Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finka z kominka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finka z kominka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Cztery poranki kolejno czyli makolągwa kląska.






Ten wpis dedykowany jest Elfce ze zwyczajne życie . Jednej z pierwszych czytelniczek tego bloga. Do zobaczenia w innym życiu Elfko. Nie udało nam się spotkać w Krakowie i wypic razem kawy. Szkoda, ze nigdy do tego nie doszlo.

Jej odejście uswiadomilo mi,  że nic nie jest nam dane na zawsze. Jest tylko TU i TERAZ.
Chyba warto wykorzystac to, że spotykamy fajnych ludzi, warto wypić z nimi tę kawę.  Z paroma osobami jestem przecież wstępnie umowiona. Prawda?
.......................
Jak wiadomo, dzięki obietnicom kulinarnym udało mi się wygrać poprzednia Finkę i w nagrodę mogłam wymyślić temat Finki numer 5. Temat znalazłam w wersjach roboczych własnych postów.  Brzmiał - "Obudziło mnie kląskanie makolągwy". Zadaniem jpiszących jest rozpoczęcie tekstu od tych własnie słów. W konkursie udziału nie biorę, ale kto zabroni wygranemu sie zabawic? Oto kilka wersji początków:

wersja dla Harlekina:
Obudziło mnie kląskanie makolągwy (nie wiem czy kląska ale nie w tym rzecz) i wtórującej jej turkawki, pierwsze promienie słońca wciskały się przez perkalowe aksamitne zasłony mojego okna szepcząc mi czułe "witaj, witaj o piękna...". 

Przeciągnęłam się uroczo, odpędzając od siebie resztki snu i postawiłam stopę na dywanie z futra rysia syberyjskiego, krótko przyciętego lecz niegolonego. Jak zwykle potańczyłam lekko w takt melodii granej przez siedzące pod oknem męskie pachole z lutnia w ręku, a następnie zaczęłam rozczesywać szczotką z końskiego włosia złote fale włosów mych spływające po plecach. 

"Jaka ze mnie piękna księżniczka" - pomyślałam, patrząc w lustro na zgrabny nosek, czerwone jak jarzębina usta, i oczy modre jak niezapominajki. Czas aby przybył książę na karym koniu i uniósł mnie ze sobą do zamku dalekiego, ale nie za dalekiego bo muszę mieć blisko po fajki". Mych zgrabnych uszu dobiegł tętent końskich kopyt, i przez okno ujrzałam posłańca zdążającego na oklep w stronę zamku mego rozległego..."

I takie tam.
To była wersja dla mięczaków.
A teraz wersja dla prawdziwych kobiet.


Obudziło mnie kląskanie makolągwy, zbudzonej wydzieraniem się za oknem psa sąsiadów. Mimo, że na zewnątrz było jeszcze ciemno, ten chrząszcz jadowity już był na dworze, pod moim oknem i dawał darmową, poranną serenadę na całe płuca. Zaraz zresztą dołączyła sąsiadka krzycząc psie imię w ciemność i rzucając w krzewia wszelkie groźby i obietnice na jakie tylko może zdobyć się właściciel psa przed świtem. Chybiała niestety, raz za razem..

Pociągnęłam ze złości nosem, rozległ się bulgot przypominający wyciąganie korka z wanny, odkaszlnęłam na próbę i żałowałam, że to zrobiłam, bo o mały włos wykaszlałabym własne wnętrzności. Postanowiłam, że skoro już nie śpię to zażyję coś co pozwoli mi przetrwać dzień lub choćby dociągnąć do obiadu. Wyskoczyłam w ciemnościach z łóżka, prosto na leżącego pod nim psa. Nastąpiła mała kotłowanina w rezultacie której dorobiłam się podbitego oka i mokrej podłogi. Idąc w stronę łazienki zawadziłam wzrokiem o lustro i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam tam ciekawą hybrydę - oczy jak u Chińczyka, a w wargi i nos z pewnością wmieszał się jakiś Afroamerykanin, włosie jak z derki końskiej- wysiedzianej, reszta niewarta wzmianki. W tym momencie rozdarł się dzwonek u drzwi. Ponieważ strój był u mnie niekompletny, a wygląd urągający - postanowiłam sprawdzić przez okno co za cholera uczepiła się dzwonka

Wersja mocniejsza dla wielbicieli kryminałów:
Obudziło mnie kląskanie makolągwy. Wyindywidualizowana i całkiem obca ciemność zdawała się napierać na moje wilgotne, zmęczone seksem ciało. Byłam zlana potem. Niestety, nie miałam pojęcia- przez kogo. Wokół rozlegało się paniczne sapanie, które brzmiało jak piłowanie drewna. Wstrzymałam ze strachu oddech, piłowanie też się zatrzymało. Rozległy się kroki....

Poetycznie:
Obudziło mnie kląskanie makolągwy,
uśpiło mnie ciepło twoich ramion.


Wieprzu, wciąż na uchodźstwie. (jeszcze 4 dni i wracam!)

czwartek, 3 kwietnia 2014

Spocony post czyli oczy jeszcze Morfeusza pełne.



