Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dreszczowce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dreszczowce. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 maja 2017

Szczęście jest wtedy, gdy nie jest ci potrzebny budzik o poranku czyli Śpij, aniele mój!



Budzik, jak wszyscy wiemy, wymyślił nieczuły, bezduszny, zawzięty barbarzyńca. Budzik zachowuje się nietaktownie i bezkompromisowo.  


Pierwszego zwyrodnialca jakiego pamiętam, ojciec przywiózł z kraju bratniego. Była absolutnie bezlitosny i niesamowicie agresywny. Miał taką moc, że zdrapywał farbę ze ścian razem z tynkiem.

Sąsiedzi nas nienawidzili, bo razem z ojcem wstawała o 5.00 cała kamienica. Zresztą, przez ten właśnie budzik mój szanowny rodzic stracił przednie zęby. Uderzony obuchem dźwięku wyprodukowanym przez plastikowego oprawcę zwanego budzikiem, wyskoczył nagle z łóżka, zapominając, że od kilku dni przy tapczanie stoi łóżeczko, gdzie chrapie całkowicie nowy człowiek. I żegnajcie jedynki!

Mój własny, pierwszy budzik grał piękną melodię, która jeszcze dzisiaj, czasem mi się śni i porusza mi trzewia do żywego. Z tego powodu, zdarzyło mi się wyłączać go już wieczorem, żeby rankiem się nie stresować przed pójściem do szkoły. 

Mój syn dostał swój pierwszy budzik w wieku lat pięciu. Był to budzik przywieziony z Dubaju. Co ciekawe, napisy na cyferblacie i  instrukcja do niego była w języku rosyjskim. Po latach dochodzę do wniosku, że była to bomba dźwiękowa, która miała rozsadzić bratni kraj od środka. Możliwe, że te budziki były w jakiś sposób zaprogramowane, żeby włączyć się pewnego dnia,o jednej porze. Za tą teorią przemawia jeszcze jeden fakt, że pomimo wielogodzinnych tortur, budzik ten nigdy nie zaczął sypać, i nie odpowiedział nam na dwa pytania:

1. Jak się to świństwo dezaktywuje?
2. Gdzie są ukryte baterie?

Zegarek ten był na dodatek poliglotą, i wydawał z siebie następujące odgłosy, do wyboru: zarzynanego koguta, obdzieranej ze skóry owcy, wkręcanego w szprychy kota, bitej na odlew po dziobie kukułki, i smażonego na wolnym ogniu psa rasy niedużej. 

Dziecko biegało cały dzień po mieszkaniu rozkoszując się wrzaskiem kota albo meczeniem owcy. Zdecydowanie budzik usunął w cień huśtawkę, która grała "Ojca Chrzestnego" i sama się bujała kiedy młody na niej siadał. (prezent od rodziny) Zresztą od kiedy udało nam się zlokalizować baterie, huśtawka trwała w kącie smutna i nieruchoma łypiąc od czasu do czasu złowrogo kiedy ją odkurzałam nucąc sobie beztrosko.

Niestety, wyrwanie dziecku budzika z ręki nie wchodziło w grę, postanowiliśmy poczekać aż się trochę nim znudzi i porzuci go gdzieś w kącie, a my spokojnie skręcimy mu budzikowy kark, posiłkując się później prawami fizyki i tłumacząc, że tak się dzieje kiedy budzik upadnie na kafelki nieroztropnie pozostawiony w kuchni na brzegu stołu. 

W zawierusze wieczornych kąpieli, przebieranek, czytanek i tym podobnych, budzik zupełnie dał nam o sobie zapomnieć. Nie na długo jednak. O trzeciej w nocy wyrwało nas z głębokiego snu rzężenie skubanego na żywo koguta, błagającego o skrócenie mu cierpień. Patrzyliśmy na siebie przerażeni, zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi, i które z nas upadło na głowę i wydziera się po nocy udając koguta na tarle. 

Po jakiś 10 minutach wpatrywania się w siebie nawzajem rzuciliśmy się do poszukiwań farmerskiego budzika. Przewracaliśmy się, wywalaliśmy wszystko z szuflad i szafek...aż w końcu znaleźliśmy dziada za naszym łóżkiem i załatwiliśmy na amen młotkiem w kuchni, bo odnalezienie wyłącznika lub baterii nadal przerastało  nasze możliwości. Co ciekawe, okazało się, że jednak był baranem, bo ostatnie co z siebie wydał zanim przeniósł się do lepszego świata dla budzików, to zawodzące beczenie. 

Oczywiście, jeśli się ma dziecko, to wiadomo że budzik nie jest potrzebny. Nasza własna progenitura uwielbiała wstawać o 6.00 rano i siłą swoich własnych paluszków vel imadeł otwierać nam powieki, wrzeszcząc "Mamulu, Tatulu zobaczcie, słoneczko już wstało". (przysięgliśmy sobie wtedy, że zemścimy się na nim, kiedy dojdzie do wieku szkolnego. I dotrzymaliśmy obietnicy) 

Poduszki z naszego łóżka musieliśmy wysłać na resocjalizację, ponieważ nasłuchały się takiej ilości niecenzuralnych słów, kiedy gryźliśmy je z nerwów szepcząc w ich uszy co mielibyśmy ochotę zrobić błękitnookiemu, szczerbatemu aniołkowi (i przysięgając sobie, że nigdy więcej radosnego, beztroskiego seksu), że normalnie pranie im nie pomagało, ociekały jadem produkowanym przez wszystkich rodziców w tak przykrych okolicznościach przyrody.  Do aniołka oczywiście uśmiechaliśmy się wyrozumiale, grając pod kołdrą w szybkie kamień, nożyczki, papier. Przegrany zaczynał wcześnie dzień. 

W czasach smartfonów zaczęłam ustawiać sobie utwory muzyczne w telefonie jako  budziki. I tym sposobem taki oto utwór, działa na mnie jak płachta na byka:



Nie idźcie tą drogą. Proponuję raczej coś bardziej ekstrawaganckiego. Może coś z Zenka Martyniuka?

P.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Przy świetle łojówki nie należy dobierać sobie diamentów ani kobiet czyli ajajaj!

Jest taka stara, świecka, lotnicza  tradycja, że jeśli przybędę na lotnisko zbyt wcześnie, i będę się po nim snuła 5 godzin, zalewając się kawą, zanudzając różnych ludzi rozmowami przez telefon i whatsappa , jedząc frytki albo trójkątne kanapki, żeby jakoś zamordować czas, to...to z pewnością mój samolot się spóźni. Oczywiście oprócz tego, że będę się musiała włóczyć po lotnisku następną godzinę, urozmaicając sobie czas obserwacją ludzi i starając się zgadnąć ich narodowość zanim otworzą usta, przełoży się to także na mój czas lądowania w Ojczyźnie. Znowu po północy.

Wyjazd z naszego lotniska jest wąskim gardłem, i czasami trzeba spędzić w kolejce do opłat trochę czasu. Ponieważ nie należę do ludzi, którzy potrafią wepchnąć się brutalnie w zmęczony, przepocony ludzki ogonek, a moje łokcie są zbyt słabe na to, żebym torowała sobie nimi drogę...wolę poczekać. Wiecie..."a ja palę faję, dłubię w nosie...palę faję za fają" i czekam aż reszta entuzjastów (czyt. bezlik, mrowie i multum) taniego latania ewakuuje się z lotniska, i nastanie błoga cisza. Wtedy dopiero mój macho rzuca się do maszyny, żeby uregulować płatność, a ja idę sobie spacerkiem do auta, bez strachu, że zostanę zadeptana lub przejechana przez współpodróżnych.

Idę ja sobie przez puste lotnisko,osnute mgłą i skropione drobnym kapuśniaczkiem , palę fajeczkę i marzę o czekającym na mnie w domu gorącym żurku, aż tu nagle moim oczom ukazuje się pochód ludzki o zastanawiających kształtach. Ponieważ jestem fanem horrorów, dobrze wiem czym może kobiecie grozić włóczenie się po nocy na terenie zamglonym i otulonym egipskimi ciemnościami, zatrzymałam się niby koń ściągnięty cuglami i potoczyłam wzrokiem dookoła w poszukiwaniu ewentualnej drogi ucieczki. Wyrzuciłam precz papieroska, wyprostowałam się i zakotwiczyłam w półkroku stawiając przed sobą, niby tarczę, moją podręczną walizeczkę. Energiczny tłumek zawył z zachwytu na mój widok, i rzucił się biegiem w moją stronę, aż mu furgały poły płaszczyków, a dziwaczne czapeczki podskakiwały na głowach.
- Chasydzi - poinformowałam sama siebie.

Chasyd, nie chasyd, nigdy nic nie wiadomo. Mój ulubiony kanał na youtube, odkrywający wszelkie spiski świata (wiedzieliście, że Hilary Clinton jest reptilianką? A wiecie dlaczego należy spać w folii aluminiowej na głowie? A że żyjemy wewnątrz Ziemi? To nic nie wiecie!) podał niedawno, że po Polsce przemieszcza się około 40 tysięcy uzbrojonych i zakamuflowanych agentów Mosadu. Mogli dla niepoznaki przebrać się za Chasydów, żeby gładko się wmieszać w tłum, prawda? 

Chasydzi podbiegli kurcgalopkiem i zasypali mnie gradem niezrozumiałego słownictwa, które uderzało we mnie i odbijało się z łoskotem, niby grad bijący o blaszany daszek ( ten sam daszek o którym śpiewał  Ivan i Delfin)

Z tej dzikiej kotłowaniny, wyłonił się wreszcie młody przystojniak z uroczymi pejsami i zagadnął zaczepnie:
-Mi not gawarit polsku. English nein.
- Super - pomyślałam- Ta informacja z pewnością była mi niezbędna, do przetrwania dzisiejszej nocy.
-Ok, poradzimy sobie - powiedział tymczasem moimi ustami mój wrodzony optymizm na przekór rozumowi.

