Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Wielka epopeja miłosna na puzon i waltornię 1 czyli Przygoda Mysi

Nie mogłam zostawić Mysi na starym blogu, musiałam ją tu przytargać ze sobą,
w całości. Jakoś się do niej przywiązałam.


Muszę znaleźć inną pracę. Wyjechać z tego zapyziałego kraju, nauczyć się obcego języka, coś przeżyć, coś zdobyć! Potrzebuję zmian, zmian, zmian!- przekrzykiwała nas wszystkie Mysia na babskim spotkaniu przy kawie i ciastkach.
- Oby nie na gorsze- zauważyła ponuro Gabrysia.
- A szukasz czegoś konkretnego? - zapytała Małgonia - Znajoma mojej znajomej wspominała ostatnio, że ma fajna pracę za granicą. Dokładnie to w gorącej Hiszpanii. Podobno pracowała tam koleżanka koleżanki jej córki i była bardzo zadowolona. Co ja mówię, była szczęśliwa do wypęku. Wróciła opalona, przywiozła mnóstwo kasy i jeszcze na dodatek zakochała sie w tamtejszym chłopaku. Piszą teraz do siebie, bo hiszpańskiego też liznęła.
- Hihihi...hiszpańskiego czy Hiszpańskiego lizała? - czknęła nietaktownie Kasia.
- A co to za praca? - Mysia wyraźnie się zainteresowała puszczając mimo uszu nietaktowną uwagę koleżanki.
- Trzeba się opiekować jakimś tamtejszym suszkiem - staruszkiem. Tyle, że praca polega właściwie na przyciskaniu różnych guzików w maszynerii pod którą pacjent jest podczepiony. Rano klik i wieczorem drugi klik. Słyszałam, że mają basen, i samochód dla opiekuna. Willa stoi na skraju morza, weekendy wolne, żyć nie umierać.
- Dawaj! - Mysia, prawie się oblizała.- Zaczynam nowe życie. Zobaczycie jeszcze będziecie mi zazdrościć.
Przez jakiś czas było cicho o nowym życiu, następnie sprawa ostro ruszyła do przodu. Koleżanka koleżanki, której koleżanka córki była w tym raju, dzwoniła prawie codziennie z nowymi wiadomościami.
-Tylko weź kostium, bo mają wspaniały basen. Zabierz prawo jazdy bo Mercedes w garażu będzie do Twojej dyspozycji. Olejków nie zapomnij! Płacą sporo ponad przeciętną polską normę, a na dodatek ZUS. Właścicielka powiedziała, że chętnie nauczy cię hiszpańskiego, jeśli będziesz mieć ochotę na zagospodarowanie sobie czasu wolnego i przerwę w opalaniu i spacerach.
Mysia odebrała też bezpośredni telefon od hiszpańskiej pracodawczyni, niestety konwersacja nie wykroczyła po za zdawkowe "Hi! How are you?" " I'm ok" ale czuła, że to musi by przyjazna dusza. Mysia głęboko wierzyła w siłę swojej kobiecej intuicji.
Przygotowania ruszyły pełną parą. Mysia złożyła rezygnację w pracy, zamieściła ogłoszenie o wynajmie swojej kawalerki i rozpoczęła wielkie pakowanie walizki przez wszystkich zwanej pieszczotliwie "Stodołą Mysi". Postanowiła też, że podróż odbędzie autobusem bo to bezpieczniej i taniej. Bilet kosztował sporo ale zadatek za wynajem mieszkania jakoś załatał dziurę w budżecie.
I wtedy nastąpił pierwszy wypadek w serii niefortunnych zdarzeń. Dwa dni przed wyjazdem Mysi do Raju zadzwoniła dawno nie widziana koleżanka Hanka, wytrawna podróżniczka, która z niejednego pieca chleb zjadała.
- Hiszpania? ZUS? -haha, kochana NIEMOżLIWE. Nie będziesz miała żadnego ZUS-u, załatwienie tego graniczy z cudem. Może za parę lat, kiedy Polska wejdzie do Unii. Teraz? Marne szanse. Zresztą nie będę cię zniechęcała, sama sobie zadzwoń do konsulatu i zapytaj o wszystko.
Rankiem Mysia trzęsącymi się palcami wybrała numer na klawiaturze telefonu i dziesięć minut później potwierdziły się jej najczarniejsze obawy. Poczuła się oszukana i rozczarowana. Wielkie marzenia obróciły się w próchno obrzydliwe.
- Mam w nosie! Nie będę pracowała na czarno. Nigdzie nie jadę, a bilet zaraz oddam.
-Oczywiście, że bilet może pani zwrócić kiedy tylko pani chce. Oczywiście przed terminem wyjazdu. Wszystkie informacje o zwrocie płatności znajdzie pani oczywiście na odwrocie biletu, w załączonej tabelce.
Posługując się lupą, pożyczoną od córki Mysia ze zgrozą odkryła, że oddając bilet dwa dni przed wyjazdem otrzyma jedynie około 10% jego ceny.
- Mam w nosie ZUS! Jadę. Przynajmniej obejrzę Hiszpanię i poopalam się trochę.
Podróż była długa i wyczerpująca, ale towarzystwo mocno rozrywkowe. Pod Wrocławiem już wszyscy byli ze sobą na TY, a w okolicach Pragi ostatnie niedobitki zawodziły sennie "Poszła Karolinkę..." i nieśmiertelnego Górala.