Właśnie wróciłam, rzuciłam walizy w kąt i pobiegłam do komputera. Strasznie jestem opóźniona. Tam już głosowanie w toku, głosy się zbierają i tłoczą, a u mnie jakiś nędzny jeden głosek. Nie pozwólmy wieprzowinie przegrać, rzuć perłę przed wieprza i zagłosuj. Kto nie zagłosuje - ten nie je!

Głosuj na Wieprza! TU NACISKAĆ MOCNO!

wtorek, 25 marca 2014

Wprawka czwarta czyli czego moje oczy nie widzą tego po prostu nie ma + pofrunęła między chmury, wrzeszcząc "ecie-pecie"



"Jak para zmieniam stan,
unoszę się do chmur,
spadam kulami gradu..."

i daję się łapać. No, tak już mam, że przyszpilona nie uciekam. Kamienieję, przekręcam pyzatą buźkę w bok, w stylu ptaka dodo i słucham.  Stoję i słucham, słucham i stoję,  kiwam głową jak te bokserki z zamszu i plastiku, na tylnej półce Syrenki. Stoję chociaz chciałabym już pójść. Stoję, chociaż czuję, że lawa już parzy moje stopy. Stoję, chociaż mrówki niecierpliwości wspinają się już po moich plecach. Zamykam oczy i liczę w duszy do trzynastu. Mam ochotę urwać sobie własną głowę i schować do torby, ale nie...stoję, słucham, kiwam, przytakuję, otwieram znowu szeroko oczy w kolorze blue, podnoszę nieskubane brewki do góry formując z nich dwa skrzydła jaskółcze, wyrzucam z siebie - och, ach, ech (w odpowiednim momencie), albo odkrywczo stwierdzam "tak bywa".. Że też ja mam taką cierpliwość. I że ją mam, to też dziwne.

Jestem Pawlakiem emocji. 

"Tymczasem, stoję na drodze, nie widzi mnie tu nikt", wyciągam swoją mentalną stopę z buta, zaciskam palce w stopianą pięść, a następnie robię z nich paluchowego pająka i drę darń nerwowo. Spuszczam ze smyczy swoje najczarniejsze myśli, pozwalam im biegać wolno.  Gdyby ktoś łaskawie zerknął do wnętrza mojej głowy, to wiedziałby, że tam w środku , pod skórą wyję z rozpaczy, jestem gejzerem niecierpliwości, plaskam w łepetynę rozmówcę, biję go po szczepionce, robię mu lobotomię bez znieczulenia, wgryzam mu się w bebech  i uciekam z rechotem ciągnąc go za jelito. 

Ale niestety, nic takiego nie robię.

Chociaż czasem jestem blisko...

Herta przynosi mój kubek po kawie (dobra, zasypywana, 2 łyżeczki, zero cukru).
- Umyłam ci Twój disgusting cup. Jak ty możesz pić takie błoto śmierdzące. Przecież jest tu dobra kawa, zdrowsza.(mówiąc to pokazuje brykiety, które z kawą nie mają nic wspólnego, a szczególnie smaku i zapachu)
- O, dziękuję. Nie musiałaś.- i uśmiecham się jak królowa serc, a dookoła zakwitają niezabudki, pojawiają się dwa gołąbki pokoju i muskają się dzióbkami - musk - musk. "Podnoszę głowę nade mną rzędy chmur, słońce horyzont na sznurku ciągnie w dół." I wysłuchuję historii nieznanej mi bliżej córki Herty, jej problemów z przekwitaniem, jajnikami i beznadziejnym sąsiadem. 
(a w środku całuję się z Buką,  wyrywam Hercie owłosienie z okolic bikini tępym woskiem, wsypuję niemieloną kawę do jej gardła i wystrzeliwuję z procy, żeby wrzeszcząc te swoje ecie - pecie pofrunęła między chmury, najlepiej te burzowe, z dużą ilością piorunów).

Rodaczka potrzebuje pomocy. Pomocy nie odmawiam. Wyszukałam pociąg, kupiłam bilet, zaproponowałam wspólną jazdę, i przepadłam. Było to najdłuższe półtorej godziny spędzone w Królestwie Grzyba i Pleśni. Zamiast smakowitej lekturki w pociągu, przegryzanej chrupkami z octem załapałam się na  półtoragodzinny monodram pod tytułem "Moje życie spuściłam w wychodku", podtytuł brzmi - jak mój były mąż, dzieci, matka, ojciec, teściowa, przyjaciółki, współpracownicy, ciotka Wikta i wujek Zbych zmarnowali mi życie. Kiwałam, przytakiwałam, współczułam boleśnie.

A w środku Gabryśki weszłam już z Dantem w ostatni krąg piekła, tańczyłam nago danse macabre, brałam udział w pokazie Alicji Żebrowskiej w Galerii Zachęta, dłubałam interlokutorce w uchu szydełkiem, robiłam jej szczypasa z zakrętasem, wyrzucałam ją z pociągu, i radośnie zatrzaskiwałam za nią drzwi.

Bo to nie moje problemy, i choćbym nie wiem jak była empatyczna to nie jestem w stanie współczuć komuś kogo widzę pierwszy raz na oczy, a kto przedstawia się jako Matka Teresa z Kalkuty zapdejtowana do Księżnej Diany 2.0  i Matki Boskiej Częstochowskiej in spe, i wypluwa na mnie wszystkie frustracje, choroby, historie nieudanych związków i nieporozumień małżeńskich. Nie umiem jednak uciec. Nie potrafię.