Zakres mojego słownictwa w jidisz jest nieco ograniczony, i mało użyteczny w trakcie konwersacji  - jedyne słowa jakie przychodzą mi do głowy to: bajzel, rejwach, geszeft, git i cymes. A z hebrajskiego -kabała, koszer, bar micwa, cadyk, szabas i szatan. Trochę kiepsko.

- A więc, co by panowie chcieli ode mnie. - Rzekłam podnosząc brwi pod samą linię włosów, aby łatwo było wyczytać w tych ciemnościach pytanie. Można rzecz, że całą swoją postawą zaczęłam przypominać znak zapytania.

- Jo..safa.
-Hmmm...josafa, czymkolwiek to jest, nie posiadam akurat na stanie, gdyż podróżuję jedynie z bagażem podręcznym - rzekłam rozkładając szeroko ręce i wskazując na lichą walizkę stojącą u moich stóp. A jak to wygląda? - zapytałam umieszczając brwi na potylicy z ogromnym trudem.
Tu nastąpiła konsternacja, i długie naradzanie się w nieznanym mi narzeczu.Aż wreszcie w ciemnościach niby rąbanka na haku w mięsnym, zawisło pytanie:

- Have car?
- Yes. I've got a car, but... - odpowiedziałam z uśmiechem, i zaczęłam się zastanawiać jak upchnę tylu Żydów wraz z ich kapeluszami i anglezami w mojej czerwonej lalce.
Chasydzi podskoczyli z radości, klasnęli w ręce, po czym całkiem niespodziewanie wzięli mnie pod ramiona i powlekli, mnie i bagaż, w głąb parkingu. Próbowałam im wytłumaczyć, że nie jestem tu samotnie, że mój ukochany poszedł właśnie zapłacić za parking i z pewnością będzie mnie szukał. Niestety, ponieważ było ich siedmioro (jak tych krasnoludków, co żyli z jedną królewną, ach marzenia...) nie potrafiłam ich przekrzyczeć.i pozwoliłam sobie być uprowadzona przez żydowskie tsunami....
-Ajajajajaj!

Po krótkim spacerku, przerywanym jedynie moimi próbami uwolnienia się z silnych jak obcęgi dłoni obywateli Izraela, zostałam doprowadzona do eleganckiej fury i wepchnięta delikatnie do środka. Jeden z brodaczy  nacisnął nawet litościwie na moje zarośnięte ciemię, aby moja czaszka nie roztrząsnęła się w drobny mak o ramę czarnego jak czarne oczy BMW.

Zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, po co u licha chasydom baba taka jak ja? Ani na gotowaniu się nie znam, a już tym bardziej na koszernym....a może mogłabym służyć jako żywa bombeczka podrzucona gdzieś w newralgicznym miejscu? Albo jako żona za karę, dla jakiegoś niesubordynowanego i wątpiącego wyznawcy?  Albo samochodowy kamikadze? Bo usadzili mnie na miejscu dla kierowcy. Moje myśli gnały przez zwoje mózgowe, niczym konie w galopie:
-Teraz mi zwiążą ręce, napoją alkoholem i podpalą...a ja jako żywa  pochodnia zniszczę tak pięknie rozwijający się port lotniczy Katowice - Pyrzowice - przemknęło mi przez głowę.

- Jo-szefa Krakau- rzucił przystojniak, który wskoczył na miejsce obok kierowcy. Reszta Żydów stanęła dookoła samochodu i zacierała radośnie ręce.W ich oczach wyczytałam wielkie nadzieje, których nie powinnam zawieść. 

-Absolutnie nie rozumiem o czym mówicie....uśmiechnęłam się radośnie, bo jednak dopóki nie zaczną mnie dźgać czymś ostrym, albo zmuszać do rzeczy niegodnych, postanowiłam zachowywać się elegancko i taktownie. W końcu jest to stara kultura i należy jej się szacunek.

Przystojniak zanurkował ręką głęboko w swoje czarne szaty, i wyciągnął jakiś połyskujący przedmiot.

- Pistolet? Bat?
Był to zwykły notes z wypisanym adresem - Kraków, ul. Józefa...
-Aaaaaa...- tu moja inteligencja osiągnęła Mont Everest.- Chcecie żebym wam to wpisała w GPS ?Zapytałam wspinając się przy okazji na wyżyny języka migowego. (No, mądralo - pokaż GPS za pomocą gestów! ) Żydzi niemal zaśpiewali radośnie, a jeden z nich pokazał mi mały ekran umieszczony na plastikach samochodu. 
Zaczęłam macać ekranik, waląc w niego na oślep. Używanie smartfona i tabletu na co dzień, robi swoje.
Facet siedzący obok złapał mnie zwinnie za paluszek, grożąc mi jednocześnie swoim własnym palcem.

- Nein, niein, nein!
Delikatnie pokręcił kółeczkiem znajdującym się z boku ekranu.Zrozumiałam bez powtórzeń i
przystąpiłam do działania. Już po minucie, na ekranie zaczęły pojawiać się wszystkie krakowskie ulice z imieniem Józefa..Józefa A, Józefa B...i tak po kolei, dotarcie do Józefa bez nazwiska zajęło nam dobrych 15 minut. Osiągnęliśmy zwycięstwo!
Git! - zakrzyknęłam ochoczo!
Git! Git! Git! - zawtórował mi radosny tłumek
- I cymes!- zakończyłam mile.
Ucieszyliśmy się wszyscy, pozacieraliśmy ręce, podziękowaliśmy sobie nawzajem, tak międzynarodowo, w języku migowym.

Tymczasem mój facet, niby samotny wilk na gigancie, przeczesywał lotnisko wszerz i wzdłuż, zaglądając pod samochody i rozglądając się dookoła z trwogą w sercu i duszą na ramieniu. Ukradli mu kobietę! Była i zaginęła. A tu kolacja czeka na stole i stygnie, podłogi umyte, ech...tyle roboty na nic!  Przez głowę przebiegły mu wszystkie ostatnio obejrzane thrillery o zwyrodnialcach  porywających podstarzałe księżniczki. Przez chwilę nawet się ucieszył, bo mógłby oglądać swoje ulubione seriale, cały smalec gęsi byłby dla niego, no i mógłby słuchać trójki od rana do wieczora bez oglądania pantomimy pt "Jak ty możesz tego słuchać, zaraz popełnię harakiri na sam dźwięk głosu Andrusa!' (- tu :szarpanie włosów i odzienia własnego)/

Koło żydowskiego zgromadzenia przebiegł ze cztery razy, nawet nie przypuszczając, że wewnątrz tej kotłującej się kipieli znajduję się ja. Niby ta księżniczka od krasnoludków. Usiadł w końcu w aucie i zaczął knuć, kiedy nagle tuż przed jego szybą pojawiła się jakaś postać z rozwianym włosem, eskortowana przez siedmiu, dziwacznie ubranych ludzi. 


Wskoczyłam zwinnie do auta, machając na pożegnanie, jednocześnie umieszczając walizę na tylnym siedzeniu samochodu.
- Co to  było? - zapytał mój mężczyzna, kiedy już go odblokowało.
- Chasydzi!
- Gdzieś ty była?
- Pomagałam im szukać Józefa!
- Ty piłaś?
Nie, niestety, nie poczęstowali mnie też macą, ani bajglem.
I nie zatańczyli, a tańczą pięknie!

Gdyby ktoś źle odczytał rysunek  - nie, to nie granat w ręku jednego z chasydów, i to nie ręce uniesione w obronnym geście. To telefon komórkowy i efektowny sposób komunikowania się:-/0/
I Hava Nagilla, siostry i bracia!
Pieprzu.



niedziela, 15 stycznia 2017

Wilgotna opowieść o ksenomorfach czyli co mam wspólnego z Sigourney Weaver.



Na głowie kwietny ma wianek 
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek 

Kazik

Tak, tak...ten w lustrze to niestety ja. Taka chciałam być w Nowym Roku - kwiatuszki, motylki,baranek przodem, sama dobroć i słodycz. Jeśli ktoś by mnie wkurzył, to pogroziłabym tylko palcem mówiąc - A ty niedobry, ty!  Aplikacja dodała różowej poświaty moim policzkom i walnęła mi kreski, jakich w życiu nie potrafiłabym sobie narysować - miało być romantycznie, a ja miałam zaniechać kopcenia papierochów i skończyć z ubieraniem się na czarno, przestać kląć i przejmować się rzeczami, na które i tak nie mam wpływu.  Ale znowu poległam. Bo czy łatwo być dobrym? No, zapewniam, że jest to sakramencko (jak mawiał wuj Henryk, który był jedynym znanym mi mężczyzną dumnie zakładającym sandały do garnituru)  trudne. Głównie ze względu na bliźnich. 

Krzywdę robią mojej panience 
Opluć chcą ją podli zboczeńcy 
Utopić chcą ją w morzu zawiści 
Paranoicy, podli sadyści 


Do 4 stycznia nawet jakoś mi szło. Unosiłam się na różowych obłokach swojego czaru, jadłam truskawki z bitą śmietaną, piłam sok z marchwi i buraka, pilnowałam, żeby codziennie założyć coś kolorowego, pryskałam się Si Armaniego, używałam różu na policzki, błyszczyka, nosiłam buty na obcasach, codziennie dzwoniłam do mamy i starałam się nie być złośliwa. (bo niestety jestem, jestem złośliwa do kości od wczesnego dzieciństwa - a największą przyjemność czerpię z faktu, że czasem ludzie nie wiedzą, że jestem złośliwa - co czyni mnie makiawelicznie złośliwą i podwójnie winną ). Naprawdę byłam fajna, taka fajna, że mogę przysiąc, że kiedy przechodziłam mimo, to słychać było chóry anielskie i brząkanie na harfie, coś jakby wczesny Vollenweider . A potem wsiadłam do samolotu i poleciałam do pracy. 

