Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lipca 2017

Zlewki wakacyjne czyli leżing, smażing i plażing, a tak naprawdę to bredzing.




Post tymczasowy, wakacyjny, zaklejający wyrwę w pisaniu. 


Wakacje są fajne, szczególnie kiedy wieje chłodny wiatr. Ponieważ nigdzie się nie wybieram (pomijając fakt, że ciągle podróżuję i co dwa tygodnie wycieram ławki na lotniskach i fotele w lotniskowych barach), postanowiłam uczcić czas kanikuły odpowiednią książką wakacyjną. Zainspirował mnie do tego ostatni tekst Piotra, który jest Beznadziejnie Zacofany w Lekturze, przypominający książki Natalii Rolleczek. Ponieważ nie miałam pod ręką wszystkich nieprzeczytanych przeze mnie pozycji pani Rolleczek, postanowiłam przypomnieć sobie moje ulubione lektury z czasów podstawówki, te które zawsze mam u siebie na e-czytniku, tak na wszelki wypadek. 

Zaczęłam od Tajemnicy Zielonej Pieczęci. I to był strzał w dziesiątkę. O rany, przecież ja się kochałam w Wiktorze!! Widocznie zawsze miałam pociąg do artystów, i zawsze lubiłam szczupłych, wysokich, wygadanych brunetów. (Dlaczego do diaska wyszłam za dobrze zbudowanego blondyna?) W kolejce czeka jeszcze Za minutę pierwsza miłość, Ci z Dziesiątego Tysiąca, Klub Włóczykijów i wiele innych fajnych pozycji. To moje wakacje! Aktualnie czytam w takich pięknych okolicznościach przyrody:






Prawda, że przyjemne miejsce? W dole, jak widać, szemrze Tamiza i Londyn się ściele do stóp. Oczywiście, w trakcie odpływu nie warto czytać nad Tamizą, ponieważ powietrze staje się zbyt mahoniowe. Nie przeszkadza to jednak kilku zapalonym Chińczykom w codziennym połowie węgorzy. Wyciągają, przyrządzają i zjadają. Wstydziłam się zrobić zdjęcie dokumentujące ten fakt, musicie mi uwierzyć na słowo. 



Przerzuciłam się na sprawdzone książki, także z tego powodu, że rodzima literatura współczesna (czytaj: babskie książki) doprowadziły mnie ostatnio do szewskiej pasji. Po pierwsze, ponieważ trafiłam na lekturę, którą doskonale opisała Królowa Matka i Banda Czworga tutaj: dzieło, a która pozostawia po sobie niezapomniane wrażenia . Jeśli komuś nie chce się czytać, to może posłuchać : złe książki

Następnie na książkę, w której autorka stosuje następujące triki:
- Do jasnej cholery, przestań mi tu zgrywać księżniczkę! Nie mam i nie będę miał stałej pracy, bo nie mam ochoty tyrać przy maszynie osiem godzin za marne pieniądze. Jesteś taka sama jak twoja matka! Odczep się!!!Zrozumiałaś?!! Mam dość twojego jazgotu! Wynoś się!- bąknął Stasiek. 

Bąknął??Tych bąknięć jest w książce co niemiara i pasują jak pięść do nosa. Zresztą autorka uwielbia też burknięcia i napomknięcia, które ciężko dopasować do dialogów prowadzonych przez bohaterów. Czekałam kiedy autorka napisze:
- Kocham cię, a moja miłość jest bezkresna jak plaże morza Bałtyckiego - ryknęła z czułością Regina do ucha Stefana. I z tej ciekawości dokończyłam książkę, co uważam za pewien wyczyn.

No, i trzecia pozycja. Zaczęło się zabawnie, tym ciekawiej, że jedna z bohaterek była moją równolatką. Było miło, ale do momentu, w którym autorka (trzydziestolatka, sprawdziłam!) zaczęła tę biedną kobietę nazywać starszą panią. Zawyłam z rozpaczy, i zaczęłam tłuc głową o najbliższą ścianę, tym bardziej, że rozważania o starości i zoranej zmarszczkami twarzy, wiszącej szyi i i innych przyjemnych atrakcjach zaczęły przybierać na sile. Tak, tak...były uderzenia gorąca, chociaż pominięto nietrzymanie moczu. No, koniec. Czas się ubrać w dębową jesionkę i pożegnać ten świat. Postanowiłam dać sobie spokój z babską literaturą, i zabrałam się za książki dla nastolatków. Poczułam się znacznie lepiej. I młodziej. 

Chociaż, z drugiej strony, zastanawiam się, że może to już...należę przecież do starzejącego się pokolenia, które do pisania sms-ów używa jednego palca i mam świadomość, że istnieje coraz więcej rzeczy, których nie ogarniam. Przykładem niech będzie rozmowa, którą odbyłam ze swoją znajomą, chcąc się pochwalić osiągnięciami własnego dziecka:

- Wiesz, Szymek wygrał takie coś i będzie konstruował coś-tam...gdzieś-tam...
- Ale, które to to coś?
- Nooo, że jest laureatem czegoś tam i że będzie konstruował jakąś platformę...
- Wiertniczą?
- W kosmosie?
- A w kosmosie będzie konstruował?
- Nie...no, w Warszawie...
.....
- Halo? Synu? Tu matka! Czym ty się właściwie zajmujesz?

Jeśli już jesteśmy przy ciekawych dialogach, to rozbawił mnie ostatnio taki pomiędzy młodszą i starszą generacją,  zasłyszany w samolocie:


- Wiesz, mamo...Iza zerwała jednak z tym Tomkiem...już nie są razem.
- I dobrze zrobiła. Przecież to jakiś zboczeniec był...
- Jaki zboczeniec???!!! Przecież on kierownikiem magazynu jest!
- Nawet ksiądz może być zboczeńcem, a ten..mięsa nie jadał, wędliny też nie...wódki nie pijał...
- Bo wegetarianin!
- No, mówiłam, że jakiś wynaturzeniec! Jeszcze by się jakieś z tego nienormalne dzieci urodziły..



Wegetarianinem jest miło być, zwierzęta łaszą się do ciebie, wewnętrznie czujesz się czysty i pozytywnie nastawiony do świata. Trzeba jednak uważać, żeby nie popaść w przesadę. Mój angielski kolega, który jest zaprzysięgłym wege, zaprosił mnie na obiad. Oczywiście nie do siebie, bo staram się unikać jedzenia z puszek i worków. W trakcie posiłku, gdzieś między tofu z chińskiego fasolnika a kawą z jęczmienia, zakomunikował, że zmienia orientację konsumencką z wegetarianizmu na freeterianizm. Freetarianie są bardzo świadomi tego, że na świecie marnuje się mnóstwo jedzenia i odczuwają potrzebę zmiany tej sytuacji. Dlatego mój przyjaciel postanowił wizytować dostępne śmietniki aby szukać tam codziennej strawy. Pokazał mi nawet mapę Londynu z zaznaczonymi wysypiskami psujących się 'ale wciąż jadalnych" buraków i brukwi. No, teraz to już z pewnością na obiad się nie dam do niego zaprosić. Zresztą kawa też była okropna!


A kawa jest, jak wiadomo, najważniejszym posiłkiem dnia. Zdarzyło mi się kiedyś przeżyć w UK-ju całe dwa tygodnie bez kawy, ponieważ chciałam przekonać się czy jestem od niej uzależniona. Nie jestem, ale uwielbiam ten smak!
W każdym razie, postanowiłam, że napiję się kawy dopiero kiedy pociąg dosięgnie lotniska. 
Ponieważ pociągi w Anglii są bardzo chimeryczne, czas do kawy nieco się rozciągnął i w sumie zaczęło mi być wszystko jedno czego się napije. Byle było mokre i szybko! Podróżowałam z koleżanką, która była wysuszona na wiór podobnie jak ja. Wpadłyśmy do baru na stacji spragnione, a ja na dodatek głodna niemiłosiernie. Koleżanka mniej głodna, bo miała bułkę z mielonką którą targała zębami przez całą podróż. Natychmiast rzuciłam się do kolejki i wreszcie ...moja upragniona, czarna, bez cukru!

Niosę ten napój bogów, niosę, przedzieram się przez ludzki gąszcz niby pierwsi amerykańscy osadnicy przez dzikość, już prawie umieszczam piłkę w bramce..jestem dwa metry od stolika i nagle...znacie to uczucie?

Pamiętam z lat zasmarkanych, jak potrafiłam  zając się malowaniem krawężników błotem na tyle mocno, że zapominałam o sprawach tak trywialnych jak skorzystanie z ubikacji. W pewnym momencie przychodziło opamiętanie, i wyraźnie czułam, że pęcherz właśnie mi się przepełnił i muszę porzucić robotę na rzecz załatwienia spraw fizjologicznych, z którymi nie ma dyskusji. Biegnę pędem przez podwórze, wspinam się po krętych schodach, i wreszcie widzę drzwi i...łapiąc za klamkę,i...czuję jak ciepły strumień dosięga moich podkolanówek. 

Tym razem z kawą było podobnie. 

Wiedziałam, że nie doniosę, chciałam krzyczeć, ale jak zwykle w takim momencie, zamieniłam się w żonę Lota . W jednej sekundzie rzuciłam proszące spojrzenie na koleżankę, i zorientowałam się, że jest całkowicie wciśnięta w miękki fotel i ciągle zatkana swoją bułką z mielonką, więc nie ma co liczyć na jej szybką reakcję. Czułam, że tracę moją wyśnioną, wymarzoną czarną kawusię. Papierowy kubek poszybował w dół chlustając swoją cenną i parzącą zawartością dookoła. Kawa się rozlała. Muszę przyznać, że miałam gest, pokryłam nią fotel, podłogę, stolik...wielka, wezbrana , czarna fala dosięgła tych siedzących w pobliżu ssając im zapamiętale i z czułością czubki butów. A zamówiłam regular. Co by się stało gdybym pokusiła się o dużą czarną?

Anglicy zawsze mnie zadziwiają w takich okolicznościach. Zamiast normalnie stać i gapić się co będzie dalej, robiąc ewentualne selfie na tle  zalanej podłogi, zaraz rzucają się do człowieka z pytaniem - Czy wszystko w porządku i czy czasem nie potrzebuję pomocy. Tym razem nawet żałowałam, że nie potrzebowałam jakiejś pomocy, bo chętnie bym ją akurat przyjęła z kilku całkiem przystojnych rąk. Zza węgła wychyliła się zaciekawiona, skośnooka twarz sprzedawczyni kawy. Popatrzyłam na nią i w jednej sekundzie w mojej głowie zrodziło się przekonanie, że przygnie mój kark do ziemi i że usłyszę słowa chłoszczące niczym bicze po gołych łydkach:

- Na kolana,  teraz to zliżesz z tej podłogi białasku!Xiexie!