Ludzie obcy, spotkani raz w życiu, przypadkiem, w podróży, nic o mnie nie wiedzący - proszę przestańcie. 
Czego moje oczy nie widzą, tego po prostu nie ma! bo serce tego nie czuje. Nie mój cyrk i małpy nie moje.
Obce jajniki, nieznany mi mąż, historia chorób kobiecych z ostatniego ćwierćwiecza - dlaczego to musi być zawsze to samo? Słuchanie tego wszystkiego doprowadza mnie na skraj szaleństwa, i jest tak samo interesujące jak wysłuchiwanie czyichś skomplikowanych snów. Nuuuuda, panie.


Ludzie, obudzta się! Opowiedzcie mi chociaż raz coś ciekawego, zabawnego, podnoszącego mi adrenalinę.
Jak wam poszło w ostatniej rozgrywce Counter - Strike'a, co ostatnio przeczytaliście (może być z gazety), jaką gafę strzeliliście (wykorzystam na blogu), co lubicie robić, co słuchać. Możemy mieć przecież taką fajną konwersację. Ja jestem fajna, wy jesteście fajni - razem możemy mieć przefajny czas.  Proszę, problemy to ja mam swoje własne. Niektóre wielkie jak stodoła. I odczepta się od mojej kawy! Piję taką, którą sama zmielę, parzoną,  z tygielka, i już!

A na dole zdjęcie - Czarny Wieprz w wersji wkurzonej  i  stylizacji na Zasłuchaną Laleczkę Chucky z nożem za plecami. Niech was nie zmylą te pucki, ten spokój na licu różowym, te usteczka w serduszko - wewnątrz własnie rozdzieram pazurami na kawałki własne dziecko, a w rany sypię mu sól z pieprzem, oraz imbir, bo drugi dzień nie odbiera telefonu. (Czekaj, wężu na piersi hodowany, zabraknie ci kasy na koncie!)) . Tak własnie wyglądam kiedy słucham i potakuję. Sama łagodność. (Monika, jestem tu jak Eulalia, na moment przed dziobnięciem ciotki  w ząb. I kiedyś dziobnę.)


"Wiszę nad ziemią, centymetr albo dwa,
                                               Zazdrość, nienawiść - jak mrówki błądzą wśród traw,
                                                       Zamykam oczy i liczę do trzynastu...."

Wieprzu (już od tygodnia w podróży) & Dawid Podsiadło
Muzyka, która pomagała w pisaniu tego posta

Tekst bierze udział, glosować można. Czytam Wasze finki ale komentowanie na telefonie, ktorego obecnie uzywam jest tortura.

niedziela, 23 lutego 2014

Ja...was ist lost? Was ist das?Widziałam szczęśliwych troglodytów czyli Wprawka numer 3.




Bardzo mi przykro ale post niniejszy zawiera język i tematykę plugawą. Delikatnych czytelników uprasza się o naciśnięcie przycisku "Opuść stronę". Podtytuł, bowiem brzmi "Jak przestałam rysować prostokątne penisy, i zaczęłam odróżniać penisa od parówki. "



Z językiem niemieckim jest mi jakoś nie po drodze. Niby rozumiem, niby przeczytam, ale pokochać miloscia prawdziwą, płomienną i żarliwą, nie potrafię. Myślę, że ogromny wpływ na mój letni stosunek do języka Goethego miała hoża blondynka że sporym biustem - Teresa Orłowski.

W latach 80 tych, dostęp do porno dla maluczkich był nieco ograniczony, szczególnie jeśli nie przekroczyło się magicznej osiemnastki. A i później, pojście samodzielnie na bazarek i grzebanie w porno stosikach było raczej nie dla panienek. Co ja gadam? Było nie dla kobiet! Te, które miały braci w wojsku od razu były na wygranej pozycji. Przy dobrze rozplanowanym grzebaniu, zawsze można było znaleźć coś gorącego na dnie szafy lub głęboko pod łóżkiem. Oglądałyśmy z zachwytem i niesmakiem, i chichotałyśmy nerwowo. Obrazki były może nieruchome ale jakie wymowne!

Zdjęcia pornograficzne, pozwalające na uchwycenie szczegółów były dla mnie zbawienne. Wreszcie byłam w stanie odróźnić parówkę od penisa. Oczywiście nie chodzi o to, że penisy i parówki tłoczyły się u mnie w lodówce, a ja zastanawiałam się, które z nich nadają się do konsumpcji. W tamtych czasach obu było u mnie jak na lekarstwo. Zdarzyło się natomiast, że nie mogłam zrozumieć dlaczego moja koleżanka ucieka z parku z przerażeniem w oczach na widok miłego pana machającego nam z krzewi normalną, smakowicie wyglądającą parówkową bez osłonki. Fakt, że Anusia już wtedy nie lubiła mięsa, ale żeby aż tak? Moja wiedza teoretyczna była nabrzmiała niczym gąsior z winem, co nie szło w parze z teorią. Miałam czternaście lat.

