Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadziwienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadziwienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 września 2016

"Dzięki utożsamieniu członka z transcendencją sukcesy społeczne i duchowe mężczyzny promieniują również na czysto męskie walory" czyli kiedy Mars połyka Wenus.




                                    


"natural wayusmiech.gif wystarczy tyle na początek"*

Kupowałam ostatnio loda w osiedlowym sklepie. Ponieważ upał naciskał swoimi 34 stopniami, jeszcze zanim zapłaciłam, niecierpliwym ruchem  oswobodziłam loda z papierka i z lubością pozwoliłam swojemu językowi przejechać się szybkim ruchem od nasady aż po sam koniuszek jedwabistej słodyczy. Kieszeni miałam 6, a szperać w poszukiwaniu drobniaków mogłam tylko prawą ręką, dlatego zaczęłam się kręcić i wić niby kobieta wąż w trakcie zrzucania skóry,  i trochę czekolady znalazło się na moim biuście, widocznym wstydliwie w letnim dekolcie (nosze głębokie dekolty żeby zaoszczędzić na praniu bluzek). 

Jeszcze nie zdążyłam sapnąć ze złości, kiedy siedzące tam bezzębne dziadki, ssące ciepłą kaszankę, zaczęły przerzucać się śmiałymi propozycjami, kto i co może mi i z jakich okolic wylizać i wysiorbać, i jakiej to niebiańskiej rozkoszy niechybnie doznam poddając się tym pieszczotom. 

Ja wiem, że wyglądam na ofiarę losu i panienkę, co to nie umie dwa do dwóch dodać, ale wierzcie mi, w środku mnie mieszka Dziewica Orleańska z podniesionym mieczem. I jak już się zmuszę, to nawet potrafię się zdenerwować. Poczułam podniecającą ochotę złapania jednego z tych lepkich łbów oburącz i wciśnięcia go pomiędzy moje bliźnięta, a tym samym skazania go na śmierć przez uduszenie. Niestety, jak zwykle uśmiechnęłam się niewinnie i oddaliłam pospiesznie. 

 Oczywiście, ktoś może mi zarzucić, że gdyby zamiast książąt przedzierzgniętych w żaby, w sklepie pana Edka siedział na ławeczce ssąc kaszankę John Cusack  to jeszcze bym mu dopłaciła za wysiorbanie.To prawda. Jest taka możliwość. 

"Trzeba być sobą usmiech.gif ot cała filozofiausmiech.gif"

Moja droga mama, odkąd owdowiała musi barykadować drzwi, i kłamać, na temat posiadania mitycznego  narzeczonego, ponieważ tabuny wygłodniałych, trzęsących się ze starości  męskich zombie czatują u wyjścia z klatki schodowej, trąc wysuszonymi językami o drewniane futryny. Część z nich porusza się za pomocą balkoników, część kokietuje na problemy z prostatą, ale nie odpuszczają. Nawet złoto-zęby facet, co to ma furę i konia, smali do niej cholewki, próbując przynęcania na darmową dostawę ziemniaków z wniesieniem do piwnicy. (ziemniaków, nie matki)

Wszystko przez to, że ktoś podobno słyszał, jak matula rzuciła od niechcenia jednemu z kawalerów "Panie Stachu, tylko się rozbiorę i zaraz panu dam" niestety, zdanie powtarzane z ust do ust, zagubiło swój najważniejszy, końcowy element - klucze od piwnicy. Niektórzy zarzucają mojej mamie, że gdyby na tej furze przyjechał Janusz Gajos z dostawą buraków, to pewnie by się nie wahała i mu dała. To prawda. Jest taka możliwość. 

"a mi się wydaje, ze trzeba dużo gadać. to ich kreci"

Ale co jest? Czy równouprawnienie nie gwarantuje nam tego, że mamy możliwość wybrania sobie  tego kto będzie dbał o nasze ziemniaki?

Kobieta wiele zniesie. Jeśli już wyobraziliście sobie ile, to teraz pomnóżcie to przez dwa i dodajcie te liczbę, którą wymyśliliście na początku. 


Facet ma łatwiej, jemu nie pozwala na znoszenie więcej zwykła, ludzka fizjologia. Nie da rady, i już! Zwykła hydraulika. Prawdą jest, że facet jaki jest, taki jest. Wystarczy, że ma pieniądze lub władzę, i na tym może skończyć. Oczywiście najlepszą opcją jest posiadanie obu zalet jednocześnie, okraszonych nienachalną urodą.  
Historia pokazuje jednak, że nie trzeba być Justinem Trudeau, żeby kobiety leżały pokotem na twojej wycieraczce, wykopując się z niej nawzajem szpilkami od Manolo Blahnika.  

Nawet gdyby mężczyzna wyglądał jak połączenie płozy od sań z kłębkiem moheru, zawsze znajdzie się tłum chętnych, które będą spijać mu każde słowo z ust, przytakiwać z dziką radością, łasić się jak kotki w rui i kochać, ach kochać, aż do jego ostatniego grosza. Bo kobieta zniesie wszystko, nawet twój tupecik, pod warunkiem, że masz : pieniądze, władzę albo urodę amanta filmowego, a jako bonus potrafisz przeczesać grzywkę językiem. 

""Dokładnie, faceci patrzą na kobiety z punktu widzenia ich przydatności seksualnej, a kobiety doceniają tez inne aspekty, a może przede wszystkim nawet."

Czy Melania zainteresowałaby się Donaldem T. (zbieżność imienia i inicjału z innym Donaldem przypadkowa) gdyby robił zakupy w Biedronce, mieszkał na siódmym piętrze w bloku i walczył o kroksy w Lidlu? Myślę, że wyniosłe "spieprzaj dziadku", byłoby jedynym co mógłby usłyszeć .  A tak to -"Cenię pana inteligencję  i niesłychaną erudycję zmieszaną w cudownym koktajlu z czarem osobistym"... i jakie to ma znaczenie, że z jego fryzury śmieje się histerycznie pół globu, jeśli co wtorek  jeździmy Rolls Roycem  na woskowanie krocza? Bo to też zniesiemy. (bez mężczyzn hodowałybyśmy sobie owłosienie łonowe aż do kolan i plotły z niego fikuśne warkoczyki, a tymczasem musimy upodabniać się do oskubanych kurczaków i jeszcze same siebie okłamywać, że to dla higieny)

"najlepiej ich olewać; wtedy latają jak psy z pęcherzyną"

Bogaty facet inwestuje w przyjemności. Bogata kobieta inwestuje w siebie, żeby mieć jakiekolwiek szanse u samca. Nawet jeśli to samiec, który doprowadza ją do torsji, lub nawet jeśli to inwestowanie przedzierzga ją w Donatelle Versace. (Nie próbuj tego jeśli Twoje konto jest mniejsze niż parę milionów dolarów) 

Jeden z króliczków Playboya popełnił łzawe wyznanie na piśmie, gdzie przyznaje, że seks z Hue Hefnerem był najbardziej obrzydliwą rzeczą jakiej doświadczyła w życiu, i po każdym takim fiku-miku pędziła jak chart afgański z rozwianym włosem, dźwigając w obu dłoniach silikonowe piersi, prosto do toalety wyłożonej włoskim marmurem, aby tam w odosobnieniu zwymiotować foie gras zmieszane z Dom Perignon. Ponieważ jest kobietą, a jak wiemy, kobieta wiele zniesie, co wieczór jednak walczyła dzielnie z innymi blond pięknościami o miejsce w łożu Hue.  

