Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie prawie miłosne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie prawie miłosne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 stycznia 2016

Między siłą uczuć piętnas­to­lat­ki i do­rosłej ko­biety nie ma spec­jalnej różni­cy czyli po czym nie należy drapać Masaja?



Jak bardzo można oszaleć z miłości?
Wydawało mi się, że wiem już wszystko na ten temat, a moje lata doświadczeń (głównie cudzych) i tony literatury, powodują, że nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć 

Błąd! Naiwnaś Gabryśka, zagubiona w tym świecie jak dziecko we mgle. 

Są bowiem na świecie rzeczy, o których filozofom się nie śniło, a co dopiero takiemu pyłkowi w kosmosie, takiemu puszkowi na wietrze jak ja. I taka właśnie trudna do zrozumienia  historia, wpadła ostatnio w moje ręce. Sprawdzałam kilkukrotnie - jest prawdziwa, a zdjęcia potwierdzające szaleństwo, można sobie odnaleźć w internecie. Historia miłosna, chociaż tak naprawdę, dla mnie samej od miłości oddalona o lata świetlne. 

Wyobraźmy sobie jurną, jędrną,  zdrową serem i czekoladą Szwajcarkę w kwiecie wieku, której pieniądze pozwalają na podróż z narzeczonym do Kenii. Tam właśnie w promieniach zachodzącego słońca (ale kicz!), na promie z miejscowości X do Y spostrzega siedzącego na barierce półnagiego Masaja i zapada na ciężką postać swędzącej miłości, po której tylko Masaj może ją podrapać . Zakochuje się natychmiast i nieodwołalnie, na śmierć i życie, a nawet na przysięgę małżeńską. Narzeczonego w trybie natychmiastowym odstawia na bok, i omdlewa z pożądania, kiedy udaje jej się natrafić na trop tambylca. 

Z ogromną determinacją, graniczącą z  opętaniem dowiaduje się jak też ma na imię hebanowy Amor, co przy braku wspólnego języka nie jest sprawą prostą, i załamana wraca do kraju, jako że bilet powrotny został wykupiony już wcześniej. Pomimo, że Szwajcaria wydaje nam się krainą mlekiem i miodem płynąca, nasza bohaterka cierpi tam niewymownie, serce jej krwawi i tęskni do pięknego Masaja, chociaż zdołała wymienić z nim tylko około 4 słów. - No problem! Hello!Hakuna Matata!  Ciężko zakochana, sprzedaje cały szwajcarski kram, rezygnuje z sera i jak śmiercionośna strzała ściga wybrańca, który akurat wypasał kozy na drugiej półkuli, aby rzucić mu się w zdziwione, muskularne ramiona i wyszeptać - Bierz mnie Tarzanie. Jam Twoja Jane. 

Masaj wziął co mu się w ręce wepchało, tym bardziej, że dysponowało niezłą  gotówką, i skonsumował tak szybko jak tylko potrafił.(dokładnie pięcioma pchnięciami i trzema chrumknięciami - hmmm...człowiek miał jednak nadzieję na więcej finezji)  I chciało by się rzec -i żyli w chacie z łajna krowiego długo i szczęśliwie, wypasając kozy i zaplatając sobie nawzajem warkoczyki. Niestety, jak można było przypuszczać - nic z tego, chociaż do ślubu kwiatuszek doprowadził.

Moim zdaniem, Szwajcarska globtroterka nie przerobiła dokładnie lekcji z okresu bycia nastolatką, kiedy człowiek wiesza na ścianie plakaty jakiegoś wyjącego odmieńca łamanego przez łysego szakala, i omdlewa dla niego z "miłości", dodając do papierowego obrazka wszystkie cudowne cechy charakteru, jakie tylko jest w stanie sobie wyobrazić. Oczywiście w życiu nie przyjdzie nastoletniej dziuni (czyli nam samym) do głowy, że szakal może być - leniwy, kłamliwy, obleśny, że pewnie mu się głośno odbija, a nawet śmierdzą mu stopy. Żadnemu bóstwu stopy nigdy nie śmierdziały, a więc i naszemu z pewnością też nie mogą. 

Jestem w stanie wyobrazić sobie co też roiło się naszej pannie Hoffman w głowie, z pewnością wyglądało to tak:
....leżę sobie z pięknym Masajem, na plaży w Mombassa, na dowolnie wybranym boku. Co chwilę donoszą mi tace z owocami, po dekolcie cieknie mi sex on the beach, w oddali ktoś przygrywa na bębenku, a my przytuleni do siebie całujemy się od ranka do wieczora, i oddajemy się dzikim rozkoszom wyuzdania. Masaj pokazuje mi  czarne ars amandi, , którego mój króliczek w życiu nie oglądał. Umieram z rozkoszy, ktoś nuci pod palmami...Ayaya Coco Jumbo, Ayaya...
I ogólnie jest super!

Tymczasem, jest kilka rzeczy, które ten cudowny sen bidulce troszku zamazały, rozbebłały, i zrobiły z niego kiszkę kaszaną. Przed wydaniem się za Masaja należy bowiem wziąć pod uwagę, że:

- Masajowie się nie całują.( auuu...5 pchnięc bez całowania i już?)

- Masajski język to nie niemiecki, angielski też nie.

- Masajowie nie dotykają cudzych genitaliów i nie lubią żeby ich były dotykane.(żadnego dzyń, dzyń dęcia w trąbkę, macania dzidy, ssania pierożka)

- Masaja nie pogłaszczesz po twarzy. (po pierwsze zniszczysz mu makijaż, a po drugie to nie uchodzi i możesz dostać dzidą przez wnętrzności)

 -Masaj może mieć wiele żon.( a wiele z nich będzie młodszych od ciebie trzy razy)

- Masajscy mężczyźni nie jadają z babami.

- Masajski wojownik głównie siedzi w buszu z innymi chłopami i knuje, albo wypasa kozy dwie Sachary dalej.

-Masajskie kobiety są przed ślubem obrzezane.( a to niespodzianka, i co ty na to fraulein?)

 -Masajowie żywią się mlekiem, mięsem i krowią  krwią (jeszcze cieplutką)

 - Chata Masaja jest uszczelniona krowim łajnem, i sięga nam gdzieś tak do kolan. 

- Masajski chłop żuje liście jakiegoś świństwa i odpluwa dookoła, zwykle na podłogę chaty.

 - Tak, w Afryce jest wiele much, jeszcze więcej, i więcej. Ale i tak ilość much nie dorasta do pięt ilości komarów.

- Lew, słoń, i inna gadzina, którą bezpiecznie ogląda się w zoo, może nam nieco utrudnić życie jeśli nasza chata znajduje się na głębokiej prowincji.

- W chacie Masaja brak pryszniców, wodę nosi się w kanistrach, czasem kilka kilometrów.

 - Jeśli nawet masz pieniądze, nie oznacza to jeszcze, że w sklepach jest jedzenie.

 - Na masajskim zadupiu nie ma szpitala, a w najbliższym niekoniecznie są leki, a jeśli są to i tak niekoniecznie je dostaniesz, a jeśli dostaniesz to nie znaczy, że są odpowiednie dla Ciebie fiołku alpejski. 

 -Ciężko żyje się z facetem, który nigdy w życiu nie nosił spodni, a jego sandały zrobione są ze starych opon samochodowych, i który ma na sobie więcej biżuterii niż ty miałaś przez całe życie.

Ja widać zostaje nam tylko matata, matata, matata...

Jak to się skończyło? Oczywiście zgodnie z przewidywaniami, nasza Szwajcarka po trzech latach dała dyla w Alpy, zabierając ze sobą świerzb, malarię, niewydolność nerek, anemię, i jeszcze parę innych interesujących chorób, a także córkę. 

Morał:
W sumie, faceci są wszędzie tacy sami - niby z niego piękny Masaj, a pije, kłamie, jest zazdrosny, wydaje twoją kasę - identycznie jak Kowalski co to mieszka dwa domy dalej. Czy warto jeździć do Afryki aby się o tym przekonać?  Przy Kowalskim mniej byłabym narażona na ten świerzb i malarię.  No, i Kowalski nie kazałby mi się obrzezać, jeść mięsa z kozy, a także robić kupę jedynie za miastem i podcierać się kamykiem. Wybieram Kowalskiego!


Nie wiem dlaczego ale właśnie ta piosenka kojarzy mi się z przeczytaną książką...
Masaj jest piękny, Masaj uroczy...Masaju powiedz mi czy kochasz mnie...


Wieprzu, wciąż nieobrzezany, radosny jak norka bo z toaletą 4 metry dalej i zapasami papieru toaletowego.

czwartek, 7 maja 2015

Zapiski z randek, znalezione w wannie...


Randka. Wielka niewiadoma.

Jak odkryć czy to ten, czy też kompletnie nie ten i marnujemy tylko czas i kosmetyki?
Oczywiście świetną sprawą byłoby odkrycie skanera, który przyłożony do głowy delikwenta od razu dałby nam diagnozę: kłamca, notoryczny babiarz, leń albo też "łap go dziewczyno bo lepszej okazji już nie będzie"! Niestety, niczego takiego nie wynaleziono i kobiety muszą polegać jedynie na swojej intuicji, inteligencji oraz zmyśle powonienia.

Jaka była wasza najgorsza randka? Co spowodowało, że uznaliście ją za nieudaną? 
Może kawaler używał rękawa zamiast chusteczki do nosa? Spluwał nieroztropnie? Chrząkał nieostrożnie? Śmiał się w nieodpowiednich momentach? Mówił "wiater" zamiast "wiatr", "cwetr" zamiast "sweter"? Był nudny jak lane kluski ze śmietaną? Wybrał nieodpowiedni temat do rozmowy?

Właśnie, pamiętajcie panowie, że tematy, które zwykle zabijają wszelkie szanse na udaną randkę to :

1. Dlaczego mi nie wyszło z byłymi.
Spotykasz człowieka pierwszy raz, a on mówi, że Marysia to była zdzira, Zosia to pasztet, z Ewą nie szło mu w łóżku, a o Agacie to nawet nie ma co wspominać. Takiego pecha miał nasz kryształowy biedaczek. Oczywiście, nie chodzi nam o to, żeby delikwent usiadł przy stoliku, żłopnął kawuchy i wystrzelił jak z procy następującym zdaniem "Byłem beznadziejnym chamem,dziwkarzem, nie zmieniałem skarpet, kradłem, biłem i gwałciłem. Wszystkie panny uciekły ode mnie po tym jak tylko bliżej mnie poznały. Ty też się raczej nie rozsiadaj niewiasto..".
Spokojnie...jeśli nie jest na środkach typu prozac taka sytuacja z pewnością się nie zdarzy.

Pamiętam jak przepadł w moich oczach niejaki Andrzej Sołtysik, który w jednym z wywiadów przyznał, że "Zdarzało mu się randkować z pasztetami". Mężczyzna, który tak mówi o swoich byłych sam sobie wystawia świadectwo. Nie mówiąc już o tym, że pewnie był czas kiedy całował rączki owych pasztetów, masował im pasztetowe stópki,  marzył żeby odebrały telefon i za jedno paszteciane buzi-buzi dałby się pokroić w plasterki jak serdelowa. 


2. Pijackie eskapady
Niektórym facetom wydaje się, że posmarkamy się ze śmiechu słysząc jak zalali się w trupa, zgubili spodnie i obudzili się nago w przydrożnym rowie z krowim łbem pomiędzy nogami. Na portalach randkowych roi się od zdjęć panów żłopiących piwsko z największych kufli świata, tańczących lambadę w błotnistych kałużach, leżących w dziwnych pozycjach w środku tego co wcześniej wróciło z ich żołądków z powrotem na imprezę. Wszystko po to, żeby pokazać przyszłej wybrance jak świetnie potrafią się bawić i jakie z nich fajne chłopaki, co to do "bitki i do wypitki'. Nasze marzenie o przyszłym mężu....

