imieniu Mavis i  to o całkiem innej godzinie. Cóz, w UK informacja wolno idzie!

Po odbębnieniu podróży taksówką, pociągiem z przesiadka i znowu taksówka dotarłyśmy na miejsce. Las, no... las, a w lesie różne takie.... zresztą kto ma ochotę zobaczyć ośrodek to może zerknąć ale uprzedzam, że ceny mocno zaporowe :  http://www.centerparcs.co.uk/villages/elveden/index.jsp za to zwierzyna dzika pcha się na kolana.
I zaczęło się wakacjowanie - odbębniłam tenis, badmintona, pływanie w subtropikalnym basenie, SPA, bilard, kregle, restauracje bardzo ą i ę, a także nocna dyskotekę, gdzie zapijałam sie mlecznym szejkiem.
Naprawdę....to była moja praca - towarzyszenie. Towarzyszyłam więc na okrągło, jadłam, piłam i bawiłam się, a oni mi za te wszystkie przyjemności zapłacili. I jak tu nie kochać UK?

No, tak,...miało byc o fish Spa - stchórzyłam! Naprawdę strach mnie obleciał  - kiedy oglądałam te małe rybska przy robocie to miałam nieodparte wrażenie, że zerkają na mnie mówiąc w rybim języku : tylko włóż tu swoją nóżkę drewniana królewno, będą tylko wióry lecieć. Może to kwestia czytanej literatury, oglądanych filmów ale wyobraziłam sobie Czarnego Pieprza siedzącego na brzegu basenu i machającego wesoło kikutami obżartymi przez te piranie w mikroskali, jucha gorąca bucha, krzyk w całym SPA, ludzie mdleją a ja siedzę i macham wesoło, pryskając na cztery świata strony i pstrząc wszystkich na czerwono.
To ja już wolę kręgle, chociaż wkładanie wypoconego przez innych obuwia tez nie przyszło mi lekko, zaraz pojawiła mi się w głowie wizja trędowatego, który przyszedł zagrać w kręgle z opiekunem  i miał taki sam rozmiar buta jak ja. Skarpetki na wszelki wypadek zalałam wrzątkiem, oczywiście uprzednio zdejmując je ze stóp. Jestem wariat ale bez przesady.


A jak się gra w tenisa z kimś kto ma zespół Downa? Powiem wam....długo, gra się bardzo długo. Najpierw uczyliśmy się trafiać w piłkę, niestety kiedy już prawie osiągnęliśmy mistrzostwo to okazało się, że czas nam się skończył, a dziewczyny ledwo miały siłę dojść do naszych apartamentów.

Same dziewczyny wspaniałe, każda z nich to temat na długi wpis. Jedna z nich potrafi nieźle czytać, pisać i liczyć, a usta jej się nie zamykają. Zresztą dobiła mnie jej energia na dyskotece, szalała, szalała, szalała (mężczyźni z uśmiechem dali się zapraszać do tańca) a ja zapijałam się milkszejkiem czekoladowym siedząc przy stoliku jako przyzwoitka,  na szczęście drugą z nich rozbolało biodro i musiałysmy porzucić dansowanie. No, nie, nie tańczyłam bo nie miałam kreacji:))))

Sytuacja osób z zespołem Downa jest w UK o niebo lepsza niż w Polsce. Dziewczyny mieszkają w domu, dofinansowanym przez państwo. Razem z nimi mieszka opiekun, który sprawuje piecze nad ich wydatkami, sprawami organizacyjnymi, aplikacją leków, wypełnianiem różnych dokumentów, zaprowadzaniem i przyprowadzaniem do Centrum Edukacyjnego (spędzają tam 5 godzin dziennie, w tym czasie opiekun ma czas wolny), a także tak przyziemnymi jak : pomoc w dobraniu biżuterii, uczesaniu, umyciu plecków:))
A potem pojechałam na kilka dni do Brighton, w którym jeździłam(jako pasażer) sportowym MG bez dachu (tak, taki samochód nad morzem to skarb),  a następnie wróciłam do domu. W środę wracam do UK, do dziewczyn bo ich opiekunka wybiera się do swojego kraju na ślub, na własny ślub!


Pieprzu - spakowany.


niedziela, 26 sierpnia 2012

"Bez znajomości języków obcych człowiek czuje się gorzej niż bez paszportu." czyli moje There And Back Again. Part2.