Bo pieniądze kręcą światem. Władza też kręci. 
Jeśli facet, który wyrżnął i wydusił własnymi rekami pół Europy lata jak szalony po łące, żeby nam zebrać bukiecik zielska, następnie pada przed nami na kolana i trzecia godzinę znosi nasze gadanie o wyższości serialu M jak miłość nad serialem Barwy Szczęścia,  to to nas kręci. Mnie by kręciło. 

Niestety, ta zasada jak dotąd nie odnosiła się do kobiet. Najpierw musiałyśmy udowodnić, że jesteśmy wystarczająco zachwycające, żeby ktoś w ogóle chciał się po nas schylić.  Potem musimy pomału udowadniać, że mamy też coś w głowie, jednocześnie pamiętając, że zbytnie sukcesy, za wysoka płaca, wyłażący zza niedopiętego guziczka bluzki intelektualizm odejmuje nam urody tak jak każdy rok na naszym liczniku. 

I w  żadnym razie nie wolno nam wyznać, że jesteśmy feministkami, To przekreśla nas na wstępie. Dla 99 procent mężczyzn feministka to zaniedbana, lekko spocona i nieogolona babochłopka bez wdzięku i seksapilu, na dodatek żarłoczna. Takie dziwo, jak dwugłowe ciele - nadaje się jedynie do pokazywania w cyrku, ale nie do trzymania w porządnym mieszczańskim domu z pianinem i wersalką, a już z pewnością nie w sypialni gdzie stoi zdjęcie świętej pamięci mamusi. No, i przydałoby się, żeby lubiła seks na żądanie i na śniadanie. I nie zapominajmy, że mężczynie z wiekiem nie ubywa uroku, to jedynie żona mu się starzeje. On jest wciąż piękny i może nosić rozciągnięte galoty, wystawiać ogromny bojler na widok publiczny i ciągle uważa że jest uroczy.

Uwaga mężczyźni!Uwaga kobiety! Nadciąga wielka zmiana!
Niniejszym chciałam donieść drogim koleżankom, że czasy kiedy jakaś młódka była doczepiona niczym brelok do chłopiny o wątpliwej urodzie i uroku osobistym pasztetu z pieczarkami, minęły. Na zachodzie wyraźnie widać trend odwrotny - to my mamy teraz prawo wybrać sobie młodszego. 

Dlaczego? No, przestań pytać i porównaj siebie z męskimi równolatkami. Widzisz różnicę? Nie? To przestań golić głowę, a zacznij golić wąsy i nogi! Na woskowanie bikini przyjdzie pora po trzeciej randce. Załóż czerwone szpilki, załóż czarne pończochy i odpal coś motywującego. Nie...żaden tam jazz, coś mocno motywującego, takiego żeby zdmuchnęło zaczeski z łysin. A teraz kołysz biodrami...umyj się, uczesz się i wybieraj kogo chcesz:-)

Pieprzu w głębokim przysiadzie i szpilkach, trąca  w transie burakiem o ziemniaka i ssająca kaszankę na zimno.







*cytaty pochodzą z internetowego forum, temat : jak go zdobyć





niedziela, 27 grudnia 2015

Żyj i daj rzyć innym! czyli nasza codzienność jest jak Blair Witch, a projektuje ją każdy z nas.




Dlaczego mam wrażenie, że świat opanowali terroryści dnia codziennego?
Dlaczego wchodząc w tłum muszę zostać kopnięta, opluta, i ktoś wczepi mi się psem w piszczel? 
Dlaczego psy sąsiadów zostawiają produkty przemiany materii na trawniku przed moją bramą? 
Dlaczego mój sąsiad odpluwa solidnie każdego ranka wprost na ulicę trzy razy, tak głośno, że budzi mnie z mojego cudownego snu pod błękitną kołderką? 
Dlaczego kiedy moja koleżanka opowiada mi o swojej ulubionej potrawie kulę się w sobie i mam ochotę prosić o litość, bo jej głos rozsadza moje bębenki i wbija mi się pod paznokcie? Dlaczego zewsząd słyszę jęk, że przed Świętami najpierw trzeba się dorobić garba, i bólu pleców, pokłócić o to kto sprząta łazienkę a przy kolacji wyciągnąć pretensje z ostatniego ćwierćwiecza? 
Dlaczego nie potrafię krzyknąć STOP kiedy X opowiada bzdury o Y wprost do ucha Z?
Dlaczego zgadzam się na rzeczy, na które nie mam ochoty?
(na ostatnie dwa pytanie proszę nie odpowiadać, znam odpowiedz ) 

Marudzę? Przysięgam, że mam wrażenie , że żyję w jakiejś bańce. Jeśli tylko spróbuję wystawić z niej chociaż jedną kończynę, zostaję rażona prądem. Wciągam z powrotem nadpalonego kulasa (w tym wyrazie z pewnością nie ma litery T!) i próbuję ugasić pożar. 
Jeszcze trochę i rzeczywistość mnie przerośnie, a przecież "był czas przywyknąć". Jakoś nadal przywyknąć nie potrafię, albo nie chcę. 

Moje zadziwienia ostatnich miesięcy:

Zadziwienie pierwsze:
Jak cudowny byłby świat, gdyby ludzie go nie komplikowali! Weźmy za przykład Małgosię. Małgosia jest nieszczęśliwa. Moim zdaniem ma do tego niezbywalne prawo. Za tym fatalnym samopoczuciem stoi jej narzeczony. Narzeczony jest zrobiony ze ścinków i pakuł, i z pewnością nie ma znaku jakości Q wykutego na piersi. Po pierwsze zdradza Małgosię gdzie i z czym może, tak często, że dla Gosi już nic nie zostaje, po drugie od 15 lat nie potrafi znaleźć pracy, po trzecie mówi jej prosto w oczy "Wiesz co Gocha? Trochę cię lubię ale nie róbmy z tego wielkiego halo".  

Dla większości istot żywych jego znaki są więcej niż jasne, oznaczają dla samicy sygnał natychmiastowej ewakuacji. Dla nieszczęśliwej Gosi, niestety, jest to jedynie zachęta do zwiększenia siły ataku miłości. Zgodnie z zasadą "ja wiem, że wy mnie nie kochacie, ale my was tak długo będziemy kochać, aż wy nas wreszcie pokochacie!". Kobiety, ja was proszę - zrozumcie - TO NIE DZIAŁA! Króliczek nie może strzelać do myśliwego. Króliczek ma jedynie kluczyć, mylić tropy i wywijać omykiem, a nie skakać myśliwemu na plecy i wciskać mu ten omyk w gardziel szepcząc "I love you". (dopuszczalne jest jedynie przegryzienie tętnicy szyjnej myśliwemu przez króliczka vide Monty Python). 

