Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

środa, 14 stycznia 2015

Straszna historia o tym, jak ogolono mi fluffy i popełniono gwałt na mojej wewnętrznej Barbie baletnicy.



*jest tu trochę dramatu, bo tekst został napisany o 4.00 nad ranem, po 16 godzinach podróży.


Kiedy mieszkam w Narnii, jestem jak puszek rozkoszna. Smakuję jak truskawki z bitą śmietaną, jak maliny z cukrem  Można mnie polizać, bo pachnę jak cappuccino z pianką , wata cukrowa, ptaszki dotykające się dzióbkami, dzióbki dotykające się ptaszkami....

Jestem taka mięciutka na zewnątrz i wewnątrz, czuję, że posiadam małe, okrągłe wewnętrzne fluffy, miły w dotyku puszek i tańczącą  Barbie baletnicę. Mam miękkie włosy, zamglone spojrzenie, i żyję w piernikowym domku. Jestem taka słodka jak najsłodsze Prince Polo. 

Kiedy przechodzę ulicą, 20% społeczeństwa Narnii podnosi się cukier we krwi.
Różowy sweterek, niebieska spódniczka, rajstopki w motylki, błękitne szklane pantofelki, karoca z dyni i inne szykany.

Słodka pani ma słodkie dni, wstaję rano, piję kawę z pianką, witam się w ogrodzie  z zabłąkanym liskiem, rozbawioną wiewiórką, dygam, uśmiecham się, promienieję, jestem urocza, czarująca, nie ziewam, nie daję znać , że to mnie nudzi, przytulam, pogłaszczę, pokiwam główką ze zrozumieniem...lizak po prostu. A kiedy włożę palec do kałuży to odbicia wody mają kształt serduszek..Jeśli ktoś przy mnie powiedziałby słowo "cholera", to pewnie zemdlałabym w trybie przyspieszonym.

Tak jest, mogę przynieść zaświadczenie. 

A potem przychodzi chwila powrotu, i  jadę taka słodka i pełna niewypowiedzianej miłości na lotnisko. I kocham ten pociąg sunący po torach, i Londyn, i wszystko dookoła i piję kawę, która smakuje wybornie i uśmiech nie schodzi mi z mojego słodkiego, krąglutkiego oblicza. I kiwam się taka uśmiechnięta na fotelu w poczekalni lotniska, i nadal jestem szczęśliwa. Az nadchodzi czas próby...
.

Widzę, że do wrót wpustowych moi krajanie nie utworzyli jednej, jak każdy inny naród, ale około 17, 5 kolejek, klika podpunktów z nawiasami i odsyłaczami, a na boku jeszcze dwa oddzielne akapity.  Chciałabym wiedzieć, którą mam pójść drogą bo czas nagli. Obciągam więc różowy sweterek i zapytuję grzecznie:

- Witajcie piękni rodacy, kocham was, kocham cały świat, buzi- buzi - buzi,, gdzie tu kolejka dla wybranych?

I już widzę, że moja słodycz trafia w próżnię. Obłoczki miłości skraplają się i opadają na zimną posadzkę z głuchym łoskotem jak zerwany sznur perełek -..ryp..trzask...bum.... 

 Część tłumu mnie ignoruje, a druga syczy:
- Stań w kolejce szantrapo różowa, do kolejki zmoro w lila...

Wyciągam przed siebie różowe łapki, i tłumaczę jak komu normalnemu:
- Kochani  ludożercy, ja mam boarding priority, bo ja się nie pauperyzuję ale także nie uludawiam i nie mieszam z tłumem, gdyż walka o karpia i bieg po crocksy w promocji zabiłyby  moją  wewnętrzną Barbie baletnicę, i zmierzwiły obrzydliwie mój wewnętrzny puszek...nie mogę z wami stać i słuchać tych andronów, które pleciecie namiętnie jęzorami swymi. Proszę wskażcie mi drogę z dala od hejterstwa waszego. 

Tłum spluwa kwasem solnym pod moje stopy. W podłodze powstają szczeliny, i głowę bym dała, że widzę ogień piekielny i słyszę diabelski chichot . 

Rogata tłuszcza nie zamierza się rozstąpić, nie ma ułatwień, trzeba walczyć o swoje. Już miałam się poddać, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem dzieckiem, które dorastało w latach 80, a wtedy w sklepie na polce stal tylko ocet. 