Ponieważ sprawa z ZUS-em mocno Mysię zaniepokoiła, postanowiła na wszelki wypadek zabezpieczyć tyły. Na jednym z postojów weszła w bliższy kontakt z kierowcami, wypytując ile dokładnie czasu zostaną w Barcelonie, w jakim hotelu będą mieszkać i prosząc na koniec o numer ich telefonu. Ponieważ kierowcy zaczęli mrugać do siebie porozumiewawczo i oblizywać się obleśnie, rozchlapując wokół ślinę wraz kawałkami jedzonej właśnie kanapki z myśliwską, Mysia na wszelki wypadek spróbowała wyjaśnić motywy swojego działania.
-Wiedzą panowie...ja Hiszpanii nie znam, nie wiem czy ktoś będzie na mnie czekał...gdyby coś nie wyszło to przynajmniej wrócę z panami do domu.
Uwierzyli czy nie, nieważne. Grunt, że Mysia wszelkie potrzebne informacje uzyskała.
Barcelona. Słońce praży niemiłosiernie. Parking pełen ludzi, wszyscy krzyczą, targają bagaże, dzieci płaczą, mężczyźni przeklinają. Autobus odjechał, ludzie się rozeszli. Mysia została sama z uczuciem niepokoju i walizką wielkości stodoły. W ręce trzyma świstek z numerem telefonu do przyszłej pracodawczyni. Ale jak zapytać o budkę telefoniczną, jeśli jedyne słowa jakich Mysia była pewna w języku hiszpańskim to „Las Palabras de Amor” . W tej chwili bynajmniej nie byłyby przydatne.
Z daleka dał się słyszeć sygnał klaksonu i z wizgiem kół podjechał na parking biały mercedes, ze środka wyskoczyła czarnowłosa kobieta i bez słowa rzuciła się do bagaży Mysi. Jedną ręką podniosła skórzana stodołę, a drugą zgrabnie zatrzasnęła bagażnik. Zrobiła to prawie jednocześnie. Następnie zajęła się samą Mysią upychając ją na tylne siedzenie auta. " Ale się spieszy" - zdążyła pomyśleć Mysia, kiedy ręce kobiety nieoczekiwanie zaczęły ją ugniatać w okolicach ramion. Wariatka? Muskuły mi sprawdza?
Po chwili Mysia zrozumiała, że czarnowłosa seniorita chce aby gość przyjął na tylnym siedzeniu pozycję horyzontalną. " Pewnie to kawałek drogi i dba żebym wypoczęła" - rozluźniła się więc i ułożyła wygodnie na siedzeniu. Denerwowało ją tylko, że nic sobie z tej Hiszpanii nie obejrzała, mimo że podróż trwała ponad godzinę. Kiedy tylko unosiła głowę, Hiszpanka krzyczała coś w swoim języku wykonując jednocześnie ruch ręką w dół.
Wreszcie znalazły się na miejscu. Automatyczna brama rozsunęła się bezszelestnie i wjechały na teren czegoś co Mysia mogła dotąd tylko podziwiać w katalogach biur podróży i meksykańskich serialach, które namiętnie zresztą oglądała. Samochód zatrzymał się i kobieta wysiadła, otwierając drzwi po stronie Mysi.
- „Zachodnia kultura” – przemknęło przez głowę naszej bohaterce. Wreszcie można się rozejrzeć dookoła; basen, ogród, dom ze szklaną oranżerią - cud i miód.
"Wow, ale będę mieszkać! Wszystkie baby zzielenieją kiedy im wyśle zdjęcia" - rozmarzyła się Mysia, widząc się już na brzegu basenu w swoim nowym kostiumie z miseczkami push-up i z kieliszkiem porto w ręku.
Sen na jawie przerwała kobieta łapiąc dziewczynę za rękę i pociągając w stronę domu. Mysia rozglądała się dookoła i czuła jak w muzeum - mnóstwo rzeźb, szklanych figurek, dywanów i obrazów. I lustra, wszędzie mnóstwo luster. Wycieczka połączona z intensywnym bieganiem po schodach trwała około 20 minut, Mysia zdążyła zobaczyć chyba wszystko - od sauny, aż po sypialnie domowników. "Ciekawe, która z nich będzie moja? Może ta z widokiem na basen?".
Niestety czarnowłosa już ciągnie Mysię na zewnątrz znowu przerywając marzenia w najmilszym momencie.
Już są przed domem. Mysia sięga do bagażnika samochodu ale Hiszpanka delikatnie bije ją po dłoni i wskazuje wnętrze samochodu. "Gdzie ją jeszcze niesie? Mam ochotę na kąpiel i coś do jedzenia"- Mimo, że trochę zniecierpliwiona Mysia grzecznie wykonała polecenie gospodyni. Samochód ruszył i skierował się w stronę kępy krzaków, za którymi widać było jakieś drewniane zabudowania. Mysi przypominały one skrzyżowanie chlewika z pakamerą ciecia. Samochód zatrzymał się i Hiszpanka z uśmiechem skinęła na Mysię, zalewając ją jednocześnie potokiem obcych słów. Dziewczyna wyłowiła z nich jedno, które już gdzieś słyszała "Casa"
- Chwilunia..casa to zdaje mi się nie kasa tylko dom - wysiliła się Mysia przypominając sobie tytuł jednego z miesięczników hiszpańskich, które podziwiała w Empiku, poświęconych wystrojowi wnętrz.
- "To ma być mój dom???" Mysia spojrzała na kobietę z niedowierzaniem, ale ta zajęta już była wyciąganiem Mysinych bagaży i nie dojrzała wysoko uniesionych brwi i otwartych ust początkującej polskiej globtroterki.

Wielka epopeja miłosna na puzon i waltornię 2


Wnętrze nowego mieszkania Mysi wyglądało jak Dom Starców Dla Sprzętu Domowego. Część wyposażenia była już dawno na emeryturze, a znaczna część od dawna musiała pobierać rentę. Stopień inwalidztwa był różnorodny. Na samym końcu pomieszczenia znajdowała się firanka, wstydliwie zasłaniająca popękany ustęp, małą umywalkę z brudnym lustrem i koślawy stoliczek z pożółkłym elektrycznym czajnikiem. Na środku znajdowały się dwa, nieco objedzone przez niewiadome zwierze, osobne materace ze skołtuniona pościelą. Seniorita wskazała ręką ten po lewej stronie i wyjęła z jednej ze stojących w pobliżu politurowanych szaf, czystą i pachnącą pościel. Następnie otworzyła drzwi pozostałych trzech i wskazała ręką niekończące się rzędy burych, stylonowych podomek mocno osadzonych w latach 70. Wszystkie pachniały kulkami na mole.
Hiszpanka wyciągnęła palec w stronę Mysinego ubranka i jeszcze raz wskazała szafę.
Mysia patrzyła oniemiała na pantomimę w wykonaniu gospodyni i powoli do jej świadomości docierał komunikat tak nachalnie wysyłany przez gospodynię.
- Ja mam w tym chodzić? – zdjęła z wieszaka jedną z sukienek i przyłożyła do swojego ciała. Jej wielkość i krój pasowałby i do Mysi i do hipopotama i oboje wyglądaliby w tej kiecce jednakowo fatalnie, z tym że hipopotam miałby więcej do zarzucenia swojej figurze niż Mysia.
- Może kobieta lubi styl vintage? – zastanowiła się Mysia uklepując fałdy szarego obrzydlistwa.
Hiszpanka wyraźnie ucieszyła się, że Polka nareszcie zrozumiała w czym rzecz i zaklaskała z radości w ręce. Z kieszeni wyjęła niewielki woreczek i podała dziewczynie.
- Gumki do włosów?!! – zdziwiła się Mysia. Rozerwała woreczek i spróbowała użyć jednej z nich, zbierając włosy jedną dłonią i formując z nich zgrabny kucyk.
Seniorita była wniebowzięta. Podała Mysi małą kartkę z narysowanym niebieskim długopisem zegarem, na którym wyraźnie zaznaczona była godzina 8.00 i machając na pożegnanie opuściła lokal.
Mysia została sama. Wolała nie myśleć nic. Umyła się w umywalce, zjadła resztki polskich wiktuałów, i płacząc rzuciła się na barłóg.
…………………………………………………………………………………

Znasz to uczucie – budzisz się i oddychasz z ulgą, że to tylko sen. Znowu leżysz we własnej pachnącej pościeli, czujesz i słyszysz za ścianą oswojone przez lata dźwięki i zapachy poranka. Niestety, nie tym razem, ta opcja nie dotyczyła poranka Mysi - otworzyła oczy i upewniła się, że nie śpi a koszmar trwa. Wielokrotne szczypy i szczypy z zakręcaniem nie pomogły ani trochę, koszmar przycumował na stałe i wydawał się być jedyną pewną rzeczą we wszechświecie.
- A niech to szlag i sakreble! – zaklęła pod nosem Mysia i wciągnęła w nozdrza zapach porannej Hiszpanii, nieco tylko zakłócony aromatem kurzu i niemytych stóp.
- Niemytych stóp? – ocknęła się niemal natychmiast.
W barłogu obok coś zadrżało.
- No, nie…i na dodatek szczury! – czoło Mysi pokryło się potem a ostatnia kanapka z szynką jaką spożyła przed snem podjechała jej do gardła. W tej samej chwili spod koca koloru bardzo zgniłej i wybitnie zapleśniałej zieleni wychynęła stopa, na pierwszy rzut oka męska; jej właściciel prawdopodobnie nie wierzył w mydło a paznokcie ścierał biegając boso po asfaltowych drogach. Chwilę później do stopy dołączyła kępa skołtunionych czarnych kłaków i nieogolona gęba ich właściciela.
- Buenos dias!! Mi nombre Pepe!- kudłaty uniósł się z posłania wyciągając rękę do dziewczyny a okrywający go koc delikatnie zsunął się na ziemię ukazując resztę owłosionego ciała wraz z klejnotem koronnym.
- Ooooo….
- Ohoho! – zawtórował zwierz dziki, cofnął sękatą dłoń i podrapał się po brzuchu kurtuazyjnie omijając bardziej intymne okolice.
- Ciekawe czy będzie się iskał? – zastanowiła się praktycznie Mysia przypominając sobie widziany niedawno film o gorylach.
- Te gustas? – uśmiechnął się obleśnie niemyty i kokieteryjnie podciągnął w górę jedną brew.
Mysia na wszelki wypadek spuściła wzrok i zajęła się grzebaniem w stodole dając tym samym do zrozumienia, że żadne gustas nie wchodzą w grę.
Czarny tymczasem naciągnął leżące obok materaca czarne gacie i szarą podkoszulkę bez rękawów z napisem „Have FUN”, która niejedno piwo z nim wypiła i niejedno gazpacho zjadła.
Po pierwsze śniadanie. Zapasy z Polski uległy wyczerpaniu, a na wspólne biesiadowanie z właścicielką hacjendy raczej się nie zanosiło. Mysia przeszukała dokładnie reklamówkę zawierającą jeszcze niedawno jaja na twardo, pomidory i kanapki, tylko po to żeby upewnić się, że po za torebkami z herbatą nic tam już nie ma.
- Oreja – skrzypnęło jej za uchem. I przed nos zajechał zatłuszczony papier zawierający jakąś smażeninę, która całkiem smacznie pachniała.
- Gracias – nieśmiało wydukała Mysia i wbiła zęby w soczystą i pachnącą potrawę. Było całkiem dobre, chociaż nieco twardawe. Czarniawy zakręcił się tymczasem w kąciku pakamery i wyczarował 2 filiżanki czarnej, mocnej kawy. Usiedli na swoich własnych barłogach i uśmiechając się do siebie z nad oreja próbowali przełamać barierę językową. Tą całkiem miłą atmosferę nieco mącił Mysi widok węża z przyległościami delikatnie wysuwającego się z nogawki spodenek Pepe.

Wielka epopeja miłosna na puzon i waltornię3




Mieszkanie z Pepe pod jednym dziurawym dachem, nie należało do najłatwiejszych. Pepe był człowiekiem wolnym, wolnym od wszelkich nacisków i konwenansów. Nie wierzył w mydło, woda służyła mu jedynie do picia, a ciuchy wietrzył rozkładając je co wieczór na podłodze. Miał jednak jedną wielka zaletę – był współmieszkańcem cichym, prawie niesłyszalnym. Jego obecność w domu zaznaczały jedynie dwie rzeczy: zapach i naturalne odgłosy, którym dawał swobodne, nieskrępowane ujście. Mysia cierpiała. Cierpiała jednak jedynie w głębi swojego jestestwa, gdyż to właśnie jedzenie i kawa od czarnego pomogły jej przeżyć pierwszy tydzień. Pepe stał się dla Mysi matka karmiącą i aniołem stróżem, który zawsze był na miejscu i pomóc potrafił, a nawet chciał. Czasem nawet chciał bardziej niż musiał, ale zmarszczone brwi Mysi natychmiast prostowały jego skosmacone myśli. Własne jedzenie było dla Mysi nieosiągalne. Najbliższy sklep znajdował się kilka kilometrów dalej, a wleczenie się pustą drogą w upał jakoś się jej nie uśmiechało. Z pańskiego stołu nie spadł na jej talerz nawet mały okruszek. Za to pracy było aż nadto. Zaczynała ją o 8.00 i kończyła o 20.00, na szczęście w południe przysługiwała jej 3 godzinna sjesta. Do głównych zadań Mysi należało odkurzanie i mycie wszelkich szklanych powierzchni w domu, oraz odkurzanie kolekcji szklanych zwierzątek chojnie porozstawianych na wszystkich meblach. Gospodyni zajmowała się śledzeniem postępów Mysi w pracy i marszczeniem czoła z niezadowolenia. Próbując kuć żelazo póki gorące - Mysia postanowiła powalczyć nieco o swoje.
- Miała mnie pani uczyć hiszpańskiego – upomniała się już drugiego dnia nieco łamaną angielszczyzną .
Hiszpanka ściągnęła brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Spanish.?. – Uśmiechnęła się pod nosem i kiwnęła głową, a następnie wysunęła palec wskazujący.
- Mooo-peeeee-ro- powiedziała pokazując na moczącą się w wiadrze szczotkę.
- Pueeee-rta – dodała wskazując na szklane drzwi.
- Cuuuu- bo – zakończyła na wiadrze. – Spanish! – podkreśliła dobitnie, odwróciła się na pięcie i odeszła pozostawiając Mysię z lekko otwartymi ustami.

Trzeciego dnia pracy nastąpiła apokalipsa, Mysia i 4 hiszpańskie dochodzące sprzątaczki, ubrane i uczesane dokładnie jak Mysia, otrzymały wielka listę spraw do natychmiastowego wysprzątania, wymycia i wyfroterowania.
Do domu miał zjechać młodszy syn gospodyni. Już od rana imię Enrike nie schodziło kobietom z ust, przygryzały wargi, poprawiały tłuste kosmyki, przygładzały szare sukienki. W końcu przybył i pech chciał, że zastał Mysię w stołowym z jedną noga na krześle a druga na kominku. Zdając sobie sprawę, że w tak wielkim rozkroku prezentuje się diabelsko niekorzystnie i wystawia na światło dzienne zwykłe, lekko już szare majtasy z bawełny, Mysia spróbowała połączyć obie nogi jak najszybciej potrafiła. Niestety, zdradzieckie hiszpańskie krzesło nie wytrzymało tej próby. Jej szukająca podpory ręka ściągnęła z kominka całą kolekcje szklanych słoników z trąbami uniesionymi w górę, ogromny brzęk tłuczonego szkła, pękającego krzesła i zlatującej Mysi odbił się echem po hiszpańskiej ziemi.
Enrike rzucił się na pomoc ale Mysi już nic nie mogło pomóc. Leżała w słoniowych skorupach, a zaraz obok leżał kawałek przedniego zęba.