Jest taka ciekawa prawidłowość - wszyscy mężczyźni chętnie wracają do tych króliczków, których nie udało im się złapać i udusić w buraczkach. 

Zadziwienie drugie:
Dzieci nie powinno się odzierać z marzeń. Bez względu ile te dzieci mają lat. Mój dorosły syn w luźnej rozmowie, przypomniał sobie o wszystkich zwierzątkach, które hodował w dzieciństwie. Opowiadając narzeczonej o żółwiu, dorzucił lekko:
- Niestety żółw zachorował i rodzicie wysłali go do Indii do jakiegoś specjalisty.

Tu oczywiście zapadła cisza, jako, że prawda była bardziej upiorna. Żółw zdechł był sobie i został spokojnie zakopany w ogródku, niestety nie stać nas było na bilet lotniczy i ostatnie obmycie w Gangesie dla niego. 
- Jak to? A ja całe życie wierzyłem, że ten cholerny żółw żyje sobie gdzieś tam na wolności! Jak mogliście mnie tak okłamać?

Zastanawiam się czy powiedzieć mu prawdę o Świętym Mikołaju i bocianie, czy poczekać jeszcze 5 lat aż skończy trzydziestkę? 

wIEPRZU, zadziwiony i najedzony aż po uszy
(zdjęcie ze strachem w oku -autentyk, wywaliło korki w domu sukubów, a ja zamiast poświecić sobie telefonem zrobiłam selfie albo fear -photo przez pomyłkę. Zdjęcie wyszło bardzo trendy, ponieważ teraz nie robi się już dzióbków, a jedynie otwiera się lekko usta. Z moich akurat wychodziło jedno bardzo niecenzuralne słowo. Że fryzura trochę nie tego? Noc była!)

wtorek, 8 grudnia 2015

My jesteśmy straszne zmory, bardzo groźne z nas upiory,Jeśli nie chcesz się nas bać, musisz nam buziaka dać.(część 2)









Odsłuchali Rockwella z końca pierwszej części? Dobrze, bo świetnie wprowadza w atmosferę. To jedziemy...

Ogród w naszym domu jest pełen starych rzeźb, które wydają się poruszać w świetle księżyca.  A ponieważ jest to tradycyjny angielski dom, w którym gardzi się czymś tak trywialnym jak firanka i zasłona, całe nasze życie po zmroku jest wystawione na oblegającą nas jak wata ciemność. Tak, tak, życie intymne też. I to też!  Oczywiście, w takim miejscu nie należy nigdy tracić czujności i dawać swojej wyobraźni pola do popisu. Żadne - "coś tam mignęło za oknem", lub "coś zaskrobało w szybę" nie wchodzą w grę. Zbiorowa panika gwarantowana. 

Bezfirankowe okna wychodzące na dyszący grozą ogród:

Nic więc dziwnego, że każde pukanie do drzwi lub okien po zmroku  ścina nasze kobiece serca mrozem grozy. Powody tej grozy bywają jednak bardzo różne - w zależności od własnych preferencji i narodowości. Osobiście należę do grupy polskich ultra sceptyków. A to oznacza, że żadne strzygi, utopce, wampirze, kobiety-pająki, wilkołaki, sukuby, stukostrachy, o podrzędnych duchach i zjawach nie wspomnę, kiepsko się ze mną komponują. Już kiedyś pisałam, że jedna z moich przyjaciółek opisała to w bardzo dosadny sposób:
"Ty byś nie zauważyła ducha, nawet gdyby ci przysadził kopniak w tyłek"
Myślę, że ma rację. Pewnie pomyślałabym, że tak mi coś strzyknęło w krzyżach ze starości. 

Dom nic nie ułatwia...jest stary jak najstarsze angielskie starowinki, rury wyją, stropy stękają, schody trzeszczą, okna (o pojedynczych szybach, zsuwane w dół) same się zamykają z trzaskiem, a drzwi, dla odmiany,  same się otwierają. Na dodatek ilość luster, dziwacznych obrazów i wielkich okien wychodzących wprost w ciemność przekracza tu unijne normy. Przechodząc korytarzem, lub siedząc na łóżku w sypialni ma się wrażenie bycia obserwowanym (czy wspomniałam , że rzeźby znajdują się w całej chałupie, i w ciemnych  korytarzach też? Wszystkie mają naturalne ludzkie kształty - idąc po ciemku, można się więc nabić nieoczekiwanie na palec Napoleona) lustra odbijają się w lustrach...wiecie, człowiek patrzy w te lustra i czeka aż wyłoni się z nich vicewers dziki.

( Dla tych, którzy nie wiedzą kim lub czym są vicewersy dzikie mała ściąga: opis vicewersów dzikich). No, i są jeszcze koty. Koty, które wchodzą i wychodzą kiedy mają na to ochotę.

Jedna z rzeźb, na której łapska można się nadziać:



Nic więc dziwnego, że dla ludzi u których sceptycyzm został wyparty przez mistycyzm, dom taki może być wspaniałym miejscem do rozwijania w nieskończoność własnej wyobraźni. Nadmienię, że większość czasu spędzamy z ludźmi, którzy widzą co Bóg napisał do nich na ścianach, uważają, że są divami operowymi z czasów międzywojnia lub, że pod łóżkiem zaczaił się na nich android wysysający krew. Jeden nierozsądny krok, o jeden ciarek za daleko, jedno niepotrzebne spojrzenie w ciemność...i Huston! Mamy problem...

Zaczyna się zwykle od drobiazgów...

Własnie przygotowywałam sobie swoją wieczorną kawkę, kiedy jestestwem mym wstrząsnął przeraźliwy, stawiający mi na baczność wszystkie nieogolone włosy na ciele, wrzask. 
---AAAA...ahaaa....aaaa

I żadnego wyjaśnienia, żadnego rozwinięcia tematu. Po prostu suche - aaaaaa. Porzuciłam więc, rozlaną na blacie stołu czarną, aromatyczną ciecz i rzuciłam się do holu, niemal pewna, że musiało się stać coś upiornego. Moja koleżanka z przerażeniem malującym się na obliczu ściskała klamkę ogrodowych drzwi, ciągnąc je do siebie z siłą Pudziana .

- Co ty robisz do diabła? - zapytałam z ciekawością.
- Diabła!!!!! Aaaaaa - wrzeszczało dziwowisko z grozą w oczach. długie czarne włosy oblepiały jej twarz w tak oryginalny sposób, że wyglądała jak zjawa z filmu "Krąg".  Słaby ciarek przebiegł mi szybko od karku w stronę majtek. Zdusiłam go gumką od niewymownych.

Chwilę to potrwało zanim z rozwartych szeroko, jak wrota piekieł ust koleżanki wyszło proste, okrągłe, wyjęczane na jednym oddechu zdanie - Chciałam zamknąć drzwi, nie mogę... coś chce je otworzyć....