Well, well, well..a więc, kiedy słodkim głosem poprosiła o zmianę miejsca, żeby mogła podać mi świeżo przyrządzoną filiżankę parującego napoju tym razem doniesioną do stolika przez nią samą, prawie rzuciłam się do całowania jej rąk z wdzięczności za ludzkie traktowanie. Ciągle we mnie siedzą głęboko te lata 80 te, kiedy każdy ludzki odruch sprzedawcy powodował wzruszenie.

A kiedy ze łzami w oczach poprosiłam o ścierę, mopa i wiadro, otrzymałam ciepłe poklepanie po moim ego i zostałam poproszona do czystego stolika , z czystym fotelem, i podłogą. Powstałym jeziorem zajęła się profesjonalna ekipa ukryta za węgłem.
   Ale w toalecie to papieru nie było!

Dobra, następnym razem będzie o seksie tantrycznym. Staram się o złotą patelnię (czyli dobicie do pół miliona odsłon. A co? Trzeba mieć jakiś cel w życiu)
Pieprzu, w drodze do domu (czyli na wakacje) wracający z pracy (czyli z wakacji)

P.S. Moniś to jeszcze nie ten post, w którym biegam nago i nacieram członki wonnościami. 


piątek, 29 stycznia 2016

Między siłą uczuć piętnas­to­lat­ki i do­rosłej ko­biety nie ma spec­jalnej różni­cy czyli po czym nie należy drapać Masaja?



Jak bardzo można oszaleć z miłości?
Wydawało mi się, że wiem już wszystko na ten temat, a moje lata doświadczeń (głównie cudzych) i tony literatury, powodują, że nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć 

Błąd! Naiwnaś Gabryśka, zagubiona w tym świecie jak dziecko we mgle. 

Są bowiem na świecie rzeczy, o których filozofom się nie śniło, a co dopiero takiemu pyłkowi w kosmosie, takiemu puszkowi na wietrze jak ja. I taka właśnie trudna do zrozumienia  historia, wpadła ostatnio w moje ręce. Sprawdzałam kilkukrotnie - jest prawdziwa, a zdjęcia potwierdzające szaleństwo, można sobie odnaleźć w internecie. Historia miłosna, chociaż tak naprawdę, dla mnie samej od miłości oddalona o lata świetlne. 

Wyobraźmy sobie jurną, jędrną,  zdrową serem i czekoladą Szwajcarkę w kwiecie wieku, której pieniądze pozwalają na podróż z narzeczonym do Kenii. Tam właśnie w promieniach zachodzącego słońca (ale kicz!), na promie z miejscowości X do Y spostrzega siedzącego na barierce półnagiego Masaja i zapada na ciężką postać swędzącej miłości, po której tylko Masaj może ją podrapać . Zakochuje się natychmiast i nieodwołalnie, na śmierć i życie, a nawet na przysięgę małżeńską. Narzeczonego w trybie natychmiastowym odstawia na bok, i omdlewa z pożądania, kiedy udaje jej się natrafić na trop tambylca. 

Z ogromną determinacją, graniczącą z  opętaniem dowiaduje się jak też ma na imię hebanowy Amor, co przy braku wspólnego języka nie jest sprawą prostą, i załamana wraca do kraju, jako że bilet powrotny został wykupiony już wcześniej. Pomimo, że Szwajcaria wydaje nam się krainą mlekiem i miodem płynąca, nasza bohaterka cierpi tam niewymownie, serce jej krwawi i tęskni do pięknego Masaja, chociaż zdołała wymienić z nim tylko około 4 słów. - No problem! Hello!Hakuna Matata!  Ciężko zakochana, sprzedaje cały szwajcarski kram, rezygnuje z sera i jak śmiercionośna strzała ściga wybrańca, który akurat wypasał kozy na drugiej półkuli, aby rzucić mu się w zdziwione, muskularne ramiona i wyszeptać - Bierz mnie Tarzanie. Jam Twoja Jane. 

Masaj wziął co mu się w ręce wepchało, tym bardziej, że dysponowało niezłą  gotówką, i skonsumował tak szybko jak tylko potrafił.(dokładnie pięcioma pchnięciami i trzema chrumknięciami - hmmm...człowiek miał jednak nadzieję na więcej finezji)  I chciało by się rzec -i żyli w chacie z łajna krowiego długo i szczęśliwie, wypasając kozy i zaplatając sobie nawzajem warkoczyki. Niestety, jak można było przypuszczać - nic z tego, chociaż do ślubu kwiatuszek doprowadził.

Moim zdaniem, Szwajcarska globtroterka nie przerobiła dokładnie lekcji z okresu bycia nastolatką, kiedy człowiek wiesza na ścianie plakaty jakiegoś wyjącego odmieńca łamanego przez łysego szakala, i omdlewa dla niego z "miłości", dodając do papierowego obrazka wszystkie cudowne cechy charakteru, jakie tylko jest w stanie sobie wyobrazić. Oczywiście w życiu nie przyjdzie nastoletniej dziuni (czyli nam samym) do głowy, że szakal może być - leniwy, kłamliwy, obleśny, że pewnie mu się głośno odbija, a nawet śmierdzą mu stopy. Żadnemu bóstwu stopy nigdy nie śmierdziały, a więc i naszemu z pewnością też nie mogą. 

Jestem w stanie wyobrazić sobie co też roiło się naszej pannie Hoffman w głowie, z pewnością wyglądało to tak:
....leżę sobie z pięknym Masajem, na plaży w Mombassa, na dowolnie wybranym boku. Co chwilę donoszą mi tace z owocami, po dekolcie cieknie mi sex on the beach, w oddali ktoś przygrywa na bębenku, a my przytuleni do siebie całujemy się od ranka do wieczora, i oddajemy się dzikim rozkoszom wyuzdania. Masaj pokazuje mi  czarne ars amandi, , którego mój króliczek w życiu nie oglądał. Umieram z rozkoszy, ktoś nuci pod palmami...Ayaya Coco Jumbo, Ayaya...
I ogólnie jest super!

Tymczasem, jest kilka rzeczy, które ten cudowny sen bidulce troszku zamazały, rozbebłały, i zrobiły z niego kiszkę kaszaną. Przed wydaniem się za Masaja należy bowiem wziąć pod uwagę, że:

- Masajowie się nie całują.( auuu...5 pchnięc bez całowania i już?)

- Masajski język to nie niemiecki, angielski też nie.

- Masajowie nie dotykają cudzych genitaliów i nie lubią żeby ich były dotykane.(żadnego dzyń, dzyń dęcia w trąbkę, macania dzidy, ssania pierożka)

- Masaja nie pogłaszczesz po twarzy. (po pierwsze zniszczysz mu makijaż, a po drugie to nie uchodzi i możesz dostać dzidą przez wnętrzności)

 -Masaj może mieć wiele żon.( a wiele z nich będzie młodszych od ciebie trzy razy)

- Masajscy mężczyźni nie jadają z babami.

- Masajski wojownik głównie siedzi w buszu z innymi chłopami i knuje, albo wypasa kozy dwie Sachary dalej.

-Masajskie kobiety są przed ślubem obrzezane.( a to niespodzianka, i co ty na to fraulein?)

 -Masajowie żywią się mlekiem, mięsem i krowią  krwią (jeszcze cieplutką)

 - Chata Masaja jest uszczelniona krowim łajnem, i sięga nam gdzieś tak do kolan. 

- Masajski chłop żuje liście jakiegoś świństwa i odpluwa dookoła, zwykle na podłogę chaty.

 - Tak, w Afryce jest wiele much, jeszcze więcej, i więcej. Ale i tak ilość much nie dorasta do pięt ilości komarów.

- Lew, słoń, i inna gadzina, którą bezpiecznie ogląda się w zoo, może nam nieco utrudnić życie jeśli nasza chata znajduje się na głębokiej prowincji.

- W chacie Masaja brak pryszniców, wodę nosi się w kanistrach, czasem kilka kilometrów.

 - Jeśli nawet masz pieniądze, nie oznacza to jeszcze, że w sklepach jest jedzenie.

 - Na masajskim zadupiu nie ma szpitala, a w najbliższym niekoniecznie są leki, a jeśli są to i tak niekoniecznie je dostaniesz, a jeśli dostaniesz to nie znaczy, że są odpowiednie dla Ciebie fiołku alpejski. 

 -Ciężko żyje się z facetem, który nigdy w życiu nie nosił spodni, a jego sandały zrobione są ze starych opon samochodowych, i który ma na sobie więcej biżuterii niż ty miałaś przez całe życie.

Ja widać zostaje nam tylko matata, matata, matata...

Jak to się skończyło? Oczywiście zgodnie z przewidywaniami, nasza Szwajcarka po trzech latach dała dyla w Alpy, zabierając ze sobą świerzb, malarię, niewydolność nerek, anemię, i jeszcze parę innych interesujących chorób, a także córkę. 

Morał:
W sumie, faceci są wszędzie tacy sami - niby z niego piękny Masaj, a pije, kłamie, jest zazdrosny, wydaje twoją kasę - identycznie jak Kowalski co to mieszka dwa domy dalej. Czy warto jeździć do Afryki aby się o tym przekonać?  Przy Kowalskim mniej byłabym narażona na ten świerzb i malarię.  No, i Kowalski nie kazałby mi się obrzezać, jeść mięsa z kozy, a także robić kupę jedynie za miastem i podcierać się kamykiem. Wybieram Kowalskiego!


Nie wiem dlaczego ale właśnie ta piosenka kojarzy mi się z przeczytaną książką...
Masaj jest piękny, Masaj uroczy...Masaju powiedz mi czy kochasz mnie...


Wieprzu, wciąż nieobrzezany, radosny jak norka bo z toaletą 4 metry dalej i zapasami papieru toaletowego.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Jak świnić i nie połknąć jaszczura? Tylko dla dorosłych i bezpruderyjnych.