Znów widzieli ją z jakimś chłopem 
Znów pojechała do St. Tropez 
Znów męczyła się, Boże drogi 
Znów na jachtach myła podłogi 
Tylko czemu ręce ma białe 
Chciałem zapytać, zapomniałem 
Ciało kłoniąc skinęła dłonią wsparła skroń o skroń 
I znów zapadłem w nią jak w toń 


Już wejście na pokład sprawiło mi pewną przykrość. Odkryłam, że człowiek, którego biodro przylega ściśle do mojego (tanie linie lotnicze sprawiają, że ludzie są bliżej siebie) emituje niezwykle oryginalne miazmaty, coś co przywodziło na myśl określenie - morowe powietrze. Nie, nie był to zwykły, klasyczny fetor. Był to długo leżakowany, mocno wędzony, wielokrotnie moczony w solance smród, który na okoliczność podróży został elegancko odprasowany, wykrochmalony i wielokrotnie złożony pod pachą. Mogłam szybko ocenić jego głęboki, mahoniowy posmak, i wyróżniającą się nutę camemberta,  ponieważ właściciel uniósł ramię w górę i zaczął majdrować przy lampce nad siedzeniem. Zacisnęłam z bólu zęby. Powiało grozą i wystraszonym kozłem, który przez ostatnie pół roku brał kąpiele w oborniku i nacierał się martwym skunksem. 

Moje biedne Armani rozsypało się na poszczególne składniki, zemdlało i wpadło pod siedzenie, widziałam kątem oka jego marny zewłok desperacko próbujący opuścić pokład. Zazdrościłam mu, bo zdążyło się doczołgać do wyjścia i wziąć głęboki oddech. Ja nie. Siedziałam jak sparaliżowana, i bałam się poruszyć, żeby nie spowodować dodatkowego ruchu powietrza. 

Właściciel capów (założę się, że pod jego koszulką mieszkały co najmniej dwa, oba dobrze wypasione) ziewnął i pociągnął nosem. Zabrzmiało to jak oczyszczanie rur kanalizacyjnych i nie wróżyło nic dobrego. Wiercąc się na siedzeniu wyciągnął z kieszeni spodni mizerny kawałek papieru toaletowego, kaszlnął soczyście i dmuchnął w niego z taką siłą, że biedny karteluszek uciekł z piskiem i przykleił się do mojego buta błagając o pomoc. Struchlałam. Tragizm sytuacji podbił fakt, że sąsiad nie zauważył, że to w co chciał smarkać już dawno nie znajduje się w jego rękach. A potem już normalnie, rozłożył dłonie, żeby obejrzeć swoje dzieło...żeby się nie zagłębiać w szczegóły, całą scenę mojej walki o przeżycie, można sobie obejrzeć tutaj:

Jak walczyłam w samolocie



Nie dałam rady i zostałam zainfekowana, wyraźnie czułam, że ksenomorf we mnie zaczął ewoluować! To by wyjaśniało dlaczego miałam problem z dopięciem koszuli.  Dlatego też, mój powrót wyjątkowo uległ przyspieszeniu. 

No, wreszcie doszliśmy do sedna! Kiedy jestem daleko od domu, mój mężczyzna mocno się stara. Wiecie- słodkie teksty, zdjęcia, rysunki, zapewnienia o tym jak bardzo tęskni, i co to nie będę miała jak już wrócę. Takie tam.. figliki. Kiedy oznajmiłam, że wracam wcześniej, prawie pogryzł słuchawkę telefonu z radości i natychmiast wydał nierozsądną sumę pieniędzy na tzw zaopatrzenie. I naprawdę, nie mogę się skarżyć, bo mieszkanie zostało odpowiednio umajone, wszystko co lubię było w zasięgu mojego ukochanego fotela, a gorące potrawy wjeżdżały kolejno na przyjęcie powitalne śpiewając wesoło "Bo do tanga trzeba dwojga". Tak, ale to jest dzień pierwszy. Dzień drugi ma już całkiem inny scenariusz. Nadciąga bowiem proza życia, a w moim wybranku zasypia Romeo, a budzi się kierownik.

Oto ja, (w skowronkach, bo wróciłam do domu) chodzę i śpiewam z tej nierozsądnie rozsadzającej mnie radości, piję ukochaną kawę, zajadam Bielucha, jaśnieję dobrocią i mizdrzę się słodko, tak jak najlepiej potrafię...a przecież jestem ciężko zainfekowana, do kroćset! W moim organizmie zagnieździł się obcy. Czy łatwo być rusałką, skoro gile ciągną się za mną na długości 3 metrów, jestem prawie przygłucha, a oczy mam całkiem kaprawe? A mimo to staram się być tak radosna i uwodzicielska, jak tylko w tych trudnych warunkach mogę. I co otrzymuję w zamian?

Ach, dziewczyna pięknie się stara 
Kosi pieniądz, ma jaguara 
Trudno pracę z miłością zgodzić 
Rzadziej może do mnie przychodzić 
Tylko pyta kryjąc rumieniec 
Czemu patrzę jak potępieniec 
Czemu zgrzytam, kiedy się pyta czy ma ładny biust 
Czemu toczę pianę z ust 


- Gabi czy ty musisz śpiewać od 7 rano? 🙊
- Gabi, czy ty musisz tu palić? 
- Gabi, czy ty musisz łazić w piżamie do 9 rano? To nie jest zachęcające...
- Gabi, nie znoszę tej bluzki, fatalny kolor...czemu sobie takie rzeczy kupujesz
- Gabi, możesz zmienić fryzurę? Lubię jak masz rozpuszczone włosy...
- Gabi, zgaś tego wyjca, nie znoszę tej muzyki...tej też nie...i tej! 
- Gabi, miałaś siedzieć ze mną...wyłaź z tego pokoju...
- Gabi, przestań czytać....popatrz na mnie!👀

I jak ja mogę być dobra? Włożyłam mój maskujący czarny golf, dodałam do tego czarną bieliznę i czarne jak heban spodnie, pstryknęłam zapalniczką i położyłam jęzor na ostrzałce do noży...

Im Westen nichts Neues!
Pieprzu z kłami na wierzchu!

A tu zdjęcie, które jest dowodem mojej chwilowej słodkości:

Jak na nie patrzę to się szczerze wzruszam.

wtorek, 10 maja 2016

Aaa, były sobie kotki dwa...czyli o tym, jak to jest wymienić się na twarze z tatarem, przez małe t i uratować komuś życie.




Jak powszechnie wiadomo, twarz to ta część ciała jaką stajemy frontem do świata. Oczywiście, powiecie, że wszyscy nosimy maski, i że tak do końca nie wiadomo jak z tą twarzą jest. Zgoda, ale żeby nosić maskę( o makijażu nie wspomnę) trzeba jakąś twarz na własność posiadać, i dobrze jej pilnować.  Bo jeśli tracisz twarz, to natychmiast przyprawiają ci gębę. 

Człowiek do swojej fizys szybko się przyzwyczaja, i dokładnie wie, co rankiem zastanie w lustrze. Takie codzienne - wstajesz i wiesz. Cudu się nie spodziewamy, nawet jeśli wydamy  jak Romuald Lipko ostatni grosz, żeby "wino z zielonych lat ciągle pić". Czyli w wolnym tłumaczeniu - kupić najbardziej na świecie nano-ekstremalny-hiper-sensirenalny krem z kwasem dezoksyrybonukleinowym i rybim żelem transdermalnym , którego zadaniem jest wyprasowanie naszej twarzy i uczynienie jej tym czym powinna się stać według zapewnień umieszczonych na wieczku.

Wolne żarty. Wiadomo przecież, że kupujemy marzenia i kręcą nas te kolorowe pojemniczki pełne tajemniczych mikstur ustawione na półeczce w łazience. Ten różowy słoiczek to perełki pod oczy, ten to na sterczący podbródek, ta ampułka sprawi, że zniknie lwia zmarszczka, a ten żel odmłodzi nasze policzki i nada im dziewczęcej świeżości. Tymczasem każdego ranka ta sama Gabryśka w lustrze, żadnych zmian nie widać na horyzoncie. Chyba, że mówimy o zmianach na gorsze i plamach wątrobowych, a w następnej kolejności tych opadowych. Te z pewnością się pojawią, podobnie jak paradontoza, owłosienie w nieoczekiwanych miejscach i  okulary do czytania. 

Pewnego pięknego ranka, jak zwykle wyskoczyłam rześko (ale nie przesadzajmy, bo jednak mamy już swoje lata i najpierw trzeba się rozbujać, żeby z łózka wyleźć) z piernatów i przebiegając raźnym truchtem do łazienki, zerknęłam z roztargnieniem w lustro. I całkiem jak pan Hilary -nie chcę wierzyć, jeszcze zerkam. Niestety, nawet po 3 zerknięciu zmiany nie stwierdziłam. Patrzyłam w oczy kotletowi siekanemu,  który uśmiechnął się do mnie i pomachał na przywitanie. Podeszłam bliżej do zwierciadła -  "to żyje" - pomyślałam zaskoczona. W niebieskim oku tatara zamigotało przerażenie. Niestety, było to moje własne, świeżutko wyhodowane przerażenie, którym natychmiast się zajęłam wrzeszcząc jak opętaniec - Lekarza!!!!