Przyjrzałam się uważnie całej sytuacji i spostrzegłam kawałek starej, rozsypującej się kotary , który dostała się między wrota. Grubość wyżej wymienionego strzępka nie pozwalała na domknięcie drzwi, za żadne skarby. Gabaryty i siła koleżanki mogły wkrótce spowodować wciągnięcie drzwi do środka razem z ościeżnicą i kawałkiem ogródka. 

-Puszczaj drzwi, bo zaraz odrąbie ci te grabie tasakiem - ostrzegłam z wrodzoną delikatnością. .
- Nieeee.....aaaaa...to wejdzie! 
- To kotara! Kotara!!!!
- Co to jest kotara?...ja nie chcę...aaaaaa - powiększająca się panika spowodowała u niej całkowity zanik znajomości języka angielskiego, zaczynała już coś bełkotać w języku własnej matki (dla mnie niestety niezrozumiałym).
- Kotara...,.do jasnej cholery! K-O-T-A-R-A! 
- Aaa....nieeeee....nie wpuszczaj jej....

Miałam wrażenie, że rozmawiam z wariatem, który już stracił kontakt z rzeczywistością lub nażarł się małych różowych tabletek, które znajdują się u nas pod ścisłym nadzorem(w specjalnej kasetce, do której klucz leży w osobnym schowku, do którego klucz schowany jest w piwnicy, do której klucz...itp.). Mogłam koleżance wydzielić soczysty policzek, który pewnie przywołałby ją do pionu, ale ponieważ jest ona wzrostu i postury więcej niż słusznych, mogłoby się to dla mnie skończyć utratą siekaczy. A tego byśmy nie chcieli sssskarbie, bo przecież dopiero co pozbyliśmy się diastemy i przestaliśmy wyglądać jak nędzna podróbka Madonny. 

Podeszłam więc bliżej, i dziabnęłam trzy razy ręką w kawał materiału. Dotarło. Oczy wróciły na swoje miejsce, szpony wypuściły z uścisku klamkę i Marika zjechała plecami po ścianie.
- Dzisiaj śpię z tobą - zakomunikowała spiżowym głosem.




Na drugi dzień zauważyłam ją krążącą wokół domu, i wykonującą jakieś dziwaczne ruchy dłońmi. Przyjrzałam się bliżej - rozsypywała jakiś proszek. Okazało się, że była to najczystsza sól. Sól ta miała trzymać wszelkie potwory ciągnące tabunami od strony pól. z dala od naszej chałupy. W pokojach zostały ustawione misy wypełnione do połowy solą, a ja zostałam poinstruowana o absolutnym zakazie dotykania proszku. .

Marika codziennie robiła przegląd mis, chrząkając znacząco i kiwając głową. Kilka razy pokazała mi coś w misce, upierając się że są to ślady pazurów. Przytakiwałam, bo ja zawsze przytakuję i zgadzam się na wszystko. Kompletny brak asertywności to moja największa wada, reszta to same zalety, oczywiście. 

Trzy dni później Marika przywlokła do domu wietrzne dzwonki i łapacze snów. Całe popołudnie spędziła na odpowiednim rozmieszczaniu jednych i drugich w całym domu.
Wieczorem dzwonki wisiały już wszędzie, i jak na dzwonki przystało, dzwoniły z każdym podmuchem wiatru.(a przyszedł do nas własnie huragan i duło jak diabli). 

 - Słyszysz? Idą....- łypnęła w stronę ciemnego pola rzepaku i kapusty Marika. 
- To wiatr. Wiatr porusza dzwonkami - odpowiedziałam próbując za wszelką cenę utrzymać równowagę umysłową, mimo zapadającego za oknem zmierzchu. 
- Żaden wiatr. Nie ma wiatru. I zamknęłam okno w twojej sypialni, sukuby uwielbiają się wciskać przez okna...- szepnęła tajemniczo.

Łapacz snów, który został powieszony w mojej sypialni, tuż nad moją głową, miał dołączoną trupią główkę z błyskającymi na czerwono oczętami. Leżąc w łóżku, i nie mogąc zasnąć z powodu hałasu jaki produkowały dzwonki, ciągle widziałam wpatrujące się we mnie mrugające ślepia. Nie jest dobrze Gabryś- pomyślałam. 

Moje okno z gąszczem pełnym sukubów:



Listopad. Wracam do UK z Polski. Wdrapuję się na górę po schodach, otwieram drzwi swojego pokoju i już zamierzam rzucić  bagaż podręczny na łózko...gdy do moich nozdrzy dociera pierwsza, ostrzegawcza fala...

Pokój śmierdział. Był to kwaśny, dobrze zbrylony zapach starego capa, który poprzednią noc spędził na jedzeniu grochówki i piciu wódki ze skunksem, i właśnie się obudził we własnych wymiocinach i skarpetach skunksa. Wstrząsające. 

- Hej!!! Czy ktoś spał w moim łóżeczku, że tak grzecznie zapytam? - krzyknęłam w stronę parteru.
- Nie...to ...oczyszczenie... - zostało odwrzeszczane z dołu. 
- Oczyszczenie? Raczej ciężkie skażenie powietrza! Kto i co tu rozlał i czy musimy wzywać ekipę do toksycznych wyziewów????
- Nie...nic się nie rozlało, ale nie ruszaj tego kieliszka przy łóżku...

Podeszłam bliżej poduszki i o mały włos nie zemdlałam. Faktycznie, tuż u wezgłowia łóżka stał spory kielich, wypełniony jakimś proszkiem i cieczą. Smród można było ciąć piłą i zjadać jak karmelki. Marika zmaterializowała się przy mnie:

- Nie dotykaj tego... Dostałam to od mojej wróżki. To będzie trzymać wszystkie złe duchy z daleka od ciebie.
 - A nie przyszło ci do głowy, że będzie trzymać też mnie z daleka od łóżka? A może i mojej sypialni?
- Otworzysz okno.
- A sukuby?
- Nie wejdą kiedy to działa.

No, ja się nie dziwie. Myślę, że nie ma takiego zwyrodnialca na świecie, którego by ten odór nie odstraszył. Na wszelki wypadek można by to rozlać na wodach dookoła Wyspy. Nie ma szans, żeby ktoś się przedostał. 

Wieczorem położyłam się na łóżku. Nad moją głową obok czaszki ludzkiej, wisiała jakaś wychudzona ptasia morda z szarymi piórkami.  W otwartym oknie kołysały się dzwonki, grając coś z repertuaru Paderewskiego, lustra były odwrócone do ściany, wypinając się do mnie pustymi, czarnymi zadami, i śmierdziało martwym z przeżarcia capem. .

Zatęskniłam do domu, ale przynajmniej mogłam być pewna, że żadne złe duchy nie będą miały do mnie dostępu.

"....I dlatego też zwracam się uprzejmie z prośbą o przeniesienie mnie w miejsce, które jest mniej oddalone od ludzkich siedzib...."