 Ciekawe z jakiej ciemnej bramy/błotnistej kałuży wyłażą takie pomysły?

Miałabym zaraz ochotę odpowiedzieć podobną historią.  Już widzę jak biję się z uciechy po krągłych udach opowiadając przyszłemu mężowi jak to zalałam się w trupa i zgubiłam koronkowe majteczki na imprezie wojskowych orkiestr dętych, albo jak zatrzasnęłam się z męską grupą akrobatyczną w windzie i obaliliśmy razem trzy dzambelki. W sumie nie pamiętam czy było ich trzy czy cztery bo film mi się urwał już po pierwszym. Ha-ha-ha! A potem liczyłam malinki na udach....było ich dokładnie 23! Czy to nie zabawne?

3. Treść obejrzanych filmów' - o tym po tym

4. Auta, procesory, oporniki - no, chyba że spotyka się z dziwolągiem.
Jasne, że jeśli podoba nam się osobnik płci przeciwnej jego zainteresowania tak naprawdę nie mają znaczenia, ponieważ jesteśmy gotowe do daleko idących poświęceń. Potrafimy nauczyć się na pamięć nazw najdziwniejszych skrętek, krętek i przyłączek, pasm górskich, języka suahili, nazwisk wszystkich polskich bramkarzy od czasów średniowiecza. Wierzcie mi, też się poświęcałam. W moim przypadku odpadała tylko jedna opcja - nurek - grotołaz, Nie nadaję cię do zwiedzania ciasnych pomieszczeń, o pomieszczeniach poniżej gruntu nie wspomnę.

Moja najgorsza randka?
Jedna z nich była tak nudna, że prawie goniłam tramwaj po torach, żeby tylko znaleźć się jak najdalej od kawalera. Byliśmy z innych światów. Naszą rozmowę zaczął od swojego uwielbienia dla grupy Bad Boys Blue i trafił kulą w płot, minął się z celem o jakieś pół kilometra, próbował wcisnąć na siłę tort diabetykowi, smyrał witką pylącej brzozy alergika po nozdrzach, troszkę też jakby pływał w stawie pełnym krokodyli z rozpołowionym i krwawiącym kurczakiem na plecach!Ryzykowne.....

Wróć...to nie była najgorsza randka, najgorsza...

Pamiętam to piekło do tej pory. 3 godziny opowiadania filmu pt "Akademia Policyjna" część 1 i 2-ga, z detalami. Oczywiście sama jestem sobie winna, i ten mój paskudnie miły charakter. Normalna dziewczyna już po 10 minutach powiedziałaby nudziarzowi " Spadaj kilerze mojego czasu, wynocha morderco nastroju, won gwałcicielu mojego umysłu ". Ja nie! 

Siedziałam, udawałam zaangażowanie, zadawałam pytania, zaśmiewałam się w odpowiednich miejscach, otwierałam szeroko oczy...idiotka po prostu. 
(a jak wiadomo w środku przypiekałam go na ogniu, spuszczałam go nagiego po ostrzu noża i szarpałam jego ciało rozpalonymi obcęgami - co zwykle robię, kiedy jestem wyjątkowo dla kogoś miła i uśmiecham się "zębami jak perełki") 
I mimo, że chłopak był przystojny, niebiedny i w ogóle całkiem miły...to nigdy już się nie spotkaliśmy. Unikałam go jak bolesnej szczepionki i wizyty u dentysty. 

Moja koleżanka skończyła swoją najgorszą randkę na wysypisku śmieci, gdzie zawiózł ją amant w celu nastawania na jej nieobecną już dawno cnotę. Szaleńcza ucieczka pomiędzy zwałami makulatury, rwanie pazurami ogrodzenia i zabawa w chowanego z psychopatą-gwałcicielem śniła jej się przez następne 10 lat. 

Jeśli lubicie mocne wrażenia, to serdecznie polecam następującą ofertę. Z pewnością nie będzie nudno:




A Twoja najgorsza randka?

Wieprzu na uchodźstwie 
I nie zapomnijcie co powiedział Woody Allen:
Biseksualizm? Niewątpliwie podwaja twoje szanse na sobotnią randkę.

sobota, 3 stycznia 2015

Wszystko kiedyś przemija, nawet najdłuższa żmija czyli jak się zakochać na długo albo na wieczność (niepotrzebne skreślić)







"Miłość to jest to, co przytrafia się mężczyznom i kobietom, którzy się nie znają"

Zdzichu zakochał się w Ewce nie dlatego, że miała najlepszy biust na całym podwórku, nie porwały go jej piegi, ani śliczne dołeczki w policzkach... Zdzichu zakochał się w Ewce, bo najlepiej na całym podwórku potrafiła kręcić fiflaki na trzepaku. A potem już samo poszło, puściły tamy, ruszyła lawina i nie dało się tego zatrzymać. I co z tego, że miała krzywe nogi, brakowało jej jedynek z przodu, sepleniła, a w głowie po za sianem miała niewiele. Kochał ją za te fiflaki...

Oczywiście kochał ją, aż przestał.  Dwadzieścia lat później Ewa nadal kręci fiflaki,  z tym, że na całkiem innym podwórku..
Anna Jantar śpiewała "Nic nie może przecież wiecznie trwać."
Nie może?
A tam! Bzdura! Trzeba tylko włożyć w to trochę pracy. No, może więcej niż trochę. No dobrze, tak naprawdę to ciężka orka. Bez względu na to z kim jesteśmy i kim jesteśmy. 

Chcecie przykładów? Oto przykład:

Czy Bradowi Pittowi mogą się znudzić usta Angeliny Jolie? Jasne....Widzę oczami wyobraźni poranek u Pitów - Jolich. Angelina siedzi przed lustrem i wklepuje wazelinę w dolną wargę. Brad rozparty na poduszkach patrzy na to spod lśniącej grzywy włosów swych. Zerka z obrzydzeniem na to co jeszcze 5 lat temu chciał widzieć przyssane do różnych części swojego ciała, bez względu na porę dnia, porę roku, czy samopoczucie, aż w końcu nie wytrzymuje i z jego ust różanych wydobywają się słowa:

- Przestań już wreszcie trzeć tą wargę. Za chwilę będziesz mogła ją nosić jako kołnierz w zimie. Zajmij się czymś sensownym, kanapkę z kiełbasą mi zrób bo głodny jestem! 


Kid Rock i Pamela Anderson...
Pewnie jak tylko poznał Pamelę, to w jego głowie zaczęła się tłuc jedna samotna myśl, uderzała o ścianki czaszki wybijając jeden rytm:
Cy-cki, cy-cki, co-za-cy-cki! I kładł sobie te cycki na głowie, i na plecach, turlał się z nimi po puszystym dywanie, gadał do nich takie różne "puci-puci", grał z nimi w karty, pisał dla nich poezję i komponował ogniste pieśni.
A jakiś czas później...

Leży Pamelka nasza nadobna rankiem w łóżku, pochrapuje sobie z lekka, a tu nagle stawia ją na nogi wrzask umiłowanego trącającego jej pierś nogą obutą w Conversa:

- Cycki, i cycki! Gdzie się nie ruszę w tym domu tam cycki! Ani się wyspać, bo twoje cycki zajęły prawą i lewą stronę łóżka, ani zjeść w spokoju się nie da, bo muszę cycki z żurku wyjmować, już sam nie wiem czy to jajo czy cycek obok marchewki. Zrób że coś z tym kobieto, bo nic mnie w tym życiu doczesnym tak nie wkurza jak twoje wszechobecne, wielmożne cycki.


Miłość to niełatwa rzecz.
Trzeba od nią dbać. Przestały nam się podobać golenie ukochanej? Poszukajmy czegoś ciekawszego - może ciekawe pęciny? Może cudowne piegi na nosie jakich nie ma nikt?A może nasz obiekt westchnień (dawnych westchnień) ma ciekawe hobby , jak dzierganie przy zjeździe po muldach? Szydełkowanie synchroniczne? Biatlon sklepowo - kuchenny?

No, do diabła...z pewnością coś cię znajdzie! No, rusz się człowieku...no pomyśl!

Ale, ale...to nie wszystko!
Samemu też trzeba być ekscytującym. Trzeba się starać. Bo nie można osiąść na laurach, nie najesz się przecież mięsem z jednego polowania....trzeba polować cały czas. Czym zaskoczyć stygnącego partnera? 

Może kurs robienie past twarogowych, może lekcje gry na ukulele, może akrobacje na batucie, albo chociaż raz do roku nowa pozycja w łóżku? albo nowe łóżko?
albo...może jednak całkiem inna miłość?

"Miłość przestaje być przyjemnością, kiedy przestaje być tajemnicą."


niedziela, 3 marca 2013

Długość życia teściowej zależy od warunków występowania, jednak zawsze żyje za długo czyli tylko Chuck Norris potrafi podnieść krzesło, na którym siedzi.


To był jeden z tych leniwych dni pomiędzy Świętami a Nowym Rokiem, kiedy człowiek oddaje się przybyszewskiej rui i porubstwu , żywi się resztkami z lodówki i wciąż jeszcze ogląda prezenty. Niespieszny czas piżamowych poranków, śniegu za oknem, ciepłych kaloryferów, herbaty z malinami i dobrej lektury.

I  w taki własnie dzień, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość " ONA PRZYJEŻDŻA". Te one nawiedzały mój dom systematycznie od jakiegoś czasu nie krzywdząc nikogo, kryjąc się nieco po zakurzonych kątach mieszkania i szybko uciekając po schodach na górę do pieczary kawalera. Bez prezentacji obyć się oczywiście nie mogło bo żeby wejść na gorę trzeba przejść przez salon,. a żeby dojść do łazienki należy zwizytować kuchnię. Mój dom, jak widać, należy do tych bardzo stresujących dla młodzieży płci obojga. Przyjazd TEJ ONEJ był jednak czymś więcej, miał potrwać kilka dni - a to oznacza dzielenie łazienki, kuchni, salonu, talerza i dziecka. 

Cóż było robić, zzułam piżamę, wciągnęłam flagę na maszt i zapędziłam się do pracy - wymiatałam, ścierałam, myłam i szorowałam. Psy siedziały nerwowo na psich półdupkach ze zwieszonymi głowami, wiedziały, że po takim krzątaniu czeka ich wyczesywanie, i mycie wszystkich wilgotnych okolic ciała. ( co pies uwielbia, a czego suka nienawidzi jak kotów sąsiada). Wyczesałam siebie i męża, który natychmiast pomknął do kuchni w podskokach aby przy dźwiękach klasycznego rzępolenia tworzyć bigos nadobny i inne domowe przysmaki. Podskoki i radość się w nim tląca wynikały z tego, że zostało nam powiedziane, iż  kandydatka należy do kategorii hard -mocarz i nawet golonka jej nie dziwna. Po wysublimowanych miłośniczkach sushi, wegetariańskich króliczkach, odchudzających się lotniarkach, wreszcie doczekaliśmy się dziewczyny z krwi i kości. 

Teraz przyszło jeszcze opracować taktykę - powitać kandydatkę można wszak na kilka sposobów.

1. Na damę - Stoję w przedpokoju i przyglądam się spojrzeniem ciągłym i taksującym, po minucie cedzę - wiiiitam i podaję dłoń do ucałowania. Z góry ustalam wtedy hierarchię w stadzie i później jedynie pilnuję zdobytych przyczółków, wzdychając od czasu do czasu na temat partii, które przechodzą kandydatowi koło nosa.

2. Na słodko-jadowicie - Rzucam się z całusami i szczebioczę  - "ooo jaka ładna dziewczynka, a mówiłeś, że jest szczuplejsza/młodsza//wyższa" - kawaler i tak nie zauważy jadu, a kandydatka będzie wiedziała, że wojna została rozpoczęta i łatwo ze schodów na górę zepchnąć się nie dam. 