W trybie natychmiastowym udałam się na wizytę do pani doktor, która profesjonalnie zajmuje się twarzami. Zresztą, nie tylko, bo jak wiadomo, ci sami lekarze zajmują się organami, które rzadziej wystawiamy na światło dzienne, a które służą uciesze w zaciszu domowego ogniska. (chociaż czasy się zmieniły i organa można oglądać nawet na celebryckich zjazdach, bo któż nie pamięta co pokazała Pietrasińska? Google pamięta, bo jak wiadomo - internet nie zapomina) 


Oczywiście, moja wizyta była jak najbardziej prywatna. Ponieważ lekarz od twarzy, jest też lekarzem od bardzo wstydliwych przypadłości,  pamiętałam jeszcze z czasów "Daleko od szosy", że w takie miejsca można zaglądać anonimowo. Z typową dla siebie beztroską (czytaj bezmyślnością) wsadziłam do kieszeni kurtki jedynie ręce i papierosy. Dlaczego do kieszeni? Bo moja torebka zrobiła się tak ciężka, że po ostatnim wyjściu prawie nabawiłam się przepukliny, a już z pewnością czerwonych pręg na ramieniu, a nie byłam jeszcze gotowa na to, żeby spędzić kilka godzin na jej opróżnianiu. Zresztą, po co mi cokolwiek jeszcze, skoro podróżuję z mężczyzną?


Należę, do tych wysoce niepraktycznych i beztroskich kobiet, które idąc gdziekolwiek z osobnikiem płci  odwrotnej nie martwią się o to - które to drzwi, gdzie jest płaszczyk, i że trzeba zapłacić. No, wybaczcie, ale tak zostałam wychowana, i na tyle mi się to spodobało, że tak zostało. To jest fajna droga, i z czasem doprowadziła mnie do punktu, w którym nie interesuje mnie aprowizacja - to nie mój problem czy jest chleb w domu, czy go nie ma, czy rachunek za gaz jest zapłacony, czy też nie. Mnie interesuje, przede wszystkim czy dostanę jeszcze ten fajny lakier z Inglota, i czy nie rozmazuje mi się maskara. Mogę sobie zupełnie spokojnie żyć życiem płytkiej blondynki, zadowolonej z siebie i bezstresowo piłującej paznokcie na miękkiej kanapie. I to całe dwa tygodnie w miesiącu! 

(Bo pozostałe dwa tygodnie służą mi do zarabiania na to wygodne i beztroskie życie. )

"O RANY, RANY, JESTEM NIEPOKONANY"

Przychodnia, do której przybyłam przypominała mi moje pierwsze przedszkole - niewygodne stołki i ściany w kolorach zimnych, i przyprawiających o dreszcze. I lada, znaczy recepcja. Na tyle wysoka, że panie w recepcji mogły widzieć jedynie moją twarz i to kiedy stałam na palcach lub podskakiwałam. Uśmiechnęłam się szeroko, ukazując piękny komplet miśnieńskiej porcelany, i wyszeptałam z brodą leżącą na kontuarze:

- Dzień dobry, ja do doktor XYZ, byłam umówiona przez portal internetowy...
- Dowód proszę! - nie bawiła się w kurtuazję żena za pultem. 
- Ojej, nie mam ze sobą...- uśmiechnęłam się beztrosko, rozmazując słodycz swojej osobowości po zielonych ścianach, i skrapiając siedzących dookoła czarem osobistym o zapachu świeżo upieczonego ciasta z wanilią i czekoladą .
- To proszę o jakiś dokument z nazwiskiem - nacisnęła mnie recepcjonistka o twarzy Beaty Szydło.
- Hmmm...mam tylko kartę do perfumerii Douglas...

Pani za ladą przetarła ze zdumienia oczy, nadęła się straszliwie, a następnie wyrzuciła z siebie hektolitry własnoręcznie wyhodowanego kwasu solnego, prosto w moją schorowaną twarz.
- To jak pani z domu wychodzi? Co za ludzie? Żeby tak bez dokumentów chodzić po mieście!!! I tak pani do lekarza bez dokumentów sobie idzie? Przecież to myśleć trzeba!

Wszystkie głowy obecne w poczekalni odwróciły się w moją stronę, i poczułam na sobie pogardliwy wzrok tych co to zawsze są odpowiednio przygotowani. Natychmiast przypomniało mi się, jak wysłałam dziecko do szkoły bez tornistra, albo, o zgrozo, zapomniałam je odebrać z przedszkola. 
Poczułam się jak pierwszoklasista, zrugany za brak chusteczki do nosa i przyłapany na wycieraniu smarków w rękaw. Jednocześnie przeraziło mnie to co zobaczyłam w oczach mojego mężczyzny. Była to zdrowa, właśnie narodzona żądza mordu. Wiedziałam, że za chwilę ta poczekalnia może przypominać jedną ze scen filmów Tarantino.  Już widziałam panią recepcjonistkę przestawioną razem z krzesłem na najwyższy regał, zakneblowaną, i z przegryzionym gardłem (Że po co kneblować jak przegryzione? Knebluje się wcześniej, żeby nie zrażać pozostałych pacjentów rzężeniem i zawodzeniem.) Złapałam mężczyznę za ręce i odpłynęłam w głąb poczekalni. 

- Nazwisko! Nazwisko! - darła się za mną kobieta, nieświadoma, że właśnie uratowałam jej życie
- Czarny Pieprz - odkrzyknęłam, rozpinając jednocześnie koszulę samcowi i miziając go delikatnie opuszkami palców po klatce piersiowej - Miły kotek, miły....- szepnęłam gryząc go delikatnie w ucho.
- Nie dostanie pani żadnej zniżki na leki! - zagroziła kobieta, kręcąc sobie grubszy sznur, i wykopując krzesło spod nóg.
- A wsadź...- zaczął mój-ci-on, ale udało mi się zdusić warkot regularnym buziakiem i obietnicą żeberek w dniu następnym. (Hej! Nie żebym umiała robić żeberka, ale doskonale wiem jak na nie zarobić i gdzie można je dostać).

Przebywanie z niektórymi mężczyznami, jest jak mieszkanie z tygrysem w ciasnej klatce. Niby oswojony, niby można mu obciąć pazury, wymiziać futerko, zrobić puci-puci i pip pip na nosku, ale cały czas czujesz ten warkot pod pręgami. Wiesz, że tam w środku siedzi dziki zwierz, który wypuszczony na wolność będzie siał gwałt i pożogę. Ciężkie jest życie kobiety -  tresera, jeden nieostrożny ruch i jakiś wiercący trzy dni sąsiad zostanie pożarty żywcem, albo auto nieuprzejmego kierowcy zostanie przerobione na wykałaczki. Wszystko przez ten testosteron...

Twarz została uratowana. Podobno to wszystko jedynie wina stresu i nadmiernej wrażliwości. A jak tu, do licha, nie być zestresowanym, skoro spacerujesz po mieście z dzikim zwierzem bez smyczy? I od rana do wieczora słyszysz ten dziki pomruk dobiegający z głębi trzewi..:



Wasza owieczka, zagrzebana w puszku. 

wtorek, 12 stycznia 2016

Jeżeli wydaje ci się, że wszystko jest w porządku – na pewno coś przeoczyłeś czyli nie żałuj, że coś zrobiłeś, żałuj że dałeś się złapać!.


Są takie momenty w życiu człowieka, kiedy w skrzynce znajduje list powodujący, że strach gorącą strugą ciecze mu po kręgosłupie - wezwanie na komisariat. 

Oczywiście, nie był to mój pierwszy raz. Mam w końcu trochę życiowego doświadczenia, i z niejednego pieca chleb jadłam. Rozdziewiczenie miało miejsce gdzieś około 2008. Zostałam wtedy zaproszona na jeden z naszych cudownie miejskich komisariatów, w charakterze świadka, Sprawa dotyczyła zakupu nielegalnego nośnika muzycznego, czyli pirackiego CD w 1998. Mimo najszczerszych chęci, nie byłam w stanie pomóc naszej władzy, ponieważ moja pamieć zakupowa nie sięgała tak daleko. 

Prawdę mówiąc, nigdy nie jestem pewna czym tak naprawdę są wypełnione moje siatki kiedy wracam do domu ze sklepu. Zwykle ambitnie tworzę coś na kształt listy zakupów, ale ponieważ nie noszę ze sobą okularów to i tak nie jestem w stanie jej przeczytać. Wyraźnie widzę, że jest tam jakieś słowo na p...co to może być? Pularda? Piżmak? Podgardle? Pompony dla czirliderek? Paralaksa? Paralizator?

Męczę się okrutnie, a własna nieśmiałość nie pozwala mi biegać po sklepie w poszukiwaniu kogoś kto posiada oczy i jest mi w stanie pomóc. Jak już się bardzo zmęczę tym wymyślaniem, to po prostu chwytam pierwszą rzecz na literę P  - na przykład piżmaka i pakuję do koszyka. Ilość produktów musi się zgadzać!  Oczywiście męczą mnie też nieustanne pretensje męża - "Znowu piżmak? Po co nam dziesiąty piżmak w tym tygodniu?!!!"
Dlatego na wszelki wypadek to nie ja robię w domu zakupy, nie mamy już klatek dla piżmaków.

Następny kontakt  z egzekutorami prawa miał miejsce około 4 lata później. Wtedy zaprosiła mnie do siebie policja skarbowa, w celu przepytania mnie na okoliczność zakupu przeze mnie samochodu od pewnej firmy. Na szczęście samochód był ciągle jeszcze w moim posiadaniu, nie musiałam więc grzebać zbytnio w swojej zakrzaczonej pamięci. Tak naprawdę, nie interesowała ich moja skromna osoba, ale właściciel firmy. Chociaż przeraziło mnie nieco oświadczenie jakie musiałam podpisać własną krwią, że wiem co mówię, jestem zdrowa na umyśle, i nikt za mną z kałasznikowem nie stał, kiedy odpowiadałam na pytania. Nie musiał. Torturą było samo przebywanie w tym przybytku.  