I przyjrzyjcie się uważnie Bobkowi Smithowi - też mam taką minę leżąc w łóżku....no i te sukuby pakują mu się przez okna jak u mnie, (typowe angielskie, podnoszone do góry, pojedyncza szybka - okna, nie sukuby)...no, cała ja w moim angielskim domku:-))) W końcu Robek wie jak to jest, wychował się na angielskiej prowincji. 



Pieprzu. w odwrocie

niedziela, 6 grudnia 2015

My jesteśmy straszne zmory, bardzo groźne z nas upiory. Jeśli nie chcesz się nas bać, musisz nam buziaka dać.




Jak powszechnie wiadomo, w kraju czarnego  puddingu, jadowitych pająków i pleśni, mieszkam w miejscu do którego nie sposób trafić. Żadne dzi-pi-esy nie mają tu dostępu. Słodkie "in the middle of nowhere" czyli po polsku "miejsce, w którym psy dupami szczekają". Niestety, nie mogę tego sprawdzić, ponieważ w promieniu 10 km nie odkryłam żadnego żyjącego psa. Są za to wiewiórki, lisy, bażanty, sowy, zające i mnóstwo owadów ale ciężko je złapać. 

 Dojazd tutaj przypomina nieco filmy z dreszczykiem. Po pierwsze - miejsce to znajduje się pomiędzy trzema miejscowościami i posiada trzy adresy. Żaden nie działa. Po drugie - nazwa ulicy - haha! Jakiej ulicy? Po trzecie - dom ma jedynie nazwę, numeru nie posiada. 

Jedziesz przez jakieś miasteczko, potem telepiesz się polnymi drogami, lasami,  mokradłami, przepływasz bagniska, pokonujesz z wysiłkiem lotne piaski,  aż wreszcie wjeżdżasz w mgłę i po omacku, sam nie wiesz jak dostajesz się prosto na nasze podwórko. Kilka razy zdarzyło się, że taksówkarz poprosił żebym pomogła mu jakoś zlokalizować miejsce do którego jedziemy. Wyśmiałam go okrutnie. Jak można zlokalizować miejsce dookoła którego nie ma nic? To potrafią tylko narody mongolskie.

Widziałam kiedyś film dokumentalny o studentce wracającej z Ułan Bator do domu autobusem. Dookoła płasko aż po horyzont , nawet kamieni I krzewia brak. W pewnym momencie studentka krzyczy, że chce wysiąść . Myślałam nawet, że zrobiło jej się niedobrze od tej dojmującej zewnętrznej pustki. Błąd! Rozpoznała okolice rodzinne. Wyszła z autobusu, zarzuciła sak na plecy i przemierzyła dziarskim marszem, jakieś 20 km pieszo docierając wreszcie do rodzimej jurty. Uwierzcie mi, widziałam ten film trzy razy, próbowałam dostrzec cokolwiek w tej pustce, co pomogło jej odnaleźć dom. Nie było tam nic! Nawet mchu na drzewach, bo drzewa tam nie uświadczysz., a kamienie miały średnicę centymetra. 

Tam gdzie mieszkam jest podobnie, chociaż sytuacja jest nieco ułatwiona - mamy drzewa!!! Kiedy po dwóch tygodniach tego przymusowego odosobnienia, znowu przyjeżdża po mnie taksówkarz mam ochotę rzucić mu się na szyję, ucałować i pomacać, czy faktycznie należy do świata żywych. Nie ma u nas latarni, nie ma chodnika, nie ma nawet ulicy. Taksówkarz dostaje się do nas metodą prób i błędów, błądząc po rozstajach i dzwoniąc co chwila z pytaniami w stylu .

- Widzę duże drzewo, większe niż inne....
- A ma jedną gałąź bardziej ?
- Nie...
- A to się pan zgubił. Proszę jeszcze raz wrócić do tego miejsca, gdzie leży ten szary kamień, który wygląda jak martwy, bezgłowy zając przebity włócznią, i przejechać kawałek przez pole kapusty, koło stracha na wróble,  za dębem z dużą dziuplą w kształcie pępka dinozaura w lewo. 

Najgorzej jednak, kiedy trzeba kogoś wzywać w nocy. Mus jest bowiem,  wyjść na pole, lub wejść w gąszcz i błyskać telefonem, zapalniczką, papierosem, latarenką. Czyli produkować znaki świetlne jak błędny ognik...inaczej przepadło, ludziska będą błądzić kilka godzin, aż w końcu się zniechęcą. Tydzień zabrało pewnej firmie dowiezienie mi walizki do domu. Codziennie odbywałam z kierowcą wielominutowe rozmowy przez telefon (codziennie z innym) próbując wyjaśnić mu gdzie jestem. I codziennie słyszałam szloch, a później słówko 'tomorrow". Zwycięzcą okazał się nowoprzybyły do Anglii Senegalczyk. Widocznie niektóre narody mają wrodzone, wewnętrzne mapy Google. Nie dawałam mu żadnych szans, bo jego angielski był na tyle zły, że nie rozumiałam nic oprócz słówka 'Yes'. A jednak! Niestety nie wiem czy udało mu się trafić z powrotem, czy też nadal krąży gdzieś dookoła. 

A tu dokumentacja fotograficzna: tak wygląda w prawo, w lewo i prosto za domem:








I zagadka dla spostrzegawczych. Wytęż wzrok i znajdź mój dom!




A teraz proszę użyć wyobraźni i pomyśleć jak wygląda to miejsce po zmroku? W nocy? 
I o tym właśnie będzie ta historia, którą musiałam rozdzielić na dwa posty, bo zrobiła mi się z tego epopeja.

Pieprzu pomału pakujący manatki. 
Zapomniałam dodać, że teledysk jest świetnym wstępem do części drugiej. Serdecznie polecam obejrzenie:-)



poniedziałek, 9 listopada 2015

Jak świnić i nie połknąć jaszczura? Tylko dla dorosłych i bezpruderyjnych.




Dawno nie zaglądałam na półkę z polską literaturą kobiecą. Kobiecą, bo pisaną przez kobiety dla kobiet (ku pokrzepieniu serc niewieścich). Jak zauważyłam, literatura ta ma kilka kierunków:

Po pierwsze :
Cudowne miejsca, z dala od zgiełku wielkiego miasta, zazwyczaj pachnące wanilią, bzem lub ukryte w cieniu magnolii. Tam własnie nasza bohaterka osiada na stałe i poznaje - koniarza, rzeźbiarza, nadmuchiwacza rybek ozdobnych lub innego popaprańca ( w skrócie jest on wariacją Kusego z Rancza).

Po drugie :
Niekochana, zdradzana żona poznaje kobiety, które ustawiają ją do pionu i pokazują, że życie bez tego wieprzka Kazia może być piękne. I kiedy już nasza bohaterka zrzuci 50 kg, przebiegnie maraton, wespnie się na szczyt szczytów - pojawia się królewicz Staś (adwokat, lekarz, manager), który pokazuje jej , że w życiu jeszcze wiele się może zdarzyć. Pa-pa Kaziu, mam prawo do szczęścia ze Stasiem. (Liga broni! Liga radzi! Liga nigdy cię nie zdradzi!)