Na szczęście nadeszła era magnetowidów. Gromadnie zbieraliśmy się u szczęśliwca posiadającego to cudo i oglądaliśmy jak leciało aż do pękania gałek ocznych. Wiadomo, że każdy szanujący się właściciel nowoczesnego fotoplastikonu dbał o urozmaicony repertuar, Sylwester, Arnold, Lody na patyku i porno, były żelazną pozycją. Oglądaliśmy więc to kłębowisko ciał, kobiety skręcone w precle, precle skręcone w kobiety, spoconych mężczyzn, wszelkie możliwe konfiguracje i pękaliśmy ze smiechu. Reakcje były ciekawe, właściwie nikt nie patrzył na ekran, no...może ukradkiem. Wzrok chłopaków błądził gdzieś pod sufitem, a nasz gdzieś pod pachą (swoją własną). Oprócz chichotów, żadnego dzwięku. No bo co tu komentowac? Umiejetnosci? Rozmiar? Wygimnastykowanie ciala? Sluchalismy wiec tej niemieckiej paplaniny, a glosne ja ja ja guuuut, niosło sie echem po pokojach. Czy jest cos bardziej nieerotycznego niz ogladanie filmu pornograficznego w 30 osób, jesli z gory wiadomo, ze nie doprowadzi to do wesolutkiej, nieskrepowanej orgietki na starym, perskim dywanie z Bulgarii?

Ten nadmiar pornografii spowodowal jednak, ze zaczelam sie zachowywac jak pies Pawlowa. Niemiecki= sex. Doszlo do tego, ze nie moglam w spokoju obejrzec kursu niemieckiego w polskiej telewizji, poniewaz przebieralam nogami z niecierpliwosci, czekając kiedy wreszcie przestaną truć i zrzucą ciuchy. Tak, kurs niemieckiego doprowadzal mnie do wrzenia. Nie potrzeba mi bylo zadnej innej podniety. Gdybym wtedy miala nauczyciela jezyka niemieckiego, pewnie sprzedalabym swoją niewinnosc bardzo tanio. Za jakies zwykłe Was ist das? Kapusta i kwas(jak mawiała moja babcia) powtarzane wielokrotnie z odpowiednim natężeniem. Wanda nie chciała Niemca, a ja owszem, a JA tak!Miałam 16 lat.

Od dziwacznego uwielbienia dla języka prześladowców wyzwoliły mnie dopiero randki z moim przyszlym mezem (potomkiem partyzanta, zaciekłym patriotą i szlachcicem herbowym). Zresztą, uwolnił mnie nie tylko od tego, ale jeszcze od wielu innych rzeczy, w tym od rysowania prostokatnych samochodow i penisow. Nie wiem skad mi sie to wzielo, ale na moich rysunkach penis i auto byly wlasciwie nie do odroznienia. Prostokąt na kolach, ot i wszystko. Mój narzeczony, przyszly artysta, nie mogl patrzec na to spokojnie, i zajal się odpowiednim prowadzeniem mojej dloni ku wirtuozerii. Miałam 18 lat.

Zanim jednak do tego wszystkiego doszlo, minęły wieki, wyginęły dinozaury, zniknęła Atlantyda. Trzy dlugie lata zabawy w kotka i myszke, niby tak, a jednak nie, a moze, a gdyby...?
3 lata cieżkiej pracy, wytrzymywania humorów, głupich pomysłów, zwodzenia, dawania prztyczków w nos kiedy juz sie bylo w ogrodku i witalo z gaska, Byłam sprytna. Wiedzialam, ze jesli raz ciastko zjem, to nie moge juz go miec....A teraz?

Zrobiłam wywiad i dowiedziałam się, że pójście do łóżka jest akceptowalne już na trzeciej randce? Na trzeciej? Na trzeciej, to my jeszcze byliśmy na etapie - jaki zespół lubisz, i co sądzisz o ostatniej liście przebojów. Od seksu byliśmy o lata świetlne.

A teraz modna jest dziewczyna oblatana w tych sprawach, taka co jak dobry muzyk, na niejednym instrumencie grała, w niejeden puzon dmuchała i niejeden smyczek szarpała. Kobiety prześcigają się więc w byciu wyzwoloną do wypęku. Po raz pierwszy w historii ludzkosci króliczek sam sobie obcina kulasy zardzewiałą finką, i pełznie po listowiu za przerażonym myśliwym do domu. Kładzie się biedny uszak na talerzu, oskórowuje, wydrylowuje, kroi w kotlety i polewa sosem. I cały czas szepcze : "zeżryj mnie, no żryj jak grzecznie proszę, bo jak nie, to powiem wszystkim, żeś wegetarianin". Co ma robić myśliwy? Myśliwy musi jeść...