Wiem jak walczyć o swoje. Ach, żeby tylko! Wiem jak uszyć spódnicę z pieluchy, bluzkę z firanki, a firankę z rajstop, a także jak zrobić kapcie z łyka i szynkę z tektury i bloku technicznego. Potrafię umyć  włosy bez szamponu ale za to z pomocą masła i chrzanu, wiem jak pomalować rzęsy kiedy nas nie stać na tusz. 

Jestem przygotowana do życia, nie gorzej niż McGyver. Umiem przeżyć za 500 zło miesięcznie robiąc bankiet dla znajomych w każdy weekend, a kiedyś w UK przetrwałam miesiąc za 50 funtów. Nie płaczę kiedy złamie mi się paznokieć, to paznokieć płacze, że śmiał  zrobił mi coś takiego. 

Kiedy już sobie to wszystko powtórzyłam w myślach, jak mantrę,  ruszyłam do ataku.   Nabrałam  szybkości i zręcznie wymijając lecące w moim kierunku nieprzyjazne spojrzenia, giętka i zamszowa uchyliłam się przed dobrze przypieczonym stekiem wyzwisk, i zręcznie, jak antylopa gnu przeskoczyłam przez wartki potok wrednych myśli, zarabiając jedynie jednego kopniaka w łydkę  i jednego szczypasa z zakrętasem  w ramię *(ale ktoś był zdolny, bo ja jestem nieszczypalna), oraz dwa niewinne  ciosy torbą , wyładowaną prawdopodobnie cyrklami i jeżozwierzami angielskimi, w plecy. Epitety fruwały w powietrzu niczym drony w koreańskiej strefie przygranicznej. 

Trzy razy zepchnięta ze schodów, zmoczona do suchej nitki, przewiana wiatrem, dotarłam na pokład i rzuciłam się na najbliższy fotel przy oknie. Wiem, że jeśli szybko włożę do uszu słuchawki będę uratowana, mój puszek pozostanie nienaruszony. Odpływam myślami....wiosłuję marzeniami...widzę, że moja wewnętrzna Barbie baletnica nabiera rytmu.  

Gdzieś pomiędzy "Happy little pill" a ""Las Palabras de Amor" moja Barbie zaczęła gubić rytm, przedtem dawała jak Ginger Rogers, a teraz zaczęła kuleć na lewą nogę niczym koń Karino. Zaczęłam się uważnie w siebie wsłuchiwać, i  pomiędzy moim biciem serca a muzyką spostrzegłam dysonans...siedział obok i tokował, tokował, tokował....

-Bla, bla, bla, a ona na to, bla, bla, bla

Podwójny dysonans w o połowę młodszy ode mnie przekrzykiwał ryk silników i muzykę z mojego smartfona,  opowiadając sobie dykteryjki z życia na obczyźnie, subtelne inaczej . Czułam, że moje fluffy zaczęło się jeżyć, a baletnica zaczęła potykać o własną spódnicę. 

Carramba! A tak chciałam to wszystko dowieźć tutaj do kraju i zasiać ziarno miłości na rodzimej ziemi. Chciałam być słodka dla moich znajomych, rodziny, psów i sąsiadów, obrażonych pań w sklepie i agresywnych inspicjentów gazowych. No, nie da się, nie da!


Bla, bla, bla płynęło szerokim korytem, za chwilę dołączyło do niego bolesne kopnięcie w nerkę...tak, za mną w samolocie zawsze siedzi trzylatek bezpardonowo wymachujący nogami i bezstresowo wychowujący go rodzice. Przede mną zawsze leci krzyczące bejbi, karmione jedynie fasolą z grochem, a dwa rzędy dalej chłopaki z brygady budowlanej,  którzy już nieco ten tego w pociągu, a teraz piją na dobicie. 

Moje fluffy zaczęło się kurczyć, Barbie baletnica wyłożyła się jak długa, mój różowy sweterek zmienił kolor na fuksję, czułam jak ogarnia mnie przerażenie.Barbie szeptała z podłogi - walcz!!

I zawrzała we mnie krew przodków spod Grunwaldu i Kircholmu! 
Zapragnęłam krwi, wytartych dżinsów i porządnych martensów, chciałam tatuaży, pirsingu, łańcuchów od nosa do warg i od warg do kolan, agrafki w policzku, kółka  w nosie, dziury w uszach, zaostrzonych zębów, rozdwojonego języka, ognia piekielnego, czapki szamana, dzidy , wosku na sutki, ogona, mandoliny z jedną struną na której przez dwie godziny grałabym jeden kawałek "umarł Maciek umarł, już leży na desce", największych organów Hammonda na świecie, a na deser cykuty! 

Przypomniałam sobie wszystkie przekleństwa świata, konstruowałam w myślach mentalną bombę wodorową,  którą za chwilę zrzucę ludzkości na głowy ...miałam gotowy plan zagłady świata, ostrzyłam włócznię złośliwości,  niańczyłam przekleństwa, pędziłam jad w butelce po soku z antyoksydantami. Chciałabym całą kulę ziemską wysłać w kosmos, a ja bym sobie została sama i zrobiła mega placek ziemniaczany ze śmietanką, Ot co!

I już prawie, prawie zaczęłam wprowadzać mój morderczy plan w życie, zastanawiając się gdzie najszybciej dostanę ziemniaki,  kiedy zaczęło się lądowanie...potem jeszcze tylko kilka ciosów w głowę łokciami, i już schodziłam po schodach, czując, że mój wewnętrzny puszek całkiem się już wytarł, a za rękę, zamiast Barbie baletnicy trzymałam śpiewającą po polsku. Marzie Gaggiolo...brrrr




Cześć Polsko. Wróciłam na chwilę.

jeśli komuś się Marzia nie pokazała, to tu link. 

48 komentarzy:

  1. Smutne ale prawdziwe. Twoje artykuły pozwalają mi sie na chwile zatrzymać i zadumać nad tym co tu i teraz. Dziękuję. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Katarzyno:)) przyjemność wielka po mojej stronie.

      Usuń
  2. Ach, juz juz sie ciesze, juz antycypuje w napieciu.Lece za tydzien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. beemwe - auuuuu, auuuu....to już wiesz jak się przygotować. Badź twarda! I nie bierz jeńców:)))

      Usuń
  3. E tam, Padre mówi (bom mu własnie obszerne fragmenty przeczytała), że Angole i Irole mają tak samo... boarding priority olewają i hejtują, chleją przed wylotem (i po), nie zyczliwi są i chamscy. Zależy jak trafisz.
    Placek ziemniaczany wydaje się uniwersalnym remedium. Smacznego, Pieprzu drogi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ach, mają , mają..ale chociaż potrafią kolejkę uformować, nawet kompletnie pijani....chociaż nie są to narody, które mnie wkurzają najbardziej:) zamilczę jednak....
      Dziękuję Inkwizycjo Droga Moja:)

      Usuń
  4. Jak można nie cenić puszystej miękkości?! Ja, twarda Ślązaczka, nie rozumiem.... :((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Auroro moja piękna piękniejsza z każdym rokiem - ja też nie!

      Usuń
  5. Ja dzisiaj wszystko tak samo jak Ty, tylko bez lotniska, samolotu i walizki...
    No... prawie wszystko.
    W każdym razie - koniec identyczny... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. auć Kalino....przytulić Cię i pożyczyć kocyka ?

      Usuń
    2. Dawaj ten kocyk! A co mi tam! ;-)

      Usuń
  6. Witaj, Pieprzu Pieprzuteńki, cześć i czołem, uśmiałam się wewnętrznie na czarno :) Nie ma drugich takich kolejek jak do samolotu do Polski, zaprawdę - nie ma. W Anglii jakoś się ten puszek we mnie nie zdążył nigdy przesadnie rozrosnąć, a i do kraju przodków latałam jak kot z pęcherzem, krótko mówiąc - szoku nigdy nie było. Mój mąż - całkiem niepuchaty na duszy - zawsze dostawał oczu okrąglutkich na widok tego szaleńczego galopu ludności do bramki. Tłum czeka pod monitorem, cyk, numer bramki, i Wielka Pardubicka. Zawsze tak samo się dziwił, jak dziecko.
    Puchem natomiast epatowałam wcześniej, bawiąc w Kalifornii (cztery całkiem długaśne lata). Słoneczna Kali wszczepiła we mnie różowe kłaczki innerpuchu. W porównaniu z amerykańskim puchem puch angielski jest mało zaraźliwy, zbadałam. W kęź razie - w samolocie krajan nie było, szok następował na lotnisku już w Polsce. I potem na ulicach, i w sklepach, zwłaszcza w sklepach, dumałam: dlaczego nikt się nie uśmiecha, nikt nie od-uśmiecha; i na przejściach przez ulicę, dlaczego nikt, nikt, nikt się nie zatrzymuje...?... Po tygodniu się przyzwyczajałam. Tak na marginesie, od kiedy jeżdżę autem, zatrzymuję się w 90 procentach przypadków, a ludziom starszym kordialnie się zza kierownicy kłaniam - hoduję w sobie puch i Barbie. Właśnie! Po przerwie angielskiej puchaceję (?) ostatnio na nowo, na polskim łonie. I jeszcze donoszę, że uniknęłam jakiś rok temu śmierci z zaniedbania. Schudłam do czasów licealnych i stroszę pierze :) Pozdrowienia, Droga Pieprzyno! M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marchewko (pozdrowienia dla Ślicznej Mlecznej Czekoladki) - ja do kraju wracam co dwa tygodnie, a i tak za każdym razem coś mnie zaszokuje, Bo przez ten czas kiedy jestem w UK mam taki święty spokój, że mogę wychodować dwa futra z puszku i założyć zespół tańczących Barbie baletniczek, Jest to zapewnie także zasługa ludzi, z którymi przebywam.
      Mnie tego uśmiechu - w sklepie, na ulicy, itp. bardzo tutaj brakuje. Ale boję się szczerzyć... Uściski Marchwio:)

      Usuń
    2. No, rzeczywiscie, zatrzymywanie sie na pasach i usmiechy to nawet moi ponurzy Germanie praktykuja czesto-gesto. I tez troche dziwnie sie zawsze na poczatku czuje, jak odwiedze polskie pielesze...
      I jeszcze lubie tu panie na kasach, bo nie dosc, ze usmiechy i zyczenia milego dnia, to jeszcze teksty typu "o, to tez mój ulubiony sok!" albo "ale ma pani ladne kolczyki" :)
      Niby nic - a cieszy. Choc musze przyznac, ze te najmlodsze pokolenie juz jest mniej wesole, niestety.

      Ale wyobraz sobie, ze kiedys w czasach zamierzchlych wracalam autobusem z SYCYLII !!! dwa dni cale i noc miedzy nimi. Morza wódki sie przelaly przez ten autobus, oceany istne. Do tego ci dzielni plywacy, przez te oceany sie przeprawiajacy, czynili to bez butów, ale za to w skarpetach. Nie zmienianych chyba od roku.
      I wlasnie za mna siedziala jakas Matka Roku z malutkim dzieckiem na kolanach (tak, jedno miejsce wykupila) i nie dosc, ze dziecko wierzgalo, to jeszcze nie moglam sobie odchylic oparcia do tylu, no bo bym to dziecko zmiazdzyc musiala.
      Reszte pozostawiam twojej wyobrazni...

      Usuń
    3. auuu...Diable:))) I love you:))) piękny opis....
      A tak na marginesie, marginesu to zgubiłam twój mail!!! Wiem, że gdzieś go umieściłaś i nie mogę odnaleźć...fujara ze mnie. A ja chcę wieloryba!!!!!!

      Usuń
    4. Droga Koleżanko z Warzywniaka, pływacy w skarpetach mnie rozłożyli :D Ja także onegdaj wracałam autokarem z Sycylii! Ta Matka Roku z dzieckiem na podołku jechała tak caaaałą drogę z Sycylii do Polski? Dobrowolnie ?? Szaleństwa, panie, szaleństwa :)

      Usuń
    5. @Pieprzu: aryatara_a@yahoo.de :)
      @Wampirza Marchew: TAK! CALA DROGE! Choc czy dobrowolnie - nie wiem ;)

      I "auuu", tak, moje plecy i kolana robily "auuu!" jeszcze 3 dni po tej podrózy. Gdyby nie wielgachny, puchaty, wyhodowany na slonecznej Sycylii "fluffy" to pewnie polala by sie krew w tym autobusie, i to nie moja, nie moja...

      Usuń
    6. O, o, a ja się kłaniam na pasach, tym, co to się zatrzymali, by przepuścić mnie i dzieciarnię. Kłaniam się w pas, jak mam wolną rękę, to im nawet macham! Kierowcy patrzą na mnie nieco dziwnie, czasem któryś odmachnie, ale raczej bez uśmiechów... No trudno, nie od razu Kraków zbudowano.
      Najbardziej ten brak uprzejmości mnie irytuje, gdy wychodzimy z dziewczynkami ze sklepów. Ela i Wiki mówią uprzejmie "Do widzenia", a odpowiada im głucha cisza. I jak przekonać dwulatkę i trzylatkę, że, jednakowoż, jest taki zwyczaj, by się pożegnać, skoro dorośli go nie praktykują?

      Usuń
  7. obce mi to wszystko, ale z ciekawością przeczytałam.
    :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Niesamowicie to opisałaś. Ale tak dobitnie, że wczułam się totalnie.. Ech...rzeczywistość...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani M:) dziękuję za komplement...cóż rzeczywistość skrzeczy:))))

      Usuń
  9. Barokowo i pysznie! Czytawszy, miałam różowe fajerwerki przed oczami
    ale ale..
    Marzia, sorki, przebija wszystko na wylot. Jestem poraniona i naszpilkowana tym jak Cher szeleszczaco-gulgoczącym wokalem gdyż użyłam jutuba jako narzędzia tortur. Dzięki niej lepiej zrozumiałam, co czułaś jak filcował się fluffy;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo, dziękuję, że obejrzałaś. Marzia jest jak kropka nad i dla tekstu:)))) Niesamowita dziewczyna...:))))

      Usuń
  10. Latam niekoniecznie czesto, ale latam i za chinskiego boga nie pojmuje o czym piszesz:))) Znaczy jakos sie tak domyslam, ze stoi a raczej klebi sie tlum przed bramka a potem rzuca do wyscigu... ale PO CO???
    Przeciez bilety i miejsca w samolocie sa NUMEROWANE!!!!!!!!!!
    Kazdy ma przypisane swoje miejsce, wiec po kiego licha ten bieg, to lamanie kosci? Lecac do Polski o malo nie zapomnialam, ze mam wsiasc do samolotu, wszyscy juz byli na pokladzie i nagle slysze moje nazwisko przez glosniki. Dzizas, zabralam Kindelka, bo to on byl przyczyna mojego samozagapienia sie i sru do bramki.
    Piekna stewardessa juz tam na mnie czekala, wziela niemalze za raczke i poprowadzila do samego fotela, kotry czekal na mnie cierpliwie jak i wszyscy pasazerowie.
    To byly linie hinduskie..... generalnie polskimi nie latam, wiec moze w tym jest diable pogrzebany:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja latam węgiersko - amerykańskimi. Miejsca są nienumerowane Stardust...ach, jak to podnosi level adrenaliny we krwi z easy na hard...:)

      Usuń
    2. Te atrakcje w Wizz-liniach :) Nie numerują!

      Usuń
  11. a wiesz, ze można być tak zesranym przed lotem, że można tego wszystkiego nie zauważyć i w ogóle ...można cichcem przesuwać się na koniec kolejki można też...i może być fszsko jedno przed śmiercią... człowiekowi mnie , znaczy... także ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teatralna - nie wiem. Mój syn jest inżynierem lotniczym. Od jego 10 roku życia codziennie oglądałam programy o spadających, rozstrzaskujących się i płonących samolotach. Jestem tak zahartowana, że wsiadam i zasypiam (jeśli mi się uda) i nawet złożenie się skrzydeł i płonący silnik nie zrobiłby już na mnie wrażenia. Bo ja już wszystko widziałam:)

      Usuń
  12. Skąd się to stworzenie (czytaj Marzia) wzięło??? Przez moment nawet pomyślałam, że śpiewa po rumuńsku, ale potem... o mój boszszzz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izabelko....śpiewa? Hmmm...śpiewa, powiadasz....

      Usuń
  13. udusilam sie kawa dwa razy. raz czytajac, raz sluchajac. O matko, taki talent muzyczny mialam i tak go zmarnowalam? Przeciez przy tej pani jestem niczym Celina Dion. :PP

    Cudnie napisane no i jakze to prawdziwe! Mieszkam w Stanach i latam raz na rok, dwa, to dopiero wyhoduje w sobie cala gromade zajaczkow, motylkow, wazek i dmuchawcow, a tu ide do samolotu ze spiacym na rekach dzieckiem, bo wolaja do bramki matki z dziecmi, poza tym siedzenia numerowane, a tu gromada emerytek nie chce mnie przepuscic i sama juz nie wiem, czy "przepraszam", czy "ekskjuzmi", bo nikt mnie nie rozumie. I nagle sie okazuje, ze do Polakow za lotnisku najlepiej mowic po niemiecku, bo nagle wnerwia sie jakis Niemiec i po niemiencu cos o dziecku na mych rekach krzyczy, bo kindere to znam po kinder-niespodziance i nagle sie moje kochane rodaczki rozstepuja. ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ach, Lola...Lola...uważaj wkraczasz na grząski grunt stosunków polsko-niemieckich...:))) Znaczy RAUS rozumieją:))))

      Usuń
  14. Już widzę ten cały obrazek oczyma wyobraźni :)
    Chociaż muszę przyznać,że w czasie wakacji leciałam tam i z powrotem i niczego takiego nie przeżyłam ale może to jakaś wyjątkowa sytuacja? I faktycznie.Miejsca mieliśmy numerowane.Może dlatego żadnego kurcgalopu do samolotu człowiek nie widział:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzeno...jaka wyjątkowa? Ja to przeżywam wciąż i wciąż co dwa tygodnie, wygląda mi na to, że żyję w pętli czasowej....coś jak w Dniu Świstaka. Wizzair nie ma numerowanych miejsc, można mieć rezerwowane ale też bez numerowanych:)

      Usuń
    2. Miałam na myśli,że może moja była wyjątkowa:) Może tłum coś wziął na uspokojenie i nie szalał:)Ja leciałam Ryanairem.
      Nie mam większych doświadczeń w lotach,bo te dwa były pierwszymi ale liczę na to,że jak mi się kiedyś zdarzy jeszcze,to nie będę musiała przeżywać tego co Ty:D
      Przypomniało mi się natomiast jak kiedyś koleżanka opowiadała,że taki sam dziki tłum rzucił się do autobusu tylko nie pamiętam czy to był kurs z Gdańska do Lublina czy dotyczył jakiegoś zagranicznego wyjazdu.Z boku wyglądało to śmiesznie ale uczestniczyć w czymś takim to chyba niewiele osób by chciało;P

      Usuń
  15. Nie mieszkam w Narnii, ale bywam kilka razy w roku. Kiedy kolejny raz przyzwyczaję się do wszechdźwięczącego "sorry" i "have a nice day" (co tam nice, niech będzie od razu great!) oraz przechodzenia na czerwonym świetle w blasku policyjnych uśmiechów, wracam. I staram się być miła.
    I nie rozumiem. Nie rozumiem, dlaczego tu się tak nie da.
    Ostatnio po powrocie zobaczyłam na lotnisku taką scenkę: matka wali syna, może siedmioletniego, ciągnącego wielką torbę z bagażem (bez kółek), w plecy ze słowami "jak mi, k..., jeszcze raz staniesz na nogę, to popamiętasz". Nie wiem, jak on, ja pamiętam.
    Świetny tekst:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beato:))) ja tu naprawdę ograniczyłam się do minimum. Chociaż kusi mnie, żeby napisać o tym jak cudownie Polacy zachowują się także w innych sytuacjach - ktoś przeglądał forum Mieszkamy w Londynie? Auuuu...to dopiero bolesna lekcja prawdy o nas. :)))

      Usuń
  16. Tekst świetny. Cód, miód i orzeszki😊 Zostaję tu na dłużej. W sumie to padłam po przeczytaniu więc chyba nie mam wyjścia😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Katkago - nie masz:)))) zostań na zawsze!

      Usuń
  17. Wspaniałe :) Nigdy nie leciałam, a jakbym tam była, krew i wódkę piła.
    Ale powiem Wam coś niesłychanego - odkąd przeprowadziłam się do lasu, zakupy robię w miasteczku na literę B., takim bieda-miasteczku, z kupą bezrobotnych, tuż-tuż pod ruską granicą. I wierzcie lub nie, tam wszyscy jeżdżą po ulicach z przepisową prędkością i ZATRZYMUJĄ SIĘ przed przejściami dla pieszych! Nawet dla JEDNEGO pieszego! Musiałam o tym napisać, bo co będę sama przeżywać ten cud niepojęty :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Aż nie wiem od czego zacząć. Dysertację mógłbym napisać o tym poście. Zatem krótkimi seriami.
    Takie frazy jak: małe, okrągłe, wewnętrzne fluffy, moje fluffy zaczęło się kurczyć/jeżyć, tudzież słówko puszek kojarzą mi się. No i jeszcze to "ogolono mi fluffy". I to wszystko na różowo. Nie dziwię się, że pisane było o 4 nad ranem. Czytać też powinno się o tej porze :)
    Tekst jest tak perlisty, że klękajcie narody. Szacunek. Osobliwie rozwaliły mnie ptaszki do dotykające się dzióbkami i dzióbki... :D oraz kałuża z serduszkami :D
    Moje zadziwienie obyczajami lotniczymi ciągle wrasta. Nie będę się rozpisywał, powiem tylko, że zaczynam rozumieć, czym się różnią tanie loty od drogich.
    Twoja historia przypomniała mi moje zetknięcie z rodakami po powrocie ze Szwecji wiele lat temu. Wszedłem do terminalu promowego w Ystat i pomyślałem mniej więcej "o, k... ale mordy, znaczy już jestem w Polsce". Niestety, nie mam złudzeń, że sam wyglądam inaczej. Tu, w Polsce, na pewno nie.
    Marzia Gaggioli to po to, żeby nas dobić? :)

    No i... teraz shining w wersji blur. Yhm, yhm :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę sobie odpowiedzieć, że Ystat leży w Ystad, tak w kwestii formalnej :)

      Usuń
    2. Ove - dziękuję, dziękuję...czyli osiągnęłam to co chciałam osiągnąć:))))) tak , miało się kojarzyć!
      Jeszcze raz - dziękuję:)

      Usuń
  19. I co ja moge? Moge sie tylko pod tym podpisac i dopisac jedynie: i tak mialas szczescie ze nie pili za Toba, bekniec i pierdniec nie bylo. Lot nrktorys tam , co prawda nie do Anglii, ale w strony skandynawskie, uradowana siadam przy oknie zerkajac niepewnie na kompana co to ze skraja usiadl sobie.Nie dlugo bylo czekac o co kaman: pani przed "pachniala 'potem wlasnie teraz tak ze moj lot odbyl sie z torebka papierowa zatkana na moim nosie. Uff. Pomijajac kopy z tylu, przedzieranie sie dla priorytetu i cos tam jeszcze, po czym mam dreszcze-- te nieprzyjemne zreszta.
    Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń
  20. leżę na parkieCIE i kwiczę! nie opuSZCZAJ mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Chyba jeszcze bardziej od bezstresowo wychowywanych dzieci nie lubie ich rodzicow - sama mam taki przypadek w najblizszym otoczeniu: wpadnie ci to do chalupy, wysmaruje sciany nutella I przeleci sie w butach po oparciu bezowej kanapy...wiem, to moja wina! Trza se bylo kupic czarna! Jak na zlosc za mna tez wiec siedzi zawsze taki berbec I sprawdza wytrzymalosc moich kregow a na dokladke z przodu I boku (aby bylo stereo) dwa inne dra sie tak, ze zadne sluchawki (z muzyka ) nie pomoga. O kolejkach I pchaniu sie wszedzie gdzie sie da juz nawet nie wspomne jak rowniez o darciu sie do ajfona jeszcze przed startem (tak, Stachu, zaraz startujemy - pewnie maja bezposrednie polaczenie z pilotem bo informuja wszystkich w samolocie jeszcze przed stewardessa) I natychmiast po ladowaniu (Stachu, wlasnie wyladowalismy! - znowu stewardessa jest w tyle! Obawiam sie nawet ze zlikwiduja ten etat bo jest niepotrzebny I nie bedzie nikt mi juz jezdzil wozkiem z artykulami dutyfree po palcach od nog). Niestety duzo nam jest jeszcze sie nauczyc. Rodacy moga mi nawet zepsuc najbardziej romantyczny moment w Venecji gdzie facet laduje ci sie w kadr a obok do twojego ucha drze sie baba: wyloz no z tej lodki ciopraku bo ja 80 euro placic nie bede zebys ty se krola udowol grzmocie jeden! No I po rozowym puchu I obloczku! BTW! Piekne zdiecie! Pozdrawiam Cie cieplo

    OdpowiedzUsuń