Po trzecie:
Powieść dla kobiet roi się od samotnych matek obdarzonych dziećmi o niesamowitej inteligencji, wnikliwości i znajomości savoir-vivre . Dzieci te już od najmłodszych lat cytują sentencje łacińskie, analizują ludzkie charaktery lepiej niż panna Marple , udzielają życiowych rad i sypią anegdotami jak z rękawa.
Pogubiłam się w tych dzieciach kompletnie, przyznaję. No, bo jeśli...Zosia to matka Marysi i Krzysia, Weronika jest matką Zosi i Rysia, Rysia ma w domu Weronikę i Zdzisia...to kim do licha jest Krzysia? Po dogłębnym wertowaniu notatek ustaliłam, że Krzysia ma tylko męża Rysia.

Po czwarte:
Chłopy, w większości to jętki jednodniówki. Podfrunie, zapyli i odleci w dal. Porządni są tylko ci co dopiero nadejdą. Ogólnie, chłopy to żłoby. Jeśli w powieści pojawi się jakiś porządny, to wiadomo, że gej albo zakamuflowany poligamista.

W sumie, ten sam temat można obrabiać na mnóstwo sposobów, dodając w razie potrzeby odpowiednią liczbę  dzieci, psy, konie, koty, teściowe, koleżankę z problemem alkoholowym. I żeby sprawa była jasna - nie mam nic przeciwko babskiemu pisaniu, na babskie tematy, dla bab. Też lubię poczytać, bez obrzydzenia, z przyjemnością. Czytanie o miłości, i zwykłym życiu ma dla mnie działanie katartyczne po morderstwach, dewiacjach, nieszczęściach, antysemityzmie, którymi się zwykle napycham jak makaronem z sosem pomidorowym.

Tym razem odkryłam jednak trzeci wymiar babskiego pisania - powieść erotyczna. Polska powieść erotyczna podeszła mnie znienacka. Biorąc do ręki książkę (a raczej czytnik), przygotowałam się na jeden z wyżej opisanych scenariuszy.Czytanie powieści dla kobiet, to właściwie jak witanie się ze starym znajomym - spokojnie, bezpiecznie, niespiesznie. Leżę więc sobie na sofie, na dowolnie wybranym boku, siorbię kawkę i zagryzam ciasteczkiem...i nagle, jak mnie nie łupnie przez potylicę zdanie:

"Misiu jęknął, Michalina przełknęła jego smak, wstała z kolan i mocno się do niego przytuliła"
Niestety, Misiu nie był usatysfakcjonowany "Jeszcze trochę musisz się poduczyć - zarechotał"

Ejże - pomyślałam  - coś ostro jak na babskie pitu-pitu. Ale feministyczny gniew, przesłonił mi myślenie o tym na całe 10 minut)
Nie wiem jak to jest u was, ale gdyby jakiś Misiu zarechotał w ten sposób po moim wstaniu z kolan, byłby to ostatni rechot w jego życiu. Bardzo możliwe, że byłabym też ostatnią kobietą, która "przełknęła jego smak". .

Podziwiam, że ktoś potrafi wyprodukować zdanie:
"Smak, który poczuła, nie był smakiem jego ust. Nie był też smakiem kropli deszczu. Był smakiem jego męskości"
"ich języki się splatały niczym wodorosty"

Gdybym ja coś takiego napisała, pewnie umarłabym ze śmiechu. Bez ironii - podziwiam. ( niestety, sama mam wizję biednych, splątanych jęzorami kochanków, którzy otwierają z przerażenia oczy i próbują ciągnąć jęzory, każde w swoją stronę, supłając jej jeszcze bardziej)

Przeczytałam książkę do samego końca (tyle sutków ile z bohaterkami powieści, nie wyssałam nigdy w życiu. Może dlatego, że nie jestem fanką ssania sutków?) i zasępiłam się nad mizerią języka Kochanowskiego w temacie seksu. Kobieta ma - kobiecość. Mężczyzna ma - męskość. I tyle.

Postawiłam sobie pytanie - Jak też w języku polskim można nazwać inaczej - męskość?

I udałam się po pomoc do Wikipedii, słowników synonimów, antonimów, słowników wyrazów obcych i googla aby uzyskać odpowiedź

Pomijając wyrażenia obelżywe i medyczne, mamy co następuje:

anakonda, bazyliszek cukinia, drąg, dropsik, dzida, flet, fred, frodo, fujarka, grucha, grzechotnik, grzyb, interes, jaszczur, pan Wacław, pan Strażak, pędzel, penetrator, pyton, sisiorek, siurek, trąba, tropiciel, szlaban, strzelba.

Czy któreś z tych słów nadaje się, żeby zastąpić MĘSKOŚĆ? Sprawdźmy;

Marysia przylgnęła ustami do jego podniesionego szlabanu.
Przesuwała dłonią po panu Wacławie, miarowo...w górę i w dół.
Marek zsunął bokserki, i jej oczom ukazał się nabrzmiały z pożądania grzyb.
Czuła jak rośnie cukinia w nogawce jego spodni.
.
Nie podziałało na mnie.

Z kobiecymi narządami jest jeszcze gorzej:
 pusia, szczelinka, myszka, kuciapka

Zanurzył palce w jej kuciapce....No, tak...a kuciapka na to - kwak, kwak.

Wszystko brzmi okropnie. Pisanie o seksie w naszym języku jest naprawdę trudne. Lepiej pozostać w obłoku dwuznaczności, niż bawić się we wrzucanie dropsika do szczelinki.

Wieprzu, z podarowaną świnką Pusią. (dzięki Miziu)

wtorek, 14 lipca 2015

Kobietą być to... chudnąć i tyć.




Nadeszło lato. Nie ma chyba bardziej stresującego okresu w roku dla kobiety. Właściwie powinnyśmy się do tego przygotowywać cały rok, na okrągło. Presja, która spada na mnie z ekranu telewizora, wlewa się przez monitor komputera i drapie moje gałki oczne z każdej strony gazety jest trudna do zlekceważenia. Panie Premierze!!! Jak żyć?

Już dawno zauważyłam, że gdyby nie reklamy, nie wiedziałabym, że kobieta w moim wieku ma wiecznie opuchnięte i pokryte żylakami nogi, zamazuje jej się owal, nie może opuścić spokojnie mieszkania bo albo ma wzdęcia albo też nietrzymanie moczu odbiera jej codzienną radość życia. 
Nie wiedziałabym, że moją życiową rolą jest podejmowanie nierównej walki z cellulitem,że moje krągłości powinny być powodem do wstydu, bo w życiu nie wcisnę się w bluzeczkę rozmiaru 34, i że powinnam czuć się jak orka i  pancernik Potiomkin w jednym. 

Nawet najeść nie można się dla przyjemności bo zły duch wątrobiany pokaże nam miejsce w szeregu. Zegnie nas bólem gniotącym, zaskakującym i frustrującym. 