Niedawno mialam okazje obejrzeć Zjazd Troglodytów Polskich w Warszawie, gdzie seks byl na porzadku dziennym i nocnym, jak drapanie sie po glowie.Zeby utrzymać nieco troglodytow w ryzach, wprowadzono pewne zaostrzenie - przechodnie jebadelko. Tylko na nim pozwalano jaskiniowcom swawolic do woli i pierwszej krwi. Mało sobie oczu nie wygryźli z nerwów, czyja kolej i z kim dzisiaj. Było to tak podniecające, jak kawałek starego żółtego sera, dogorywającego w lodówce. I przypuszczam, że miało taki sam smak. Dziewczyny leżały na wznak, myśląc chyba o tym na jaki kolor pomalować paznokcie a chłopcy znudzeni, kiwając się na nich dbali jedynie o to, żeby dobrze prezentowały się ich mięśnie na plecach. Nikt nawet nie próbował wrzasnąć z rozkoszy, żadnego ja, ja, ja...guuuut, żadnych spazmów, orania pleców paznokciami z rozkoszy. Smutne kiwanie się w przód, i w tył. Mam 100 lat, czuję się na 200.

Lena Oskarsson, czyli niby- autorka- niby -szwedzkiego kryminału też jakoś oklapła. Przesyt? Chyba tak, bo w całej książce znalazłam tylko jeden ostry kawałek. Napisany chyba ku przestrodze troglodytkom z Warszawy:

"Zawsze bylo tak samo. Klekała i brala do ust penisa, obrzmialego, serdelkowatego, żylastego,śliskiego, papierowego."

Dziewczyno! Daj szanse myśliwemu zapolować. Niech się przedziera przez chaszcze, niech dębowe witki smagają go po twarzy, niech wlezie w pokrzywy, niech pocierpi nieco zanim usłyszy upragnione jaaaa...guuuut. Dajmy myśliwemu poczuć się myśliwym.



::::::::
Tekst jest częścią Finki z kominka by Fidrygauka. Można będzie na niego głosować od momentu pojawienia się ankiety.
posted from Bloggeroid

niedziela, 26 stycznia 2014

Niektórym kobietom nie wystarcza bukiet róż, chcą, żeby mężczyzni tym różom zmieniali jeszcze wodę czyli Finka z kominka wprawka druga



Kiedy masz osiemnaście lat, wydaje ci się, że życie jest jak wąski korytarz pełen mężczyzn, przez który przepychasz się za pomocą łokci, kolan i bioder. Praktycznie nie da się przez niego przejść bez ocierania, obśliniania i obłapiania. Cokolwiek ci upadnie, natychmiast zostanie podniesione setką męskich dłoni, cokolwiek zgubisz, zostanie znalezione i dostarczone ci na złotej podusi z czekoladką na pocieszenie. Jeśli wyrazisz jakieś życzenie, zaraz zbliży się do ciebie tłumek umięśnionych, pomrukujących miarowo, wypełnionych po uszy testosteronem samców chcących je spełnić. Właściwie oprócz uśmiechania się, mycia i poprawiania włosów w sposób niedbały, acz niewinnie - seksowny, nie musisz robić nic. Wierzcie mi, tak właśnie jest. Byłam tam.

Brodząc tak w powodzi tego kwiatu, przez długi czas nie zauważasz, że korytarz staje się coraz szerszy, samce stają się z lekka wyliniałe i kaszlące, a ocierania się jest jakby mniej. Gdzieś tak w połowie drogi do czterdziestki, możesz już spokojnie tańczyć kujawiaka z wymachem, tylko od czasu do czasu wpadając na zabłąkanego, zgarbionego przechodnia w wymiętym, brązowym garniturze, z paniką w oczach widocznych zza zaparowanych okularów.
Oczywiście, może się zdarzyć, że na twoje pięterko przez nieuwagę dostanie się jakiś mało doświadczony ale pełen dobrych chęci młodzian, przez którego będziesz miała znowu poobcierane kolana i łokcie, ale wkrótce i tak ucieknie tam, gdzie znika reszta jurnych samców. Do krainy Nigdy-Nigdy- Więcej.

Po pięćdziesiątce masz korytarz dla siebie, wieje na nim zimny wiatr, ty jesteś przezroczysta, a jeśli ktoś się tu zabłąka to i tak natychmiast zwiewa gdzie pieprz rośnie zostawiając po sobie jedynie niezapłacone rachunki, brudne naczynia i zmiętą pościel. Tak dokładnie to nie wiem, jeszcze tam nie byłam.

W takim jednak miejscu, znalazła się Ewelina. Gdzie nie spojrzeć, lodowa pustynia, duje północny wiatr, a ślady stóp nielicznych samców zostały dawno zasypane, zatarte, przeżute i pożarte przez liczne wygłodniałe kłusowniczki, zwykle wykształcone, majętne i wydepilowane od stóp po uszy.

Codziennie rano Ewelina witała swoją twarz w lustrze. Lubiła swoje odbicie, lubiła siebie, lubiła swoją pracę, nie lubiła jedynie tej pustki dookoła. Miała wrażenie, że ciało jakie posiadała nie powinno się marnować i leżeć tak całkiem odłogiem, jak stara, zużyta onuca. Muszą być przecież na tym świecie mężczyźni, którzy szukają kogoś takiego jak ja - pomyślała z nadzieją i postanowiła przebić tą lodową ścianę, zrzucić czapkę niewidkę ze świeżo zrobionej koafiury, a w skrócie, po prostu zamieścić w internecie anons matrymonialny.