3. Metoda naturalna - "cześć i czołem - czuj się jak u siebie, bierz co chcesz i sobie nie żałuj" - tym samym oddaje pole do działania kandydatce - może się wykazać.  

4. Metoda na zimno - udaję, że nie zauważyłam, że ktoś przyszedł, oderwana od zajęć wydaję się nieprzytomna, przez następne dni konsekwentnie nie zauważam kandydatki podając jedzenie tylko kawalerowi, zwracając  się jedynie do niego, i myląc jej imię z poprzednimi kandydatkami - dobre do zniechęcania takich, które się jeszcze nie zakotwiczyły na stałe. Ryzykowne jeśli dziecko się zaangażowało. 

Oczywiście metod jest dużo więcej. Zachęcam do kreatywności i wypracowania swoich własnych. Metoda pierwsza została użyta wobec mnie w czasie pierwszej wizytacji domu przyszłego małżonka, było hardcorowo-  bazyliszek nie zginął od spojrzenia w lustro, jestem pewna, że zginął od spojrzenia mojej teściowej -   i tak zostało do dziś bo teściowa jest uzbrojona i nie waha się użyć całej amunicji w razie buntu. 


Wybraliśmy metodę 3. Oddałam pole i zostałam obdarowana misą pierogów ruskich domowej roboty (znaczy progenitura z głodu nie umrze), swojska kiełbasa i masłem RĘCZNIE ZROBIONYM. Było miło na tyle, że ucięłyśmy sobie pogawędkę przy wspólnym myciu i wycieraniu talerzy - naturalnie, niespiesznie, z humorem. (teraz przyszło mi do głowy, że kandydatka tez pewnie użyła wobec mnie jednej ze znanych metod - przynęcania na pieroga. Dałam się złapać!)

Martwi mnie tylko, że głównym tematem zakochanych była cewka tesli i wał napędowy. No, chyba że jestem już tak stara, że nie rozumiem....
A u góry MY W OCZEKIWANIU NA PREZENTACJĘ. 

piątek, 20 lipca 2012

Makiawelizm falliczny i bajronizm waginalny czyli Weltschmerz- część 2




Tekst wrzuce wieczorem. Nie mogłam sie jednak oprzeć Ediemu i musiałam go umieścic wczesniej. A może mały konkursik, jesli juz ktos tu zerknie - co sie zdarzyło?Hmmm?

Ci, którzy obstawiali saksy - wygrali!


Zaopatrzony w ciepłe ubranko – kurtkę na watolinie, białe, czyste kalesony, koszulę wizytową i codzienną, skarpety w żmijkę i sportowe frotte, Edi poczuł, że wstępuje w niego nowe, lepsze i bogatsze życie. Za namowa narzeczonej postanowił stawić czoło światu i Unii Europejskiej i zgodził się na znalezienie mu pracy za granicą. O swojej decyzji poinformował zdumiona rodzinę i znajomych zaledwie na 3 dni przed wyjazdem . Zżymał się straszliwie na wszelkie komentarze dotyczące braku znajomości jakiegokolwiek języka,  po za mocno utykającym ojczystym  i opryskliwie odpowiadał „Jeszcze zobaczycie”.

Rodzina tłumnie stawiła się aby wsadzić Ediego do autobusu- ciotka Stefa  zalała się łzami, ciotka Hanka postanowiła dać gastarbeiterowi kilka rad płynących z jej własnego doświadczenia, kiedy to pracowała „u Niemca”,  wuj Tadeusz poklepał Ediego po plecach i wsunął mu w kieszeń 10 dolarów. Pewnie uszczknął trochę swojego skarbu, pozostałego po dobrych czasach kiedy to jako młody inżynier otrzymał pierwsze zagraniczne pieniądze za projekt niesamowicie skutecznej pompy zatapialnej.  Rodzice Ediego czuli się jak rodzice syna wyprawiającego się na wojnę, z jednej strony czuli dumę, a z drugiej strach.  Matka słaniała się na nogach, podtrzymywana przez silne ramię męża, i pochlipując w chusteczkę wielorazową szeptała urywane zdania :- „Mój syn…tak daleko…mój kochany syn..na wygnanie” Towarzystwo w autobusie i kierowca zdawali się być nieco zniecierpliwieni tym przedłużającym się pożegnaniem; w końcu miał miejsce długi pocałunek na pożegnanie i Edi odjechał machając wesoło przez okno.

Przez pierwsze 10 godzin zarówno mama, jak i narzeczona wysyłały SMS-y, dzwoniły jak szalone i wymieniały się informacjami –„Są tu i tu, minęli to i to, zjadł już kiełbasę i jajka, wypił wodę, rozmawiał z tymi z przodu, stanęli na parkingu, ser mu nie smakował…” itd. Zauważyły tez, że Edi stał się jakby bardziej opryskliwy i smycz telefoniczna zdawała się mu ciążyć w nowej przygodzie.  Postanowiły dać mu wolność , i umówiły się, że grzecznie poczekają na to aż sam zadzwoni.

Minęło 10 godzin….
Telefon zadzwonił w środku nocy i wyrwał Narzeczoną ze słodkich objęć Morfeusza, w które wygodnie opadła zmęczona po serii zadręczających ją myśli.
- Haloooo – odezwał się nieco chrypiący głos
- Haloooo! Cześć kochanie, gdzie jesteś?
- Nie wiem….
- To zapytaj kogoś.
- Nie mam kogo, tu dookoła są tylko pola i las.
- Zapytaj kierowcy albo tych ludzi, którzy z tobą jadą – ćwierknęła w telefon Narzeczona, nieco już rozbudzona.
- Ale tu nie ma autobusu…ani kierowcy…ani nikogo…
- Gdzie ty jesteś??!!!- histerycznie krzyknęła Narzeczona – W jakim kraju????!!!Czy ty jesteś pijany???
- Nie wiem…właśnie się obudziłem na jakimś polu, i na dodatek komórka mi pada bo wydzwaniałyście do mnie jak głupie…
I tu połączenie się urwało....

(ciąg dalszy nastąpi, bo niestety nie zdążyłam więcej )

niedziela, 8 lipca 2012

Makiawelizm falliczny i bajronizm waginalny czyli Weltschmerz- część 1.


Kuzyn Edi* nie należał do awangardy rodziny. Jego kręgosłup moralny był tak słaby, że chłopak giął się jak glista ludzka postawiona na sztorc. Żadna praca nie spełniała jego ambicji zawodowych, każda była w jakiś sposób niewygodna i zwykle nie przywiązywał się do niej na dłużej niż miesiąc. Najczęściej winni byli współpracownicy i szefostwo nie umiejące docenić wysiłku jaki wkładał Edi w codzienne lub prawie codzienne, zwlekanie się z barłogu o nieprzyzwoitych porach i maszerowanie do roboty jak kodeks pracowniczy nakazywał.

Miał niesamowitego pecha, właściwie można powiedzieć, że załapał się na króla pechów, pecha wszystkich pechów, nadpecha wybitnego. Robotę, która zaczynał z ogromnym entuzjazmem natychmiast tracił, zostawał okradziony, zrobiony w bambuko, pominięty w rozdawaniu poborów, które mu się należały, wystawiony, zrobiony w konia, wystrychnięty na dudka i popchnięty w błoto. Żona, która pewnego pięknego dnia uciekła z dziećmi w niewiadomym kierunku, rzucając na pożegnanie „Cholerny leniu i pijaku!!”, zdawała się nie podzielać wiary w przekleństwo losu.

I pewnie żywot Ediego dobiegłby swego tragicznego końca, gdzieś pomiędzy ustami a brzegiem gwinta, gdyby nie to, że Edi miał matkę, która całym sercem przekonana była o istnieniu światowego spisku przeciwko jej synowi. Dawała pieniądze, prała, gotowała pomagała i wysłuchiwała kłamstw kiwając współczująco głowa i skacząc do oczu ojcu Ediego przy jakiejkolwiek próbie męskiej interwencji. Edi egzystował w pustym mieszkaniu, zwykle bez prądu i wody, którą odcinali mu złośliwie inkasenci, przygarniany do ciepłego M3 na zimę przez mamę i wyganiany wiosna przez ojca, naciągający ciotki i wujków na pożyczki spłacane później przez zawstydzoną rodzicielkę. Znajdował prace i gubił ją za chwilę, i tak przez ostatnie 20 lat z haczykiem.

Zwykle kuzynów Edich ukrywa się w najgłębszych zakamarkach pamięci i udaje, że wcale ich nie ma, dopóki nie wyskoczą nagle jak diabeł z pudełka i nie rzucą wesołego „Hej,hej!!!Szukałem cię bo mam sprawę!”

Wiedziałam, że sprawa musi być poważna bo na pożyczkę nie miał co liczyć, moja odmowa dawno temu spowodowała mocne rozluźnienie się naszych więzów rodzinnych, i obrazę majestatu. Tym razem nie chodziło jednak o pieniądze.

- Ty masz tam takie różne koleżanki, co to nie? Nie umówiłabyś mnie z którąś? Wiesz…trzeba by ugotować, cos posprzątać, no i ten tego te sprawy co wiesz…- zakończył z rechotem- tylko, żeby jakaś ładna była, czysta i inteligentna! – wyciągnął w górę wątpliwej czystości paluch z obgryzionym, brudnym paznokciem.

Milczałam bo odjęło mi mowę, zresztą bałam się zaciągnąć głębiej tym samym powietrzem, które owiewało jego pachy.
- No, myśl, myśl… - przyjął mój szok za dobra monetę Edi.
Rozważałam przez moment czy któraś z moich znajomych może być aż tak zdesperowana, albo czy istnieje taka, której przyjaźń chciałabym stracić na zawsze i nieodwołalnie lub też zemścić się za cos okrutnie, boleśnie i długofalowo.
- No…nikt nie przychodzi mi do głowy…- wychrypiałam, bo faktycznie jakoś długo nikt mi nie podpadł.
- To jak wymyślisz to zadzwoń – uśmiechnął się wesoło i błysnął mi przed nosem nową komórką – Tylko, żeby czysta była!

Zaczęłam się zastanawiać skąd u Ediego brało się takie zamiłowanie do czystych kobiet, skoro sam większość czasu spędzał w barłogu, znajdującym się na środku śmierdzącej nory, a mył się jedynie w czasie okazjonalnych wizyt u rodzicielki.
Żonę, jak dobrze pamiętam, opisał mi w ten sposób:
„..i wiesz, ona jest taka czysta, że zanim jakieś bara-bara czy cos to mówi mi idź umyj nogi”

Zastanowiło mnie to, bo jednak według mojej znajomości technik bara bara nogi mogły nawet pozostać w kowbojkach, ja sama kazałabym umyc przede wszystkim cos zupełnie innego. Widocznie Edi stosował jakiś skomplikowany seks, w którym drapie się partnerke stopa po twarzy lub też cos w tym rodzaju.

Swoją pierwsza kochankę zachwalał, mówiąc:
„…ona mnie do łózka nie wpuści zanim nóg nie umyję, a po tym tam to też się myje, taka czysta jest…”

Dziewczyny w końcu mu nie naraiłam i o całej historii zapomniałam, a raczej zapomniałabym, gdyby nie drugie spotkanie, gdzieś tak dwa tygodnie po pierwszym
„…chodzę do urzędów żeby załatwić takie tam sprawy, i tam siedzi taka babeczka, niezła, niezła, cycek ma, czyściutka, fajna taka, studia ma…leci na mnie”- szepnął wionąc na mnie odorem skwaśniałego piwska.