Zostałam skazana na picie wody niegazowanej i łykanie tabletek na wszystkie dolegliwości świata, a dbałość o swoje ciało powinna mi zajmować czas od rana do wieczora. Sadyści kosmetyczno -farmaceutyczni nie próżnują, właśnie próbują mi wmówić, że moje cztery litery żądają już nie tylko pachnącego melisą, tłoczonego w aniołki papieru toaletowego ale nie potrafią się obyć bez specjalnego płynu do mycia tych czarujących okolic. Czekam teraz na specjalną szczoteczkę do czyszczenia zagłębienia mojego pępka. Skoro pytają mnie o ładne pachy, zaraz zaczną wypytywać i o odpowiednio uroczy i zadbany pępek. 

Pomału zaczniemy marzyć o burkach. 

Pokazujesz nogi - lansujesz się. Zakrywasz nogi - pewnie masz żylaki. Masz zmarszczki - nie dbasz o siebie. Nie masz zmarszczek - pewnie się ostrzykujesz. I gdzie jest złoty środek?

Tak. Miałam urodziny. Zbliżam się właśnie do granicy, w której kobieta przestaje być kobietą, a staje się niewolnikiem gabinetów odnowy biologicznej i ofiarą cudotwórców chirurgii kosmetycznej, W której ze śmieszących wszystkich makijażem próbuje odnaleźć w sobie resztki urody. Piątka w dacie urodzenia wyrzuca cię po za nawias społeczeństwa. Fiuuuuu.....pani tu nie stała! Suń się babcia.

W czasach kiedy nie stać mnie było na waciki kosmetyczne i zmuszona byłam do używania w zamian papieru toaletowego, kiedy pożyczałam buty od mamy, bo na swoje odkładałam 3 miesiące nauczyłam się jednego - mogę żyć bez drogich kremów, albo właściwie bez żadnych kremów. 

I wiecie co? Każdy się zestarzeje. Czy nie lepiej wyglądać tylko staro, niż staro i śmiesznie?

Następnym razem obiecuję coś bardziej zabawnego. Czas się otrzepać!





poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Moje sutki piłyby szampana, gdybym tylko była tak nieostrożna żeby im na to pozwolić czyli corpus delikta,




Wracam po wypruwaniu sobie żył na obczyźnie do kraju tego, gdzie winą jest dużą popsować gniazdo na gruszy bocianie i łapczywie napawam się polską duszą, smakami i zapachami. Przerzucam uwagę z Katie Price na nasze swojskie Ewy Minge, mój żołądek zapomina o obrzydliwościach w rodzaju Marmite i przypomina sobie jak straszliwie pachnie gotowana kapusta z grochem, mały Nigel Farage jest powolutku zastępowany innym małym politykiem i szafa gra. Jednym słowem dopasowuję się do sytuacji na wszystkich płaszczyznach życia. Także tych medialnych. 

Tym razem jednak coś powoduje lekki dyskomfort w leniwym przerzucaniu kanałów telewizyjnych.
Okazuje się, że w czasie mojej nieobecności coś okropnego stało się z ciałami polskich celebrytek. Ich mózgi zostały całkowicie pozbawione połączeń z resztą ciała. Co najstraszniejsze - nie ma żadnej reakcji sennej widowni. Winię za to filmy z zombie, gdzie gubienie kończyn jest na porządku dziennym i nikogo nie dziwi. Ostatnio było ich tyle (i kończyn i filmów), że oglądający przyzwyczaili się do widoku seryjnej dekapitacji, podobnie jak przyzwyczaili się do reklamy środków na grzybicę stóp w porze kolacji.  

Ale o-so-chosi-? O tytuły, panie dziejku...
Nogi Steczkowskiej przed TVN-em, piersi Foremniak na wystawie malarstwa współczesnego, pośladki Młynarskiej na wakacjach we Francji, pępek Muchy na plaży w Mombasa. To jakaś epidemia, zastanawiam się jakbym się czuła wstając rano z łóżka i czytając na Pudelku, że mój brzuch wybrał się właśnie na randkę z Maślakiem, kolana wizytują Kołobrzeg, piersi bawią się świetnie na imprezie TVN-u, a łokcie podpierają cudzą głowę gdzieś na Dominikanie. O tym, jak się bawi moje puszczone samopas gładkie łono, wolę nawet nie myśleć. Można zwariować ze strachu. 

Z drugiej strony zombienie naszych celebrytów wyjaśnia wiele spraw - po pierwsze to co opowiadają i co wyrabiają, a co przyprawia zwykłych maluczkich o gęsią skórkę na łydkach:
Po drugie, do czego są w stanie się posunąć, żeby trwać w świecie mediów i blichtriady:
Po trzecie jest coraz lepiej, mamy nową dostawę mięsa armatniego, które zostanie przeżute, poddane procesowi trawienia i wydalone gdzieś w kącie. Tymczasem jednak łapie się czego się da, czepia się szklanego ekranu jak pijany płotu, i nie popuści:





Przeczytałam, że Jessica Mercedes pokazała pisanki..naprawdę, nie wiem jak mam to rozumieć....
A TY? Co oglądasz w naszej TV?


wtorek, 31 marca 2015

Praca to ucieczka dla ludzi, którzy nie mają niczego lepszego do roboty czyli leniwe myśli próżniaka;-) znowu o mężczyznach...



Tak naprawdę to najbardziej lubię leżeć i nie robić nic. Ewentualnie poczytać, podyskutować elokwentnie ale bez zbędnego naprężania się. Po co? Świat i tak pójdzie swoją drogą. Tyle, że nawet do niespiesznej dyskusji, potrzeba nam odpowiedniego dyskutanta, a o takiego coraz trudniej.

Poznałam człowieka, który jest eko-wego. Super, nie mam nic przeciwko temu, żeby ratować planetę (szczególnie jeśli nie zniszczy to mojego makijażu i nie połamie moich paznokci z francuskim manikiurem ), jestem w stanie segregować śmieci(znajomych, żeby zobaczyć co jedli, a czym mnie nie poczęstowali), gasić niepotrzebne żarówki (szczególnie w cudzym domu), dbać żeby kran nie kapał, chodzić do sklepu z wielorazową siatą(szczególnie, że to nie ja jestem babą-zakupową ale mój mężczyzna)i odmawiać sobie mięsa bez zbędnych wyrzeczeń. Taka jestem. Fajna,co nie?

Są jednak rzeczy na tej planecie,które wprawiają mnie w zdziwienie i jakoś trudno mi znaleźć do nich dystans. Mój nowy kolega eko - wego nie stosuje dezodorantu, żadnego, ponieważ uważa , że powinniśmy pachnieć naturalnie...Tak. Prawie bym się zgodziła( bo ja się zgadzam z natury, taka durna jestem), gdyby nie to, że zostałam owiana z lewa, prawa i en face. Nie wiem czy podoba mi się życie aż tak blisko przyrody. Kolega eko-wego nie je mięsa, zjadł jednak resztki kurczaka w zielonym  sosie curry z mojego talerza. Właściwie powyciągał je spomiędzy pomiętoszonych serwetek i spałaszował w biegu , mówiąc -Ne znoszę marnowania jedzenia! Tak mnie to spłoszyło, że na następny lunch wolałabym się wybrać z kimś mniej świadomym ekologicznie i pachnącym czymś przyjemniejszym niż naftaliną i zleżałymi skarpetami.