Skostniałymi palcami wystukała na klawiaturze: Mam 50 lat. Szukam faceta, na dobre i na złe. Niegłupiego, pracowitego, z poczuciem humoru i fantazją.

Ogłoszenie zamieściła na miejskim portalu, bo w miłość na odległość większą niż 20 km, już dawno przestała wierzyć. Oczywiście miłość na odległość istnieje, niestety, tylko jeśli jesteś w ciasnym korytarzyku pomiędzy 20-stym a 30-stym rokiem życia. Niektóre samce potrafią biec do Ciebie wiele kilometrów, nie pijąc i nie jedząc przez wiele godzin, a na dodatek potrafią robić to codziennie. Ten korytarzyk Ewelina opuściła już tak dawno, że nawet nie pamiętała drogi powrotnej do niego.

Pierwsze odpowiedzi pojawiły się już w godzinę po publikacji ogłoszenia. Niestety, nie były one tym na co czekała Ewelina.
- Hej. A co ty sobą reprezentujesz? Żeby mieć takie wymagania to trzeba być kimś!
- Dziewczyno! Ogarnij się. Chyba chcesz zostać starą panną.
- Kochana, jestem tym kogo szukasz ale pomykam ze zgrabnymi osiemnastkami w moim Porsche i stare wraki mnie nie interesują.
-hehe...chyba się czegoś najadłaś kobieto, daj sobie spokój i zajmij się dzierganiem skarpet dla wnuków sąsiada.
- A co on z tego będzie miał?

Było kilka odpowiedzi od podobnych Ewelinie kobiet, które próbowały jej bronić.
- Przestańcie, przecież w końcu dobrze, że szuka kogoś kto nie jest leniwy i głupi. Czy to naprawdę tak dużo?
Reszta odpowiedzi nie nadawała się do powtórzenia.

- Pierwsze śliwki - robaczywki, pocieszyła się Ewelina i spokojnie czekała. Niestety, oprócz maili z ofertami powiększenia penisa i paroma ofertami tanich wyjazdów do Tajlandii, do skrzynki nie trafiło kompletnie nic.

Zebranie! - pomyślała i natychmiast zadzwoniła do przyjaciółek, które porzuciwszy swoje własne rodziny, przybyły na ratunek z szarlotką i dwoma butelkami wina pod pachą. Zebranie przebiegało bardzo burzliwie, wino pito szklankami, szarlotkę mieszano z kiełbasą Podwawelską na gorąco z cebulką, i ogórkiem kiszonym sposobem domowym.

Po długiej nocy z przyjaciółkami, które zamiast pocieszać, zaczęły opowiadać o swoich dzieciach i wnukach, ciężkim poranku z muszlą klozetową w objęciach i trzech tabletkach na ból głowy, Ewelina usiadła przy komputerze, wpatrzyła się w ekran i wystukała:

Mam 50 lat - chłopa przyjmę. Warunki do uzgodnienia.



♡♡♡♡♡♡♡♡
Wpis jest częścią akcji "FInka z kominka" i można na niego głosować za pomocą ankiety, którą być może uda mi się tutaj zamieścić. Za ewentualne datki (głosy) serdecznie dziękuję. Jednoczenie spieszę dodać, że wpis niniejszy powstał w ciężkich warunkach, musiał by napisany za jednym zamachem i nie podlega zwrotom i poprawkom dopóki nie powrócę z zagranicznych wojaży. NO, żesz, jeśli ktoS mi powie jak zarządzać blogiem za pomocą Androida to będzie miał moją dozgonną wdzięczność.

posted from Bloggeroid

niedziela, 5 stycznia 2014

Zwycięstwo jest rzeczą ważną, lecz najważniejszy jest udział w walce czyli zwycięzcą jest się tylko jeden dzień.



Wygrałam o koniec ryjka ( że tak sobie zdrobnię kobieco). Tym samym dziękuję mamie, sąsiadom, wujkom ze Skarżyska Kamiennej, ciotkom z Zalipia, Kółku Różańcowemu z Jaśkowa, stryjkowi z Nowogardu, kuzynom z Racławic, mocnej ekipie z Podkarpacia i wszystkim komputerom jakie spotkałam na swojej drodze w sklepach, mieszkaniach, lokalach usługowych. Było warto słać te sms-y żeby popławić się w wygranej przez jeden dzień. Pławię się i czekam na dziennikarzy z Faktu, Wprost i Vivy, no i tych paparazzi pod moim domem koczujących. Tymczasem koło bramy pusto, może dlatego, że to niedziela?

Konkurencja była ciężka, wszystkie opowiadania/wiersze przeczytałam z ogromną przyjemnością, chociaż obleciał mnie strach, że tyle fajnych blogów jest w blogosferze, a człowiekowi życia nie starczy, żeby to wszystko chociaz pobieżnie poczytać (już teraz mam problem żeby te wszystkie fajne - fajniste, co z prawej strony są umieszczone, przeczytać). Gratuluję przede wszystkim uczestnikom, że chciało im się wspólnie zabawić, poświęcić swój własny czas i wyprodukować post "w temacie". Temat nowej zabawy już wymyśliłam i wysłałam do Wielkiej Organizującej. Zapraszam nowych chętnych, zabawmy się razem!