Pokiwałam smutno głowa nad umysłowa degrengolada kuzyna, popatrzyłam w jego zapuchnięte oczęta, pewna, że to nie on a wódka z jego żył do mnie przemawia i sadzi duby smalone. Po miesiącu rodzinę obiegła wiadomość, że Edi opowiada jak to kobieta Urzęd-owa do niego wydzwania i usilnie pragnie spotkań z nim, fundowania mu kolacji, kupowania mu prezentów i w ogóle kochania go do szaleństwa, na dodatek daje wikt i opierunek.

- Ech…już całkiem rozum stracił – wzdychały ciotki
- Pie….li – ucinali krótko wujkowie.

Aż, pewnego dnia Edi zjawił się na zjeździe rodzinnym prowadząc ze sobą całkiem interesująca panią, z imponującym biustem, miłym uśmiechem i bujnym włosem.
Cała rodzina popadła w stupor, a niezrażony milczeniem grona okołosałatkowego, Edi przedstawił im narzeczoną.

Chudy kuzyn Marek, nieszczęśliwy i pracowity kawaler gryzł pięści z zawiści, owdowiały wuj Tadeusz łypał na Ediego zazdrosnym okiem, a ciotki próbowały wyciągnąć cos z narzeczonej – co jej zrobił, że zgodziła się grać w tej farsie albo jakie niedostatki charakteru lub umysłu posiada decydując się dobrowolnie na katastrofę życiową.

Panna okazała się jednak prawdziwie zafascynowana narzeczonym i o żadnej przebierance mowy być nie mogło. Zorientowałam się, że to na poważnie bo Edi pochylił się i szepnął mi do ucha pomiędzy kolejkami „ ..a wiesz jaka czyściutka…zanim cos ten tego to ona mówi, zdejmij skarpety i umyj się bo inaczej do łózka nie wpuszczę…”
Edi promieniał, nowa narzeczona znalazła mu prace i kupiła auto. Nie jakiś najnowszy model, zwykły Trupolew ale dawał pewnego rodzaju swobodę i poczucie wyższego statusu społecznego. Niestety autem Edi nie cieszył się zbyt długo bo odebrano mu prawo jazdy za jazdę po alkoholu. Tłumaczył, że upił się ze szczęścia bo życie w końcu zaczęło mu się układać. Nowa praca tez po dwóch tygodniach okazała się niewypałem, bo Edi znowu był w niej szykanowany przez mniej pracowitych kolegów, znękany rzucił więc robotę i zajął się oglądaniem seriali moszcząc się wygodnie na fotelu przed telewizorem narzeczonej.

Narzeczona była uparta, doszła do wniosku, że może Edi ze względu na skromność swojej garderoby czuje się niekomfortowo w towarzystwie kolegów robotników, wzięła więc mała pożyczkę i obkupiła amanta w nowe ubranie – od skarpet, przez koszulę, kalesony, aż po płaszcz bo właśnie nadciągnęła zima.

*Edi(Eddie) – imię kuzyna zony głównego bohatera filmu Witaj Święty Mikołaju. Edi nie mógł znaleźć pracy przez 15 lat ponieważ czekał na kierownicze stanowisko.

niedziela, 27 listopada 2011

La-la-la-la love is crazy! czyli Roses are red , Violets are blue, we have NO mutual friends, so who the fuck are you?




W poprzednich 2 odcinkach:
Biśka, Ania i Ewunia wizytują koleżankę Teśkę w celu poznania jej nowego narzeczonego, z którym od jakiegoś czasu zamieszkuje. Narzeczony jest bardzo tajemniczym człowiekiem, a według Teśki blisko mu do geniuszu. Po pełnej przygód podróży trzy przyjaciółki docierają pod dom Teśki, a właściwie pod twierdzę jaką okazuje się domiszcze, i po wielu perypetiach dostają się do środka, a następnie ulegają masowemu zdziwieniu, na które wpływ ma zarówno wystrój, jak i niebieskie wiadro za firanką służące domownikom za toaletę.


Musiałyśmy poczekać z dalszą inwigilacją Teśki, mimo że było wyraźnie słychać, iż Anka starała się jak mogła. Początek kompozycji przypominał mi coś jakby "Nad pięknym, modrym Dunajem" a dalej poleciało coś z Bethovena...


- Czemu tak długo nie otwieraliście?
- Jakieś figo-fago kochanków? – zarechotałyśmy swoim zwyczajem, jak to w kobiecym towarzystwie bywa.
- Nieee…- nic z tych rzeczy – pokręciła głową Tesia - Piotr musiał pójść się ubrać.
- A co? Chodził nago?
- Właściwie tak….wiecie, on zwykle chodzi po domu nago. Mówi, że to dobre dla zdrowia.
Spojrzałyśmy na nią w niemym zdziwieniu, a za firanką ucichło.

- A nie przykleja się czasem tyłkiem do tych kanap ze skaju?
- Albo czasem nie zostawia… - Ewcia zamknęła się z trzaskiem rezygnując z dokończenia zdania, bo i tak zdążyłyśmy już zabrać dłonie z kanap i zaczęłyśmy siedzieć na ich brzeżku.
- Przyklejał ale podkładał sobie gazetę codzienną.
- Aaa…nie mogłas mu jakos tego dziwactwa wybić z głowy?
- Próbowałam. Powiedziałam, że farba drukarska jest szalenie niezdrowa i łatwo dostaje się przez skórę. Efekt był taki, że zaczął nosić pod pachą kartki z bloku technicznego i to na nich siada.
- No...ale ..Iwonka? – zapytała Anka wyłaniając się w końcu zza firanki.
- Iwonka siedzi w sypialni i ma nakaz czytania na głos. Piotr chce wiedzieć co ona robi, ale w sumie na dobre jej to wychodzi, szalenie podciągnęła się w czytaniu. I poznała masę nowych słów.
- A co ona czyta za książki?- zapytałam z ciekawością, jak to typowy robal książkowy.
- Nie, nie czyta książek. Piotr twierdzi, że książki powodują alergię. Wiecie...kurz..roztocza.. A ponieważ Piotr interesuje się budownictwem, to w domu co miesiąc jest nowy "Murator". No to sobie czyta….
Stopień zdziwienia osiągnął tak wysoki poziom, że przestałyśmy się dziwić czemukolwiek.

- Słuchaj, ale czemu wy tak w ciemnościach, bez okien, bez klamki i dzwonka?
- Och, to wszystko dlatego, że Piotr..
Teśka umilkła bo w tym momencie na schodach dało się słyszeć człapanie, i do pomieszczenia wszedł chudy, wysoki mężczyzna w okularach i amarantowym szlafroku.


- O rany! Chrząszcz!! – szepnęła ze zgrozą Ewunia.
- Nieeeee...szepnęła pozostała trójka, tym razem łącznie z Teśką.
- Iiiii -- zapiszczała ze strachu Ewunia prawie łamiąc mi dłoń w trzech miejscach uściskiem godnym Pudziana.

A więc, to był Chrząszcz....

*******

Chrząszcz był niewypałem, na jaki wdepnęła Ewunia decydując się na pierwszą w życiu randkę w ciemno. Była wtedy w wieku zegarowym i poddała się presji otoczenia - znaczy - ciotek, wujków, babć ciotecznych i sąsiadek, które przestały pytać "to kiedy jakiś kawaler?" , a zaczeły na jej widok szeptać złowrogo "Tik-tak-tik-tak". Straciła głowę i dała się namówić, a właściwie umówić.
Myślę, że do tego stracenia głowy przyczynił się czteropalczasty sąsiad, który pewnego dnia dogonił ja na schodach i chuchając przetrawionym alkoholem w kark wyszeptał:
- Pani taka sama, ja taki sam, to może by jakiś bzyczek wieczorem żeby nam się organa nie marnowały?

Żeby zapobiec marnotrawstwu organów, Ewunia zdecydowała się na spotkanie z kolegą-koleżanki-jednego kolegi.
O określonej godzinie pod dom Ewuni podjechał błyszczący samochód, a z jego czarnej czeluści wyłonił się wysoki, chudzieńki mężczyzna z wąsem. Ewunia od pierwszego spojrzenia nazwała go Chrząszczem.

W drodze do restauracji próbowała nawiązać jakąś nic porozumienia bredząc coś o pogodzie, wietrze i takich tam.
- Przepraszam ale nie rozmawiam kiedy prowadzę - przeciągając nieco sylaby Chrząszcz ściął Ewunię tuż przy korzeniu.
Podjechali pod elegancką restaurację, po pięciominutowym chaotycznym poruszaniu się po parkingu (którego Ewunia nie rozumiała ale bała się zapytać) zaparkowali, wysiedli. Chłopak przeprosił, wsiadł do auta raz jeszcze i przeparkował. Wysiadł, dołączył do Ewuni. Przy wejściu przeprosił, wrócił do samochodu i zaparkował inaczej. Ewunia stała i mokła bo siąpiło wyjątkowo. Wreszcie weszli.

W środku chłopak szybko znalazł odpowiedni stolik i poprosił żeby Ewcia usiadła. Zniknął na moment, a Ewa mogła oglądac przez wielką szybę restauracji jak miota się po parkingu ustwaiając samochód w różnych miejscach i kierunkach. Wrócił i przeprosił. Nie minęła minuta, kiedy grzecznie poprosił żeby usiedli gdzie indziej. Usiedli, przeprosił i poprosił żeby wybrała inne krzesło.

Skołowana Ewuś miała ochotę uciekać ale był wieczór, do domu było daleko, a ona była piekielnie głodna. Zgodziła się zmienić miejsce raz jeszcze, a później raz jeszcze i znowu, w końcu nadszedł zniecierpliwiony kelner i musieli zamawiać. W czasie kolacji chłopak wydawał się nieobecny, ciągle zerkał przez okno i nerwowo kręcił widelcem przesuwając jadło ze strony prawej na lewą i na odwrót. Ewunia czując grozę sytuacji postanowiła przemówić.

- Przepraszam - jękliwe rzucił Chrząszcz - ale w czasie konsumowania nie rozmawiam.
I tu uśmiechnął się po raz pierwszy. Trzeba przyznać, że uśmiech miał miły.
Kolację zjedli w milczeniu , a w drodze powrotnej w samochodzie panował mróz. Na drugą randkę Ewunia nie dała się namówić. Miała dość wariatów na długo.
*******

piątek, 21 października 2011

Wszyscy mężczyźni są tacy sami, mają tylko różne twarze, żeby można było ich rozpoznać czyli Gdy kobieta długo w mężczyznach przebiera, zwykle najgorzej wybiera.


(część 2, niestety nie ostatnia)

Anka wsadziła głowę do środka.
- Heej...uuuuu...aaaaa..
- I co? Widać coś? - niecierpliwiłyśmy się na schodkach.
- Coś jakby mignęło....takie blade...
- O Boże! A może oni nie żyją? I to tylko ich duchy plątają się po tym cholernym domu?
- Eee..no, przecież wczoraj rozmawiałam z Teśka przez telefon. Brzmiała całkiem żywo, o ile się nie mylę męczyła właśnie jakiegoś pacjenta wwiercając mu się w kanał.
- A skąd wiesz ile czasu potrzeba na przemianę w ducha? Może ona męczyła już jako duch?
- W dzień? - zwątpiła Ewunia i lekko popchnęła Ankę do środka.

W ciemnościach coś zaszurało i w drzwiach stanęła nagle Teśka z latarką w ręku. Wyglądała całkiem zdrowo, chociaż jakoś szaro.
- Żyjesz!- wrzasnęłyśmy chórem.
- Ciiii! Co??? Oczywiście, że żyję. O co chodzi?
- No...ten pusty dom...i w ogóle...
- Jaki pusty? Jaki pusty? Nie stójcie na schodach bo jeszcze was ktoś zobaczy, właźcie do środka.

Weszłyśmy do ciemnego przedpokoju, a drzwi zatrzasnęły się za nami bezgłośnie, jakby z cmoknięciem. Teśka zapaliła latarkę i powiodła nas w głąb mieszkania. Korytarz, którym szłyśmy przypominał lochy, brakowało tylko szczerzących zęby czaszek i rozsypujących się szkieletów leżących na zgniłej słomie. Jakieś obrzydliwe, odrapane ściany, brak światła i betonowa posadzka. W rogu pieczary stała drabina, której używano chyba do wchodzenia na pięterko przez dziurę, ziejącą w samym środku sufitu.
- Tam ktoś jest - szepnęła mi do ucha Anka łapiąc mnie jednocześnie kurczowo za rękę - Ktoś na mnie zerknął z góry...
Popukałam się bolącym palcem w czoło, czego i tak w tych ciemnościach pewnie nie zauważyła.

Teśka otworzyła piwniczne drzwi i zaczęła sprowadzać nas w dół.
- Teśka? Dlaczego mamy iść do piwnicy? - nabrałyśmy ochoty na szybki powrót do domu.
- Ojej, przestańcie. Tu mieszkamy!
- W piwnicy???? Dlaczego?
- Bo tu nie ma okien.
- Aha...ale..ale...nie lepiej mieć okna? Można wyjrzeć na zewnątrz, można nawet uciec przez takie okno.... - podsunęła Ewunia rozglądając się nieufnie.
- Ktoś może zobaczyć światło - ucieła Teśka i wprowadziła nas na piwniczne apartamenty.

Stałyśmy w jednym z najbrzydszych miejsc na świecie. Z odrapanego przedpokoju, ze zwisającą żarówką były wejścia do dwóch pokoi oświetlonych jarzeniówkami, i jakiejś klitki z wielką plastikowa miską i piecem, oraz niebieską zasłonką w rogu. Było wilgotno i niosło potem.

- A dlaczego tu nie ma okien? A dlaczego tu nie ma klamek?..A... - wpadła w mantrę Ewunia.
- A...dlaczego ty tu mieszkasz? Ukrywasz się przed pacjentami? - Anka zapomniała nawet o sikaniu - I gdzie jest Iwonka?? - zapytałam całkiem przytomnie.
- Tu. A gdzie ma być? Wszystko jest w porządku. Jestem bardzo szczęśliwa. Och...naprawdę, naprawdę nie macie pojęcia jaka jestem szczęśliwa...

Popatrzyłyśmy na rozlatującą się wersalkę pokrytą spękanym skajem, na odrapany kredens z pękniętą szybą, stare popękane linoleum i zwątpiłyśmy.
- Siku - pisnęła Anka.
- Za zasłonką w kuchni- wskazała ręką Teśka.
Za zasłonką stało wielkie metalowe, mocno obtłuczone, niebieskie wiadro.

C.D.N.

sobota, 30 lipca 2011

Czy seks jest niegodziwy? Tak, jeżeli został wykonany prawidłowo CZYLI Zdrada.Dramat w dwóch odsłonach z krótkim antraktem i miejscem na kucyka.


Marlenka przeciągnęła się rozkosznie kiedy słońce połaskotało jej piegowatą buzię przeciskając się przez szafirowe zasłony. Paznokciem o barwie karminu delikatnie podrapała się po zgrabnym nosku i ze zgrozą stwierdziła, że wczorajszy make up ciągle na nim jest. Szybkim ruchem wytarła paznokieć o prześcieradło zostawiając na nim mało dyskretną smugę Lasting Performance i ziewnęła uroczo. Przez głowę przebiegł jej wesoły korowód migawek dnia wczorajszego – trochę śmiechu, jakieś ukradkowe pocałunki i pieszczoty w tańcu.

- Właściwie nic nie pamiętam - pomyślała bez wyrzutów sumienia – chyba nie powinnam mieszać alkoholi. Tańczyłam z Darkiem, a może z Jarkiem…Tomkiem? Tak, z Tomkiem…próbowałam mu zdjąć koszulę, którą zachlapałam winem…aaa..nie mogłam przez ten cholerny, ciasno zawiązany krawat.
- Mmmm..- przeciągnęła się raz jeszcze – dobrze się bawiłam.
Z lewej strony łóżka coś mlasnęło. Marlenka odwróciła w tę stronę swoją śliczną główkę i ujrzała…nagie, męskie plecy. Plecy poruszały się miarowo w rytm oddechu ich właściciela i stanowiły całkiem miły obraz dla patrzącego; były ładnie opalone, średnio rozbudowane i dzięki szerokiemu karkowi łączyły się z kształtną głową.

- Oj! Chyba zabawa zaszła dalej niż myślałam – pomyślała nieco wytrącona z porannego spokoju Marlena– czas wiać.
Szybko odrzuciła kołdrę, spuściła stopy na puszysty dywan i tuż przy łóżku ujrzała kotłowaninę szmatek damsko - męskich. Delikatne, jedwabne figi przytulały się do czarnych męskich skarpet, pończochy splotły się uroczo z jeansami blue denim, a biustonosz zwieszał się kusząco z krzesła zerkając na leżącą pod nim błękitną, męską koszulę. Brakowało jedynie spódnicy i bluzki. Marlenka przemieszczała się po pogrążonym w półmroku pokoju na palcach, zbierając nieprzytomne jeszcze po nocy szatki i wypatrując reszty garderoby. Spódnica, bluzka i buty leżały po drugiej stronie łóżka.

- Widocznie tutaj zaczęłam – zaśmiała się do siebie cichutko i pochylając się rzuciła szybkie i ciekawskie spojrzenie na twarz śpiącego. Spojrzała i zastygła w panice. Na łóżku, w sennych objęciach Morfeusza posapując i ciamkając szybował mąż jej najlepszej przyjaciółki Madzi.
Marlenka wróciła na swoje miejsce na łóżku i schowała głowe w ramionach.

- No to się wpakowałam. Jak mogłam to zrobić Madzi? I dlaczego? Przecież ten durnowaty Irek nigdy mi się nie podobał. Gnyp straszny, gada bez przerwy o piłce i żłopie piwsko, a całe dnie spędza pod maską swojego grata. Beznadziejny typ! I na dodatek czuję, że mnie nie lubi.
Po lewej czknęło dwa razy jakby dla potwierdzenia.

- Obrzydliwe – pomyślała Marlenka – Pal licho tego krzywonogiego gnoma! Co zrobić z Madzią? Ona taka kochana, zawsze mnie potrafi pocieszyć, nieraz ratowała mnie z tarapatów…A niech to! Wyjdę na wredną małpę, z przyjaźnią koniec i będę musiała w trybie natychmiastowym oddać to 500 zł, które pożyczyłam w zeszłym miesiącu. Dramat, dramat, dramat….Może ubrać się i uciec, a potem wszystkiemu zaprzeczyć? W końcu wszyscy byli pijani, i istnieje nikła szansa, że nikt nic nie pamięta. Uczepiwszy się nadziei na cud powszechnej niepamięci Marlenka rzuciła się do wyjścia.
Niestety, łatwiej pomyśleć niż zrobić. Drzwi okazały się zamknięte na klucz, samego klucza natomiast brakowało w polu widzenia.

- Już po mnie – pomyślała Marlenka i usiadła zrezygnowana na łóżku.
Po lewej zaburczało tęsknie i po męsku.

środa, 7 kwietnia 2010

Ewy przypadki czyli Miłość to sprawa idealna, małżeństwo - realna.




Przypadek pierwszy:

- Wyjdź gdzieś, poznaj kogoś… - mówiła mama do Ewuni – ciągle tylko siedzisz w domu.
Jesteś młoda, ładna powinnaś się bawić i poznać jakiegoś przystojnego młodzieńca.

Poszła. Poznała. I dopadł ją pech – wyszła za mąż z wielkiej miłości. Mąż przystojny, wysoki, może nieco zbyt szczupły ale za to z bujną, gęstą czupryną. No i przede wszystkim zakochany. Już w 3 miesiące po pierwszej randce zaproponował małżeństwo, na które Ewa zgodziła się z radością i nadzieją na lepsze jutro. Niestety, jak to zwykle bywa z przystojnymi – zdradzał. Pierwsza zdrada nastąpiła już 3 tygodnie po wspaniałym weselisku, w czasie podróży poślubnej. Mąż w podróż jechać nie chciał i zaproponował, żeby Ewunia zabrała w tą upojną podróż swoją własną mamusię, a on tymczasem zostanie w domu i zrobi generalne przemeblowanie gniazdka miłości. Cóż miała robić świeża panna młoda? Pojechała zwiedzać Kazimierz nad Wisłą w towarzystwie naindyczonej i rozbawionej nieco mamusi. Czas spędziły spacerując pod ramię głównym deptakiem i obserwując całujące się na ławkach pod drzewami szczęśliwe parki. Po powrocie do domu zastały pobojowisko – sterty brudnych naczyń, ciuchy zaścielające całą podłogę w łazience, pustą lodówkę i długie włosy na haftowanej w aniołki poduszce świeżo zakupionego łoża małżeńskiego, ze złoceniami u wezgłowia.
- Skąd te włosy? – zapytała trzeźwo Ewa swojego nieogolonego oblubieńca, trzymając w palcach kręcony, czarny loczek.
- Jakie włosy? A, to…kolega wpadł ze swoją dziewczyną, to użyczyłem im łóżka. Przestań być podejrzliwa jak każda baba – zmarszczył brwi i podrapał się po kilkudniowym zaroście, ziewając przy tym niemiłosiernie.
Ewa już dawno postanowiła być żoną wspaniałą, zamilkła więc i przełknęła piekącą gulę, która pojawiła się w jej gardle i cisnęła się w stronę wyjścia, żeby eksplodować w zetknięciu z kwaśnym powietrzem pokoju.
Rozpoczęli wspólne życie we trójkę. Teściowa, która jeszcze dzień przed ślubem była wspaniałą mamulą, której oblubieniec nigdy nie posiadał, teraz przeistoczyła się w jego oczach w ziejącego jadem potwora, którego unikał jak diabeł wody święconej; mieszkanie, które miało łączyć dwa serca spragnione miłości stało się więzieniem, z którego uciekał kiedy tylko mógł.

Z czasem lojalne koleżanki zaczęły informować Ewę o tym, że miały okazję zobaczyć jej szanownego małżonka to tu, to tam z tą lub tamtą panią. W końcu Ewa nie wytrzymała, wygarnęła wszystko co jej na sercu leżało i w zamian usłyszała ogłuszająca prawdę:
- Tak, wiesz…no spotykam się z różnymi tam…a co ty się nigdy nie spotykasz?
- Prywatnie i pokątnie? Nigdy!! Od czasu kiedy jestem twoją żoną nie chadzam na randki!
- Wiesz…może mamy inne charaktery…
- Tak! Ty jesteś dziwkarzem, a ja nie!
- Ja ci nie bronię…
- Czego?
- No, żebyś się z kimś spotykała. Wyjdź gdzieś, poznaj kogoś…jesteś jeszcze młoda, to sobie kogoś znajdziesz….
Tej nocy Ewa i jej pierwszy małżonek pakowali do pudełek wiano niewiernego.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Wielka epopeja miłosna na puzon i waltornię 1 czyli Przygoda Mysi

Nie mogłam zostawić Mysi na starym blogu, musiałam ją tu przytargać ze sobą,
w całości. Jakoś się do niej przywiązałam.


Muszę znaleźć inną pracę. Wyjechać z tego zapyziałego kraju, nauczyć się obcego języka, coś przeżyć, coś zdobyć! Potrzebuję zmian, zmian, zmian!- przekrzykiwała nas wszystkie Mysia na babskim spotkaniu przy kawie i ciastkach.
- Oby nie na gorsze- zauważyła ponuro Gabrysia.
- A szukasz czegoś konkretnego? - zapytała Małgonia - Znajoma mojej znajomej wspominała ostatnio, że ma fajna pracę za granicą. Dokładnie to w gorącej Hiszpanii. Podobno pracowała tam koleżanka koleżanki jej córki i była bardzo zadowolona. Co ja mówię, była szczęśliwa do wypęku. Wróciła opalona, przywiozła mnóstwo kasy i jeszcze na dodatek zakochała sie w tamtejszym chłopaku. Piszą teraz do siebie, bo hiszpańskiego też liznęła.
- Hihihi...hiszpańskiego czy Hiszpańskiego lizała? - czknęła nietaktownie Kasia.
- A co to za praca? - Mysia wyraźnie się zainteresowała puszczając mimo uszu nietaktowną uwagę koleżanki.
- Trzeba się opiekować jakimś tamtejszym suszkiem - staruszkiem. Tyle, że praca polega właściwie na przyciskaniu różnych guzików w maszynerii pod którą pacjent jest podczepiony. Rano klik i wieczorem drugi klik. Słyszałam, że mają basen, i samochód dla opiekuna. Willa stoi na skraju morza, weekendy wolne, żyć nie umierać.
- Dawaj! - Mysia, prawie się oblizała.- Zaczynam nowe życie. Zobaczycie jeszcze będziecie mi zazdrościć.
Przez jakiś czas było cicho o nowym życiu, następnie sprawa ostro ruszyła do przodu. Koleżanka koleżanki, której koleżanka córki była w tym raju, dzwoniła prawie codziennie z nowymi wiadomościami.
-Tylko weź kostium, bo mają wspaniały basen. Zabierz prawo jazdy bo Mercedes w garażu będzie do Twojej dyspozycji. Olejków nie zapomnij! Płacą sporo ponad przeciętną polską normę, a na dodatek ZUS. Właścicielka powiedziała, że chętnie nauczy cię hiszpańskiego, jeśli będziesz mieć ochotę na zagospodarowanie sobie czasu wolnego i przerwę w opalaniu i spacerach.
Mysia odebrała też bezpośredni telefon od hiszpańskiej pracodawczyni, niestety konwersacja nie wykroczyła po za zdawkowe "Hi! How are you?" " I'm ok" ale czuła, że to musi by przyjazna dusza. Mysia głęboko wierzyła w siłę swojej kobiecej intuicji.
Przygotowania ruszyły pełną parą. Mysia złożyła rezygnację w pracy, zamieściła ogłoszenie o wynajmie swojej kawalerki i rozpoczęła wielkie pakowanie walizki przez wszystkich zwanej pieszczotliwie "Stodołą Mysi". Postanowiła też, że podróż odbędzie autobusem bo to bezpieczniej i taniej. Bilet kosztował sporo ale zadatek za wynajem mieszkania jakoś załatał dziurę w budżecie.
I wtedy nastąpił pierwszy wypadek w serii niefortunnych zdarzeń. Dwa dni przed wyjazdem Mysi do Raju zadzwoniła dawno nie widziana koleżanka Hanka, wytrawna podróżniczka, która z niejednego pieca chleb zjadała.
- Hiszpania? ZUS? -haha, kochana NIEMOżLIWE. Nie będziesz miała żadnego ZUS-u, załatwienie tego graniczy z cudem. Może za parę lat, kiedy Polska wejdzie do Unii. Teraz? Marne szanse. Zresztą nie będę cię zniechęcała, sama sobie zadzwoń do konsulatu i zapytaj o wszystko.
Rankiem Mysia trzęsącymi się palcami wybrała numer na klawiaturze telefonu i dziesięć minut później potwierdziły się jej najczarniejsze obawy. Poczuła się oszukana i rozczarowana. Wielkie marzenia obróciły się w próchno obrzydliwe.
- Mam w nosie! Nie będę pracowała na czarno. Nigdzie nie jadę, a bilet zaraz oddam.
-Oczywiście, że bilet może pani zwrócić kiedy tylko pani chce. Oczywiście przed terminem wyjazdu. Wszystkie informacje o zwrocie płatności znajdzie pani oczywiście na odwrocie biletu, w załączonej tabelce.
Posługując się lupą, pożyczoną od córki Mysia ze zgrozą odkryła, że oddając bilet dwa dni przed wyjazdem otrzyma jedynie około 10% jego ceny.
- Mam w nosie ZUS! Jadę. Przynajmniej obejrzę Hiszpanię i poopalam się trochę.
Podróż była długa i wyczerpująca, ale towarzystwo mocno rozrywkowe. Pod Wrocławiem już wszyscy byli ze sobą na TY, a w okolicach Pragi ostatnie niedobitki zawodziły sennie "Poszła Karolinkę..." i nieśmiertelnego Górala.
Ponieważ sprawa z ZUS-em mocno Mysię zaniepokoiła, postanowiła na wszelki wypadek zabezpieczyć tyły. Na jednym z postojów weszła w bliższy kontakt z kierowcami, wypytując ile dokładnie czasu zostaną w Barcelonie, w jakim hotelu będą mieszkać i prosząc na koniec o numer ich telefonu. Ponieważ kierowcy zaczęli mrugać do siebie porozumiewawczo i oblizywać się obleśnie, rozchlapując wokół ślinę wraz kawałkami jedzonej właśnie kanapki z myśliwską, Mysia na wszelki wypadek spróbowała wyjaśnić motywy swojego działania.
-Wiedzą panowie...ja Hiszpanii nie znam, nie wiem czy ktoś będzie na mnie czekał...gdyby coś nie wyszło to przynajmniej wrócę z panami do domu.
Uwierzyli czy nie, nieważne. Grunt, że Mysia wszelkie potrzebne informacje uzyskała.
Barcelona. Słońce praży niemiłosiernie. Parking pełen ludzi, wszyscy krzyczą, targają bagaże, dzieci płaczą, mężczyźni przeklinają. Autobus odjechał, ludzie się rozeszli. Mysia została sama z uczuciem niepokoju i walizką wielkości stodoły. W ręce trzyma świstek z numerem telefonu do przyszłej pracodawczyni. Ale jak zapytać o budkę telefoniczną, jeśli jedyne słowa jakich Mysia była pewna w języku hiszpańskim to „Las Palabras de Amor” . W tej chwili bynajmniej nie byłyby przydatne.
Z daleka dał się słyszeć sygnał klaksonu i z wizgiem kół podjechał na parking biały mercedes, ze środka wyskoczyła czarnowłosa kobieta i bez słowa rzuciła się do bagaży Mysi. Jedną ręką podniosła skórzana stodołę, a drugą zgrabnie zatrzasnęła bagażnik. Zrobiła to prawie jednocześnie. Następnie zajęła się samą Mysią upychając ją na tylne siedzenie auta. " Ale się spieszy" - zdążyła pomyśleć Mysia, kiedy ręce kobiety nieoczekiwanie zaczęły ją ugniatać w okolicach ramion. Wariatka? Muskuły mi sprawdza?
Po chwili Mysia zrozumiała, że czarnowłosa seniorita chce aby gość przyjął na tylnym siedzeniu pozycję horyzontalną. " Pewnie to kawałek drogi i dba żebym wypoczęła" - rozluźniła się więc i ułożyła wygodnie na siedzeniu. Denerwowało ją tylko, że nic sobie z tej Hiszpanii nie obejrzała, mimo że podróż trwała ponad godzinę. Kiedy tylko unosiła głowę, Hiszpanka krzyczała coś w swoim języku wykonując jednocześnie ruch ręką w dół.
Wreszcie znalazły się na miejscu. Automatyczna brama rozsunęła się bezszelestnie i wjechały na teren czegoś co Mysia mogła dotąd tylko podziwiać w katalogach biur podróży i meksykańskich serialach, które namiętnie zresztą oglądała. Samochód zatrzymał się i kobieta wysiadła, otwierając drzwi po stronie Mysi.
- „Zachodnia kultura” – przemknęło przez głowę naszej bohaterce. Wreszcie można się rozejrzeć dookoła; basen, ogród, dom ze szklaną oranżerią - cud i miód.
"Wow, ale będę mieszkać! Wszystkie baby zzielenieją kiedy im wyśle zdjęcia" - rozmarzyła się Mysia, widząc się już na brzegu basenu w swoim nowym kostiumie z miseczkami push-up i z kieliszkiem porto w ręku.
Sen na jawie przerwała kobieta łapiąc dziewczynę za rękę i pociągając w stronę domu. Mysia rozglądała się dookoła i czuła jak w muzeum - mnóstwo rzeźb, szklanych figurek, dywanów i obrazów. I lustra, wszędzie mnóstwo luster. Wycieczka połączona z intensywnym bieganiem po schodach trwała około 20 minut, Mysia zdążyła zobaczyć chyba wszystko - od sauny, aż po sypialnie domowników. "Ciekawe, która z nich będzie moja? Może ta z widokiem na basen?".
Niestety czarnowłosa już ciągnie Mysię na zewnątrz znowu przerywając marzenia w najmilszym momencie.
Już są przed domem. Mysia sięga do bagażnika samochodu ale Hiszpanka delikatnie bije ją po dłoni i wskazuje wnętrze samochodu. "Gdzie ją jeszcze niesie? Mam ochotę na kąpiel i coś do jedzenia"- Mimo, że trochę zniecierpliwiona Mysia grzecznie wykonała polecenie gospodyni. Samochód ruszył i skierował się w stronę kępy krzaków, za którymi widać było jakieś drewniane zabudowania. Mysi przypominały one skrzyżowanie chlewika z pakamerą ciecia. Samochód zatrzymał się i Hiszpanka z uśmiechem skinęła na Mysię, zalewając ją jednocześnie potokiem obcych słów. Dziewczyna wyłowiła z nich jedno, które już gdzieś słyszała "Casa"
- Chwilunia..casa to zdaje mi się nie kasa tylko dom - wysiliła się Mysia przypominając sobie tytuł jednego z miesięczników hiszpańskich, które podziwiała w Empiku, poświęconych wystrojowi wnętrz.
- "To ma być mój dom???" Mysia spojrzała na kobietę z niedowierzaniem, ale ta zajęta już była wyciąganiem Mysinych bagaży i nie dojrzała wysoko uniesionych brwi i otwartych ust początkującej polskiej globtroterki.

Wielka epopeja miłosna na puzon i waltornię 2


Wnętrze nowego mieszkania Mysi wyglądało jak Dom Starców Dla Sprzętu Domowego. Część wyposażenia była już dawno na emeryturze, a znaczna część od dawna musiała pobierać rentę. Stopień inwalidztwa był różnorodny. Na samym końcu pomieszczenia znajdowała się firanka, wstydliwie zasłaniająca popękany ustęp, małą umywalkę z brudnym lustrem i koślawy stoliczek z pożółkłym elektrycznym czajnikiem. Na środku znajdowały się dwa, nieco objedzone przez niewiadome zwierze, osobne materace ze skołtuniona pościelą. Seniorita wskazała ręką ten po lewej stronie i wyjęła z jednej ze stojących w pobliżu politurowanych szaf, czystą i pachnącą pościel. Następnie otworzyła drzwi pozostałych trzech i wskazała ręką niekończące się rzędy burych, stylonowych podomek mocno osadzonych w latach 70. Wszystkie pachniały kulkami na mole.
Hiszpanka wyciągnęła palec w stronę Mysinego ubranka i jeszcze raz wskazała szafę.
Mysia patrzyła oniemiała na pantomimę w wykonaniu gospodyni i powoli do jej świadomości docierał komunikat tak nachalnie wysyłany przez gospodynię.
- Ja mam w tym chodzić? – zdjęła z wieszaka jedną z sukienek i przyłożyła do swojego ciała. Jej wielkość i krój pasowałby i do Mysi i do hipopotama i oboje wyglądaliby w tej kiecce jednakowo fatalnie, z tym że hipopotam miałby więcej do zarzucenia swojej figurze niż Mysia.
- Może kobieta lubi styl vintage? – zastanowiła się Mysia uklepując fałdy szarego obrzydlistwa.
Hiszpanka wyraźnie ucieszyła się, że Polka nareszcie zrozumiała w czym rzecz i zaklaskała z radości w ręce. Z kieszeni wyjęła niewielki woreczek i podała dziewczynie.
- Gumki do włosów?!! – zdziwiła się Mysia. Rozerwała woreczek i spróbowała użyć jednej z nich, zbierając włosy jedną dłonią i formując z nich zgrabny kucyk.
Seniorita była wniebowzięta. Podała Mysi małą kartkę z narysowanym niebieskim długopisem zegarem, na którym wyraźnie zaznaczona była godzina 8.00 i machając na pożegnanie opuściła lokal.
Mysia została sama. Wolała nie myśleć nic. Umyła się w umywalce, zjadła resztki polskich wiktuałów, i płacząc rzuciła się na barłóg.
…………………………………………………………………………………

Znasz to uczucie – budzisz się i oddychasz z ulgą, że to tylko sen. Znowu leżysz we własnej pachnącej pościeli, czujesz i słyszysz za ścianą oswojone przez lata dźwięki i zapachy poranka. Niestety, nie tym razem, ta opcja nie dotyczyła poranka Mysi - otworzyła oczy i upewniła się, że nie śpi a koszmar trwa. Wielokrotne szczypy i szczypy z zakręcaniem nie pomogły ani trochę, koszmar przycumował na stałe i wydawał się być jedyną pewną rzeczą we wszechświecie.
- A niech to szlag i sakreble! – zaklęła pod nosem Mysia i wciągnęła w nozdrza zapach porannej Hiszpanii, nieco tylko zakłócony aromatem kurzu i niemytych stóp.
- Niemytych stóp? – ocknęła się niemal natychmiast.
W barłogu obok coś zadrżało.
- No, nie…i na dodatek szczury! – czoło Mysi pokryło się potem a ostatnia kanapka z szynką jaką spożyła przed snem podjechała jej do gardła. W tej samej chwili spod koca koloru bardzo zgniłej i wybitnie zapleśniałej zieleni wychynęła stopa, na pierwszy rzut oka męska; jej właściciel prawdopodobnie nie wierzył w mydło a paznokcie ścierał biegając boso po asfaltowych drogach. Chwilę później do stopy dołączyła kępa skołtunionych czarnych kłaków i nieogolona gęba ich właściciela.
- Buenos dias!! Mi nombre Pepe!- kudłaty uniósł się z posłania wyciągając rękę do dziewczyny a okrywający go koc delikatnie zsunął się na ziemię ukazując resztę owłosionego ciała wraz z klejnotem koronnym.
- Ooooo….
- Ohoho! – zawtórował zwierz dziki, cofnął sękatą dłoń i podrapał się po brzuchu kurtuazyjnie omijając bardziej intymne okolice.
- Ciekawe czy będzie się iskał? – zastanowiła się praktycznie Mysia przypominając sobie widziany niedawno film o gorylach.
- Te gustas? – uśmiechnął się obleśnie niemyty i kokieteryjnie podciągnął w górę jedną brew.
Mysia na wszelki wypadek spuściła wzrok i zajęła się grzebaniem w stodole dając tym samym do zrozumienia, że żadne gustas nie wchodzą w grę.
Czarny tymczasem naciągnął leżące obok materaca czarne gacie i szarą podkoszulkę bez rękawów z napisem „Have FUN”, która niejedno piwo z nim wypiła i niejedno gazpacho zjadła.
Po pierwsze śniadanie. Zapasy z Polski uległy wyczerpaniu, a na wspólne biesiadowanie z właścicielką hacjendy raczej się nie zanosiło. Mysia przeszukała dokładnie reklamówkę zawierającą jeszcze niedawno jaja na twardo, pomidory i kanapki, tylko po to żeby upewnić się, że po za torebkami z herbatą nic tam już nie ma.
- Oreja – skrzypnęło jej za uchem. I przed nos zajechał zatłuszczony papier zawierający jakąś smażeninę, która całkiem smacznie pachniała.
- Gracias – nieśmiało wydukała Mysia i wbiła zęby w soczystą i pachnącą potrawę. Było całkiem dobre, chociaż nieco twardawe. Czarniawy zakręcił się tymczasem w kąciku pakamery i wyczarował 2 filiżanki czarnej, mocnej kawy. Usiedli na swoich własnych barłogach i uśmiechając się do siebie z nad oreja próbowali przełamać barierę językową. Tą całkiem miłą atmosferę nieco mącił Mysi widok węża z przyległościami delikatnie wysuwającego się z nogawki spodenek Pepe.

Wielka epopeja miłosna na puzon i waltornię3




Mieszkanie z Pepe pod jednym dziurawym dachem, nie należało do najłatwiejszych. Pepe był człowiekiem wolnym, wolnym od wszelkich nacisków i konwenansów. Nie wierzył w mydło, woda służyła mu jedynie do picia, a ciuchy wietrzył rozkładając je co wieczór na podłodze. Miał jednak jedną wielka zaletę – był współmieszkańcem cichym, prawie niesłyszalnym. Jego obecność w domu zaznaczały jedynie dwie rzeczy: zapach i naturalne odgłosy, którym dawał swobodne, nieskrępowane ujście. Mysia cierpiała. Cierpiała jednak jedynie w głębi swojego jestestwa, gdyż to właśnie jedzenie i kawa od czarnego pomogły jej przeżyć pierwszy tydzień. Pepe stał się dla Mysi matka karmiącą i aniołem stróżem, który zawsze był na miejscu i pomóc potrafił, a nawet chciał. Czasem nawet chciał bardziej niż musiał, ale zmarszczone brwi Mysi natychmiast prostowały jego skosmacone myśli. Własne jedzenie było dla Mysi nieosiągalne. Najbliższy sklep znajdował się kilka kilometrów dalej, a wleczenie się pustą drogą w upał jakoś się jej nie uśmiechało. Z pańskiego stołu nie spadł na jej talerz nawet mały okruszek. Za to pracy było aż nadto. Zaczynała ją o 8.00 i kończyła o 20.00, na szczęście w południe przysługiwała jej 3 godzinna sjesta. Do głównych zadań Mysi należało odkurzanie i mycie wszelkich szklanych powierzchni w domu, oraz odkurzanie kolekcji szklanych zwierzątek chojnie porozstawianych na wszystkich meblach. Gospodyni zajmowała się śledzeniem postępów Mysi w pracy i marszczeniem czoła z niezadowolenia. Próbując kuć żelazo póki gorące - Mysia postanowiła powalczyć nieco o swoje.
- Miała mnie pani uczyć hiszpańskiego – upomniała się już drugiego dnia nieco łamaną angielszczyzną .
Hiszpanka ściągnęła brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Spanish.?. – Uśmiechnęła się pod nosem i kiwnęła głową, a następnie wysunęła palec wskazujący.
- Mooo-peeeee-ro- powiedziała pokazując na moczącą się w wiadrze szczotkę.
- Pueeee-rta – dodała wskazując na szklane drzwi.
- Cuuuu- bo – zakończyła na wiadrze. – Spanish! – podkreśliła dobitnie, odwróciła się na pięcie i odeszła pozostawiając Mysię z lekko otwartymi ustami.

Trzeciego dnia pracy nastąpiła apokalipsa, Mysia i 4 hiszpańskie dochodzące sprzątaczki, ubrane i uczesane dokładnie jak Mysia, otrzymały wielka listę spraw do natychmiastowego wysprzątania, wymycia i wyfroterowania.
Do domu miał zjechać młodszy syn gospodyni. Już od rana imię Enrike nie schodziło kobietom z ust, przygryzały wargi, poprawiały tłuste kosmyki, przygładzały szare sukienki. W końcu przybył i pech chciał, że zastał Mysię w stołowym z jedną noga na krześle a druga na kominku. Zdając sobie sprawę, że w tak wielkim rozkroku prezentuje się diabelsko niekorzystnie i wystawia na światło dzienne zwykłe, lekko już szare majtasy z bawełny, Mysia spróbowała połączyć obie nogi jak najszybciej potrafiła. Niestety, zdradzieckie hiszpańskie krzesło nie wytrzymało tej próby. Jej szukająca podpory ręka ściągnęła z kominka całą kolekcje szklanych słoników z trąbami uniesionymi w górę, ogromny brzęk tłuczonego szkła, pękającego krzesła i zlatującej Mysi odbił się echem po hiszpańskiej ziemi.
Enrike rzucił się na pomoc ale Mysi już nic nie mogło pomóc. Leżała w słoniowych skorupach, a zaraz obok leżał kawałek przedniego zęba.


Płacząc rzuciła się na łóżko i dała pełny upust swojemu nieszczęściu, pechowi i złości. Bębniła w barłóg pięściami aż zaczął się z niego unosić przykry zapaszek.
Drzwi skrzypnęły i w progu pojawił się Pepe. Nic nie mówiąc wszedł i cicho usiadł na swoim kraciastym kocyku. Mysia podniosła głowę i ze łzami w oczach powiedziała po polsku:
- Taka jestem nieszczęśliwa. Comprendo? Nie, ty nic nie comprendo…nikt mnie nie kocha i na dodatek straciłam zęba na samym przedzie.
I wyszczerzyła się na całą szerokość Mysinej twarzy dając jasno do zrozumienia, że w urodzie nastąpiły pewne zmiany. Pepe patrzył i nie reagował, jego brwi zbiegły się co prawda w jedna kreskę, a czoło dokładnie zdawało się odbijać jakąś wewnętrzna pracę myśli. Myślał i widać było, że ta czynność zaczyna sprawiać mu przyjemność.
- Kreton – westchnęła dziewczyna.- Spaniszki Kreton. Zawsze musze na takich trafiać.
Mówiąc to zwróciła się do poduszki, która zdawała się mieć więcej współczucia niż hiszpański współmieszkaniec.
Leżała tyłem do nieczułego Hiszpana, a jej plecami wstrząsały nagłe dreszcze. Pepe zniknął za lichą firaneczką i oddawał się tam z pełnym zapałem jakiejś pracy, o czym świadczył dzwięk dartego papieru i szczęk nożyczek. I spluwanie, duuuzo soczystego spluwania.
W świetle ostatnich wydarzeń mógł tam sobie pluć do woli, Mysi było już wszystko jedno, płacz pomału prowadził ją w objęcia Morfeusza. Gdy nagle Pepe delikatnie pogładził ją po ramieniu. Ta nieoczekiwana pieszczota sprawiła, że usiadła natychmiast i spojrzała zdziwiona na kudłacza z przestrachem.
.Pepe ubrany był w białe giezło, zawiązane dookoła obrośniętej szyi jak wielki śliniak. Mysia bez pudła dostrzegła w nim jego osobiste poplamione cieczą wszelaką prześcieradło. Pepe przyglądał się jej z uwagą, a jego wzrok wyrażał niebezpieczne uwielbienie. Szybkim ruchem ściągnał przepoconą gumkę z włosów dziewczyny, i założył jej na głowę papierową, mocno pogniecioną i trochę mokra na łączach koronę, drugą koronę założył na głowę sobie.
A potem sękatymi brudnymi łapami dotknął ust Mysi i delikatnie podciągnął ich kąciki w górę.
Z głośnika starego, przenośnego radia sączyła się cicha muzyka. Pepe i Mysia poruszali się pomału, jak w chocholim tańcu . W zakurzonym, opartym o jedną z szaf lustrze Mysia zobaczyła drgające do rytmu, pokryte czarną szczeciną gołe pośladki Pepe wymykające się spod prześcieradła, które to ich właściciel właśnie zawzięcie drapał, a wyżej rozanielony uśmiech Dziewczyny Bez Zęba Na Przedzie.
W starej pakamerze tańczyły w ostatnich promieniach zachodzącego słońca drobinki kurzu, tańczyli też przytuleni Pepe i Mysia. A muzyka grała, późno w noc..
………………………………………
- Enrike został w domu jeszcze tylko dwa dni- zakończyła swoje opowiadanie Mysia skubiąc rąbek sweterka.
- I co, i co, i co? – nie wytrzymywały dziewczyny trąc butami o wysłużony dywan perski produkcji tureckiej .
- I nic! Co się głupio pytacie? Przecież ja tam chodziłam bez makijażu i z tym idiotycznym kucykiem, no i w tych kremplinowych podomkach to skąd miał chłopina wiedzieć jak ja naprawdę wyglądam??!! Z pewnością coś by było, gdyby tylko był na to czas! – uniosła się Mysia teraz już w perfekcyjnie wykonanym makijażu i z elegancko wstawioną jedynką.
- Pech – skrzywiła się Anula.
- Kompletna kiszka kaszana – potwierdziła Joanka, wrzucając do ust zgrabną tartinkę.
- Ale jak to się stało, że już wróciłaś?
- Cóż, gospodyni stwierdziła, że kompletnie nie nadaję się do wycierania kurzów a cała moja pensja musiała pokryć stratę tych obrzydliwych szklanych paganów. Podobno były cenne. Sratytaty…. lepsze można znaleźć u nas na odpustach. Seniorina kupiła mi bilet powrotny i w tempie ekspresowym zawiozła na autobus. Nawet się z nikim nie zdążyłam pożegnać – bródka Mysi zaczęła drgać niebezpiecznie.
- A najgorsze, najgorsze..- chlipnęła nasza bohaterka zagłębiając nos w kawałek różowego papieru toaletowego.
- Co, co, co jest najgorsze? – krzyknęłyśmy unisono zagryzając z ciekawością wargi i wbijając sobie nawzajem pazury w dłoń.
- Najgorsze….
- Matko! Wykrztuś wreszcie bo padniemy trupem z ciekawości.
-…. że jestem w ciąży .
Ciszę można było rąbać siekierą.
- Z synem gospodyni? – pierwszą odblokowało Kasię.
- Nie. Z Pepe – sapnęła z zakłopotaniem Mysia i spuściła wzrok na leżącego przed nią różowego hot-doga, z którego wyciekał na talerz żółtawy majonez.

wtorek, 5 stycznia 2010

Mów szeptem, jeśli mówisz o miłości czyli Szansa na Suksces.


Elżunia...rozwiodła się z mężem [ typem nieciekawym, którego głównymi cechami było lenistwo i ogólna gnuśność życiowa ] i postanowiła zmienić swoje życie. Zaczęła całkiem interesująco od zmiany pracy. Rzuciła w diabły marną państwową posadkę i skoczyła na głęboką wodę. Postanowiła robić to co naprawdę zawsze lubiła i potrafiła. Jak to zwykle bywa, nasze wyobrażenia o pracy nieco mijają się z wyobrażeniami o niej naszego szefa i jakoś dziwnie nie pasują do tego co obiecywano w ogłoszeniu. Elżunia zaczęła od parzenia herbatki ale ponieważ była ambitna i cierpliwa [a inni pracownicy z firmy uciekali] już wkrótce zajmowała tam kierownicze stanowisko. Schudła [czego zawsze pragnęła], zrobiła prawo jazdy, kupiła samochód i poczuła, że w jej życiu zaczyna brakować jednego, ważnego składnika - mężczyzny.
Jak wygłodniały łowca, który jakiś czas przebywał na L4 Elżunia rzuciła się w wir romansów. Pierwszy amant właściwie złowił się sam. Najpierw współpracowali, potem wybrali się na niezobowiązującą kawkę i tak powoli doszli do momentu, w którym po A należałoby powiedzieć Beee. Zanim ich ciuszki utworzyły wspólny kopczyk na podłodze pokoju amant postanowił okazać się prawdziwym mężczyzną i odkryć nieco swoje karty. No, cóż...zapomniał wcześniej napomknąć, że ma dziewczynę. Taką prawie na poważnie. Tak właściwie to narzeczona. W grudniu ślub, tylko dziewczyna ma teraz mało czasu bo studiuje. Ciągle egzaminy, kolokwia, zaliczenia i brak czasu dla przyszłego małżonka. Był styczeń, do grudnia jeszcze masa czasu, a Elżunia siedząc w samej bieliźnie na brzegu łóżka postanowiła nie wypuszczać już gołąbka z garści dosłownie i w przenośni. Skoro siedzi tutaj z nią, a nie z narzeczoną to znaczy, że istniej jeszcze szansa na zmianę biegu wydarzeń i ta narzeczona to może w końcu nie tak na poważnie.. Po seksualnej gimnastyce rozluźniony chłopak przyciśnięty przez Elżunię do oparcia łóżka nadal uparcie twierdził, że ślub w grudniu ale z Elżunią spotykać się mogą tak dla zdrowia i sportu. "Pobędzie ze mną dłużej to zmieni zdanie" - pomyślała, tak jak wszystkie kobiety w takich momentach Elżunia i zgodziła się na proponowany układ.
Trochę ją na początku złościło, że musi czekać na telefon od chłopaka i wszelkie ich spotkania zależą od zajęć narzeczonej na uczelni. W okresie sesji została u niego na noc. Rankiem zjedli wspólne śniadanko i Elżunia postanowiła kuc żelazo póki gorące. "Wiesz co? Ty idź do pracy, a ja ci tu posprzątam i ugotuję obiadek."- zaproponowała zalotnie. Chyba tylko nagłe wejście narzeczonej mogłoby wywołać u chłopaka podobny efekt paniki. Ględził coś o mamie, która będzie go dziś odwiedzała, o nieprzewidzianym spotkaniu z klientem, które pewnie przeciągnie się do późna i tak dalej. Elżunia odpuściła, a chłopak odwiózł ją do domu i przez następny miesiąc milczał jak grób. Ani telefonu, ani maila...w końcu jednak zadzwonił. O dziwo, nie zaprosił jej jak zwykle do siebie ale do eleganckiej restauracji w centrum miasta. "Może zmienił zdanie i zrozumiał ile dla niego znaczę" - myślała Elżunia.
Restauracja była więcej niż elegancka, a chłopak szarmancki i z gestem. Zjedli dobry obiad, popili go drogim winem i okrasili rozmową o niczym. Nadeszła jednak pora kawy, deseru i przejścia do sedna. "Wiesz..poprosiłem cię tutaj bo musze powiedzieć ci coś ważnego. Coś co może zadecydować o twoim życiu". "Wreszcie!" - zakrzyknęła w duchu Elżunia, rodząc mu już w myślach co najmniej dwójkę dzieci. " Moja dziewczyna..."- zaczął niepewnie i utopił słowa w kawie. "A niech ją gęś kopnie" - zniecierpliwiła się w myślach Elżunia, jednocześnie uśmiechając się wyrozumiale bo przecież już dobrze wiedziała co będzie dalej, podniosła kieliszek do ust i zmrużyła oczęta... "....Zaraziła nas jaką ohydną bakterią – leczy się długo i mało ciekawie. Powinnaś iść do lekarza".

piątek, 1 stycznia 2010

Ale i zakochała się bez pamięci, jako że miłość nie dba o powody czyli Sezon na Leszczkę.


Iwonka tęskniła za mężczyzną. Takim prawdziwym, co to przytuli, rozpieści, rozśmieszy, zrozumie. Niestety, nie ma na rynku poradnika o tym gdzie też można takiego znaleźć. Dlatego Iwonka szukała go na własną rękę i własnymi sposobami.

Luty. Impreza imieninowa w pełni. Sałatka robi właśnie drugą rundę wokół stołu, wędlina malowniczo zwija się na brzegach. Goście w znakomitych humorach - żarty, złośliwości, rechot i kielichy w dłoniach. Brakuje Iwonki, która tydzień temu wróciła z urlopu w Zakopanem. Nie zadzwoniła, a więc wnioskuję, że było albo wspaniale albo całkiem do kitu. Dzwonek. "To pewnie Iwonka." - Krzyczę w stronę pokoju jednocześnie próbując gdzieś postawić czerwony napój, który tak beztrosko sobie popijam cały wieczór. [ jutro ból głowy murowany ]. Z rozmachem otwieram drzwi i staje oko w oko z największym dresem jakiego udało mi się w życiu zobaczyć. Kark jak drewniana beczka, na nim ze dwa kilo cennego kruszcu, naga czaszka z wytatuowaną cyfrą 6 i to wszystko ozdobione adidasami i rasowym dresem w kolorze czarnym. "Po kogo przyszli?" - myśli przebiegają mi przez głowę z prędkością światła. "To Klamka" - zza ogromnych pleców wyskakuje głowa Iwonki - "Poznajcie się". Pozwalam sobie zmiażdżyć w uścisku dłoń, drugą robiąc zapraszający gest w stronę dochodzących śmiechów. Klamka wtacza się do środka blokując mój mały przedpokój całkowicie, słyszę że chichoty wewnątrz cichną jak nożem uciął. Założę się, że większość przyjaciół obraca w myślach to samo pytanie, które pojawiło się mojej głowie po zobaczeniu szanownego kolegi Iwonki.
Iwonka i Klamka zajmują należne im miejsca przy stole. Niestety atmosfera już zdechła, jakoś nikt nie ma nic do powiedzenia. Goście wbijają wzrok we własne talerze." Jak tam było w Zakopanem?" Wymyślam jakieś całkiem neutralne pytanie i Iwonka zasypuje nas opisem zimowych wakacji niby śnieżną lawiną. A cóż to za urocze i bajkowe miejsce, a jakie romantyczne i ple ple ple dalej w tym stylu. Klamka siedzi sztywno, pokazując jedynie od czasu do czasu braki w uzębieniu w czasie ziewania. Pewnie nie jego klimaty.
Impreza padła, goście ulatniają się po angielsku. Iwonka z partnerem, także wychodzą. Iwonka mruga do mnie i robi gest w stronę ucha. Zadzwoni.
Dwa dni później telefon. Wsiadam właśnie do samochodu ale głos Iwonki skutecznie zatrzymuje mnie w miejscu.
- Ja się go boję!
-Skąd ty go wytrzasnęłaś, do jasnej cholery! - nie wytrzymuję.
- No...z Zakopanego.
- Ale skąd, skąd?
- Mieszkał kątem w knajpie, nie ma stałego miejsca do mieszkania, zrobiło mi się go szkoda i zaproponowałam żeby na trochę zamieszkał u mnie.
- Czyś ty całkiem oszalała? Gdzie ty teraz jesteś?
- W pracy.
- A ten dres?
- U mnie w domu.
- Zostawiłaś go tam samego?
- Nie. Nie samego. Z Manią.
- Z Manią????? - rwę włosy z głowy. Mania ma zaledwie 8 lat.
- No, tak. Złapała jakieś przeziębienie i wolałam żeby nie szła dziś do szkoły.
Robi mi się gorąco. Staram się nie myśleć o najgorszym ale najgorsze i tak pakuje mi się na wizję, wraz z następnymi słowami Iwonki.
"Chciałabym żeby już wyjechał ale nie wiem jak mam mu to powiedzieć. W sumie prawie nie rozmawiamy, bo nie ma o czym. No, tyle co w łóżku. Nie ma pieniędzy bo nie pracuje teraz."



Klamka wyniósł się sam, kiedy następnego dnia Iwonka wybrała się do pracy. Razem z nim wyniosło się parę rzeczy Iwonki.
"Zabrał sobie też ten obrazek, który sama namalowałam. Widzisz? Jednak coś do mnie czuł, chciał mieć pamiątkę. I nie zostawił mieszkania otwartego, klucze wrzucił do skrzynki na listy, zadbał żeby nikt mnie nie okradł."
Nie musiał. Nie było już z czego.