Dawno nie zaglądałam na półkę z polską literaturą kobiecą. Kobiecą, bo pisaną przez kobiety dla kobiet (ku pokrzepieniu serc niewieścich). Jak zauważyłam, literatura ta ma kilka kierunków:

Po pierwsze :
Cudowne miejsca, z dala od zgiełku wielkiego miasta, zazwyczaj pachnące wanilią, bzem lub ukryte w cieniu magnolii. Tam własnie nasza bohaterka osiada na stałe i poznaje - koniarza, rzeźbiarza, nadmuchiwacza rybek ozdobnych lub innego popaprańca ( w skrócie jest on wariacją Kusego z Rancza).

Po drugie :
Niekochana, zdradzana żona poznaje kobiety, które ustawiają ją do pionu i pokazują, że życie bez tego wieprzka Kazia może być piękne. I kiedy już nasza bohaterka zrzuci 50 kg, przebiegnie maraton, wespnie się na szczyt szczytów - pojawia się królewicz Staś (adwokat, lekarz, manager), który pokazuje jej , że w życiu jeszcze wiele się może zdarzyć. Pa-pa Kaziu, mam prawo do szczęścia ze Stasiem. (Liga broni! Liga radzi! Liga nigdy cię nie zdradzi!)

Po trzecie:
Powieść dla kobiet roi się od samotnych matek obdarzonych dziećmi o niesamowitej inteligencji, wnikliwości i znajomości savoir-vivre . Dzieci te już od najmłodszych lat cytują sentencje łacińskie, analizują ludzkie charaktery lepiej niż panna Marple , udzielają życiowych rad i sypią anegdotami jak z rękawa.
Pogubiłam się w tych dzieciach kompletnie, przyznaję. No, bo jeśli...Zosia to matka Marysi i Krzysia, Weronika jest matką Zosi i Rysia, Rysia ma w domu Weronikę i Zdzisia...to kim do licha jest Krzysia? Po dogłębnym wertowaniu notatek ustaliłam, że Krzysia ma tylko męża Rysia.

Po czwarte:
Chłopy, w większości to jętki jednodniówki. Podfrunie, zapyli i odleci w dal. Porządni są tylko ci co dopiero nadejdą. Ogólnie, chłopy to żłoby. Jeśli w powieści pojawi się jakiś porządny, to wiadomo, że gej albo zakamuflowany poligamista.

W sumie, ten sam temat można obrabiać na mnóstwo sposobów, dodając w razie potrzeby odpowiednią liczbę  dzieci, psy, konie, koty, teściowe, koleżankę z problemem alkoholowym. I żeby sprawa była jasna - nie mam nic przeciwko babskiemu pisaniu, na babskie tematy, dla bab. Też lubię poczytać, bez obrzydzenia, z przyjemnością. Czytanie o miłości, i zwykłym życiu ma dla mnie działanie katartyczne po morderstwach, dewiacjach, nieszczęściach, antysemityzmie, którymi się zwykle napycham jak makaronem z sosem pomidorowym.

Tym razem odkryłam jednak trzeci wymiar babskiego pisania - powieść erotyczna. Polska powieść erotyczna podeszła mnie znienacka. Biorąc do ręki książkę (a raczej czytnik), przygotowałam się na jeden z wyżej opisanych scenariuszy.Czytanie powieści dla kobiet, to właściwie jak witanie się ze starym znajomym - spokojnie, bezpiecznie, niespiesznie. Leżę więc sobie na sofie, na dowolnie wybranym boku, siorbię kawkę i zagryzam ciasteczkiem...i nagle, jak mnie nie łupnie przez potylicę zdanie:

"Misiu jęknął, Michalina przełknęła jego smak, wstała z kolan i mocno się do niego przytuliła"
Niestety, Misiu nie był usatysfakcjonowany "Jeszcze trochę musisz się poduczyć - zarechotał"

Ejże - pomyślałam  - coś ostro jak na babskie pitu-pitu. Ale feministyczny gniew, przesłonił mi myślenie o tym na całe 10 minut)
Nie wiem jak to jest u was, ale gdyby jakiś Misiu zarechotał w ten sposób po moim wstaniu z kolan, byłby to ostatni rechot w jego życiu. Bardzo możliwe, że byłabym też ostatnią kobietą, która "przełknęła jego smak". .

Podziwiam, że ktoś potrafi wyprodukować zdanie:
"Smak, który poczuła, nie był smakiem jego ust. Nie był też smakiem kropli deszczu. Był smakiem jego męskości"
"ich języki się splatały niczym wodorosty"

Gdybym ja coś takiego napisała, pewnie umarłabym ze śmiechu. Bez ironii - podziwiam. ( niestety, sama mam wizję biednych, splątanych jęzorami kochanków, którzy otwierają z przerażenia oczy i próbują ciągnąć jęzory, każde w swoją stronę, supłając jej jeszcze bardziej)

Przeczytałam książkę do samego końca (tyle sutków ile z bohaterkami powieści, nie wyssałam nigdy w życiu. Może dlatego, że nie jestem fanką ssania sutków?) i zasępiłam się nad mizerią języka Kochanowskiego w temacie seksu. Kobieta ma - kobiecość. Mężczyzna ma - męskość. I tyle.

Postawiłam sobie pytanie - Jak też w języku polskim można nazwać inaczej - męskość?

I udałam się po pomoc do Wikipedii, słowników synonimów, antonimów, słowników wyrazów obcych i googla aby uzyskać odpowiedź

Pomijając wyrażenia obelżywe i medyczne, mamy co następuje:

anakonda, bazyliszek cukinia, drąg, dropsik, dzida, flet, fred, frodo, fujarka, grucha, grzechotnik, grzyb, interes, jaszczur, pan Wacław, pan Strażak, pędzel, penetrator, pyton, sisiorek, siurek, trąba, tropiciel, szlaban, strzelba.

Czy któreś z tych słów nadaje się, żeby zastąpić MĘSKOŚĆ? Sprawdźmy;

Marysia przylgnęła ustami do jego podniesionego szlabanu.
Przesuwała dłonią po panu Wacławie, miarowo...w górę i w dół.
Marek zsunął bokserki, i jej oczom ukazał się nabrzmiały z pożądania grzyb.
Czuła jak rośnie cukinia w nogawce jego spodni.
.
Nie podziałało na mnie.

Z kobiecymi narządami jest jeszcze gorzej:
 pusia, szczelinka, myszka, kuciapka

Zanurzył palce w jej kuciapce....No, tak...a kuciapka na to - kwak, kwak.

Wszystko brzmi okropnie. Pisanie o seksie w naszym języku jest naprawdę trudne. Lepiej pozostać w obłoku dwuznaczności, niż bawić się we wrzucanie dropsika do szczelinki.

Wieprzu, z podarowaną świnką Pusią. (dzięki Miziu)

niedziela, 14 czerwca 2015

" Artysta – człowiek, który nigdy nie dorósł i pozostał chory na wyobraźnię przez całe życie." czyli codzienne życie z bóstwem.



W kobiecej literaturze istnieje taki schemat - młoda, piękna, inteligentna, o bogatym wnętrzu,( z umierającą acz nieznaną wcześniej ciotką, która w spadku przekazuje - dworek, leśniczówkę, chatkę), zostaje porzucona i zdradzona przez obleśnie niewiernego ale przystojnego lekarza/prawnika//managera. 

Tapla się nasza biedaczka w nieszczęściu, wspomina ręce byłego błądzące po krzywiznach jej ciała, tryliard razy wyświetla sobie w umęczonej głowinie moment przyłapania niewiernego in flagranti z pięknie opaloną rywalką i nie chce jej się żyć .Nie przerywa jednak pasma udręki zardzewiałą żyletką marki Polsilver, nie rujnuje nadmiernie zasobów PGNiG-e, nie wspina się też na barierkę balkonu i nie rzuca swobodnie w dół na łeb na szyję lotem jednostajnie przyspieszonym.  

Nic z tego.

Ona rzuca w diabły pracę, przyjaciół , rodzinę i wyjeżdża na największą pipidówę świata gdzie natychmiast spotyka miłość.
Miłość jest zwykle przystojnym, wysokim artystą
malarzem/rzeźbiarzem/muzykiem lub innym odmieńcem, którego życie też nieźle skopało po umięśnionym i seksownym zadku. Wzajemna fascynacja, seks i miłość wlewają się przez dziurawe okna i dach domku otrzymanego w spadku. A potem żyją długo i szczęśliwie....

Co do mnie...
wuNtpia.....!!!!

Po pierwsze - dlaczego do licha te kobiety są zawsze piękne tak, że aż oczy trzeba mrużyć? Co z kobietami niepięknymi?? 

Po drugie, skoro takie inteligentne to dlaczego dają się robić w balona? 

A po trzecie, autorki piszące te łzawe brednie artystę chyba widziały jedynie na obrazku. Z pewnością nie dzieliły z nim łoża i lodówki! Jeśli komuś wydaje się, że życie z artystą to sama rozkosz i taniec w chmurach to biegnę wyprowadzić was z błędu. Dzień codzienny z artystą to jak codzienny jogging przez pole minowe. Biedne dziewoje wpadły z deszczu pod rynnę! Wiem co mówię. 

Osobiście wolałabym prostego jak linijka, nieskomplikowanego jak kawałek sznurka, rosochatego i spoconego drwala, który ma w nosie kim był Matejko i gdzie kupić zieleń Veronese'a. Chłopa dajcie mi, co wstaje z pianiem koguta o 5.00, zawija kanapkę w papier i maszeruje na osiem godzin do roboty. O 16.00 wraca i konsumuje obiad. Wieczorem obejrzy mecz, naprawi półkę , weźmie mnie w jasyr  i zniewoli okrutnie bez zastanawiania się nad konsekwencjami i nad kondycją ludzkości, a potem będzie chrapał zdrowo i donośnie. 

Wiem, wiem...moje marzenia są takie przyziemne...
ale czy łatwo znieść, że:

Artysta, moje drogie nie wstaje przed 12.00. Jeśli wstaje, to nie jest artystą a rzemieślnikiem. Przez 20 lat jęczałam u wezgłowia łoża artysty błagając go o otwarcie choćby jednego oka. Obiecywałam i robiłam takie rzeczy, że aż się rumienię na samo wspomnienie. Po 20 latach zmądrzałam i przestałam, co zaowocowało natychmiastowym fochem, że "się nie interesuję, że nie dbam, że mógłby tam leżeć i się zaśmierdnąć a pies z kulawą nogą by się nie zainteresował". 

Artysta widzi porządek/bałagan zupełnie inaczej niż przeciętny człowiek. Dla niego przypalone jajko zaschnięte od dwóch dni na kuchence gazowej to nie ohyda najgorsza, smród i malaria  a piękna martwa natura z przyszłością. Nie ma co sprzątać, lepiej się pozachwycać. Szczególnie, że zmienia kolor po zetknięciu z powietrzem...Trzeba rozrobić farbę...(NA CZYMŚ CO JEST AKURAT POD RĘKĄ) och, to była twoja książka mój Paszeko...ojej, nie martw się, masz przecież dużo innych książek...ale zobacz jak wyszło pięknie...

Artysta nie ma przyjaciół. Artysta jest ponad ludźmi, czasem jedynie udziela im audiencji zstępując na chwile z piedestału. Zresztą niezbyt często, bo artystę jest w stanie zrozumieć jedynie drugi artysta, a z drugim artystą przyjaźnić się nie może bo to rywal i ewentualny złodziej pomysłów. Dlatego na wszelki wypadek artysta nie przyjaźni się z nikim. (może jednak mieć kumpli od kieliszka, zwykle jednak chla w samotności do lustra, płacząc nad brakiem talentu lub zrozumienia u innych ). Żona musi mu zastąpić wszystkich kumpli razem wziętych, i nauczyć się zabawiać bóstwo od wieczora do rana.( kurs dla clownów i taniec brzucha mile widziany)

Artysta cierpi. Zdarza się, że artysta daruje/sprzedaje obraz znajomym. Masakra. Dostanie temperatury i rozwolnienia w dzień rozstania się z dziełem, będzie krytykował kolorystykę ich mieszkania, jakość użytych materiałów i oświetlenie, które nijak się nie komponuje z wiekopomnym dziełem. Rozboli go głowa kiedy zobaczy jak beznadziejnie, mając w nosie wszelkie  zasady kompozycji zawiesili obraz na haku. Nie będzie mógł spać w nocy planując podstępne najście ich gniazdka i szybkie przekomponowanie ścian.

Artysta cznia pieniądze. Jeśli je ma to fajnie, a jeśli nie to powie, że przecież można wykopać na czyimś polu parę kartofli i jakoś przeżyć te parę dni, które zostały do momentu aż dostanie wypłatę za ostatnie dzieło. Że dziecko dziesięciomiesięczne potrzebuje czegoś więcej niż kartofla bez okrasy? Kaprysy i fanaberie, dawniej dzieci w ubogich domach żuły rzemień na śniadanie i ludzkość przetrwała...niech więc sobie coś przeżuje i niech nie zawraca głowy bo właśnie rodzi się koncepcja i ją przede wszystkim należy nakarmić. 

Z normalnym facetem porozmawiasz o rodzaju mięsa na niedzielny obiad, opowiesz mu o mężu Kowalskiej spod 5-ki czy też omówisz najnowszy odcinek M jak miłość. Z artystą tego mieć nie będziesz. Artysta nie rozmawia. Artysta przemawia. Daje wykład. Snuje fantasmagorie. Komentuje strukturę, fakturę, powierzchnię i Twoje wybory.  Wczoraj dyskutowałaś o nowej teorii szybkości rozszerzania się wszechświata, jutro o melancholii w rysunkach Durera, a dziś o konsystencji i kolorze gotowanego curry

Bo artysta gotuje. Gotowanie to przecież tworzenie.

Artysta gotuje, szyje, potrafi zrobić ci makijaż, uszyć bieliznę, obciąć włosy, skrócić spodnie, zrobić meble do sypialni wraz z wyhaftowaniem pościeli w twoje ulubione błękitne łabądki,,,,ale nie proś go o wymianę żarówki, przetkanie wanny, wymianę opon....och, kochana...do tego musisz mieć kochanka, albo nawet dwóch. I nie chodzi tu o fizyczny aspekt, on po prostu tego nie ogarnia.

Artysta uprawia seks ale bywa bardzo chimeryczny. Jeśli spojrzałaś na niego kuso w zeszłym tygodniu, może się nabawić czasowej impotencji. Należy być zawsze radosną, chętną, uczesaną, ubraną kobieco , delikatną i broń Boże nie podnosić zbytnio głosu, bo to go rozprasza.

Artysta nie życzy sobie widzieć małżonki odkurzającej, myjącej naczynia, czy o zgrozo szorującej szczotą wc. Ona ma być muzą albo on poszuka sobie nowego natchnienia....dlatego artysta woli szorować sam, a pozwolić wybrance w tym czasie leżeć i pachnieć aby nie straciła uroku osobistego i czaru tajemniczości.  (bardziej leniwi artyści opuszczają mieszkanie na czas sprzątania i wolą wierzyć, ze ich skarpety wyprały gnomy do spółki z trollami)

Artysta nie znosi krytyki. Przepraszam, artysta nie przeżyje krytyki, dlatego żona artysty ma zawsze ustka w ciup i wielkie oczy od wpatrywania się w bóstwo całymi dniami. Żyjesz z artystą? Umiejętność zachwycania się musisz mieć we krwi. 

Żona artysty nie kupuje bóstwu żadnej rzeczy, którą artysta miałby na siebie założyć albo też zużyć w jakikolwiek sposób. Dlaczego? Bo tylko artysta wie co dla niego dobre.

Mieszkanie z artystą może być niebezpieczne...tu przypomnienie jak po raz pierwszy w życiu czułam się nadziana! (tylko dla dorosłych) nadziana o poranku

Choćby żona artysty wynalazła proch, koło i trawę, artysta tego i tak nie doceni. Podniesie jedną brew, 
pokiwa tylko głową nad głupotą wybranki, i powie "Wisz ty co Paszeko...idź, prześpij się lepiej, to ci dobrze zrobi"...bo słońce jest przecież tylko jedno. 

Tak to mniej więcej wygląda....i co? Reflektuje ktoś?
Nie lepiej znaleźć sobie przystojnego, młodego dentystę? Albo drwala? 

Jeśli czyta to jakiś drwal na białym koniu, chętny do uratowania całkiem zepsutej księżniczki z drugiej ręki, to ja ciągle czekam!!! A autorki niech przestaną pisać te głodne kawałki o spokojnym i szczęśliwym życiu z artystą. To zabawa tylko dla hardcorów. 


Wieprzu vel Paszeko

Ove przytomnie zauważył, że drwalska brać może mieć kłopoty ze skoncentrowaniem się na zbyt dużej liczbie liter. Obrazek jako dodatek i przynęta, może z tytułem "Czekając na drwala mojego życia"


sobota, 12 lipca 2014

Jak strach, to się i nogi znajdą czyli Robaczek po ścianie zasuwa w dół. Zachłysnął się strachem i rąbnął w stół.


****Post powstał w znoju i trudzie, ponieważ wylałam na laptop fusy z kawy i zabiłam L, M i przecinek. Każdy przecinek, i każda litera M i L występująca w tym tekście została tu umieszczona za pomocą - kopiuj/wklej. ŻESZ! I to jest powodem braku moich komentarzy na Waszych Szanownych Blogach.


Każdy się czegoś boi. Są ludzie, którzy boją się burzy, i tacy, którzy boją się windy, znam ludzi, których przeraża włochaty koc, albo ptak na gałęzi i schody do piwnicy. Ja sama mam w głowie z pół setki strachów, od malutkich niepokojów do wielkich panik.

A moja mamusia, na ten przykład, boi się nowych technologii. Bała się pierwszej pralki automatycznej, kolorowego telewizora, mojego kaseciaka, komputera i bankomatu. Automat pysznił się już od roku w łazience, a moja rodzicielka nadal męczyła siebie i starą  Franię, czekając na to aż w weekend tatuś znajdzie nieco czasu na wspólne, rodzinne pranie.

Obecnie mama najbardziej boi się bankomatu. Dlatego na wszelki wypadek, denerwuje się wyjęciem pieniędzy, już noc przed tą operacją, a następnie wędruje na wacianych nogach, uczepiona mojego rękawa i cicho łka ze strachu, jak przed ciężką operacją na otwartym sercu. 

- Bo wy młodzi to wszystko w lot łapiecie, to jesteś taka mądra. Za moich czasów nie było bankomatów, skąd się miałam nauczyć. Dzisiaj musisz wyjąć mi ty pieniądze - dorzuca lisio - bo dzisiaj to jestem wyjątkowo zdenerwowana.
- Mamo! Dasz radę. Będę stała z boku i asystowała. No! Dawaj!
- Nie, nie, nie...ty, ty...ja jestem stara i niedowidzę!

Zajęte rozmową nie zauważyłyśmy, jak do bankomatu ktoś się zbliżył i wykorzystując naszą kłótnię, zajął miejsce przed ekranem. Popatrzyłyśmy zniecierpliwione na intruza.

Przed nami stała jedna z najstarszych starowinek świata, tak stara, że na jej nosie rosły maślaki i rydze. Trzęsącą się dłonią, odstawiła tobołek z chrustem,  i kij swój sękaty pod maszynę straszliwą, zdjęła kota z ramienia, zza pazuchy wyjęła kartę płatniczą i pewnie wstukała pin, a  następnie jednym płynnym ruchem zgarnęła potrzebną jej kwotę . Spojrzałam na mamusię. Była urażona do żywego.

Oczywiście, jeśli mojej mamie zależy na czymś straszliwie to potrafi dać sobie radę.
Komputer?
Podałam jej niesamowicie skomplikowaną sekwencję umożliwiająca obejrzenie serialowego hitu fantasy. Coś trzeba było otworzyć, co innego zamknąć, tu coś wpisać tam nacisnąć. Pomyślałam - nic z tego nie będzie. Następnego dnia mamusia powiadomiła mnie, że jest już w połowie pierwszego sezonu.
Podobnie było z czytnikiem, dzięki któremu miała dostać się do sezamu z potężnym zbiorem literatury. Obcykała go w godzinę i zażądała ładowarki.

Ja? Ja się boję parkowania w Katowicach. Do tego stopnia, że już dzień wcześniej zaczynam sobie wyobrażać, jak to jeżdżę godzinami dookoła szukając miejsca, aż w końcu kończy mi się benzyna i tamuję ruch w całym mieście.  A potem wiadomo, prasa, policja, setki gapiów,  dobre rady i śmiech na sali. Dlatego, jeśli wybieram się do Katowic to zwykle zachowuję się jak moja mama, wisząc u rękawa mojego najdroższego, zraszając go serdecznymi łzami i próbując wywrzeć nacisk na jego dobrym sercu. Czasami się udaje.

Kiedyś bałam się wind. I to, obok  ubikacji w pociągach był strach strachów. W windzie, jeśli już do niej zostałam wciągnięta,  zamieniałam się w dzikie zwierze wyrzucające z siebie przekleństwa jak pociski z karabinu, plujące jadem i drapiące pazurami podłogę. Ci, którzy ze mną w windzie się znaleźli, z pewnością nie chcieli powtarzać tego doświadczenia.  Ten strach odszedł w zapomnienie, bo przestałam mieć znajomych z windami.

Ze strachami jest tak, że łatwiej bać się w grupie, najgorzej zaś bać się kiedy grupa się nie boi. Wszyscy patrzą na ciebie ze współczuciem,  i próbują przemówić ci do rozsądku,  z którym dawno już straciłaś kontakt, nawet ten korespondencyjny.

Ostatnio miałam okazje przestraszyć się wespół w zespół, na dodatek międzynarodowo!

Pod naszym domem w UK rośnie żywe drzewo, żywe jest nie tylko ze względu na kolor liści i pracujące korzenie, ale przede wszystkim z powodu tego co w nim żyje.  Ilość owadów na jeden liść, przekracza tam wszystkie dopuszczalne dla Unii Europejskiej normy. Drzewo gra, ugina się pod ciężarem owadziego życia i wydaje się nigdy nie zasypiać. 

Pewnego upojnego wieczoru, stałyśmy sobie jak zwykle pod drzewem, gawędziłyśmy nieco, paliłyśmy papieroski w relaksującej atmosferze z szafą grającą w tle. Aż tu nagle..na Loise coś łypnęło z gałęzi. Coś wielkości bobra. Szczególnego rodzaju bobra -  z rogami, skrzydłami i z co najmniej piętnastką nóg zakończonych pazurami. Zwykłe łypnięcie wywołało tajfun, trzęsienie ziemi i wiry w rzekach. Loise zamachała rekami, rzuciła papieroska w krzewia i z oczami wiekosci pięści braci Kliczko rzuciła się w stronę domu, drąc się przy tym niemiłosiernie.

Czas się rozciągnął, niczym  guma w legginsach, a następnie skurczył boleśnie z trzaskiem, a do naszej świadomości dotarł fakt, że należy ratować własne życie.

-aaaa....zawyłyśmy zgodnie i prawie wywaliłyśmy drzwi z futryną, próbując dostać się do domu we trójkę, w tym samym czasie (czego pewnie architekt nie przewidział). 
-oooo? -zapytał  robal z zainteresowaniem w  robaczym głosie i postanowił sprawdzić co nas tak przestraszyło, zeskakując zgrabnie z gałęzi..
-iiiiiii!...odpowiedziałyśmy zgodnym chórem i przebiegłyśmy przez trzy pokoje ze śmiercią w oczach
-eeeeej????...zakrzyknęła na nasz widok siedząca przy stole, nieświadoma zagrożenia  i popijająca herbatkę Karen.

Okrążyłyśmy dwa razy stół, spojrzałyśmy za siebie i...
Teraz biegałyśmy już we czwórkę, potykając się i wpadając na siebie wzajemnie . Robak zorientował się, że chodziło o niego, dostał szału, tak się wściekł, że zaczął atakować na oślep. My, także. Machałyśmy z dziką pasją, czym tam kto miał Z boku wygadało to pewnie na wspony atak epileptyczny, porażenie prądem lub na nowy rodzaj break dance 2014. Anniko, która miała najdłuższe kończyny i machała nimi niczym rolnik cepem, trafiła wreszcie, całkiem przypadkiem zabójcze monstrum prosto w jego robali łeb. Zatoczył się, wypuścił z ręki miecz i wpadł za obraz, przedstawiający pastereczkę wijącą sobie wianuszek na zielonej łące.Obraz zaczął się natychmiast poruszać. Bestia próbowała się uwolnić.


- AAAA...darła się Louise nada pozostając w napadzie szału.
- Dobij, dobij go- wrzeszczała dziko Anniko, była policjantka wydziału kryminalnego.

Przytknęłyśmy  głowy do ściany i z zaciętością fanatycznego entomologa obserwowałyśmy poczynania smoka. Ciągle próbował. Pastereczce z tego wszystkiego rozsypał się wianek.
Loise z zamkniętymi oczami przycisnęła obraz do ściany, drąc się przy ty niemiłosiernie, przy wtórze śpiewu trzech dzikich harpii na tarle. W końcu odskoczyła z paniką w oczach.

Obraz nadal się ruszał. Widać było, że bardzo wkurzony robal zaraz wylezie zza niego i spuści nam manto jakiego robaczy świat nie widział.
- Odejść - wrzasnęła Karen, przybiegając z czymś co przypominało gaśnicę, a okazało się podręcznym zestawem małego zabójcy insektów. Psiknęła.
Psik był tak silny, że nie tylko obraz i ściana za nim, ale wszystko dookoła pokryło się mgłą. Zaczęłyśmy kaszleć i łzawić( co i tak jest lepsze niż - krwawić), i niestety straciłyśmy czujność. Robal dał dyla w górę, okrążył lampę i zaczął pikować w stronę głowy Karen, która desperacko próbowała powtórzyć psikniecie. Niestety z kiepskim skutkiem. Pojemnik zasyczał smutno i zakończył życie. Karen nie poddała się i łupnęła robala pustym pojemnikiem. Upadł z hukiem na podłogę, roztrzaskując przy tym dwa krzesła (czy jakoś tak).

Z właściwą sobie przytomnością, zakryłam intruza słoikiem. Stałyśmy dookoła i nadal piszczałyśmy z obrzydzenia.
-Kto podniesie słoik?
-AAAAAAAA
-ale ktos to musi wynieść
-AAAAAAAAA
-No dobra, ja wyniosę. Dajcie kartkę
-AAAAAAAA
-DAWAĆ KARTKĘ!

Tak było. A przynajmniej, ja to tak pamiętam.
Co do robaka, to okazało się, że był to chrząszcz majowy. (ale kiedy siedział na drzewie miał rogi i pazury) Możliwe, że był to chrząszcz majowy w przebraniu. Taka Conchita Wurst ,drag queen robaczego świata.

Już kiedyś się balam : panika i ja
A.... dla tych co lubią dreszczyk, polecam:


Trzeba przyznać, że fajnie gawędzi ten Stefan D. Nie ma tu scen gore, nie ma hektolitrów krwi, ani niepotrzebnego okrucieństwa. Jest tajemnica, trochę dreszczyku i przyjemna dla czytającego narracja.



czwartek, 5 czerwca 2014

A kiedy Marian ze schodów spadł, to całkiem mu się pozmieniał świat czyli zapiski przedśmiertne i wsi moja kochana.

. 

 "Roku tegoż pańskiego Anno Domini kończyć będę lat siedemdziesiąt i siedem, znaczy się, jak to z dawien dawna mawiają, dwie kosy na mnie idą. Druga rzecz: podług kalendarza i podług pogody styczeń mamy. Do marca, jak w sam raz, niecałe dwa miesiące. A przecie stare, a to znaczy się mądre przysłowie powiada: szczęśliwy starzec, co przeżył marzec"


Nie spodziewałam się, że książka polskiego autora przyniesie mi tyle radości. Przeczytałam ją w dwa dni, i stwierdziłam, że muszę o niej napisać, bo szkoda, żeby umknęła tym, którzy szukają czegoś oryginalnego i naprawdę zabawnego.
Oto jest:


Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana



Marian. Zamieszkały we wsi Mużyny, mąż Apolonii i ojciec piątki dzieci. Marian, zgorzkniały do samych kostek, przepełniony nienawiścią do sąsiada, stary tyran rodzinny, konserwatywny do bólu. Marian -  głęboko wierzący, przekonany o swojej nieomylności, i o tym, że lepszego męża i ojca wymarzyć sobie nie można. Marian, którego widzę i słyszę codziennie na ulicy, za płotem, w samolocie i w telewizji. Marian - Kargul, Pawlak, Ferdek Kiepski i ojciec z filmu Kogel-mogel w jednym. Zapewniam, że każdy z nas znajdzie tam coś znajomego.



Byliście kiedyś na prawdziwej wsi? Ja byłam. W zapyziałych latach 80 tych. Ja nastolatka, z modną miastową fryzurką, w dżinsach na szelkach, w białych skarpetkach, chińskich trampkach koloru czerwonego i żółtym chińskim podkoszulku. Powiem wam szczerze, na powodzenie w tamtych latach narzekać nie mogłam, ale takiego rwania to w życiu się nie spodziewałam. Czułam się tam jak kolorowy kwiat na śniegu, jak królowa życia, jak Angelina Jolie prowincji, tylko ta rozdziawiona szeroko gęba, nieco mi w utrzymywaniu statusu kwiatu przeszkadzała.

Pierwsze zdziwienie przyszło kiedy zapytałam o łazienkę. Była! A jakże! Tylko, że nieczynna i zawalona od góry do dołu drewnianymi skrzynkami z narzędziami, roślinami i czymś co przypominało odchody królicze. W każdym razie rąk się tam umyć nie dało bez uprzedniego ukończenia kursu alpinistycznego. Innych potrzeb fizjologicznych, zresztą też nie można było tam załatwić, bo gospodarze doszli do wniosku, że w domu śmierdzących czynności się nie wykonuje i samego kibelka w domu nie posiadali. Sławojka była za domem.


Czułam się jak ten pisarz, Oborniak bo "sracz był oddalony od wyra i szło się w deszcz". Jako dziewczynka idąca w życiu na dalekie kompromisy, i wychowywana rozsądnie, nie protestowałam. To znaczy, nie protestowałam do momentu kiedy siedząc razu pewnego w wygódce i przyglądając się słońcu wdzierającemu się tam przez szpary, nie spojrzałam sobie w górę i nie zobaczyłam setki krwiożerczych tarantul, przemieszczających się po belce nad moją głową w rytmie "prawy do lewego". Wyskoczyłam z krzykiem, podciągając w biegu majciochy i dając gawiedzi wiszącej na płocie powody do plotek. Od tamtej pory wchodziłam do wygódki jedynie w plastikowej płachcie, używanej przez tamtejszego Mariana jako peleryna. Ubzdurałam sobie, że pająk "spadniety na pelerynę" dozna poślizgu i wyląduje w czarnej dziurze, zamiast na moich gładkich i różowych czterech literach. 


Kąpać też się można było, a jakże! W czymś co nazywano parnikiem. Pomieszczenie to służyło głównie do gotowania ziemniaków, albo też ziemniaczanych obierek dla bydlątek. W celu wykonania ablucji, należało rozebrać się do rosołu i umyć wszystkie członki w plastikowej misce, z pomocą wrzątku z gara na piecu. 


Niestety, parnik miał okna wielkości drzwi tarasowych. Widać gospodarze nie przewidzieli, że będą gościć gwiazdę na gościnnych występach. Tak, tak...kto zgadł? Plastikowa płachta Mariana pomagała mi zachować czystość. Właziłam pod nią razem z miską, zupełnie nie zwracając uwagi na pukania w szybę i szarpanie za klamkę, i męcząc się okropnie próbowałam utrzymać ciało w jako - takiej czystości. 


Telewizor? Był, ale zepsuty i nikt nie miał czasu się tym martwić. Gospodarze chodzili spać o godzinie 20.00, a wstawali około 3.00 nad ranem. Autobus czasem się zatrzymywał, a czasem nie. Takie miejsce zapomniane przez wszystkich ale za to z uroczą rzeczką, i dużą ilością zieleni. 


Spodobałam się. Zachciano mnie na żonę. Okazało się, że kawaler, którego ze względu na ilość zmarszczek, brałam za 40 latka, jest ode mnie starszy jedynie o 5 lat. Powiedział, że poczeka aż nieco wydorośleję. Pokazał mi kury, owce, krowy, gęsi i pola, pola, pola. I to wszystko miało być moje. Przez moment, w mojej szalonej głowie zrodził się przepiękny obraz mnie rolniczej, wstającej bladym świtkiem, owiniętej jeno białym giezłem, z głową przyozdobioną kwietnym wiankiem,   i karmiącej urocze gąsięta, kaczęta i świnięta z ręki, a potem bawiącej się z owieczkami do wieczora. 


Niestety, nie udało się. Kawaler w ramach testu poprosił mnie o zrobienie mu kromki z salcesonem. Brzydząc się niemiłosiernie, wzięłam tłuściznę w rękę przez papier, wyszukałam odpowiedni nóż i zaczęłam "robić kromkę". Ciosać - to słowo w moim wypadku byłoby chyba bardziej odpowiednie. Kawaler i jego matka przyglądali się temu ze spokojem ludzi, których ze strony miastowych nic nie zdziwi. 


W kromkę włożyłam, oprócz salcesonu i sporej ilości masła, własne serce i cała sympatię dla wiejskiego stylu życia. Niestety, to kawaler nie zdał testu na narzeczonego. Nie był w stanie otworzyć ust na taką szerokość, żeby kromka gładko tam wjechała. Trzymając pajdziocha dwoma rękami, próbował nagryzać toto w różnych miejscach, masło lało mu się między palcami, a kawałki salcesonu, wielkie jak brykiety do grilla wyjeżdżały ze środka. Czego nie upchnął  palcem z powrotem do wewnątrz, lądowało na jego spodniach, i szusowało jak Alberto Tomba w dół nogawki, i na podłogę. Kręcił głową, próbował podejść kromę z lewej, z prawej, od góry i z dołu. I nie dał rady. Znaczy, na męża się kiepsko nadawał. Mąż powinien umieć zjeść to co żona ugotuje. Prawda?


Cóż, zostałam żoną miastową ale plastikową płachtę zatrzymałam na zawsze.
 

sobota, 29 czerwca 2013

Nie wszystkie panny noszą wianek czyli wszystko co spoczywa pod śniegiem wylezie na wierzch.

Uprzedzam - w tekście występują cytaty zawierające opisy tego i owego!

Wiem, wiem...w Polsce panowały afrykańskie upały. I właśnie dlatego (czując jedność z narodem) postanowiłam schłodzić się skandynawskim kryminałem. Wyszperałam więc, niejaką Lenę Oskarsson i rozpoczęłam czytanie.

Kryminał okazał się przesycony polskim biustem. Polskie piersi obijają się człowiekowi po twarzy podczas czytania, leżą na oczach, kładą się na nosie. Tak własnie, na nosie! bo na dodatek są to spocone polskie piersi, ponieważ akcja toczy się w wyjątkowo upalne szwedzkie lato. Nici ze schłodzenia się nieco powiewem szwedzkiej zimy. Zresztą nie tylko piersi są tam spocone. Spocone są tam wszystkie ludzkie członki. Nie ma się więc co dziwić, że:

"Jego rozmyślania wypełniały rozmyślania o cipce (...). Czy jest wygolona, sucha czy może wilgotna od potu?"

W książce występuje korowód polskich osobników, płci obojga, których charakteryzuje to, że:
a/ kobiety są piękne i mają piękne piersi
b/ o mężczyznach nie można nic ciekawego powiedzieć, poza tym, że mają ziemiste cery i włosy nijakiego koloru. 

Wszyscy bez przerwy myślą o seksie. Jeśli już uda im się zmusić kogoś do tej przykrej czynności (niżej będzie wyjaśnienie dlaczego użyłam przymiotnika - przykry) to nie mogą skupić się jak każdy Polak na tych prostych ruchach, tylko leżąc pomiędzy udami partnerki rozmawiają, popijają, zastanawiają się nad swoim życiem, rozwiązują zagadki kryminalne, kłócą się i w ogóle są tak zaabsorbowani tymi dodatkowymi czynnościami, że nawet nie wiedza czy już skończyli czy jeszcze nie zaczęli.

A jakie są Szwedki?
a) Niebezpieczne. Na miejscu polskich mężczyzn trzymałabym się od nich z daleka bo może im się przydarzyć to co drugiemu głównemu bohaterowi:

" - Nawet nie walisz konia przy pornosach?
  - Zero konia
  - Szkoda - powiedziała bardzo smutno i wykorzystując okazję, że on też poczuł się niekomfortowo,
szybko oburącz złapała go za głowę i pociągnęła w dół, w kierunku swojego krocza. Cuchnęło. Na szczęście ściskała go tak mocno, że prawie nie mógł nabrać powietrza."

b) Nastawione na sukces:

" J.W. pełnił rolę jej anioła stróża, pilnował, żeby miała pracę i trzymała się na powierzchni. Chciał za to tylko jednej przysługi. Raz w miesiącu musiała przed nim uklęknąć, wybrać z rozporka jego żylastego penisa i włożyć sobie głęboko w gardło. To wszystko."

c) Suche wewnątrz:

" Jej pipka (...)  miało się wrażenie, że jest kieszonką z lateksu - ściśle go obejmuje, sprawia rozkosz i jednocześnie ból, bo nie ma w niej dostatecznej wilgoci."

d) Czy maja dobre strony? Tak! Bywają miłe:

"Podziękowała mu, biorąc obolałego od ruchów frykcyjnych ptaszka do ust." 

Jak jednak widać, seks nie jest tu żadną przyjemnością ale bolesnym, kaleczącym procesem. Już myślałam, że tylko ze szwedzkimi kobietami jest coś nie tak. Maja jakąś anatomiczną niedoskonałość, która powoduje, że tam na dole się pocą, cuchną, a na dodatek kaleczą męskie klejnoty. Może dlatego, mówi się tyle o chłodzie Skandynawskich dżentelmenów? W końcu co to za przyjemność chodzić z permanentnie obolałym ptaszkiem?

Okazuje się jednak, że dotyczy to także męskiej populacji Szwedów. Po pierwsze wszyscy Szwedzcy mężczyźni są obrzydliwi z wyglądu - sapią, pocą się i kępy włosów wyglądają im z uszu i nosów. To nie wszystko - maja kaczy chód, duży brzuch i problemy z erekcja i przedwczesnym wytryskiem. Najgorsze jednak są szwedzkie penisy policyjne. Oto co przeżyła nasza rodaczka - Zuza Wolny, piękna pielęgniarka z fałszywym dyplomem, pięknymi piersiami i lekkim podejściem do seksu:

" W końcu zrobili to w spiżarce, pomiędzy charczącą zamrażarką a zgrzewkami wody mineralnej. Szwedzki policyjny penis był cienki i ostry jak drut. Za każdym razem, kiedy się cofał, Zuza miała wrażenie, że zaczepia o pochwę i ją kaleczy. "

Niech się dzieje co chce. Ja do Szwecji nie jadę!
Wydawnictwo Czarna Owca zażartowało sobie z czytelników. Jeśli Lena Oskarsson jest Szwedką to chyba taką jak ja:))

Tu nastąpi dygresja:
Mieszkańców miasta, w którym się urodziłam nazywają Szwedami, ze względu na to, że podobno po 1655 sporo ich się osiedliło na tym terenie, wrosło w społeczeństwo i wzięło sobie Polki za żony. W sumie można powiedzieć, że jestem rodowitą Szwedką  z rodziców Szwedów. Żeby sprawdzić jak to dokładnie było, weszłam sobie na stronę o historii miasta i wciągnęłam się nieco w tekst. Bardzo ładnie napisane, jak to ludność miasteczka o różnych etnicznych korzeniach żyła ze sobą w pokoju i zgodzie przez setki lat. I nagle, ni z tego, ni z owego wyskakuje zdanie: Pierwszy Żyd w X. urodził się w roku 1835. I nic więcej, tylko tyle. Ani pół zdanka, że  wcześniej byli tam jacyś Żydzi.  Zaraz przyszło mi do głowy, jaki to musiał być szok dla rodziców. Patrzą w kołyskę - a tu ŻYD, jak żywy!  Pewnie monetą brzdąkał i ssał pejsa. 

A na rysunku....no, kto zgadnie jaka część ciała jest na rysunku?

sobota, 1 września 2012

Jak przestałam się martwic i pokochałam torbę czyli trzy w jednym - Dzień Blagiera, książki na wakacje i podróży ciąg dalszy.



Tak, pokochałam torbę. Właściwie dwie torby. Jedną uwieszam sobie na ramieniu, a drugą ciągnę za sobą. Razem ważą 21 kg jak obszył (z czego lektura wazy około 2,5). Przestałam sie przejmowac przesiadkami, biletami, zawirowaniami w podróży - staram się cieszyć chwilą, oglądam ludzi, miejsca, podglądam życie w mieszkaniach bez firanek, wytężam słuch w kolejkach, czytam ogłoszenia, buszuję w charity shops (oczywiście nie mogłam się opanować i już przywlekłam jedną książke do domu).

Jest ciekawie, oddycham Anglią. Saffron Walden bardzo mi się podoba, człowiek depcze tu średniowiecze i o średniowiecze się ociera. Łatwo sobie wyobrazić jak to wszystko wyglądało w czasach kiedy kat należał do najbardziej znanych celebrities w mieście, a wieszanie miało więcej widzów niż Mam Talent i Gwiazdy Tańczą na Lodzie razem wzięte, a rywalizowało jedynie z łamaniem kołem lub rozdzieraniem końmi. Pewnie zaliczałabym się do fanów wieszania, strasznie nie lubię jęków , a przy łamaniu kołem bez kilku godzin konania się nie obejdzie, rozrywanie końmi jest za to mało estetyczne.



Książki oczywiście ze sobą zabrałam. I niestety, musze przyznać, że wybór okazał się nieco chybiony.
Po pierwsze Nevermore:Kruk - narwałam się na tę książkę jak szczerbaty na suchary. Miał być gotycki romans oparty na dziełach Edgara Allana Poe, a wyszła kasza z ryżem. Nie wiem co poszło nie tak bo recenzje są bardzo entuzjastyczne. Dla mnie było nudno, bohaterka denerwująca, bohater trywialny (w czasach kiedy miałam naście lat podobnie wyglądających chłopaków było na pęczki), historia prowadzi donikąd. Następną część sobie daruję.

Po drugie otrzymałam, wraz z zapewnieniem, że od niej się nie oderwę - "Pretty Little Liars". Odrywałam się aż nazbyt często bo było nudno, a panienki na poziomie Paris Hilton i kiedy wreszcie akcja ruszyła z kopyta to okazało się, że jestem na ostatniej stronie i musze kupić następna część. Hm....nie wiem czy warto, a może jestem po prostu za stara na takie książki?

No, i wreszcie Yrsa. Oczywiście Yrsa mnie nie zawiodła, tym razem jednak...muszę przyznać, że nie był to dobry czas na czytanie "Pamiętam Cię". Własnie wróciłam z Brighton do domu treningowego, w którym spędziłam upojny czas na początku swojego pobytu w UK. Dom tętnił życiem, wielojęzyczył, był pełen strawy pochodzącej z różnych części świata, pachniał, szemrał,  po prostu żył. A tym razem...

Wysiadałam z pociągu o 21.30. Na szczęście stacja znajdowała się niedaleko od domu, jednak w miarę przybliżania się moja radość zdychała w zarodku i na jej miejscu rodził się niepokój, z każdym metrem coraz większy. Ciemne okna wyglądały posępnie, a ogród zdawał się być pełen szeptów, szelestów, cmoknięć, chrumknięć i  tym podobnych. Żeby dostać się do domu trzeba mieć klucz, a żeby zdobyć klucz trzeba znać szyfr do specjalnego schowka. Szyfr na szczęście znałam, niestety wystukać go w ciemnościach nie byłam w stanie, nerwowa atmosfera ogrodu za plecami nie była moim sprzymierzeńcem. Wyjęłam zapalniczkę i postanowiłam oświetlić sejf, smród palonego plastiku przywołał mnie do porządku. Jeśli spale to cholerstwo to spędze noc na ławce w ogrodzie lub na stacji. Nerwowo macałam przyciski i wreszcie się udało, dom stanął przede mna otworem.

Weszłam do środka, przeszłam się w góre i w dół, zajrzałam do szaf i schowków bo jeśli już jakiś wampirz dostał się wczesniej do środka to lepiej wiedzieć wcześniej niż dowiedzieć sie o tym w środku nocy. Dom był pusty i chłodny. Rozlokowałam się i zaczełam robić atmosferę - telewizor, tu światło, tam lampka, gwiżdzący czajnik. Tak się tym zmęczyłam, że musiałam wyjść na zewnątrz i zapalić. Zaciągnęłam się dymem po adidasy i zaczęłam się uspokajać, niestety nie na długo - ciemność dookoła zdawała się krzyczeć, ba! wrzeszczeć na mnie. W takich wypadkach moja wyobraźnia zaczyna żyć własnym życiem, z przodu przez trawę wyraźnie sunęła w moją stronę sina dłoń, zza krzaków na lewo coś mrygało bezczelnie, a z prawej słyszałam czyjś oddech. (dla przypomnienia - moje mistrzowskie osiagnięcia w sianiu paniki i ćwiczenia na koleżance Ance:
http://czarnypieprz.blogspot.co.uk/2010/10/nade-drzwiami-wilczy-pysek-dla.html ) - tak, z taka przeszłością w ogóle nie powinnam mieć wyobraźni dla własnego dobra. Zgasiłam papierosa drżącą ręką i natychmiast znalazłam się w środku, niestety okno sięgało od sufitu do podłogi, nie miało zasłon i wychodziło na ciemny, pełen dzikiego zwierza i grozy ogród. Przytuliłam twarz do szyby, ogród popatrzył na mnie i było mu łatwiej bo to u mnie świeciło się światło, i to on miał mnie na widelcu, wyraźnie śledził każdy mój ruch.

Postanowiłam zabarykadować się w pokoju. W tym celu dosunęłam do drzwi wolne łóżko, budząc przy tym smacznie śpiące za nim pająki. Natychmiast tez pożałowałam tego kroku bo ze strachu strasznie chciało mi się siusiu. Ledwo żywa z przerażenia, zmęczenia i wysiłku przebiegłam do łazienki, starając sie nie patrzec w stronę ciemnego ogrodu. Ale kątem oka wyraźnie widziałam, że zaczynają się tam niezłe harce i ilość morderców - zwyrodnialców wyraźnie się tam potroiła.

Leżąc bezpiecznie na łóżku postanowiłam odstresować się za pomocą Yrsy, zaczełam czytać książkę, która...Tu kawałek recenzji z Merlina, autorstwa "markietanki" : "

Dawno nie czytałam tak dobrego horroru. Przechodziły mnie ciarki po plecach i słuchałam odgłosów swojego domu, i oglądałam się za siebie - niezwykle wrażenie! Jeśli lubicie się bać - ta pozycja was zachwyci! "Pamiętam Cię" to dwie splatające się historie, które mają wspólny mianownik - zaginione dzieci. Przed wielu laty zaginął Bernodus, syn alkoholika, którego ojciec obwiniał o śmierć matki i młodszego brata. A całkiem niedawno zniknął bez śladu, Bennie, syn lekarza. Dzieci pojawiają się w snach i na jawie pacjentów lekarza psychiatry Freyra, ojca Benniego, a wszystko zaczyna się od włamania do przedszkola, gdzie na ścianach pojawiły się napisy. Takie same napisy widziano wiele lat temu podczas włamania do szkoły, do której chodził Bernodus. Kiedy zaczynają umierać jego koledzy szkolni, Freyr zaczyna badać i porównywać obie historie - wnioski go zaskakują. A kiedy zaczyna nawiedzać go syn - myśli, że sam stracił rozum.... W tym samym czasie na małą, islandzką wyspę przybywa trójka przyjaciół - małżeństwo Gadar i Katrin oraz ich znajoma wdowa, Lif. Kupili dom, który chcą wyremontować i zamienić na pensjonat. Pierwsze wrażenie nie jest jednak pozytywne - wyspa jest opuszczona i przygnębiająca, a dom zrujnowany, bez ogrzewania i elektryczności. Zabierają się za jego remont, kiedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy - słychać głosy, widać ślady stóp, a nigdzie nie ma człowieka,, który je robi. W końcu dostrzegają dziecko, ale nie udaje się go schwytać. Jest przerażające.... Każda jego wizyta przynosi strach, a Katrin spada ze schodów, spadają na nią cegłówki - zaczyna obawiać się o swoje życie. Nagle przestają działać komórki i nie mogą skontaktować się z lądem. Grozą powiewa, kiedy znika nagle Gardar,a kobiety zostają same.... z chłopcem...... 

Czy to dziwne, że noc spędziłam przy zapalonym świetle, z oczami jak spodki, paląc elektronicznego papierosa i nasłuchując trzeszczenia schodów, szelestu liści, drapania, stukania, i rzężenia. O 5.00 wraz z pierwszym promieniem słońca padłam na łóżko i chrapałam jak zabita do południa. Do książki wróciłam dopiero kiedy już dobrze zadomowiłam sie w domu i kiedy odwaga mi wróciła na swoje miejsce.

                                                                   XXX

I z okazji DNIA BLOGERA/BLOGA/BLOGOSFERY czy jak tam zwał, chciałabym napisać o blogach, które poznałam w ciągu ostatniego roku i które zrobiły na mnie największe wrażenie. Polecam!Starzy blagierzy- wybaczta, my się  znamy jak łyse kobyły i ja was opisywać nie muszę bo nawet was już narysowałam!
W kolejności przypadkowej:

1. http://czterydych.blogspot.co.uk/
Z tą Zośką to mogłabym stworzyc całkiem miłą parę niemieszaną, jednopłciowa i wybuchowa. Bawi mnie to w jaki sposób opisuje angielska rzeczywistość, bawi mnie język jakiego używa i jej spostrzeżenia.

2. Wyjdzie na to, że jesteśmy Towarzystwem Wzajemnej Adoracji ale nic na to nie poradzę. Ten blog pozwolił mi przeżyć straszliwa noc w UK kiedy tabuny dziwadeł skrobały mi pazurami po szybach, martwe dzieci stukały do drzwi, a ogród patrzył. Wyczytałam go prawie do samego dna i znacznie poprawił mi humor. Jest niezwykle zabawny i w przeciwieństwie do mojego, każdy tekst na nim umieszczony jest wspaniale dopracowany:
http://szeptywmetrze.blox.pl/html#axzz25FYFfrrp

3. http://bebeluch.blogspot.co.uk/
Mozna czytać, a można skupić się na oglądaniu obrazków. Mnie zaczarowały.

4. Lubicie kryminały? Ja też! A tutaj można znaleźć sporo informacji na ten temat:
http://krimifantamania.blogspot.co.uk/

5. Wierchoł: http://zapisana-celuloza.blogspot.co.uk/
Po prostu lubię zajrzec i zobaczyc co u niej, ma poczucie humoru ale pisze krótko i rzadko.