Płacząc rzuciła się na łóżko i dała pełny upust swojemu nieszczęściu, pechowi i złości. Bębniła w barłóg pięściami aż zaczął się z niego unosić przykry zapaszek.
Drzwi skrzypnęły i w progu pojawił się Pepe. Nic nie mówiąc wszedł i cicho usiadł na swoim kraciastym kocyku. Mysia podniosła głowę i ze łzami w oczach powiedziała po polsku:
- Taka jestem nieszczęśliwa. Comprendo? Nie, ty nic nie comprendo…nikt mnie nie kocha i na dodatek straciłam zęba na samym przedzie.
I wyszczerzyła się na całą szerokość Mysinej twarzy dając jasno do zrozumienia, że w urodzie nastąpiły pewne zmiany. Pepe patrzył i nie reagował, jego brwi zbiegły się co prawda w jedna kreskę, a czoło dokładnie zdawało się odbijać jakąś wewnętrzna pracę myśli. Myślał i widać było, że ta czynność zaczyna sprawiać mu przyjemność.
- Kreton – westchnęła dziewczyna.- Spaniszki Kreton. Zawsze musze na takich trafiać.
Mówiąc to zwróciła się do poduszki, która zdawała się mieć więcej współczucia niż hiszpański współmieszkaniec.
Leżała tyłem do nieczułego Hiszpana, a jej plecami wstrząsały nagłe dreszcze. Pepe zniknął za lichą firaneczką i oddawał się tam z pełnym zapałem jakiejś pracy, o czym świadczył dzwięk dartego papieru i szczęk nożyczek. I spluwanie, duuuzo soczystego spluwania.
W świetle ostatnich wydarzeń mógł tam sobie pluć do woli, Mysi było już wszystko jedno, płacz pomału prowadził ją w objęcia Morfeusza. Gdy nagle Pepe delikatnie pogładził ją po ramieniu. Ta nieoczekiwana pieszczota sprawiła, że usiadła natychmiast i spojrzała zdziwiona na kudłacza z przestrachem.
.Pepe ubrany był w białe giezło, zawiązane dookoła obrośniętej szyi jak wielki śliniak. Mysia bez pudła dostrzegła w nim jego osobiste poplamione cieczą wszelaką prześcieradło. Pepe przyglądał się jej z uwagą, a jego wzrok wyrażał niebezpieczne uwielbienie. Szybkim ruchem ściągnał przepoconą gumkę z włosów dziewczyny, i założył jej na głowę papierową, mocno pogniecioną i trochę mokra na łączach koronę, drugą koronę założył na głowę sobie.
A potem sękatymi brudnymi łapami dotknął ust Mysi i delikatnie podciągnął ich kąciki w górę.
Z głośnika starego, przenośnego radia sączyła się cicha muzyka. Pepe i Mysia poruszali się pomału, jak w chocholim tańcu . W zakurzonym, opartym o jedną z szaf lustrze Mysia zobaczyła drgające do rytmu, pokryte czarną szczeciną gołe pośladki Pepe wymykające się spod prześcieradła, które to ich właściciel właśnie zawzięcie drapał, a wyżej rozanielony uśmiech Dziewczyny Bez Zęba Na Przedzie.
W starej pakamerze tańczyły w ostatnich promieniach zachodzącego słońca drobinki kurzu, tańczyli też przytuleni Pepe i Mysia. A muzyka grała, późno w noc..
………………………………………
- Enrike został w domu jeszcze tylko dwa dni- zakończyła swoje opowiadanie Mysia skubiąc rąbek sweterka.
- I co, i co, i co? – nie wytrzymywały dziewczyny trąc butami o wysłużony dywan perski produkcji tureckiej .
- I nic! Co się głupio pytacie? Przecież ja tam chodziłam bez makijażu i z tym idiotycznym kucykiem, no i w tych kremplinowych podomkach to skąd miał chłopina wiedzieć jak ja naprawdę wyglądam??!! Z pewnością coś by było, gdyby tylko był na to czas! – uniosła się Mysia teraz już w perfekcyjnie wykonanym makijażu i z elegancko wstawioną jedynką.
- Pech – skrzywiła się Anula.
- Kompletna kiszka kaszana – potwierdziła Joanka, wrzucając do ust zgrabną tartinkę.
- Ale jak to się stało, że już wróciłaś?
- Cóż, gospodyni stwierdziła, że kompletnie nie nadaję się do wycierania kurzów a cała moja pensja musiała pokryć stratę tych obrzydliwych szklanych paganów. Podobno były cenne. Sratytaty…. lepsze można znaleźć u nas na odpustach. Seniorina kupiła mi bilet powrotny i w tempie ekspresowym zawiozła na autobus. Nawet się z nikim nie zdążyłam pożegnać – bródka Mysi zaczęła drgać niebezpiecznie.
- A najgorsze, najgorsze..- chlipnęła nasza bohaterka zagłębiając nos w kawałek różowego papieru toaletowego.
- Co, co, co jest najgorsze? – krzyknęłyśmy unisono zagryzając z ciekawością wargi i wbijając sobie nawzajem pazury w dłoń.
- Najgorsze….
- Matko! Wykrztuś wreszcie bo padniemy trupem z ciekawości.
-…. że jestem w ciąży .
Ciszę można było rąbać siekierą.
- Z synem gospodyni? – pierwszą odblokowało Kasię.
- Nie. Z Pepe – sapnęła z zakłopotaniem Mysia i spuściła wzrok na leżącego przed nią różowego hot-doga, z którego wyciekał na talerz żółtawy majonez.

wtorek, 19 stycznia 2010

Spójrz w głąb duszy mej albo niespodziewana radość o poranku



Najgorszy poranek życia zapowiadał się całkiem przyjemnie. Słońce uśmiechało się do mnie przez tergalowe firany, ptaszki wykonywały poprawne trele, z głośnika radia popłynęła na zachętę urocza melodia, do której wkrótce dołączył głos Martyny J.
- W dooomach z betonu..nie ma wolnej miłości…- podśpiewywałam sobie wesoło zrzucając cienką koszulkę nocną i przebiegając całkiem nago przez bezdzietne o tej porze mieszkanie. Paluszki stópek wykonały chasse na nowej wykładzinie, a ręce same podniosły się uroczo – przeciągnęłam się porannie, kocio i bardzo zalotnie.

- ..są stosunki małżeńskie…tu u nas nie gości… - na wszelki wypadek sprawdziłam czy firanki mocno zaciągnięte i postanowiłam jednak założyć coś na siebie, bo nigdy nie wiadomo czy jakiś co ma kota i rower nie spogląda właśnie przez lunetę oceniając moje to i owo.

Popędziłam w radosnych hopsach do sypialni, gdzie znajdowała się komoda z bielizną, po drodze wykonałam obrót w prawo, promenadę z obejściem krzesła i obrót kołysany w lewo. Najbardziej intymne części garderoby znajdowały się w dolnej szufladzie. Kucnęłam…i oczy wyszły mi z orbit.

Myślę, że mój krzyk mógł spowodować tsunami, na którymś z oceanów. Jamie Lee Curtis w "Halloween" była przy mnie kwilącym niemowlakiem. Wrzask piekielny uniósł mnie kilkadziesiąt centymetrów nad podłogę i cisnął o ziemię jak szmacianą lalę wypchaną grochem i trawą. Zrozumiałam co czuł Azja Tuchajbejowicz, poczułam jedność z wszystkimi ofiarami Vlada Palovnika. Raz w życiu poczułam się nadziana. Kątem oka zauważyłam przyczynę szału jaki mnie opętał – zaostrzone, drewniane resztki blejtramów, które mój mąż wrzucił nieroztropnie do plastikowego wiadra i postawił obok krzesła.

Odległość do łazienki pokonałam w sekundę, szybki nawrót i odbiłam się od przeciwległej ściany na drugim końcu mieszkania. Po kilku takich przebieżkach postanowiłam obejrzeć obrażenia, niestety, jako kobieta mało praktyczna, posiadałam jedynie wielkie zwierciadła na ścianach. Po wykonaniu mnóstwa akrobacji i wielu poślizgach skapitulowałam. Potrzebowałam pomocy w celu ustalenia obrażeń. Z rozwianym włosem, ogniem w tyłku i nieco kulejąc wpadłam powtórnie do sypialni a następnie wystawiłam cztery litery z przyległościami wprost przed twarz śpiącego zbrodniarza.
- Patrz, patrz szybko!!! Co tu mam???? Co tam mam??? No, obudź się!!! Popatrz!!!
Przez chwilę było cicho... A następnie usłyszałam słaby szept:
- Nooo….
- Gadaj! Co widzisz!
- Eeee….
- Co tam jest do cholery!!
- Goła dupa….
- Ale co jeszcze, co jeszcze? – darłam się w opętaniu.
- Noooo…eeee…
Najgorsze jednak było pójście do lekarza po poradę. Co prawda wystawianie gołego tyłka sobie odpuściłam ale za to nie mogłam nie zauważyć kpiącego spojrzenia, kiedy opowiadałam mu jak nabawiłam się obrażeń.
- Niektórzy to się lubią zabawić – stwierdził z uśmiechem i zaordynował mi Balsam Szostakowa..

wtorek, 12 stycznia 2010

...są w życiu chwile, w których trzeba podjąć ryzyko i dać się ponieść szaleństwu.