Cztery panie z dymiącą trwałą, w kwaśnych swetrach i w oparach dymu z tanich papierosów. Wiało beznadzieją i brakiem perspektyw. Pomyślałam wtedy, że najgorszą kara jaka mogłaby mnie tam spotkać, jest spędzenie życia w tym miejscu, z tymi paniami i dzielenie z nimi trosk, plotek i radości oraz słomkowej herbatki, którą siorbały ze szklanek rodem z lat 80 tych. Wyobraziłam sobie nawet jak powoli przedzierzgam się w kobietę biurową, moje włosy zaczynają się skręcać , a trykoty zamieniam na kaszmiry. Przerażające uczucie...

Tym razem jednak sprawy miały się zupełnie inaczej. Na świstku jakim otrzymałam, stało wyraźnie - jako podejrzana. PODEJRZANA! To jakby list  wzywający do natychmiastowego wstawienia się u bram gułagu ze szczoteczką do zębów . 

Przejrzałam w głowie swoje wszystkie ostatnie wybryki, zastanawiając się czy  nie ukradłam czegoś ze sklepu w ostatnim dziesięcioleciu. Problem w tym, że ze mną wszystko jest możliwe - mogłabym nawet kogoś całkiem niechcący zabić, a następnie o tym zapomnieć w natłoku innych zdarzeń lub ciekawej lektury. Może kogoś przejechałam i nawet nie zauważyłam? Może przemknęłam przez całe miasto na czerwonych światłach powodując ogólnomiejski karambol i katastrofę w ruchu drogowym? A może powiedziałam jakiś głupi dowcip, piętnujący nową władzę, może napisałam coś na drzwiach w publicznej toalecie w przypływie po-wypróżnieniowej euforii?

Żeby mnie zmiękczyć, i nakłonić do mówienia, zastosowano powszechną w takich sytuacjach - torturę niepewności. Zostałam zaproszona nie za 2, nie za 3, ale za całych 10 dni. 10 długich dni i nocy, spędzonych na oglądaniu filmów takich jak Skazani na Shawshank, Stawka Większa Niż Życie, Orange is The New Black i programu Cela nr 5. Dni pełnych wizji wyrywanych paznokci, oblewania zimną wodą, pozbawiania papierosów. Więzienie to nie wczasy, wiem bo bo znam kogoś, kto znał kogoś, kogo były chłopak pracował w takim miejscu. 

W wyznaczonym dniu, o odpowiedniej godzinie stawiłam się grzecznie pod odpowiednim pokojem i nieśmiało zaskrobałam w drzwi. W środku znajdował się Brad Pitt przebrany za policjanta, i nawet przez chwilę pomyślałam, że może Szymon Majewski wznowił program "Mamy Cię", ale szybko przypomniałam sobie, że nie jestem jeszcze celebrytką i szkoda byłoby dla mnie czasu antenowego. 
Przesłuchanie odbyło się całkiem kulturalnie, bez policzkowania i mierzwienia mi fryzury.

-Czy w dniu takim to a takim kupowała pani benzynę na stacji takiej to a takiej?
-Nie pamiętam, nie wiem...
-Ale władza wie - oto zdjęcie, była pani nawet w tym samym płaszczyku w pipetkę. Otóż, zatankowała pani swoje auto do pełna i zniknęła pani w tumanie kurzu. Co to? Kupować lubimy, płacić nie lubimy?

Spojrzałam na prezentowany materiał dowodowy - no, ja! Jak żywa. Och, gdybym wiedziała, że zrobią mi zdjęcie zdążyłabym stworzyć z moich ust elegancki dzióbek i wypięłabym pierś zamiast brzucha.  Przynajmniej i panowie, i ja  mielibyśmy więcej radości z patrzenia. Niestety, na zdjęciu przypominałam nieco skrzyżowanie uśmiechniętego  Fernandela ze spoconym  Einsteinem, szczególnie włosy podniesione wiatrem wyszły straszliwie niekorzystnie. Trzeba zacząć nosić kapelusz, najlepiej z woalką. Można będzie wyglądać tajemniczo i seksownie, a jednocześnie nie będzie się trzeba martwić o makeup czy fryzurę. Pilnujcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. Skrzywiłam się straszliwie na widok prezentowanego mi dowodu mojej winy, mogli przecież zrobić kilka zdjęć i wybrać to najlepsze. Faceci bywają tacy niedelikatni...
Posterunkowy wziął moje skrzywienia za.oznakę bólu, spowodowanego złamaniem prawa i zapragnął mnie pocieszyć.

 -E, niech się pani nie przejmuje, wczoraj tutaj w tej samej sprawie wizytował nas sam proboszcz!

Za wesołe brykanie trzeba płacić. Karą było udanie się na stację benzynową, pokajanie się i zapłacenie za występek. Pech chciał, że jest to najbardziej uczęszczana stacja benzynowa w moim mieście, przyklejona do największego McDonalda. Nawet w środku nocy jest tam tłum gości. Trudno, wzięłam byka za rogi i podeszłam do lady tłumacząc w jakiej sprawie się tu zjawiłam.

- Piooootrek! Przyszła ta pani z ucieczki spod dystrybutora!!!
Całe benzyniane audytorium zmierzyło mnie od stóp do głów, pięć tysięcy par oczu spojrzało z potępieniem.  Uśmiechnęłam się głupio, i schowałam głowę między ramiona . Kątem oka dostrzegłam córkę sąsiadki, straszliwie skupioną nad półką z batonami. Ach, znów się rozniesie, że Xewska ma kuku na muniu i na dodatek jest złodziejką benzyny.

Pieprz, żałujący za grzechy popełnione, których niestety nie pamięta. 

Czy wasze media są wolne?



czwartek, 17 września 2015

To, co popularne, jest złe czyli trzy utwory, które zdominowały moje dzieciństwo i przygotowały mnie do bycia nastolatką.



O tym, jak trzy piosenki wpłynęły na kształtowanie się mojego charakteru;

Piosenka numer jeden, która spowodowała że w życiu dorosłym jestem sceptykiem:

Moje najwcześniejsze wspomnienie związane z muzyką to wesoła piosenka -  Krakowiaczek (jeden miał koników siedem). Śpiewała mi ją nieprzeczuwająca niczego babcia. Piosenka zabiła mi niezłego ćwieka na parę lat. Całe dzieciństwo zastanawiałam się, co jest nie tak z Krakowiankami, które strugają sobie chłopców z drewna i lepią dziewczynki z wosku. Czy nie mogą normalnie uprawiać seksu z innym homo sapiens? I ile wosku potrzebowała Krakowianka, na stworzenie fajnej, jędrnej dziewczynki? Ile drzazg musiała sobie wyłuskiwać wieczorem Krakowianka po obcowaniu z chłopcem? Pytania, pytania, pytania...
Dlatego tej pory ludzie z Krakowa budzą we mnie nieufność.  A przecież jeszcze ta szabelka, co to Krakowiaczkowi zardzewiała przez siedem lat wojowania. Też jakieś takie dwuznaczne. Prawda?


"Krakowianka jedna
miała chłopca z drewna,
a dziewczynkę z wosku,
wszystko po krakowsku."

Piosenka numer dwa, która zaszczepiła we mnie chęć świntuszenia i zabiła w zaraniu romantyzm i radość z rodzinnego biesiadowania:

Okres dzieciństwa to korowód imprez rodzinnych, na których śpiewało się dużo i głośno, zanim się nie padło twarzą w sałatkę jarzynową z majonezem. Świętowanie w mojej rodzinie ciągnęło się jak rok długi od stycznia do grudnia - imieniny, urodziny, wesela, poprawiny, chrzciny i rocznice. No, i jeszcze Barbórka!

W śpiewaniu rubasznych pieśni szczególnie przodował  wujek Marian. Był pieśniarzem głęboko oddanym swojemu hobby.  Krztusił się się sałatką, kaszlał w śledzika ale pieśni nigdy nie przerwał, a nawet jeśli przerwał to i tak echo wciąż grało. Ulubioną pieśnią wujka Mariana była zdecydowanie Walercia:


Zaskakująco inteligentna pointa każdej zwrotki tej pieśni do tej pory budzi we mnie wzruszenia, jakich żaden tam Justin Biber nie wywoła. 
"Panno Walerciu, wsadzę ci, panno Walerciu, wsadzę ci,
Wsadzę ci piórko do kapelusza, panno Walerciu, wsadzę ci.
           Panno Walerciu czarną masz, panno Walerciu czarną 


               masz, wstążeczkę z pluszu przy kapeluszu, 

panno Walerciu czarną masz. "


Nie ma się co dziwić, że lubię świntuszyć skoro Walercia stała się punktem obowiązkowym każdego rodzinnego spotkania. Z drugiej strony, tak wczesne przejście z piosenką biesiadną na ty, spowodowało we mnie całkowitą obojętność na tak modne w latach 90 disco polo. Byłam biesiadno-oporna. 

Nabawiłam się też weselo - fobii. Konsekwentnie odmawiałam brania udziału we wszelkich rodzinnych imprezach i weselach, ze swoim własnym włącznie. Nie mogłam znieść myśli, że będę się musiała wesoło uśmiechać do wszelkich kuzynów, ciotek i wujków,towarzyszyć im na parkiecie w tańcu chochołów i po raz tysięczny wysłuchiwać Walerci. Wiem, złą kobietą byłam. Do tego stopnia złą, że na własne wesele też się nie zgodziłam, a obiad po-ślubny był imprezą bezalkoholową. Co do tej pory jest wspominane w mojej rodzinie jako swoiste kuriozum. Mam nadzieję, że moje własne dziecko po ślubie pójdzie sobie spokojnie do kina, albo do kawiarni i nie każe starej matce tańczyć i śpiewać Walerci oraz spędzać kilku godzin nad kwaśniejącą sałatką.

Piosenka numer trzy, dzięki której wiem, że nie należy włazić tam gdzie straszy:





W tym domu straszy - nie chodź tam o brzasku.
Źle z oczu patrzy nawet psu, co targa łańcuch.
Ktoś nocą łazi, światło ktoś pali w dzień,
W tym domu dziwne rzeczy dzieją się,
W tym domu dziwne rzeczy dzieją się.

Nie mów sobie po cichu: "co będzie, to będzie",
Lecz uważaj, dziewczyno, uważaj na siebie,
Bo możesz trafić, kto wie, gorzej niż źle


Jak widać już wtedy lubiłam teksty z dreszczykiem. Mogłam słuchać tego godzinami, i pogrążać się coraz mocniej we własnej wyobraźni, penetrując jej najciemniejsze zakurzone kątki. 

Dlatego właśnie, z zasady nie plątam się po odludnych i pustych budynkach, nie eksploruję piwnic, i dałam się namówić na jedną tylko, jak dotąd randkę na cmentarzu. Pan Andrzej wyraźnie śpiewał, że mamrotanie sobie pod nosem 'co będzie, to będzie" nie jest dobrym mottem życiowym dla szanującej się dziewczynki, która chce dożyć do świętej komunii i otrzymać zegarek oraz rower. (roweru nie dostałam, bo jak wiadomo miałam zakaz pedałowania konsekwentnie utrzymywany prawie do momentu mojej pełnoletniości. Dzięki temu jeżdżę jak ostatnia łajza.) 

Ponieważ utworu "W tym domu straszy" słuchałam jakieś 100 razy dziennie, to obecnie nie jestem typem blondynki, która zaciekawiona jakimś cholernym szmerem w piwnicy bierze drgającą i dopalającą się świeczkę w rękę i złazi po spróchniałych schodach do kazamatów, popatrzeć co tak skrobie pod podłogą. Noooo way! 
 A jeśli już muszę spać w domu, w którym może straszyć to proszę mi pozwolić zacytować samą siebie/:

(dom, do którego przybyłam znajdował się na wsi angielskiej):


Weszłam do środka, przeszłam się w górę i w dół, zajrzałam do szaf i schowków bo jeśli już jakiś wampirz dostał się wcześniej do środka to lepiej wiedzieć wcześniej niż dowiedzieć się o tym w środku nocy. Dom był pusty i chłodny. Rozlokowałam się i zaczęłam robić atmosferę - telewizor, tu światło, tam lampka, gwiżdżący czajnik. Tak się tym zmęczyłam, że musiałam wyjść na zewnątrz i zapalić. Zaciągnęłam się dymem po adidasy i zaczęłam się uspokajać, niestety nie na długo - ciemność dookoła zdawała się krzyczeć, ba! wrzeszczeć na mnie. W takich wypadkach moja wyobraźnia zaczyna żyć własnym życiem, z przodu przez trawę wyraźnie sunęła w moją stronę sina dłoń, zza krzaków na lewo coś mrygało bezczelnie, a z prawej słyszałam czyjś oddech. (...)

 Zgasiłam papierosa drżącą ręką i natychmiast znalazłam się w środku, niestety okno sięgało od sufitu do podłogi, nie miało zasłon i wychodziło na ciemny, pełen dzikiego zwierza i grozy ogród. Przytuliłam twarz do szyby, ogród popatrzył na mnie i było mu łatwiej bo to u mnie świeciło się światło, i to on miał mnie na widelcu. Wyraźnie śledził każdy mój ruch.

Postanowiłam zabarykadować się w pokoju. W tym celu dosunęłam do drzwi wolne łóżko, budząc przy tym smacznie śpiące za nim pająki. Natychmiast tez pożałowałam tego kroku, bo ze strachu okropnie chciało mi się siusiu. Ledwo żywa z przerażenia, zmęczenia i wysiłku, przebiegłam do łazienki, starając się nie patrzeć w stronę ciemnego ogrodu. Ale kątem oka wyraźnie widziałam, że zaczynają się tam niezłe harce i ilość morderców - zwyrodnialców wyraźnie się potroiła."

A jaka jest wasza melodia z dzieciństwa?
Pieprzu  tańczący la-ba-da.



niedziela, 15 marca 2015

Zębata mordata czyli ten, kto się śmieje ostatni, przeważnie nie ma jednego zęba na przodzie



Nie wiem kiedy to się zaczyna. Pewnego dnia przestajesz zabiegać o plakietkę z wiewiórką, nalepkę z bobrem czy lizaczka dla odważnych i masz ochotę zwiać z gabinetu gdziekolwiek, nawet na klasówkę z matematyki.Niestety ból zęba ma to do siebie, że znajdzie cię wszędzie. Wszędzie.

W mojej rodzinie panuje dentofobia. Na pojechanie do dentysty z moim własnym ojcem zgodziłam się , myśląc naiwnie, że upiekę sobie trzy pieczenie na jednym ogniu - ja, ojciec i dziecko, będziemy się wzajemnie podtrzymywać na duchu i ratować w momentach zwątpienia. Wyobrażałam sobie naiwnie, jak trzymamy się za rączki, klepiemy po pleckach i dodajemy otuchy ciepłymi słowami.

Musiałam zwariować. Trzy dentofobie razem? W jednym gabinecie dentystycznym?
Oczywiście kazali mi iść na pierwszy ogien . W mojej rodzinie kobiety są na słabszej pozycji.
Usiadłam na fotelu i natychmiast sobie przypomniałam, że absolutnie nie mogę mieć dzisiaj żadnych zabiegow dentystycznych ponieważ mam akurat - gorączkę, rzeżączkę, cholerę , ospę i koklusz. Zanim pomoc dentystyczna zdążyła mnie przywiążać do fotela już byłam za drzwiami wskazując oskarżycielsko na najmłodszego - Twoja kolej. Siedział na plastikowym stołku, cichutki jak mysz pod miotłą. A to naprawdę nie było do niego podobne. Siedział i nie reagował. Natychmiast pospieszyłam mu z pomocą.

Oczywiście zaczęłam od negocjacji. Niestety, zdechły w zarodku bo zatkał uszy.
Próbowałam wciągnąć go do gabinetu za wszelkie wystające mu z ciała członki ale szło opornie, ponieważ lewą ręką trzymał się stołka a prawą stolika z prasą przerażająco - uspokajającą, drąc stopami rowy w szarym lastriko. W tym czasie mój ojciec nie wytrzymał napięcia i zemdlał, jego głowa stuknęła głucho o podłogę. Porzuciłam dziecko i skoczyłam się ratować własnego rodziciela, niestety młody  umknął z gabinetu na ulicę i szukaj wiatru w polu. Ojciec po dojściu do siebie tez już nie życzył sobie nic innego tylko podwiezienia do domu i posadzenia we własnym fotelu Znowu nieudana wizyta. I tak przez cały rok. Przynajmniej raz w miesiącu. Byliśmy bardzo systematyczni ale mało efektywni.




A teraz mam dentystę, u którego usypiam na fotelu w czasie leczenia kanałowego. Macie tak? Ha!
Zdjęcie u góry specjalnie dla Marzyni.

sobota, 12 lipca 2014

Jak strach, to się i nogi znajdą czyli Robaczek po ścianie zasuwa w dół. Zachłysnął się strachem i rąbnął w stół.


****Post powstał w znoju i trudzie, ponieważ wylałam na laptop fusy z kawy i zabiłam L, M i przecinek. Każdy przecinek, i każda litera M i L występująca w tym tekście została tu umieszczona za pomocą - kopiuj/wklej. ŻESZ! I to jest powodem braku moich komentarzy na Waszych Szanownych Blogach.


Każdy się czegoś boi. Są ludzie, którzy boją się burzy, i tacy, którzy boją się windy, znam ludzi, których przeraża włochaty koc, albo ptak na gałęzi i schody do piwnicy. Ja sama mam w głowie z pół setki strachów, od malutkich niepokojów do wielkich panik.

A moja mamusia, na ten przykład, boi się nowych technologii. Bała się pierwszej pralki automatycznej, kolorowego telewizora, mojego kaseciaka, komputera i bankomatu. Automat pysznił się już od roku w łazience, a moja rodzicielka nadal męczyła siebie i starą  Franię, czekając na to aż w weekend tatuś znajdzie nieco czasu na wspólne, rodzinne pranie.

Obecnie mama najbardziej boi się bankomatu. Dlatego na wszelki wypadek, denerwuje się wyjęciem pieniędzy, już noc przed tą operacją, a następnie wędruje na wacianych nogach, uczepiona mojego rękawa i cicho łka ze strachu, jak przed ciężką operacją na otwartym sercu. 

- Bo wy młodzi to wszystko w lot łapiecie, to jesteś taka mądra. Za moich czasów nie było bankomatów, skąd się miałam nauczyć. Dzisiaj musisz wyjąć mi ty pieniądze - dorzuca lisio - bo dzisiaj to jestem wyjątkowo zdenerwowana.
- Mamo! Dasz radę. Będę stała z boku i asystowała. No! Dawaj!
- Nie, nie, nie...ty, ty...ja jestem stara i niedowidzę!

Zajęte rozmową nie zauważyłyśmy, jak do bankomatu ktoś się zbliżył i wykorzystując naszą kłótnię, zajął miejsce przed ekranem. Popatrzyłyśmy zniecierpliwione na intruza.

Przed nami stała jedna z najstarszych starowinek świata, tak stara, że na jej nosie rosły maślaki i rydze. Trzęsącą się dłonią, odstawiła tobołek z chrustem,  i kij swój sękaty pod maszynę straszliwą, zdjęła kota z ramienia, zza pazuchy wyjęła kartę płatniczą i pewnie wstukała pin, a  następnie jednym płynnym ruchem zgarnęła potrzebną jej kwotę . Spojrzałam na mamusię. Była urażona do żywego.