Kolega numer dwa boi się żony. Boi się jej tak bardzo, że mimo iż są po rozwodzie i razem nie mieszkają, ona nadal ma klucze do jego mieszkania i wpada tam bez uprzedzenia, robiąc mu awantury, że ma chlew w kuchni i zakurzone pianino. Biedny chłopak. Jego życie uczuciowe też uległo degradacji, bo jak tu sprowadzić nową flamę do mieszkanka, skoro żonisko może wskoczyć w każdej chwili, podwinąć kołdrę i zrobić mu awanturę w obecności kochanki, że majtek czy prześcieradła nie zmienił. Strasznie frustrujące. Prawda? Można się nabawić nerwicy natręctw nasłuchując zbliżających się kroków na schodach i chrobotu klucza w zamku. Z nim też nie pójdę na lunch, bo gdziekolwiek się znajduje jego głowa kręci się jak wiatrak na odpuście. Lewo - prawo, prawo - lewo...boi się biedaczek, że eksia i tu go dopadnie, bijąc po łapach za nieumiejętne używanie noża i widelca.

Z trzecim kolegą też nigdzie się nie wybiorę, bo trzeba go bawić. Usiądzie, zawiśnie wzrokiem na moich ustach albo oczach i wisi...uśmiecham się, tokuję, kręcę piruety z ostatnich wydarzeń, wspinam się na wyżyny dowcipu, sadzę głupoty jak jaja na patelni...i nic. Wisi jak wisiał, nie mówi nic..

Koledzy, co z wami? Chciałoby się krzyknąć "GDZIE TE CHŁOPY"?

*Na szczęście są i tacy,którzy zaprzeczają tezie, że ród męski psieje. I z nimi chodzę na lunch z przyjemnością. Fajnie chłopaki, że jesteście. Panie Pieprz - tak trzymać!

Dziś oszczędzę Wam dzióbków i ząbków jak perełki,
Wieprzu

wtorek, 6 maja 2014

W życiu chodzi o to, by być trochę niemożliwym czyli cuchnący post.




Moja lodówka żyje. Siedzimy sobie czasem wieczorem i słuchamy jak gaworzy zawzięcie. Dla ludzi o słabszej konstrukcji psychicznej, takie gaworzenie może być nieznośne. No, bo siedzisz sobie wygodnie na sofie, obserwujesz na ekranie skradającego się mordercę, a tu nagle zza twoich pleców rozlega się "eeeeeeeeee"..."auauauuuuu". I zawał gotowy.

Na dodatek, prawdopodobnie w zemście za lodówkę, którą zamordowałam za pomocą wyrwania jej drzwi, obecna lodówka wyrwała mi paznokieć. Jest to bardzo okrutna lodówka, ponieważ nie wyrwała go całkowicie, a zostawiła w stanie filozoficznym,  pomiędzy być a nie być.

Nie mogłam krzyczeć ponieważ miałam gości. Przyjechało potomstwo, z przyszłą synową i szwagrem. Przecież nie wypada biegać po domu z palcem uniesionym do góry, jak z  ogniem w tyłku, i drzeć się niemiłosiernie, wysypując przy tym z ust najbardziej wymyślne przekleństwa. Nie, nie, nie...my tak nie robimy. Cierpimy w milczeniu, bo chcemy mieć kiedyś wnuki. W skrócie wyglądało to tak, że z niemym krzykiem na ustach podbiegłam do Pieprza, chwyciłam go (zdrową dłonią za jego dłoń) i pociągnęłam do łazienki żeby pokazać zgliszcza palczane. Poczułam się gorzej, kiedy zobaczyłam niemą panikę na jego twarzy. Musiał być w szoku, bo zapomniał swojego ulubionego powiedzenia, które zawsze pada z jego ust w takich momentach "Gabi, coś ty zrobiła?".

No, zrobiłam. A tu goście!
Posiadanie dwóch starych, dużych psów i gości w jednym domu jest bardzo stresujące. Po pierwsze trzeba stosować przyciemnienia, żeby ślady śliny na ścianach były mniej widoczne. Po drugie, trzeba pilnować żeby koty z sierści nie wyłaziły na środek pokoju. Po trzecie, trzeba mieć czysta ściereczkę na podorędziu, aby takiego gościa co chwilę wycierać. Strasznie męczące. Męczące....ale nie najgorsze!

Najgorsze jest to, że moje stare, duże psy...puszczają duże bąki. Takie, które odbijają się od drewnianej podłogi, i z hukiem przewalają się po domu. Nie, nie, nie jest to jakieś ciche pssssss, lub pufffff. Są tą wielkie, nabrzmiałe bączyska, które echem wędrują przez pomieszczenia. Takie...RYP -DU-DUM-DUM-BĘC! Wietrzymy, ale wygłuszyć nie jesteśmy w stanie . W okresie zimowym mdlejemy z niedotlenienia, w okresie letnim mamy zawsze okna otwarte na przestrzał. Dom jest otwarty, nie ma drzwi do kuchni, nie ma drzwi na górę do pokoju młodzieży. Bąki mają więc zupełną swobodę przemieszczania się, śmierdzą i huczą.

I nagle goście na noc. I z każdym bąkiem mój biedny mąż zgina się w pół, łapie za głowę i szepcze "Rany, rany...zrób coś". Ale bąki zagłuszają jego szept -  ryp -dudududu- DUM! Co mam zrobić? Powkładać im szpunty w tyłki? Zresztą, rozważałam już kiedyś opcję ze szpuntem. Doszłam jednak do wniosku, że wkrótce psy napompowane niewypuszczonymi bąkami, wisiałyby jak dwa balony pod sufitem. A pęknięcie takiego balonu, byłoby mało estetyczne. 

Wyobrażamy sobie ze zgrozą, jak przyszła synowa łowi lewym uchem takiego wędrującego bąka, marszczy śliczny nosek i mówi "Twoi rodzice są bardzo swobodni". A na to nasza progenitura, głucha na bąki z przyzwyczajenia, z wlepionymi w ekran komputera gałami, nieuważnie odpowiada "Tak, tak...lubią swobodę". I nieszczęście gotowe. Pozostajemy w jej pamięci, jako najbardziej pierdzący rodzice świata. Dramat.


Ponieważ nie każdemu chce się zamieszczać komentarz, dla leniwych i zapracowanych umieściłam poniżej szybką ocenę posta. Wystarczy postawić mi ptaszka! Może być makolągwa albo ten ścierwojad marabut. Biorę wszystko.
A dla tych do doczytali do końca, świeżutkie selfie rannej z palcem bez paznokcia. Czaaad!

Ma dziewczyna klasę i dobre serce. Przeczytała i skomentowała: