Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

wtorek, 23 marca 2010

"Mój mąż i ja mamy zamiar albo kupić psa albo sprawić sobie dziecko. Trudno nam się zdecydować, czy zrujnować sobie dywan czy życie"




Po co człowiekowi pies?
Kupując pierwszego czworonoga kupujemy sobie zazwyczaj nasze wyobrażenie o posiadaniu psa. Wspaniałe i długie spacery, zabawy na świeżym powietrzu, ciepły kłębek u naszych stóp zapatrzony w nas jak w obraz, posłuszny na każde skinienie. Terefere!Taka sama bujda jak z posiadaniem dzieci.

-Będziemy mieć dzidziusia- zawiadamiamy naszego oblubieńca.
-Cudownie! To najpiękniejsza wiadomość, jaką kiedykolwiek usłyszałem! –Odpowiada zachwycony kontynuator gatunku, też uwiedziony podstępną wizją różowego bobaska siedzącego w rajcownych śpioszkach na kanapie i ćwierkającego do nas słodkie guu guuu.

Jaka jest prawda?
Nasze mieszkanie przestaje być słodkim miejscem dla dwojga, my z eleganckiej kobiety popijającej spokojnie kawę przy oglądaniu ulubionego serialu przeistaczamy się w całodobową mleczarnię, niewyspaną, wściekłą, która na dodatek może wbić się jedynie w ciuch przypominający namiot. Słodki bobasek okazuje się wiecznie zaślinionym i zasikanym wrzaskulcem a nasz kochany mąż bezdusznym potworem, wkładającym sobie zatyczki do uszu albo zamykającym się we własnej sypialni z poduchami na uszach. I w nocnej, samotnej godzinie nachodzą nas mordercze myśli, o które wczesniej sami siebie nie podejrzewaliśmy ponieważ zawsze byliśmy krynicą spokoju wszelkiego.
– Zamilknij albo zmiotę cię z tego świata tak szybko jak cię na niego sprowadziłam- mamroczemy pod nosem.
Stajemy nad łóżeczkiem, a za naszymi plecami ustawiają się wszyscy najwięksi mordercy psychopaci świata, łącznie z Hannibalem Lecterem i Tedem Bundy. I wystarczy jeden uśmiech malucha, a cała ta wataha zmyka jak niepyszna a my tulimy maleństwo i wiemy już, że nieważne ile nocy nie prześpimy, w ile kreacji się nie zmieścimy i ile ominie nas fajnych rzeczy, bo najważniejszy jest on.


Dokładnie tak samo bywa z posiadaniem psa. Przynosimy toto do domu i pląsamy dookoła zachwyceni, wyobrażając już sobie wspólne zabawy na śniegu, to jacy będziemy dumni z wyjątkowego posłuszeństwa i inteligencji naszego psa, a jaki będzie piękny, a jaki wspaniały, i ile razy mądrzejszy od głupiego Fafika sąsiadów.

Co dostajemy naprawdę?
Zimnym rankiem budzi nas popiskiwanie. Wstajemy i tuż przy łóżku wdeptujemy bosą stopą w kupę wielkości żaglowca.Wiuuuuuuuuuu! Na ślizgu docieramy do kuchni po najbliższą suchą ścierkę i papier toaletowy. Niestety, nie ma lekko i w kuchni zastajemy istne pobojowisko składające się z przewróconego kubła na śmieci, opakowania po maśle malowniczo przylegającego do kafelków, a na tym wszystkim resztki jedzenia, popiołu, petów i mnóstwo bliżej niezidentyfikowanych przedmiotów niewiadomego pochodzenia. Wszędzie widzimy rozdeptaną psią kupę, nawet na naszych najlepszych butach, których przez roztargnienie wieczorem nie schowaliśmy.

W tym czasie budzi się nasz mąż i zaczyna krzyczeć, że po ciemku wdepnął w coś mokrego. Syn, którego normalnie nie da się zwlec z łóżka przed 9.00 też już jest na nogach i natychmiast staje się głodny. Dziecko ryczy, mąż krzyczy, pies schował się pod łózko a ty z żądzą mordu biegasz pomiędzy nimi wszystkimi zastanawiając się – PO CO MI Był TEN PIES?
I bierzesz śmierdziucha na ręce zastanawiając się nad jakąś wymyślną torturą, a on wtula się w ciebie z tak wielkim zaufaniem, że nieważne ile razy powtórzysz ten poranny scenariusz pies i tak z wami zostanie.