Oczywiście, jeśli mojej mamie zależy na czymś straszliwie to potrafi dać sobie radę.
Komputer?
Podałam jej niesamowicie skomplikowaną sekwencję umożliwiająca obejrzenie serialowego hitu fantasy. Coś trzeba było otworzyć, co innego zamknąć, tu coś wpisać tam nacisnąć. Pomyślałam - nic z tego nie będzie. Następnego dnia mamusia powiadomiła mnie, że jest już w połowie pierwszego sezonu.
Podobnie było z czytnikiem, dzięki któremu miała dostać się do sezamu z potężnym zbiorem literatury. Obcykała go w godzinę i zażądała ładowarki.

Ja? Ja się boję parkowania w Katowicach. Do tego stopnia, że już dzień wcześniej zaczynam sobie wyobrażać, jak to jeżdżę godzinami dookoła szukając miejsca, aż w końcu kończy mi się benzyna i tamuję ruch w całym mieście.  A potem wiadomo, prasa, policja, setki gapiów,  dobre rady i śmiech na sali. Dlatego, jeśli wybieram się do Katowic to zwykle zachowuję się jak moja mama, wisząc u rękawa mojego najdroższego, zraszając go serdecznymi łzami i próbując wywrzeć nacisk na jego dobrym sercu. Czasami się udaje.

Kiedyś bałam się wind. I to, obok  ubikacji w pociągach był strach strachów. W windzie, jeśli już do niej zostałam wciągnięta,  zamieniałam się w dzikie zwierze wyrzucające z siebie przekleństwa jak pociski z karabinu, plujące jadem i drapiące pazurami podłogę. Ci, którzy ze mną w windzie się znaleźli, z pewnością nie chcieli powtarzać tego doświadczenia.  Ten strach odszedł w zapomnienie, bo przestałam mieć znajomych z windami.

Ze strachami jest tak, że łatwiej bać się w grupie, najgorzej zaś bać się kiedy grupa się nie boi. Wszyscy patrzą na ciebie ze współczuciem,  i próbują przemówić ci do rozsądku,  z którym dawno już straciłaś kontakt, nawet ten korespondencyjny.

Ostatnio miałam okazje przestraszyć się wespół w zespół, na dodatek międzynarodowo!

Pod naszym domem w UK rośnie żywe drzewo, żywe jest nie tylko ze względu na kolor liści i pracujące korzenie, ale przede wszystkim z powodu tego co w nim żyje.  Ilość owadów na jeden liść, przekracza tam wszystkie dopuszczalne dla Unii Europejskiej normy. Drzewo gra, ugina się pod ciężarem owadziego życia i wydaje się nigdy nie zasypiać. 

Pewnego upojnego wieczoru, stałyśmy sobie jak zwykle pod drzewem, gawędziłyśmy nieco, paliłyśmy papieroski w relaksującej atmosferze z szafą grającą w tle. Aż tu nagle..na Loise coś łypnęło z gałęzi. Coś wielkości bobra. Szczególnego rodzaju bobra -  z rogami, skrzydłami i z co najmniej piętnastką nóg zakończonych pazurami. Zwykłe łypnięcie wywołało tajfun, trzęsienie ziemi i wiry w rzekach. Loise zamachała rekami, rzuciła papieroska w krzewia i z oczami wiekosci pięści braci Kliczko rzuciła się w stronę domu, drąc się przy tym niemiłosiernie.

Czas się rozciągnął, niczym  guma w legginsach, a następnie skurczył boleśnie z trzaskiem, a do naszej świadomości dotarł fakt, że należy ratować własne życie.

-aaaa....zawyłyśmy zgodnie i prawie wywaliłyśmy drzwi z futryną, próbując dostać się do domu we trójkę, w tym samym czasie (czego pewnie architekt nie przewidział). 
-oooo? -zapytał  robal z zainteresowaniem w  robaczym głosie i postanowił sprawdzić co nas tak przestraszyło, zeskakując zgrabnie z gałęzi..
-iiiiiii!...odpowiedziałyśmy zgodnym chórem i przebiegłyśmy przez trzy pokoje ze śmiercią w oczach
-eeeeej????...zakrzyknęła na nasz widok siedząca przy stole, nieświadoma zagrożenia  i popijająca herbatkę Karen.

Okrążyłyśmy dwa razy stół, spojrzałyśmy za siebie i...
Teraz biegałyśmy już we czwórkę, potykając się i wpadając na siebie wzajemnie . Robak zorientował się, że chodziło o niego, dostał szału, tak się wściekł, że zaczął atakować na oślep. My, także. Machałyśmy z dziką pasją, czym tam kto miał Z boku wygadało to pewnie na wspony atak epileptyczny, porażenie prądem lub na nowy rodzaj break dance 2014. Anniko, która miała najdłuższe kończyny i machała nimi niczym rolnik cepem, trafiła wreszcie, całkiem przypadkiem zabójcze monstrum prosto w jego robali łeb. Zatoczył się, wypuścił z ręki miecz i wpadł za obraz, przedstawiający pastereczkę wijącą sobie wianuszek na zielonej łące.Obraz zaczął się natychmiast poruszać. Bestia próbowała się uwolnić.


- AAAA...darła się Louise nada pozostając w napadzie szału.
- Dobij, dobij go- wrzeszczała dziko Anniko, była policjantka wydziału kryminalnego.

Przytknęłyśmy  głowy do ściany i z zaciętością fanatycznego entomologa obserwowałyśmy poczynania smoka. Ciągle próbował. Pastereczce z tego wszystkiego rozsypał się wianek.
Loise z zamkniętymi oczami przycisnęła obraz do ściany, drąc się przy ty niemiłosiernie, przy wtórze śpiewu trzech dzikich harpii na tarle. W końcu odskoczyła z paniką w oczach.

Obraz nadal się ruszał. Widać było, że bardzo wkurzony robal zaraz wylezie zza niego i spuści nam manto jakiego robaczy świat nie widział.
- Odejść - wrzasnęła Karen, przybiegając z czymś co przypominało gaśnicę, a okazało się podręcznym zestawem małego zabójcy insektów. Psiknęła.
Psik był tak silny, że nie tylko obraz i ściana za nim, ale wszystko dookoła pokryło się mgłą. Zaczęłyśmy kaszleć i łzawić( co i tak jest lepsze niż - krwawić), i niestety straciłyśmy czujność. Robal dał dyla w górę, okrążył lampę i zaczął pikować w stronę głowy Karen, która desperacko próbowała powtórzyć psikniecie. Niestety z kiepskim skutkiem. Pojemnik zasyczał smutno i zakończył życie. Karen nie poddała się i łupnęła robala pustym pojemnikiem. Upadł z hukiem na podłogę, roztrzaskując przy tym dwa krzesła (czy jakoś tak).

Z właściwą sobie przytomnością, zakryłam intruza słoikiem. Stałyśmy dookoła i nadal piszczałyśmy z obrzydzenia.
-Kto podniesie słoik?
-AAAAAAAA
-ale ktos to musi wynieść
-AAAAAAAAA
-No dobra, ja wyniosę. Dajcie kartkę
-AAAAAAAA
-DAWAĆ KARTKĘ!

Tak było. A przynajmniej, ja to tak pamiętam.
Co do robaka, to okazało się, że był to chrząszcz majowy. (ale kiedy siedział na drzewie miał rogi i pazury) Możliwe, że był to chrząszcz majowy w przebraniu. Taka Conchita Wurst ,drag queen robaczego świata.

Już kiedyś się balam : panika i ja
A.... dla tych co lubią dreszczyk, polecam:


Trzeba przyznać, że fajnie gawędzi ten Stefan D. Nie ma tu scen gore, nie ma hektolitrów krwi, ani niepotrzebnego okrucieństwa. Jest tajemnica, trochę dreszczyku i przyjemna dla czytającego narracja.



niedziela, 10 marca 2013

Dlaczego wszystko jest takie proste i fajne zanim przytrafi się tobie?



Rodzicom przestałam wierzyć dość wcześnie. Miało to związek z wizytą u dentysty. Przygotowując mnie do tortur na fotelu tatko wziął mnie na kolana i opowiedział jak też chichocze szalenie, kiedy pani łaskocze go wiertłem po zapalonej miazdze - no, miało być tak fajnie jak wtedy kiedy robi się pierdzioszka na brzuszku. Takie prrrrrrrr i po wszystkim. Bolało jak diabli, do pierdzioszka było szalenie daleko. Nie byłam grzeczna,  zemściłam się srodze łapiąc dentystkę za obfitą pierś i tarmosząc niemiłosiernie. Obie płakałyśmy rzęsistymi łzami, a następnie cuciłyśmy zemdlonego ojca w poczekalni.

Nie bałam się pająków. Ot, zwierz jak każdy tyle, że nóżek ma ciut więcej - tak mówiła mama. Nie bałam się ich do momentu kiedy byłam świadkiem jak moja własna rodzicielka na ich widok wyskakuje z podomki i wspina się goła po ścianach , niczym nawiedzeni w Egzorcyście, wydając przy tym niezidentyfikowane dźwięki.

Szczepienie miało być ukłuciem komara. (mama) Piekło jak rana po wtarciu kamfory i nie trwało sekundy. Kiedy szycie na żywo ręki nie okazało się być tak fajne jak jazda na karuzeli, a mój wrzask "O, Matko Boooskooo, luuuudzie raaaatujcie" niósł się po szpitalnych korytarzach powodując samoistną  ewakuację pacjentów, dotarła do mnie bolesna prawda - ludzie kłamią. I w tym własnie momencie mojego życia, w wieku lat 5 zostałam sceptykiem.

Następstwa kłamstw były niesamowicie przykre dla moich rodziców- ucieczka z przedszkola w dzień badania stópek na platfusa (nie chciałam wierzyć, że ten fioletowy kolor kiedykolwiek się zmyje), histeria przed pierwszym badaniem ciśnienia w liceum, i wzrost temperatury do 39 stopni przed każdym szczepieniem w szkole. Czy można się dziwić, że pogryzłam ręce człowieka, który przyszedł mnie zabrać na urodziny swojej córki, a mojej przedszkolnej koleżanki? Przecież jasne było, w świetle wszystkich wydarzeń, i mądrości płynących z bajek (Jaś i Małgosia), że do domu to ja już nie wrócę. 