A ja postanowiłam pisać regularnie (przy wielkiej motywacji od Skorpiona w Rosole. który z niewiadomych powodów dał mi woreczek wypełniony sympatią) bo po kiego czorta mi blog, który zieje pustką? No? 

Temat następnego posta (niekonkursowego) brzmi : Jak zrobić sobie inżyniera metodą domową, przy użyciu kawałka drutu, młotka, tasaka i miecza dwuręcznego. Chętne matki i ojców zapraszam do dyskusji. 

A tak naprawdę to głosowałam na Kaczkę bo mnie rozbawiła niemiłosiernie Monetem:) 

niedziela, 29 grudnia 2013

O Czaisławie klątwą obłożonym czyli drobna wprawka od Fidrygauki ze szklanką, monetą i wynalazkiem Bella w tle.



"Cysorz to ma klawe życie

Oraz wyżywienie klawe!
Przede wszystkim już o świcie
Dają mu do łóżka kawę,
A do kawy jajecznicę,
A jak już podeżre zdrowo,
To przynoszą mu w lektyce
Bardzo fajną cysorzową."
 A. Waligórski



Czaisława poznałam jeszcze w przedszkolu. Właściwie poza imieniem i nazwiskiem, niczym szczególnym się nie wyróżniał. Cichy, zamknięty w sobie, gdzieś tam na boku dzikich harców, lepienia z plasteliny i zabaw w beznogiego i bezrękiego liska, co to kijem zaraz nam przyleje. 

Nie miał klawego życia. Od samego początku los zdawał się mieć specjalnie przygotowany, maksymalnie szyderczo - ironiczny plan na życie dla niego. Cienkie jak gałązki brzozy pęciny Czaisława aż skrzypiały pod naporem garbów przymocowanych na stałe do jego pleców, a dwoma największymi okazały się imię i nazwisko. W czasach powszechnej hegemonii Jarków, Marków, AUturków, Andrzejów, Marcinów czy Marków, Czaisław był jak czarna plama na białym prześcieradle, jak głęboka rysa na gładkiej powierzchni lakieru, jak wągier na nosie, jak Michał Wiśniewski w operze....zresztą dajmy już temu spokój, po prostu brzmiał fatalnie. 

Szanowni rodzice, nieliczący się z konsekwencjami okrutnicy, dosypali węgla na pełną już furę i doczepili do Czaisława nazwisko wyjątkowo wiele mówiące - Spleśniały. W Polsce żyje ponad 70 osób o tym nazwisku, a nawet o bardziej przemawiających do wyobraźni,  jak chociażby Szaleńcy, Odrzywoły, Męczywory, Moczygęby, Kwasigrochy, Kupy, Dupy, Fiuty i Fiutki. Żyją, pracują, oddychają, żenią się, rodzą i umierają bez specjalnej histerii. A niejaki Łukasz Fiutek, kandydat na posła zrobił nawet z nazwiska swój atut startując pod hasłem "Fiutek - jedyny kandydat z jajami". Nie wiem czy wygrał, z pewnością jednak został zapamiętany. 

Czaisławowi brakowało jednak charyzmy, a przede wszystkim dystansu do samego siebie. Juz od czasów rolnika co sam w dolinie, czaił się w mrocznym kąciku za stertą klocków drewnianych  i cierpiętniczo ssał kciuk lewej ręki. Starał się za wszelką cenę nie wyróżniać, ani w dół, ani w górę bo w szkole groziło to wyczytaniem nazwiska na głos, wszem i wobec, a w pracy wciągnięciem na jakąś listę. A tego Czaisław pragnął uniknąć za wszelką cenę. Żył więc sobie szarutki, zaczajony, cichutki ale ciągle marzący o wielkim uczuciu i bohaterskich czynach. 

Taki był Czaisław jakiego znałam. 30 lat później było gorzej, dużo gorzej! Przede mną siedział obraz nędzy i rozpaczy, skulony, jakiś nieświeży i w ogóle trudny do rozpoznania. Wszystko ten pech, jak sam powiedział.  Męczący jak czkawka, częsty jak biegunka, pech nad pechami. 

Kiedy tylko Czaisław się śmiał, zaraz dostawał bolesnych zajadów, kiedy sięgał po krem do golenia, jakaś tajemna siła podsuwała jego palcom pastę do zębów lub krem na odciski. Duzo słońca wywoływało wysypkę, za mało - migreny. Przeszedł obok klombu z kwiatami - dostał alergii, obok wody - skręcił go reumatyzm, obok kominka - zajął się w trzy sekundy. Od tego czasu dostał tez nową ksywkę "zajmujący". 

 Ubranie Czaisława żyło własnym, niepodległym życiem i toczyło z właścicielem wojnę podjazdowo - partyzancką. Każdy szczegół odzieży starał się uprzykrzyć życie Czaisława z całych sił, i zwykle wspaniale mu się to udawało. Spodnie zawsze były za długie i postrzępione na końcach. Nawet jeśli kupił rybaczki, to zaraz drugiego dnia nogawki zaczynały tarzać się po ziemi z jadowitą wściekłością, tak jakby zamiast nici miały żyły wypełnione nienawiścią do Czaisława. Lewa nogawka stawała do wyścigów z nogawką prawą, prując się,mechacąc i strzępiąc na potęgę.