Można oczywiście ułatwić sobie sprawę z psem i wcześniej poddać się pewnemu testowi. Oto, co proponuję:

Nazbieraj psich kupek do woreczka, przynieś do domu i rozmaż dokładnie po puszystej wykładzinie, wetrzyj dobrze w fugi w kafelkach na podłodze i ścianach. Warto też zrobić mały rozbryzg ( np. za pomocą łyżeczki) po drzwiach i oknach. W większe kawałki kupki włóż swoje ulubione papucie, łańcuszek i smycz psa oraz klapki męża, a także kurtkę z wieszaka w przedpokoju. A potem pozwól temu wszystkiemu nieco zaschnąć i...bierz się do roboty. Jeśli dasz radę sprzątnąć wszystko bez bluzgania dookoła i po tym wszystkim nadal będziesz chciał mieć psa to gratuluję- naprawdę się nadajesz na jego właściciela!
Dla przyszłych właścicieli bokserów proponuję test dodatkowy - rozmazanie białka kurzego po ciuchach, zasłonach, firankach, suficie, obrazach, dekoracjach wszelkich i ubraniach - szczególnie tych czarnych. Kto miał boksera - wie o czym mówię!
Niestety nie podejmuje się stworzenia testu na posiadacza dziecka. Ale nie wierzcie reklamom!

A na zdjęciu szanowne stado - Klusek i Talon.

poniedziałek, 15 marca 2010

Dzieci nie rumieniące się za rodziców są nieodwołalnie skazane na przeciętność. Nic tak nie wyjaławia jak podziwianie własnych „rodzicieli”.



Ponieważ pojawił się dzisiaj śnieg, pozwalam sobie na reanimację starej notki:

Mamusiu zróbmy coś, mamusiu...
- Zrobimy tatusiowi niespodziankę i ubierzemy choinkę! - odpowiedziałam z promiennym uśmiechem matki ze znakiem jakości Q, nie wiedząc że w tym momencie ściągam sobie na głowę stos kłopotów.
Zdjęcie srebrnego świerka i dodatków z wysokiego pawlacza wymagało umiejętności jakich nie powstydziłby się sam Kukuczka. Za pomocą skomplikowanego zestawu stolików i stołu osiągnęłam szczyt, dziecko zostało w oddali na podłodze, trzymając drżącymi rękami stołek bazowy. Dałam radę.

Kiedy pudła znalazły się na ziemi oboje rzuciliśmy się do przeglądania świecidełek. Bałwanki, wróżki, kolorowe i mieniące się sople lodu, bombiaste bomby i przecudnej urody aniołek, który miał być na pal wbity – pochłonęło nas to całkowicie.
Teraz należało przystąpić do części zasadniczej – postawienia drzewka. Niestety radziecki produkt nijak nie pasował do drewnianego stojaka, przywiezionego jeszcze z domu rodzinnego. Choinka chwiała się na wszystkie strony, a próby owinięcia czymś dołu, żeby dodać mu grubości spełzły na niczym. Ponieważ lubię działania zasadnicze – przyniosłam z kuchni tasak. Wśród płaczu dziecka „ Mamusiu nie, mamusiu nie..” skróciłam chojaka o dobre 10 cm, w tym miejscu był grubszy i wspaniale się w stojaku mieścił.

„Nooo” – sapnęłam, odkładając narzędzie mordu i ocierając pot perlący się na czole. Kadłub wyglądał idealnie, chociaż choinka miał teraz nie więcej niż pół metra. „Teraz gałązki” – rzuciłam komendę i rozpoczęliśmy wpinanie srebrnych patyczków w dziurki korpusu. Znowu coś nie tak, gałązki nie chciały wleźć w dziurkę, musiałam je nieco wygiąć – bolały mnie palce od tej zabawy z drutem, ale dziecko czekało na kulminacyjny moment ubierania – nie mogłam zawieść. Aniołek nie chciał siedzieć na szczycie, miał stanowczo za małą dziurkę. Dziecko roniło łzy. Przywiązaliśmy do szczytu jednego z pluszaków, tragedia została zażegnana. Rozpoczęliśmy strojenie. I wreszcie mogliśmy podziwiać nasze wspólne dzieło. Miś może nieco odstawał, ale reszta wyglądała znakomicie. Staliśmy i podziwialiśmy, ale kataklizm czaił się za rogiem – po kolei, jedna po drugiej, gałązki zaczęły odczepiać się od korpusu i lądować na drewnianym parkiecie.
„Bęc”
„Gruch”
„Brzdęk”
Patrzyliśmy oniemiali jak wróżki, bałwanki, zajączki zamieniają się w szklaną miazgę. Rzuciłam się do zbierania resztek wbijając sobie od razu kilka kawałków w stopę i raniąc paluchy…..

Usiedliśmy oboje na zgliszczach bombek, a cholerny drapak z trzema wpiętymi gałązkami stał w kącie błyskając resztą ozdób, miś przewiązany w pasie sznurkiem konopnym smętnie zwisał ze szczytu. Dziecko chlipało, ja bandażowałam palce dzieląc to zajęcie z wyciąganiem kawałków świecidełek z papuci. Na taki właśnie obraz nędzy i rozpaczy natknął się mąż wracający z pracy. Popatrzył, zastanowił się, popatrzył raz jeszcze i powiedział:
„ Kochanie do cholery, czemu postawiłaś choinkę do góry nogami?”

poniedziałek, 8 marca 2010

Mądra kobieta ma miliony naturalnych wrogów: wszystkich głupich mężczyzn czyli chwile, w których pragnęłam uszczuplić rodzaj męski o jednego osobnika.



Potknęłam się i przewróciłam idąc z mężczyzną mojego życia. Zdarłam kolano i skręciłam nogę. Natychmiast się odwrócił, pochylił i zapytał szeptem z troską w głosie, strzelając dookoła wzrokiem:
- Kochanie…co ty robisz?
Gramoląc się do pozycji raczkującego dziecka i zaciskając z bólu zęby odszeptuję:
- Gram na ukulele.


- Czy możesz wstać?! Lekarz mówił, że masz mi przynosić herbatę do łóżka. Mam się napić zanim wstanę.
- Ooooo…zrób sobie sama…
- Hej! O to chodzi, że jak wstanę to już musztarda po obiedzie – będę biegła pędem do łazienki.
- To poleż sobie jeszcze….
- Ale ja chcę wstać!
- To wstawaj!
- Ale najpierw mam dostać tej herbaty do łóżka.
- To musisz poczekać, jak wstanę to ci zrobię.
- Ale jest 9.00 a ty przed 11 z łóżka nie wyjdziesz.
- Noooo….
Gramolę się z trudem na nogi i oczywiście natychmiast pędzę do WC. Poprzez dźwięk spłuczki dochodzi do mnie głos z sypialni:
- Hej! Jak już wstałaś to zrób mi kawy i tak już nie zasnę.


- Kochanie wstawaj, jadę rodzić potomstwo.
- Przestań. Idź spać.
- Hmmm…czuję, że nasze potomstwo ma ochotę wyjść na świat właśnie teraz i może to zrobić w naszej sypialni, za chwilę. Może w takim razie przyniesiesz wrzątek, ręczniki, i nożyczki? Załatwimy to tradycyjnym sposobem.
- Jeeeejuuu…jak ty marudzisz!! Śpij, lekarz powiedział żebyśmy przyjechali rano to pojedziemy.
- Jest rano. Jest 6 rano.
- Ok. Zaraz wstanę. Zrobisz mi kawę?
- Myślę, że dziś musisz się obejść bez kawki. Jeśli będziemy czekać na kawkę to zaraz będziesz mógł popatrzeć jak ci potomek macha z moich majtek.
- Przesadzasz, przesadzasz – wielkie ziewnięcie- Pojedziemy o 10. Lekarz mówił żeby przyjechać o 10. To dobry lekarz, wie co mówi.
- Wiesz co? Gdzie są kluczyki? Odwiozę się sama bo nie wierzę w twoje zdolności medyczne.
- Wstaję, wstaję. Wy kobiety to tak lubicie histeryzować... -tu kręcenie głową niemal do jej oderwania.


- Halo? No i jak tam?
- A jak ma być?
- Jak się czujesz?
- Jak mam się czuć? Jak kobieta, która właśnie powiła potomka.
- Jakiego potomka?
- Twojego! Masz jakieś wątpliwości?
- Ale jak to powiła? Przecież dopiero przyjechałem do domu….
- No, popatrz a ja wykorzystałam ten czas bardzo owocnie i postanowiłam w tym czasie urodzić.
- Dziecko?
- Nie! Kartofla!Nawet podobny do ciebie!!!

Wszystkim kobietom w dniu ich święta życzę wiele cierpliwości!

Dla Magenty:

Szkoda, że nikt nie zapytał co byłoby dla mnie najpiękniejszym prezentem z okazji Dnia Kobiet. A mam taki jeden, wyśniony, wymarzony, ukryty w zakamarkach jestestwa. Bo ja najbardziej na świecie chciałabym mieć żonę. To pragnienie chodzi za mną od wczesnego dzieciństwa i opiera się pewnie na obserwacji rodziny, przyjaciół, krewnych, znajomych rodziców z pracy i wczasów, sąsiadów, przechodniów itd. itp.
Kiedy zamykam oczy śni mi się taki sen......
Wracam z pracy. W mieszkanku jak w pudełeczku, wszystko na swoim miejscu, czyste, śliczne i zadbane. Podłogi wyszorowane, lodówka zapełniona, ciuchy wyprasowane czekają grzecznie w szafach.Dzieci z rękami na kołdrze leżą grzecznie w łóżeczkach. Żona w fartuszku kręci się w okolicach kuchenki, znad której unosi się cudowny zapach duszonego mięska i podsmażanych kartofelków.
'Cudownie, że jesteś kochanie. Siadaj, zaraz podam obiadek. Pewnie jesteś zmęczona? Biedactwo, daj wymasuję ci stopy. Widzę, że miałaś ciężki dzień. Musisz koniecznie zrelaksować się w ciepłej kąpieli.'
Siadam wygodnie na kanapie, wieszając marynarkę na poręczy najbliższego krzesła, zdejmuję buty i jednym celnym kopniakiem umieszczam je pod stołem. Sofa zapada się słodko pod moim ciężarem. Jedną ręką szukam gazety z programem TV a drugą zręcznie wyłuskuję spośród leżących na stole pilotów tego właściwego. Zaczynam od przeglądu sportowych wydarzeń. Następnie o 18.00 wiadomości lokalne, 18.30 Panorama w dwójce, 18.50 Informacje na Polsacie ale tylko do 19.00 bo wtedy zaczynają się Wiadomości na TVN, potem już tylko Jedynka, pogoda i sport i można zacząć wieczorny relaks przy piwku i serialu. W tym czasie zjadam obiad, odpycham brudny talerz na środek stołu i tak kończy się mój codzienny wkład w gospodarstwo domowe. Potem kąpiel w czystej wannie, i jazda do czystego pościelonego łóżeczka. Sama frajda. Gertruda Stein wiedziała co robi, znalazła sobie żonę. Na dodatek żonę, która wspaniale gotowała. Pozazdrościć.

piątek, 5 marca 2010

Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie. Większości ludzi taki śmiech sprawia ból.



Wczoraj na mój dywan spadła dziewiętnastolatka. Nobliwie odziana w czerń, z właściwą ilością kolczyków w niewłaściwym miejscu. Jej palce u stóp wygięte jak krogulcze szpony cięły nagrzane powietrze w stołowym jak dwa nagie miecze, rękoma trzymała się za podskakujący brzuch, a usta błagały o łyk powietrza. Przerwaliśmy jedzenie paprykarzu wg przepisu Marzyni i spokojnie czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Ta podłoga, podobnie jak my, widziała już wiele. Powrót do smacznego jedzenia nieco się opóźnił bo na schodach z góry rozszalała się z siłą wodospadu prosta, zdrowa i kolorowa GŁUPAWKA. Cechą charakterystyczną głupawki jest to, że jeśli tylko uchylimy jej drzwi, choćby na centymetr to ona i tak rozewrze je na całą szerokość i wejdzie sama bez zaproszenia.

Głupawka może przyjść w najbardziej nieoczekiwanym i niechcianym momencie. Coś o tym wie moja przyjaciółka Ala, która o mały włos, właśnie dzięki głupawce zostałaby panną dłużej niż planowała. Nie daje się przecież ślubu ludziom, którzy w czasie przysięgi padają na krzesła i zwijają się ze śmiechu. Na domiar złego Pan Młody dostał czkawki. „W tej chwili spokój, do jasnej cholery” – ryknął tatuś Państwa Młodych nie bacząc na czas i miejsce. Trzeba mu przyznać, że zadziałał w samą porę bo głupawka zaczęła się już rozprzestrzeniać i dotknęła drużbów, którzy trzęśli się jak brzózki na wietrze. Mając to doświadczenie w pamięci, sama przez całą ślubną imprezę nie spojrzałam nawet na mojego przyszłego męża, a pierwszy uśmiech pojawił się na mojej twarzy dopiero w momencie podpisywania dokumentów. Był to uśmiech ulgi. Mój mąż ma co do tego własne wytłumaczenie, twierdzi że był to złowieszczy uśmieszek w typie „Już się nie wywiniesz, robaczku”.

Ala miała zresztą wyjątkowe tendencje do łapania głupawki. Jako nastolatki dałyśmy się jej ponieść w zwykłym autobusie. Zaczęło się zupełnie niewinnie – od dwuletniego dziecka, które pod pachą trzymało grę o nazwie KOSMOLOTEK. Niby nic, a nam wystarczyło, żeby ruszyła Niagara. Autobus jechał, a my dawałyśmy darmowy popis. Na zakręcie nieco nas zarzuciło i Ala znalazła się na kolanach jakiegoś staruszka. „Panienko…panienko…niech panienka zejdzie” – cienko zapiszczał przygnieciony, próbując wyswobodzić czcigodne członki spod jędrnej, nastoletniej pupy. Akurat! Panienka była właśnie w najwyższej fazie głupawki i ciskała się biednemu człowiekowi po tych kolanach, wgniatając go w siedzenie, gniotąc go i tłamsząc niemiłosiernie, chichocząc przy tym nieustannie. Bardzo chciałam jej pomóc ale niestety leżałam właśnie rozprasowana na dole schodków autobusowych, skutecznie blokując ludziom wyjście.

Ostatnia głupawka przydarzyła mi się dwa lata temu, na bardzo poważnym zebraniu. Siedziałam i usypiałam, a prelegent nudził i smęcił. Popatrzyłam na śpiących dookoła, poczułam absurdalność tej sytuacji i gdzieś w głębi moich trzewi usłyszałam daleki dzwonek ostrzegawczy. Niestety, jak to bywa w życiu, złe musiało nadejść. Czarę przepełniła głowa jednego z nobliwych uczestników waląca w drewniany stół z głuchym łoskotem. Pech chciał, że piłam właśnie mini kawkę w mini filiżance. Mam nadzieję, że rozbudzone towarzystwo zdołało wywabić plamy kawy ze swoich ubrań. W głowie błyskał mi flesz – ewakuacja! A kawa wychodziła nawet oczami . Wybiegłam z Sali i już za drzwiami kucnęłam i chwyciłam się spazmatycznie za brzuch kwicząc jak zarzynany prosiak. Łzy ciekły mi po twarzy, smarki rozpryskiwały się dookoła, a eleganckie obcasiki biły w drewniany parkiet jakbym tańczyła zwariowane flamenco. Niestety, zapomniałam, że wyjście z Sali prowadzi bezpośrednio do sekretariatu zapełnionego klientelą. Sekretarki zaniemówiły, tłum obcych też. Wreszcie jedna z nich zapanowała nad sytuacją i wskazała na mnie dłonią mówiąc „A to…to jest właśnie jedna z naszych pań lektorek”.

Głupawka źródło - Nonsensopedia:
Choroba ma stan przewlekły. W zaawansowanym stadium jej objawy dają się we znaki nawet do kilku raz w ciągu doby. Czas jednego ataku jest nieokreślony, zależy on od stanu psychicznego osobnika oraz innych jednostek w promieniu najbliższych 10 metrów. W zależności czy emocje danego osobnika są średnio-wesołe, wesołe, czy też skrajnie-wesołe nasila się czas trwania ataku oraz jego intensywność. Im więcej pozytywnych emocji napłynie do umysłu i podświadomości jednostki tym trudniej jest atak ten zwalczyć. Nikt oficjalnie nie prowadzi badań nad tą kwestią, ponieważ została ona uznana za niegroźną dla społeczeństwa (odnotowano nieliczne sytuacje, które miały negatywny wpływ na środowisko). Pojawia się ona w pełnym stadium w okresie licealnym, zaczątek powstaje w pierwszych latach gimnazjalnych, a z czasem się nasila aż do pewnego wieku. Niektórym przypadkom towarzyszy bardzo długo, a jeszcze innym zanika. Nie wynaleziono jeszcze leku stuprocentowo usuwająca ta przypadłość. Cierpi na nią większa część społeczeństwa (niezależnie od płci wygląda tak samo).