Zostałam dzieckiem sceptycznym i upartym, takim które wierzy tylko sobie. Nie zdobyłam jednak palmy pierwszeństwa w tej konkurencji bo najbardziej upartym dzieckiem okazała się być (całkiem przypadkowo)  moja kuzynka Tereska, i nie wyszło jej to na dobre. Tereska jest siostrą Ediego, a to już dużo znaczy, można nawet powiedzieć, że była dzieckiem walczącym o przeżycie od momentu złapania pierwszego oddechu. Lubiła zwierzęta - zarówno żywe, jak i martwe. Pewnego letniego dnia, za komórką znalazła szczura, nieco już przechodzonego i zdefasonowanego z jednej strony. Z radością dziecka wzięła go w dłonie i przybiegła żeby się nam pochwalić zdobyczą  Kiedy tylko zbliżyła się na odległość działania fetoru, porzuciliśmy z Edim podkładanie saletry pod drzwi sąsiadów i rzuciliśmy się do ucieczki z piskiem i wyciem, a wkrótce dołączyło do nas pół ulicy i wszystkie okoliczne psy. Biegaliśmy z szaleństwem w oczach, krzycząc niemiłosiernie i uciekając na oślep. Co ciekawe, szaleństwo opętało tez dorosłych, którzy miotali się z lewa na prawo, rzucając dobre rady Teresce. 

- wyrzuć to!
- rzuć to!
- dziecko, puść to!
Tereska jednak skamieniała wewnątrz i rycząc z przerażenia biegała za nami błagając o pomoc i ściskając szczura w lewej ręce tak, że stracił połowę swojej śmierdzącej, wewnętrznej zawartości. W końcu stanęła na środku placyku i wyła jak potępieniec, nie słuchając dobrych rad, którymi wszyscy dookoła karmili ją  jak chlebkiem z masełkiem.  Edi miał dobre serduszko i postanowił uratować upartą siostrę i szalejący tłum, w związku z tym oderwał chwiejącą się deskę z płotu i...przywalił w szczura z całych sił. Pierwszy raz zobaczyłam wtedy pogotowie z bliska. 

Warto czasem korzystać z dobrych rad ale tylko czasem. 

środa, 20 lutego 2013

Czemu, ach..czemu..garbate karzełki sikają mi do mleka???


Powykręcałam Mrożka w tytule. Mam nadzieję, że Mrożek wybaczy. 

Rok był niedobry, kończył się fatalnie. Miałam nadzieję na lepsze jutro. Los miał jednak inne plany na moje życie. Nowy Rok rozpoczął się cmentarnie. Do lutego 3 pogrzeby i hiobowe wieści o zgonach kilku znajomych osób. Atmosfera zagęściła się tak bardzo, że zaczęła przypominać krem. Zaczęłam się bać wstawać rankiem. Zamiast "zobacz no, zobacz no, czyje-czyje imieniny dzisiaj są?" już od świtu w moje ucho wpadało" a wiesz ty kochana kto nie żyje rym-cim-cim-cim-cza-cza-cza?". Po czarnej serii - przelot asteroidy, eksplozja meteorytu w Chabarowsku, brzoza o znamiennej wysokości 666, abdykacja papieża, piorun walący w Bazylikę św. Piotra nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Zdziwiłam się jedynie, że wszystkie te wydarzenia nie miały miejsca w moim ogródku. 

Odkąd egzystencjaliści odkryli, 
że człowiek umiera, już trudno nas czymkolwiek zaskoczyć.

Jeśli ktoś uważa, że śmierć jest końcem wszystkiego to jest w błędzie. Śmierć, moi najmilsi, jest początkiem długiego, bolesnego i skomplikowanego procesu nazywanego ostatnim pożegnaniem. Ja na wszelki wypadek przygotowałam już eleganckie pudełko po butach, w które przyszłości zsypie mnie prosto z przydomowego grilla najbliższa rodzina,  w wielkiej tajemnicy przed rodziną dalszą, zachowując w sekrecie zarówno miejsce mojego pochówku jak i fakt samego zgonu. To uchroni tych, którzy zostają przed wizytą garbatych karzełków, huby tego świata. 

Garbate gargulce zaczynają się gromadzić w ten sam dzień, w którym koścista, zakapturzona postać zastuka w nasze drzwi. Gromadzą się, kręcą szpiczastymi noskami i zaczynają całkiem niewinnie od zadawania pytań - a co się stało, a przecież wczoraj jeszcze żyła (no, popatrz pani!), a ja go tydzień temu widziałam na ulicy, chodził!, a ciocia tak dobrze wyglądała i tak nagle umarła?A córka mówiła, że mama rosół zjadła w niedzielę!Z kluseczkami! No, być nie może? Może to ten rosół tak..? Jak to tak?Żartuje pani? (haha...no jasne! taka ze mnie turpistyczna-psotnica - okrutnica! ) A babcia długo chorowała? A ile miała lat? Aaaa...no, to już..tak, tak...(już co? już czas?) Dziwią się niesłychanie  jakby pośród ludzkiej rasy powszechne było noszenie daty swojej śmierci wypisanej na czole, tak żeby każdy mógł się na to spokojnie przygotować, kupić czarne buciki i uzbierać na wieniec. A ci złośliwcy, tak nagle trrrach, bez zapowiedzi!Ludzie to są! 

Jest też frakcja garbato-paranormalna. "Wiedziałam, że coś się stało bo rano mnie noga swędziała pod kolanem, a to u mnie zawsze oznacza śmierć w rodzinie.( jeśli wdepnie w pokrzywę zginą narody). "A mnie nagle obrazek ze ściany spadł, ten co mi go wujcio podarował. I masz...zaraz ciocia dzwoni, że wujcio umarł"( i zaraz po śmierci, zamiast jak na szanowanego nieboszczyka przystało, podążać posuwiście, ruchem dostojnie przyspieszonym w stronę światła, wujcio w te pędy zmaterializował się u niej w przedpokoju, żeby bohomaza zrzucić z gwoździa ). 

Następnie nadciąga fala karzełków - wujków -dobra-rada, które muszą podzielić się z nami mądrością tego świata  i ulać nam nieco piekącego płynu z czary własnego doświadczenia - gdzie, jak, w jakim obrządku, ubraniu, przy jakiej muzyce/bez muzyki należy dokonać pogrzebania drogich nam zwłok. Tam chowacie? A po co? A z kim będzie leżeć? To niedobrze. Nie do pary. A koło kogo?Fatalnie.Nie lubili się. A na kim? Niedobry pomysł. A kto będzie leżał na niej? Hmmm.. A nie lepiej tu? Tu bliżej, tam dalej. Palicie? Zakopujecie? Mumifikujecie na zimno/gorąco? 

Trzecia fala przychodzi po pogrzebie. Jest to najgroźniejsza fala karzełków, najgroźniejsza bo działa podstępnie, po cichu i zza węgła! Ta własnie sika do mleka nastawionego na kwaśne. Nagle dowiadujemy się przez osoby trzecie, że ciocia Hela na stypie nie była bo jak zobaczyła, że prochy drogiej siostry spoczywają w urnie, a nie w trumnie to nie mogła dojść do siebie, na stypę i do domu. Nawet to, że droga siostra życzyła sobie takiego zakończenia swej ziemskiej wędrówki do niej nie przemawia. Noga jej na cmentarzu i u tej wyzbytej moralności rodziny więcej nie postanie. I super. Ciocię Helę mamy z głowy na kilka lat. 

Potem wujek Hektor zastanawia się na głos gdzie też zmarła ciocia swoje klejnoty trzymała bo szukają, szukają i znaleźć nie mogą. Kto to ją odwiedzał ostatnio? A ty chyba! A nie zabrałaś przez pomyłkę? (można przecież łatwo pomylić pierścionek z brylantem z fasolą typu jaś, starym biletem, zepsutym budzikiem ). Wujka Hektora wykreślamy. Na końcu dochodzi do nas, że stypa była w nieodpowiednim miejscu, rosół ze ścierek gotowany, makaron za chudy, my za mało płakaliśmy, inni za dużo. Ten przyniósł taki mały bukiet, a ci przytaszczyli wieniec jak snop słomy żeby się lansować.(cmentarni celebryci, psiakrew!)

I kiedy myślimy, że wszystko już za nami, że cały ten tłum pójdzie sobie w diabły i wreszcie będzie cisza...okazuje się, że płonne nadzieje nasze. Nasi drodzy zmarli nie są tam gdzie ich zostawiliśmy. Okazuje się, że zamiast spoczywać w spokoju, wypełzają podstępnie spod sterty świeżych jeszcze wieńców, bukietów, wstążek z napisem :ostatnie pożegnanie: i urządzają sobie wędrówki po całym kraju stukając, pukając, szurając, ukazując się z nagła i bez ostrzeżenia na kredensie, przy fajansie, za paprotką, na balkonie, przy biurku, w łazience...a karzełki musza natychmiast złapać za telefon i zadzwonić z wielką nowiną/pretensją, że nasz drogi wuj/ciocia/babcia/ojciec spać im nie daje. 

Siedzę na progu, a w ręku mam kij sękaty. Czekam na garbate karzełki. Słyszę, że nadciągają czwórkami, śpiewając:

Gdy ktoś zbłądzi, to trąbimy,
Trututu, trututu,
Gdy ktoś senny, to uśpimy,
Lulu lulu lu,
Gdy ktoś skrzywdzi krasnoludka,
Ajajaj, ajajaj,
To zapłacze niezabudka,
Uuuuu. 

Wyprostuję im plecki, oj...wyprostuję....ale przed nasikaniem im do mleka wstrzymam się z godnościOM osobistOM.