
Jestem mistrzem dostosowywania się. Jestem Zeligiem w spódnicy. Wrzuć mnie w środowisko intelektualistów, a będę się mądrzyć, rzucać cytatami, otworzy mi się wewnętrzny słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, a elokwencja będzie mi szła nosem.
Posadź mnie w pubie między karkami a będę kląć, czkać i trzymać papierosa w kąciku ust. Wsadź mnie w środowisko męskie a będę mistrzem świntuszenia, dwuznaczności i plucia na odległość. Posadź mnie w ławce w kościele a będę śpiewać najgłośniej i bić się w piersi żarliwiej niż najżarliwszy wyznawca. To strasznie męczące, biorąc pod uwagę, że dużo czasu spędzam z mężem a on musi się codzienne golić.
Jedząc rosół z makaronem zerknęłam w lustro, i bardzo się zdziwiłam, że zamiast eleganckiej kobiety spożywającej wykwintną "zupę kurzajczą" zobaczyłam obrazek w stylu GORE -rozgorączkowanego wieprza wchłaniającego "cokolwiek" , któremu makaron wisi nawet na nosie a niezidentyfikowana substancja malowniczo kapie z brody. Stworzenie to siedziało przy biurku, po turecku, chlipiąc i siorbiąc niemiłosiernie. Jedną ręką trzymało toto wielką łychę, a drugą robiło notatki w dwóch różnych notesach, łypiąc jednocześnie na ekran komputera. Przypuszczam, że gdyby owo dziwo miało dodatkową rękę lub oko, tez by je natychmiast wykorzystało w jakimś wiadomym sobie celu.
Zmarszczyłam brwi, dziwo też zmarszczyło, a malownicza strzecha chwycona spinką na czubku głowy zjechała mu nieco na czoło czyniąc go podobnym do świeżo wyewoluowanego australopiteka . Wysunęłam język, ono też wysunęło gubiąc przy okazji część makaronu i chlapiąc na notatki.
Jeśli czas się nie rozciągnie to przeczuwam, że w najbliższym czasie zobaczę w lustrze zarośniętego wieprza, jedzącego prosto z koryta ale za to robiącego notatki w dwóch różnych notesach jednocześnie, kwiczącego z zachwytu nad własną mądrością i machającego beztrosko tłustymi, nieco zarośniętymi i przykurzonymi raciczkami.