Jak wiadomo nam, z wiarygodnych źródeł, od poważnie chorych (objawy przejawiające się już w wieku 10 lat), kiedy głupawka jest wywołana szybko tzn. spontanicznie, a nie w wyniku rozprzestrzeniania się z człowieka na człowieka, napady mają swoje różne fazy. Pierwsza faza: objawia się bardzo łagodnie, kończy się jednak bardzo szybko! Później następuje coraz większe rozprzestrzenienie się choroby po ciele, czym napady są coraz cięższe i groźniejsze. Ostatnia faza jest najgorsza. Występuje wtedy zazwyczaj tzw. deprecha (chandra), często prowadząca do niekontrolowanych czynów, takich jak: mimowolne mówienie do siebie, płacz, zgrzytanie zębów. W tym czasie załamanie nerwowe, może przenosić się na innych ludzi (niekoniecznie chorych na głupawke) Są to osoby w otoczeniu do 15 metrów, jednak załamanie może się przenosić również przez komunikatory internetowe.

wtorek, 2 marca 2010

Francja - kraj, w którym strych nazywa się mansardą czyli Rira bien qui rira le dernier.



Lubię się uczyć języków obcych. To mój konik, moje ukochane hobby, które po latach stało się moim zawodem. A wszystko dlatego, że uwielbiam czytać w oryginale. Jest jednak język, który spędza mi sen z powiek. Język, którego się nie nauczę – francuski.
Francuski to jedyny język, którego próbowałam nauczyć się sama, a którym płynnie mówi mój mąż. No, tak ale pół jego rodziny to Francuzi w 3 pokoleniu. Efekt studiowania masy podręczników jest taki, że słowo pisane w tym języku do mnie trafia, natomiast z trudem potrafię się w nim przywitać, a o zrozumieniu mowy nawet nie wspomnę.

Zdarzyło mi się znaleźć na głuchej francuskiej prowincji i na dodatek mieć sprawę do załatwienia w tamtejszym merostwie. Nie załatwię – dalej nie pojadę. Ponieważ mam nadzieję, że i tu na głuchej prowincji uczą się czegoś po za własnym narzeczem rzucam z desperacją jedyne pełne zdanie jakie umiem wypowiedzieć po francusku, a które przez lata wyszlifowałam do perfekcji :
- Proszę mi wybaczyć ale nie mówię po francusku. Czy zna pan angielski lub niemiecki?
Francuz wyraźnie się ucieszył.
-Yes! Great! Parleparleparle….
- Nie mówię po francusku. Mówię po angielsku!
A Francuz swoje. Parla i parla, i nie zamierza przestać.
Jeszcze raz wspinam się na wyżyny swojej francuszczyzny i wystękuję:
- Przepraszam, nie mówię po francusku. Mówię po angielsku.
Francuz wlepia we mnie swoje balzakowskie ślepia i zaczyna od początku:
- Krakręmija i tulismanorę.
- English! – wrzeszczę całkowicie już pozbawiona wszelkich ludzkich hamulców.
Przestał gadać, popatrzył na mnie badawczo i na kawałku koperty napisał ładną angielszczyzną.
- „Ja mówię po angielsku, głupia krowo.”

Kilka dni temu, leżąc leniwie na sofie, w stanie agonalno – zmęczeniowym i oddając się wieczornemu, leniwemu przeskakiwaniu po kanałach /rodzina twierdzi w takich wypadkach, że przeładowuję mózg/ trafiłam na jakąś francuską stację. Czterech przystojnych i bardzo trendy panów rozprawiało o czymś zawzięcie, byli tak przystojni, że nie mogłam oderwać wzroku, nie miałam tez siły nacisnąć palcem na pilota. Postanowiłam popatrzeć, a może nawet wytężyć umysł i coś zrozumieć z tego parle-parle. Leżę, oddycham, patrzę i słucham. I nagle cud –– wszystko rozumiem - każde słowo wypowiedziane przez nich trafia w mój mały móżdżek . A tematyka była paskudna – zanieczyszczenie środowiska, plamy po ropie, elektrownie atomowe i inne kwiatki. Zaczęłam się nadymać w sobie, trzeć nosem po suficie i puszyć wyniośle, chociaż ze zmęczenia puszenie wychodziło mi bardzo mizernie. Na tą chwilę chwały wpadł do pokoju mój mąż:
- Ależ ci Francuzi mówią po angielsku – nic nie można zrozumieć. Dajesz radę?