W końcu przybyłam i dostałam się do Domu Treningowego. Wewnątrz budynku rozbrzmiewało kilka znanych mi ze słyszenia języków, ale były i takie, których przyjemności poznać wczesniej jakoś nie miałam.
Ponieważ byłam jedyną Polką w całym tym międzynarodowym towarzystwie, komunikowanie się ze mną istniało jedynie na płaszczyżnie języka angielskiego i dlatego początkowo wszyscy ode mnie uciekali jak od morowej zarazy.  Nie ze mną jednak takie numery Bruner! Łapałam każdego delikwenta a to na schodach, a to w kuchni, a to w drodze do toalety i zadawałam pytania, gadałam, opowiadałam, no...jak to ja. Można powiedzieć, że doprowadziłam towarzystwo do rozpaczy i zamknięcia się we własnych pokojach na głucho.

Kropla drąży skałę - po 1,5 dnia towarzystwo skapitulowało pod naporem mojej czarującej osobowości, zaczęto się gromadzić w stołowym  a na stół wjechały międzynarodowe wiktuały. Okazało się, że rozmawiać to oni chcą, tyle, że nie potrafią bo się wzajemnie nie rozumieją. Zostałam więc tłumaczem, tłumaczyłam nigeryjski angielski na węgierski angielski, estoński angielski na słowacki angielski, łotewski angielski na belgijski  lub litewski angielski, urobiłam się po pachy ale czego się nie robi dla poprawienia atmosfery. Ciekawostką językową jest fakt, że w węgierskim nie istnieje litera ł,, a więc węgierski angielski wygląda tak:
"Aj vos voking ven AJ sov vajt vol" - no, to chyba jasne, że za pierwszym razem człowiek nie ma nawet pojęcia, że to angielski jeśli nagromadzenie "w" w zdaniu jest zbyt gęste.


Z drugiej strony, zaczęłam sie zastanawiać po co tez przechodziłam jakieś testy językowe, 45 minutowa rozmowę przez SKYPE i 30 minutową telefoniczna, skoro jak widzę tutejszy angielski jest na poziomie mojego niemieckiego. Coś tam wiem, coś tam powiem ale o życiu ze mną nie poszprechasz - no, ewentualnie moge dokonać zakupów spożywczych, zamówić coś w restauracji albo dowiedzieć się jak dojść do banku. W trakcie rozmowy wyszło na jaw, że przyjechały tu do całkiem innej pracy, natychmiast tez chciały ja zmienić na moją. A mnie się wreszcie poszczęściło i przyjechała Portugalka, Zimbabwiańczyk, Nigeryjka i Rosjanka, którzy mieli zajmować się tym samym co ja - wreszcie można było rozpuścić jęzory.

Z pobytu w domu treningowym wyniosłam mnóstwo informacji : jak się robi porządne węgierskie leczo, czym doprawia się salami, co można znaleźć w ogródku w Zimbabwe i jak się zabija owłosione pająki wielkości dwóch dłoni, które siedzą u Ciebie w rogu pokoju, dlaczego słoń to szkodnik,  jak się nie dać czarnej mambie, gdzie najlepiej lokować pieniądze kiedy się mieszka w Tallinie, jak wygląda tradycyjne nigeryjskie wesele, co jest najlepszym środkiem na biegunkę w Portugalii  i wiele, wiele innych...Poznałam mnóstwo historii, i utwierdziłam się w przekonaniu, że kobiety potrafią być silniejsze od mężczyzn, i że dobry, trwały związek to dar od losu, a nie reguła.



Wieczorem o tym jak pojechałam do swojej pierwszej pracy, jak grać w tenisa z kimś kto ma Zespół Downa i że fish - SPA nie dla mnie!





środa, 22 sierpnia 2012

"When people say England, they sometimes mean Great Britain, sometimes the United Kingdom, sometimes the British Isles - but never England" - moje There And Back Again.Part 1.



Oczywiście przywiozłam do Anglii gorąco. Z tego powodu już na lotnisku w Luton powitało mnie piekące słońce i skwar - żar - i piekło, makijaż diabli wzięli, a w ruch poszły chusteczki odświeżające a następnie własne przedramie, którym ocierałam skronie, czoło, nos, a nawet uszy. Niestety, z uszu tez mi kapało. Gdybym była bardziej giętka chętnie wytarłabym sobie to i owo z tyłu ale wiek ma swoje prawa, zresztą nie chciałam sie narażać na urazy kręgosłupa już na poczatku podróży.

W samolocie jak zwykle miałam szczęście i trafiło mi sie miejsce obok nerwowej babci z dwuletnim wnuczkiem. Babcia ewidentnie miała dość opieki nad latoroslą i dwukrotnie "wyszła z nerw" trzepiąc małemu spodnie. Mały odwdzięczył się cuchnącym prezentem, co nieco zważyło atmosferę kilku rzędów z przodu i z tyłu ale odwróciło naszą uwage od turbulencji.