Moja najlepsza przyjaciółka Kasia, którą na użytek prywatny nazywam Mizią Uhaha [z racji cech jej charakteru] zawsze miała szalone pomysły. O dziwo, szalone były one jedynie dla otoczenia bo dla Kasi nigdy.
Dwa razy w życiu rozum mnie przy niej całkowicie opuścił i dałam się namówi na podróż autostopem.
Rok 1985, zima stulecia. Spędzamy z Kasią ferie u jej cioci w Rabce. Ponieważ jednak Rabka dwóm nastolatkom zbyt wielu atrakcji zapewnić nie mogła, postanowiłyśmy wybrać się do Krakowa. - Nie będziemy czekać na pociąg -stwierdziła Kasia z niezłomną pewnością w głosie -jedziemy autostopem!!!
- Autostopem? - jęknęłam, przypominając sobie wszelkie przykazania i zakazy mojej mamy, w których słowo autostop dość często się przewijało, i jeśli dobrze pamiętam to zazwyczaj w pobliżu słowa gwałt i morderstwo. Często wrzucane było też do jednego worka z ulubionymi przestrogami jak - seks przedmałżeński czy niechciana ciąża.
- Jasne! Ja ciągle jeżdżę autostopem do kuzynki w Pszczynie, zobaczysz jaka to frajda. - Kasia była w swoim żywiole.
Nie chciałam wyjść na nudziarę, która psuje każdą zabawę więc z bólem serca kiwnęłam głową.
Dwie długowłose i zgrabne nastolatki nie muszą długo czekać na chętnych do tego, żeby je podwieźć gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jeszcze dobrze się nie ustawiłyśmy na poboczu, kiedy z wizgiem i bryzgiem spod kół zatrzymała się tuż za nami stara zdezelowana ciężarówka. Drzwi się otworzyły i ujrzałyśmy dwóch panów, w wieku naszych ojców, którzy uśmiechali się do nas zachęcająco.
Załadowałyśmy się do środka. Kierowca, jego kompan, Mizia i ja - tuż przy drzwiach. Przy drzwiach, bo przecież łatwiej będzie uciec gdyby okazali się mniej przyjaźni niż myślałyśmy.
Auto ruszyło. Oparłam się o drzwi, rękę położyłam w pobliżu klamki i zaćmiłam papieroska starając się myśleć pozytywnie. Kasia cwierkotała coś o Rabce, cioci i wakacjach a ja pogrążyłam się w czarnych myślach o gwałcie. Nie ujechałyśmy nawet 5 kilometrów, gdy kierowca wyciągnął coś z kieszeni kurtki i podał kumplowi, ten przechylił się przeze mnie i Kasię, a następnie wetknął TOTO w drzwi po mojej stronie.
- Blokują drzwi żebyśmy nie mogły uciec! - jak zwykle w takich wypadkach przerażenie zupełnie mnie sparaliżowało. Nawet nie popatrzyłam na Kasię, ze strachu. Siedziałam zupełnie cicho, z oczami utkwionymi w drodze przed nami przysłuchując się zdumiona niekończącym się trelom mojej przyjaciółki.
- Jej głupota nie zna granic - wściekałam się w myślach słuchając tego traj-traj-traj-traj. Każda ścieżka, która wiodła od głównej drogi w bok wydawała mi się tą ostatnią ścieżką mego życia, na której stracę cenne dziewictwo a może i życie! Nie miałam wyjścia, zaczęłam się modlić. Powtarzając w myślach, jak mantrę "Zdrowaś Mario.." po raz 8, usłyszałam jak jeden z morderców - zwyrodnialców pyta :
- A twoja koleżanka co taka nie w sosie? Jakieś kłopoty? Chętnie pomożemy ..chłe, chłe, chłe...- zaśmiał się, jak mi się wydawało - szyderczo- pryskając na boki mieloną w ustach kanapką. Kasia szturchnęła mnie w bok. Wydawało mi się przez moment, że porozumiewawczo. Może ona ma jakiś plan? - myślałam gorączkowo rozglądając się po szoferce, w poszukiwaniu czegoś co mogłoby mi służy do obrony. Niestety oprócz sterty papierów, brudu i kurzu nic więcej tam nie było.
-Łatwo im ze mną nie pójdzie! -obiecałam sobie w duchu i zacisnęłam prawą rękę na wielkim kluczu, który miałam w kieszeni. - Klucz w oko, a nogą w przyrodzenie! -zadecydowałam, wracając do modlitwy.
Paląc jak lokomotywa i modląc się żarliwie zauważyłam ze zdziwieniem tabliczkę z napisem Kraków.
-No, dziewczyny. Tu was wyrzucimy, bo nie wolno nam zabierać nikogo obcego do auta. Chyba dacie sobie dalej radę same?
Rzuciłam się do klamki i zaczęłam ją szarpać ale drzwi nadal były zamknięte.
- Co panienka taka nerwowa, chwilkę tylko śrubkę wyjmę.
Jak powiedział, tak i zrobił.
Wyskoczyłam z szoferki w mgnieniu oka.
- Do chrzanu ten twój autostop! Całą drogę się modliłam żeby nas nie zgwałcili, po co on tą śrubę wpakował w te drzwi? Nigdy więcej autostopu, nigdy. Rozumiesz!??? Kretynko!- chwilę później darłam się na Kasię, już całkiem bez strachu ale za to wkurzona do potęgi n-tej.
- O co ci chodzi? Przecież było fajnie? A śruba..mój tata też tak robi żeby się drzwi nie chwiały w czasie jazdy. - spokojnie powiedziała Kasia, robiąc zdziwioną minę.
Natarłam ją śniegiem do wiwatu.
Ponieważ jednak nie każdy uczy się na własnych błędach, dwa lata później zgodziłam się, że będzie nam szybciej z Goczałkowic do Katowic autostopem. Przecież wcześniej napisałam, że rozum opuścił mnie przy niej dwa razy.
................................................................
Znowu zima. Wracamy z Goczałkowic. Niestety za diabła nie mogę sobie przypomnieć po co tam w ogóle pojechałyśmy. Czeka nas długie czekanie na pociąg albo nie mniej długie na autobus.
- Autostop? - szczerzy się Mizia, niepewnie popatrując w moją stronę.
- Autostop?..Hmmm...Na twoją odpowiedzialność! - zgadzam się szybko, bo butki które miałam na sobie wyglądały bardzo ładnie ale niestety ich uroda nie szła w parze z funkcjonalnością. Czułam, że palce u stóp przymarzają mi do podłoża.
Przesuwamy się parę metrów za przystanek i Kasia robi charakterystyczny ruch dłonią uśmiechając się przy tym prześlicznie do kierowców. Za chwilę staje przy nas dziwny osinobus. Jego niezwykłość polega w głównej mierze na braku okien. Otwierają się drzwi i ze środka "puszki" bucha ciepłe powietrze.
- Chłodnia to to na pewno nie jest - myślę z ulgą i pakuję się za Mizią do pojazdu, zamykając drzwi. Odwracam się i... staję oko w oko z wesołą kompanią żołnierzy wracającą z ćwiczeń. Na sznurku suszą się czyjeś galoty, ktoś zawodzi i przygrywa sobie na menażkach, po prostu atmosfera luzu i rozprężenia.
- Noooo..wreszcie jest się z kim zabawić! - słyszę gdzieś z przodu.
Wepchnięta się w kąt, z mrozem i mordem w oczach patrzyłam jak moja przyjaciółka świetnie się bawi, roztaczając swój urok osobisty na lewo i prawo, a ja po raz kolejny zostaję "kilerem nastroju" tym razem odmieniając słowa '"gwałt zbiorowy" przez przypadki.

wtorek, 5 stycznia 2010

Mów szeptem, jeśli mówisz o miłości czyli Szansa na Suksces.


Elżunia...rozwiodła się z mężem [ typem nieciekawym, którego głównymi cechami było lenistwo i ogólna gnuśność życiowa ] i postanowiła zmienić swoje życie. Zaczęła całkiem interesująco od zmiany pracy. Rzuciła w diabły marną państwową posadkę i skoczyła na głęboką wodę. Postanowiła robić to co naprawdę zawsze lubiła i potrafiła. Jak to zwykle bywa, nasze wyobrażenia o pracy nieco mijają się z wyobrażeniami o niej naszego szefa i jakoś dziwnie nie pasują do tego co obiecywano w ogłoszeniu. Elżunia zaczęła od parzenia herbatki ale ponieważ była ambitna i cierpliwa [a inni pracownicy z firmy uciekali] już wkrótce zajmowała tam kierownicze stanowisko. Schudła [czego zawsze pragnęła], zrobiła prawo jazdy, kupiła samochód i poczuła, że w jej życiu zaczyna brakować jednego, ważnego składnika - mężczyzny.
Jak wygłodniały łowca, który jakiś czas przebywał na L4 Elżunia rzuciła się w wir romansów. Pierwszy amant właściwie złowił się sam. Najpierw współpracowali, potem wybrali się na niezobowiązującą kawkę i tak powoli doszli do momentu, w którym po A należałoby powiedzieć Beee. Zanim ich ciuszki utworzyły wspólny kopczyk na podłodze pokoju amant postanowił okazać się prawdziwym mężczyzną i odkryć nieco swoje karty. No, cóż...zapomniał wcześniej napomknąć, że ma dziewczynę. Taką prawie na poważnie. Tak właściwie to narzeczona. W grudniu ślub, tylko dziewczyna ma teraz mało czasu bo studiuje. Ciągle egzaminy, kolokwia, zaliczenia i brak czasu dla przyszłego małżonka. Był styczeń, do grudnia jeszcze masa czasu, a Elżunia siedząc w samej bieliźnie na brzegu łóżka postanowiła nie wypuszczać już gołąbka z garści dosłownie i w przenośni. Skoro siedzi tutaj z nią, a nie z narzeczoną to znaczy, że istniej jeszcze szansa na zmianę biegu wydarzeń i ta narzeczona to może w końcu nie tak na poważnie.. Po seksualnej gimnastyce rozluźniony chłopak przyciśnięty przez Elżunię do oparcia łóżka nadal uparcie twierdził, że ślub w grudniu ale z Elżunią spotykać się mogą tak dla zdrowia i sportu. "Pobędzie ze mną dłużej to zmieni zdanie" - pomyślała, tak jak wszystkie kobiety w takich momentach Elżunia i zgodziła się na proponowany układ.
Trochę ją na początku złościło, że musi czekać na telefon od chłopaka i wszelkie ich spotkania zależą od zajęć narzeczonej na uczelni. W okresie sesji została u niego na noc. Rankiem zjedli wspólne śniadanko i Elżunia postanowiła kuc żelazo póki gorące. "Wiesz co? Ty idź do pracy, a ja ci tu posprzątam i ugotuję obiadek."- zaproponowała zalotnie. Chyba tylko nagłe wejście narzeczonej mogłoby wywołać u chłopaka podobny efekt paniki. Ględził coś o mamie, która będzie go dziś odwiedzała, o nieprzewidzianym spotkaniu z klientem, które pewnie przeciągnie się do późna i tak dalej. Elżunia odpuściła, a chłopak odwiózł ją do domu i przez następny miesiąc milczał jak grób. Ani telefonu, ani maila...w końcu jednak zadzwonił. O dziwo, nie zaprosił jej jak zwykle do siebie ale do eleganckiej restauracji w centrum miasta. "Może zmienił zdanie i zrozumiał ile dla niego znaczę" - myślała Elżunia.
Restauracja była więcej niż elegancka, a chłopak szarmancki i z gestem. Zjedli dobry obiad, popili go drogim winem i okrasili rozmową o niczym. Nadeszła jednak pora kawy, deseru i przejścia do sedna. "Wiesz..poprosiłem cię tutaj bo musze powiedzieć ci coś ważnego. Coś co może zadecydować o twoim życiu". "Wreszcie!" - zakrzyknęła w duchu Elżunia, rodząc mu już w myślach co najmniej dwójkę dzieci. " Moja dziewczyna..."- zaczął niepewnie i utopił słowa w kawie. "A niech ją gęś kopnie" - zniecierpliwiła się w myślach Elżunia, jednocześnie uśmiechając się wyrozumiale bo przecież już dobrze wiedziała co będzie dalej, podniosła kieliszek do ust i zmrużyła oczęta... "....Zaraziła nas jaką ohydną bakterią – leczy się długo i mało ciekawie. Powinnaś iść do lekarza".

piątek, 1 stycznia 2010

Ale i zakochała się bez pamięci, jako że miłość nie dba o powody czyli Sezon na Leszczkę.


Iwonka tęskniła za mężczyzną. Takim prawdziwym, co to przytuli, rozpieści, rozśmieszy, zrozumie. Niestety, nie ma na rynku poradnika o tym gdzie też można takiego znaleźć. Dlatego Iwonka szukała go na własną rękę i własnymi sposobami.

Luty. Impreza imieninowa w pełni. Sałatka robi właśnie drugą rundę wokół stołu, wędlina malowniczo zwija się na brzegach. Goście w znakomitych humorach - żarty, złośliwości, rechot i kielichy w dłoniach. Brakuje Iwonki, która tydzień temu wróciła z urlopu w Zakopanem. Nie zadzwoniła, a więc wnioskuję, że było albo wspaniale albo całkiem do kitu. Dzwonek. "To pewnie Iwonka." - Krzyczę w stronę pokoju jednocześnie próbując gdzieś postawić czerwony napój, który tak beztrosko sobie popijam cały wieczór. [ jutro ból głowy murowany ]. Z rozmachem otwieram drzwi i staje oko w oko z największym dresem jakiego udało mi się w życiu zobaczyć. Kark jak drewniana beczka, na nim ze dwa kilo cennego kruszcu, naga czaszka z wytatuowaną cyfrą 6 i to wszystko ozdobione adidasami i rasowym dresem w kolorze czarnym. "Po kogo przyszli?" - myśli przebiegają mi przez głowę z prędkością światła. "To Klamka" - zza ogromnych pleców wyskakuje głowa Iwonki - "Poznajcie się". Pozwalam sobie zmiażdżyć w uścisku dłoń, drugą robiąc zapraszający gest w stronę dochodzących śmiechów. Klamka wtacza się do środka blokując mój mały przedpokój całkowicie, słyszę że chichoty wewnątrz cichną jak nożem uciął. Założę się, że większość przyjaciół obraca w myślach to samo pytanie, które pojawiło się mojej głowie po zobaczeniu szanownego kolegi Iwonki.
Iwonka i Klamka zajmują należne im miejsca przy stole. Niestety atmosfera już zdechła, jakoś nikt nie ma nic do powiedzenia. Goście wbijają wzrok we własne talerze." Jak tam było w Zakopanem?" Wymyślam jakieś całkiem neutralne pytanie i Iwonka zasypuje nas opisem zimowych wakacji niby śnieżną lawiną. A cóż to za urocze i bajkowe miejsce, a jakie romantyczne i ple ple ple dalej w tym stylu. Klamka siedzi sztywno, pokazując jedynie od czasu do czasu braki w uzębieniu w czasie ziewania. Pewnie nie jego klimaty.
Impreza padła, goście ulatniają się po angielsku. Iwonka z partnerem, także wychodzą. Iwonka mruga do mnie i robi gest w stronę ucha. Zadzwoni.
Dwa dni później telefon. Wsiadam właśnie do samochodu ale głos Iwonki skutecznie zatrzymuje mnie w miejscu.
- Ja się go boję!
-Skąd ty go wytrzasnęłaś, do jasnej cholery! - nie wytrzymuję.
- No...z Zakopanego.
- Ale skąd, skąd?
- Mieszkał kątem w knajpie, nie ma stałego miejsca do mieszkania, zrobiło mi się go szkoda i zaproponowałam żeby na trochę zamieszkał u mnie.
- Czyś ty całkiem oszalała? Gdzie ty teraz jesteś?
- W pracy.
- A ten dres?
- U mnie w domu.
- Zostawiłaś go tam samego?
- Nie. Nie samego. Z Manią.
- Z Manią????? - rwę włosy z głowy. Mania ma zaledwie 8 lat.
- No, tak. Złapała jakieś przeziębienie i wolałam żeby nie szła dziś do szkoły.
Robi mi się gorąco. Staram się nie myśleć o najgorszym ale najgorsze i tak pakuje mi się na wizję, wraz z następnymi słowami Iwonki.
"Chciałabym żeby już wyjechał ale nie wiem jak mam mu to powiedzieć. W sumie prawie nie rozmawiamy, bo nie ma o czym. No, tyle co w łóżku. Nie ma pieniędzy bo nie pracuje teraz."



Klamka wyniósł się sam, kiedy następnego dnia Iwonka wybrała się do pracy. Razem z nim wyniosło się parę rzeczy Iwonki.
"Zabrał sobie też ten obrazek, który sama namalowałam. Widzisz? Jednak coś do mnie czuł, chciał mieć pamiątkę. I nie zostawił mieszkania otwartego, klucze wrzucił do skrzynki na listy, zadbał żeby nikt mnie nie okradł."
Nie musiał. Nie było już z czego.