Dziękuję za uwagę. Do wiadomości biedactwa, które dzwoniło do mnie, a zapomniało sprawdzić, że mnie nie ma w kraju - postaram sie skończyć Ediego do poniedziałku. Buźka!

niedziela, 10 czerwca 2012

Włazła Mańka na drabine pokazała odrobine, Jantek myśloł, ze to dusa i uchylił kapelusa czyli Dałabym ci, dała, na talyrzu miodu byś mnie pocałował i z tyłu i z przodu.




Czytanie to mój nałóg. Jako nałogowiec czytam zwykle kilka pozycji na raz. Ponieważ opublikowałam kawałek posta zanim go wysłałam i pojawiło się kilka wpisów - podziwiających - prostuję. Moi drodzy, czytanie, któremu ulegam już dawno przestało być przyjemnością, stało się tak potrzebne do życia jak oddychanie. I naprawdę przypomina to zachowanie narkomana. Pozostawiona bez książki czytam wszystko inne -ulotki, napisy na biletach, opakowaniach, instrukcje obsługi, a jak już nie mam co to piszę w głowie i później staram się przeczytać. Chore co?

Ok. Wracam do postu


Książki czytane grupuję:
Grupa A - to książki, które muszę przeczytać. Te książki należy czytać w pozycji siedzącej i nie da się ich zabrać do łóżka bo bywają pożyczone, są gabarytów encyklopedii, nie wypada im zagnieść strony ze względu na doniosłość wsadu.

Książki B. Grupa wędrująca ze mną - czytana w łóżku, w łazience przy suszeniu włosów, przy jedzeniu, przy czekaniu, przed zaśnięciem. Lekkie - takie do których można wskoczyć w każdej chwili bez zbytniego zastanawiania się o co właściwie chodziło. Zdarza się, że śmieć.

Grupa C - domowa. Porozkładana wszędzie i czytana w zależności od potrzeb. Tematyka różna, język zwykle obcy, żeby zagłuszyć wyjące sumienie.

Obecnie moją książką czytaną w pozycji pionowej jest:Twarz co widziała wszystkie końce świata Oscara Wilde, książką do suszenia włosów - Wampiry Hollywoodu (haha, naprawdę!), a książkami rozłożonymi Tytus, Romek i Atomek księga XII, "The Moon's a baloon" Davida Nivena i "Queen and I" -Sue Townsand. Każdy nałogowiec czytania zrozumie ten mix, który innym może wydawać się całkowitym bałaganem.

Moim dilerem jest zwykle biblioteka. Wpadam, zagarniam 10 pozycji i już w domu siadam na podłodze i dzielę na dwie kupki - A i B. Noo, może się przyznam, że zanim na tej podłodze się znajdę to jeszcze wcześniej następuje okres mizdrzenia się i napawania do wypęku. Siadam przy stole, dostaję od Pana Pieprza kawę i mam czas na dotknięcie każdej książki, pogłaskanie, powąchanie, spokojne przebiegnięcie wzrokiem początku, obejrzenie okładki, ilustracji itp. Myślę, że dokładnie to samo robią kobiety, które lubią kupować ciuchy - to się nazywa przymierzanie.

I tak właśnie przymierzyłam sobie babskie czytadło grupy B. Zapowiadało się letnio i lekko, jako "optymistyczna powieść o samorealizacji, budowaniu tożsamości, realizowaniu marzeń, przede wszystkim zaś o wspaniałej kobiecej przyjaźni". Tak! Własnie tego było mi trzeba - pokrzepienia, optymizmu i tej odrobiny wiary, że prawdziwa przyjaźń istnieje, że ludzie dbają o siebie nawzajem, szanują się, i w ogóle jest pięknie.


Mamy więc trzy bohaterki, trzy kobiety walczące o własna tożsamość i "odkrywające swoje talenty".

Ola - kobieta obarczona dzieckiem, która przy każdej okazji zastanawia się jak jej wybór życiowy wpłynie na przyszłość córki. Tego zostanawiania się jest taka ilość, że czekałam kiedy pojawi się scena w piekarni, gdzie główna bohaterka nie może sie zdecydowac pomiędzy rogalem i bułką, bo nie wie co o jej wyborze pomysli w przyszłości córka. Olę poznajemy akurat w momencie kiedy rankiem, ciagnąc za rękę zaspane dziecię, udaje sie po pocieszenie do przyjaciółki.
Co się stało?
Ach, poprzedniej nocy ona, jej partner i kilka innych osób bawiło się na imprezie, a jedna z pań zaczęła efektownie podrywac własność Oli, a nawet została po wyjściu reszty gości. We trójkę jeszcze troche sie poprzytulali w tańcu, a w końcu Ola położyła się z córką i do rana słuchała jęków gościa i swojego partnera. Teraz idzie sie wypłakac na ramieniu koleżanek. "Siedziałam w pokoju Ani i przez ścianę słuchałam jak się pieprzą".Tak, zastanawiam się, która z moich przyjaciółek byłaby w stanie leżeć na łóżku za ściana i czekać aż jej ukochany wyda się siebie ostanie "yeaaah"!
Oczywiście Ola decyduje się zostać ze swoim facetem bo "Dziecko nie powinno sie chować bez ojca". Niestety, facet sam stwierdza, że nie daje się na partnera dla Oli i prosi ją o wyprowadzenie się z domu. Ola wprowadza się do Julii. Żeby jej dochody nie spadły zgadza się na związek z poznanym przez internet mężczyzną, gustującym w BDSM. Staje się jego niewolnica."Muszę się zgodzić na seks z nim, jeśli chcę przyjaźni i wsparcia w trudnych chwilach...no i pieniędzy na róźne rzeczy dla Ani". No i ja to rozumiem - 2000 za spotkanie, jakaś biżu i pomoc w interesach to powód, żeby się wybrać do mieszkania nieznajomego faceta, dać związać, bić i poniżać. Ola jest z siebie dumna (talent!)i świetnie sie sprawdza jako niewolnica "robiąca laskę na zawołanie". Ma dziewczyna jednak swoją dumę, ucieka oburzona kiedy Master mówi " Nie potrafisz tak pracowac pochwą, żeby go ściskać"! Ola uciekła, biegła przez miasto w niedopiętej kurteczce a "Serce jej kołatało bardziej niż przy samym stosunku. Ręce zaczęły drżeć. Trafił w jej czuły punkt"!!! Dramat po prostu! Płakałam razem z nią.

Julia - kobieta z wynajętym mieszkaniem, do której wprowadzaja się dwie przyjaciółki. Julia jest świeżo po rozstaniu z facetem i własnie zaczęła randkować z poznanym przez internet mężczyzną. Niestety ma pecha, facet nie chce jej natychmiast zaciągnąc do łóżka, chociaż dziewczyna niemal siła mu się tam wciska. Z tego powodu Julia jest na randce naburmuszona i nieszczęliwa. Zresztą ma pretensje i zrywa z nim, kiedy facet w końcu mówi jej w chwili szczerości, że jak dla niego to jest zbyt łatwa. Łatwa? Bo się chciała kochac, o pardon bzykać (jak mówią bohaterki) na pierwszej randce? " A to konserwatywny skurwysyn!" No, bezczelny typ!

Rita. Odchodzi od męża bo był za dobry, chociaż spodobało jej się, że na koniec dostała po twarzy, żałowała tylko, że "nie zaciągnął jej brutalnie do łóżka i nie przeleciał ostatni raz". Jej głównym celem w życiu jest przespanie się z żonatym kolegą z pracy - Rafałem. Na widok Rafała " język mi sztywnieje jak kutas przed wytryskiem". Rita w ogóle lubi dobre porównania:
"namiętność, ją omotała jak żywica owada, który zwabiony jej pięknym blaskiem podleciał, by juz nigdy nie móc się z niej wydostać"
"czuła się , jak gdyby została podłączona do wielkiej butli ze sprężonym tlenem. Takiej dla płetwonurków.(..) Powietrze pod cisnieniem zaczęło się z tej butli wydobywać, wypełniać ją całą , grożąc, że rozerwie nie mniej skutecznie niż bomba wodorowa."
Rita nie lubi swojej kolezanki z pracy, do której Rafał tez czuje mięte i dlatego lubi sobie ulżyć optymistycznie:
"Zabiłabym kurwę, rozpłatałabym jej łeb i rozgniotłabym butami mózg"
"Ja tę sukę załatwie", "Wyjebę tę sukę z pracy"
i takie róźne kobiece figliki, którymi rodzaj żeński umila sobie wolny czas w drodze do samorealizacji.

Rita lubi się bawić. Idzie do klubu i tam po wypiciu kilku drinków uprawia seks w toalecie. Niestety "to było jedynie pięć pchnięć" a nie upojna noc na kibelku, z kolejką kobiet czekającą za drzwiami.Rita jest tym mocno rozczarowana i stwierdza, że "najwyższy kurwa czas" na pójście do domu. Tam "siadła na sedesie, przymknęła oczy i wsunęła palce między nogi. Po kilku minutach wstała, usmiechnęła się, obwąchała palce i poszła do kuchni zapalić." Mam nadzieję, że nie poparzyła sobie palców bo mam wrażenie, że taka Rita to "źre drut kolczasty i szcza napalmem" jak mówił Clint E.

W końcu Rita osiąga swój cel, jadąc na lunch "zatrzymali sie w ustronnym miejscu.(...) Rafał gryzł jej sutki, wpychał jej dłoń pod spódnice, aż poczuł że jej ciało napręża się tak, że głową niemal przebija dach samochodu, a potem opada i wiotczeje."
Może zwiotczała bo jej wentyl przegryzł? Albo korek wyjął? I taka całkiem już zwiotczała "rozpięła mu spodnie, pochyliła głowę i z zapałem zabrała się do rewanżu." I potem Rafał dzwonił, a ona leciała co sił w nogach i rozkładała nogi gdzie tylko się dało. Po jakimś czasie stwierdziła jednak, że to kawał s****, który "traktuje ją jak darmową dziwkę". No, nie! A fe, nieładnie! Jak pan może Panie Pomidorze?

Podsumowując -liczyłam na kobieca przyjaźń i ten optymizm, dostałam trzy harpie trące przyrodzeniem o ściany, i wyjące z pożądania a na dodatek mające pretensje do biednbych chłopów, że są traktowane tak, a nie inaczej. Zaczęłam doceniac swoje przyjaciółki, wady mają ale i duzo więcej oleju w głowie.

Czy ktoś z was naprawdę zna takie kobiety? Jeśli tak to niech je złapie za ramiona i mocno potrząśnie. A książka nazywa się MUSZKIETRKI.