Na lotnisku kupiłam szmatławca i zajrzałam do środka, przegryzając tematy kanapka z tuńczykiem i ogórkiem. Nooo! Jak w domu! Czytając kilka lat temu  Adriana Mola (do którego mam słabość bo jest moim równolatkiem i starzejemy sie w podobnym, tempie z tym, że ja nie mam problemów z prostatą) trafiłam na jego list do niejakiej Jordan. Z kontekstu wynikało, że to jakas bardzo znana figura w UK, niestety wtedy nie udało mi sie ustalic kto zacz. Mieszkając w UK już w pierwszym dniu dowiedziałam się kim jest Jordan, co jada, z kim sypia, czy sie poci, jakiego papieru toaletowego uzywa i o ile rozmiarów powiększyła/zmniejszyła sobie biust - podaje ułatwienie dla ciekawych -  
wystarczy wpisać w wyszukiwarke Katie Price.

Wyjeżdzając w 2007 zostawiłam Jordan w objęciach jej ówczesnego męża, z nowym dziecięciem o wdzięczym imieniu  Princess Tiaamii Crystal Esther u boku. Otwierając szmatławca tym razem (5 lat mineło) od pierwszego kopa dowiedziałam się wszelkich nowinek o Jordan, i jej nowych/starych mężach/dzieciach/operacjach. Musze przyznać, że troche mnie to urzekło. Poczułam się jakbym wcale stąd nie wyjeżdzała.


Niestety, nie mogłam zbyt długo rozkoszowac się kannapka za 2,79. Czekała mnie jeszcze podróż pociagiem/metrem/pociągiem, a w tej temperaturze i z bagażami to było prawdziwe wyzwanie.




Lubię pociągi w UK. "W 2008 roku Ministerstwo Transportu Wielkiej Brytanii przyznało, że dojeżdzający do pracy czasami podrózują w warunkach, które prawo UE uwaza za niedopuszczalne dla owiec, kóz, cielat i kurczaków" (źródło "Kod:Brytania") Obśmiałam się jak norka. Oj, nie zna zycia kto nie jechał polskim pociagiem nad morze i nie korzystał z toalet na dworcach ( dla chętnych moja relacja z wizytowania Dworca Centralnego w Warszawie - http://czarnypieprz.blogspot.com/2010/08/w-dworcowej-poczekalni-na-stacji-pkp.html ).

W końcu dojechałam wysmagana chłodem metra, oblana goracem pociągów i wdzięczna  męskim tłumom, które wyrywały mi walizy taszcząc je po schodach z usmiechem, wciagały mnie do pociagów, walczyły z moim bagazem przy przejściach przez bramki. No, masz to u nas, masz?


Reszta jutro albo dzisiaj!

Pozdrawiam. Pieprzu - jak zwykle w niedoczasie. Czytałam wszystko na blogach ale komentowanie miałam uniemozliwione.




wtorek, 24 lipca 2012

Come fly with me, let's fly, let's fly away....



Jeszcze nie zaczęłam się pakowac ale juz zgromadziłam, co miało zostać zgromadzone.Niestety, Edi musi poczekać bo tymczasem żegnam, porządkuję, spotykam się, dostaję, ofiaruję i zamartwiam się bez powodu.

W ramach relaksu wysłuchałam dzis wykładu na temat metod czyszczenia toalet w samolotach za pomocą lodu i środka typu Kret. Zreszta od powrotu dziecka - czyli od 3 dni, nie da się rozmawiac o niczym innym, jak o samolotach, napędach, stabilizatorach. silnikach Wankla, kompozytach i róznych innych sprawach, przy których usypiam na stojąco. Naprawde nie wiem, jak to sie stało, że artysta plastyk i anglistka wyprodukowali inżyniera lotnictwa i kosmonautyki. Może niepotrzebnie kupowalismy mu LEGO? Może za często oglądalismy Sondy "przed"?

W UK lało przez ostatnie tygodnie i była pogoda marzenie, wiedziałam, że to się zmieni wraz z moim przyjazdem - dzis w Londynie 29, a jutro 31. Nie lubię tego robić ale nie mam wyjścia i musze pomarudzić - wiedziałam, że tak będzie, wiedziałam!

I wiem co zrobię, jak tylko wysiądę z samolotu. Pobiegnę kupic wszystkie angielskie kolorowe szmatławce- zawsze to robię, taka wstydliwa przyjemnośc i zanużenie się w pop-kulturze. Stawiam na eklektyzm, Anglikom nie mieściło sie w głowie jak można oglądac Big Brothera jednym okiem, a drugim czytac sobie Beowulf'a:) Ja tam lubię mieć ręke na obu pulsach! I nie zapomnę o trójkątnej kanapce. Mam ze sobą dwie Yrsy, więc podróż samolotem i pociągiem powinna minąć w miłej atmosferze. Anglio, trzymaj się! Przybywam!

p.s. czy ktos wie, cos o internecie mobilnym, w który warto się tam zaopatrzyć? Może taki na doładowanie? Hmm?