Mankiety wyczyniały jakieś niesamowite pląsy byle tylko dostać się do czegoś w co można wpaść, potaplać się do wypęku, zażółcić, zaglucić, z rozkoszą wysmarować się na rdzawo, smoliście i wybitnie nieestetycznie. Szalika nasz bohater nie nosił od czasu kiedy prawie zginął biegnąc pół kilometra przyszpilony do autobusu z niewłaściwej strony. Z krawatu zrezygnował bo zachowywał się dokładnie tak samo jak nogawki i mankiety. Przestał tez patrzeć w lustro.  I tak nie było na co.


A wszystko to przez jeden telefon, ważny telefon, który pewnego grudniowego ranka 1983 miał wykonać Czaisław. Budka znajdowała się 500 metrów od domu, tuż przy osiedlowym mięsnym. Wbiegł tam ochoczo, włożył złotówkę do rowka, popchnął jednym palcem i...nic się nie zdarzyło. Moneta ugrzęzła na amen. 

O, żesz kurza kaczka! - co jest z tym telefonem!? - mamrotał pod nosem próbując wyciągnąć pieniądz -  Na kocie sutki! Wyłaź bo ci przefasonuję awers na rewers!  - Mosiądz pozostawał jednak niemy i nieruchomy, błysnął jedynie zimnym rantem jakby wzruszył ramionami. Na szczęście, jako były harcerz, Czaisław zawsze miał przy sobie bezzębną nieco i zardzewiałą ze starości finkę. Za jej pomocą rozebrał aparat prawie na części, pocąc się, mamrocąc pod nosem inwektywy i raniąc boleśnie. I kiedy zwycięstwo było już blisko..  otworzyły się drzwi budki i zajrzała tam mocno dojrzała już dama w brązowej czapce futrzanej.


"A czego tu?" - zapytała grzecznie, zerkając jednoczesnie nad ramieniem Czaisława na rozkrojony na kawałeczki aparat. "O, ty giździe zatracony! Ty obuzie jeden!" Telefon żeś zepsuł?!Podsłuch tu zakładasz?" I z indiańskim okrzykiem " Aaaaa masz!" - zdzieliła chłopaka podgardlaną w obojczyk. Cios schabowym z kością wymierzony w zdziwioną twarz pozbawił Czaisława problemów z wiecznie bolącą trójką. 


"No wszyscy święci razem wzięci! Co pani wyrabia? Ja tylko.."

Nie dokończył, bo antrykot ugodził go w ucho. Jednocześnie tłum moherowych kowbojek gęstniał dookoła budki i zdawał się mruczeć niczym nacierający nosorożec "Ty kracało! Ty gramajdo! Ty psiawełno !Bodaj cie gnijoła napadła. ty zgniłku, ty padalcu, ty zaropialcu, ty bidecie, ty żylasty kotlecie,  a żeby ci, a żeby cię!" .Ciosy zaczęły padać z wszystkich stron, a krew ze świeżego mięsa, podrobów, móżdżków mieszała się na szybie z krwią Czaisława. Kątem oka zarejestrował jeszcze rudą jak marchew sześćdziesięciolatkę, kręcącą zwojem parówek nad głowami innych niby nunczakiem. 

Leżąc na ziemi, podduszany parówkami w osłonkach, z radością przywitał zbliżającą się od strony czoła pałkę milicyjną. Wyszeptał jeszcze "Nie ma światła, mówili, że będzie…" i odpłynął w niebyt.

Dwa tygodnie spędził później w szpitalu, a następne dwa w domu, pielęgnowany przez mamę. Od tego czasu jednak, zaczęły się problemy z pechem, prześladującym go na każdym kroku. Zaczęto od egzorcyzmów, niestety te okazały się za słabe. Odczyniano jajkiem, nie pomogło. Poranne bicie po gołym ciele brzozowymi witkami, czy noszenie go przez matkę na plecach przez siedem mostów, tez nie dało rezultatów. Różnej maści wróżki robiły co mogły, pluły na Czaisława, przecierały go swoimi noszonymi wieloletnio halkami i tracącymi kolor i fakturę niewymownymi...niestety, pech i Czaisław zrośli się na zawsze. 


I co? - zapytałam siorbiąc kawę - nic nie działa?
Czaisław przeciągnął ręką po w włosach i zdjął z nich zeschnięty listek brzozowy, a następnie chwycił w obie ręce dzbanuszek z mlekiem  i wlał je do kawy...Mleko jakby strzeliło focha, zagulgotało pogardliwie i natychmiast się zsiadło.
Cz. westchnął i z rezygnacją sięgnął po szklankę z breją....

/ Historia bierze udział w Finka z kominka/ temat - szklanka, moneta, telefon inne historie na ten temat można przeczytać tutaj Konkursik
Można mnie motywować do pisania oddając głos w ankiecie (po prawej, u góry strony). Ilość głosów oddana na mnie równa się ilości postów, jakie będę zmuszona popełnić w styczniu. Dziękuję pierwszemu, anonimowemu głosującemu! Już się czuję pięknie zmotywowana!