Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

wtorek, 14 maja 2019

Luz-blues w niebie same dziury, czyli Zamiast chwilę gonić, kształtuję swój progres.


Ludzie zrobili się w tym XXI wieku strasznie niecierpliwi.  Dookoła wszyscy tylko tupią nóżką, niecierpliwią się marszczą narysowaną brew, bo wszystko ma być szybciej, prędzej, na wczoraj. Drzewiej tak nie bywało, głównie dlatego, bo mieliśmy kolejki.  Kolejki uczyły nas wszystkich cierpliwości, pogody ducha, wiary w lepsze jutro i interakcji z innymi. Stało się grzecznie, ze spuszczoną głową i siatą wielorazowego użytku w ręce, a także z nadzieją w sercu, jakieś 8 godzin po chleb, 12 po szynkę,  albo nawet trzy dni po nowy fotel, i nikt nie marudził, a przecież nie było smartfonów, tabletów, a dobra książka czy nadająca się do czytania gazeta, były na wagę schabowego bez kości.  Właściwie, jedyne co człowiek miał, to własny otwór gębowy i mózg, które to narządy trzeba było używać do komunikacji z innymi, a także po to, żeby nie zdechnąć z nudów.

Kolejka to był kiedyś odrębny świat, żywy, pulsujący organizm egzystujący na własnych prawach i według własnych zasad. Tutaj ludzie poznawali się, i obrażali na śmierć, tutaj rodziły się przyjaźnie, i związki na całe życie, ludzie umierali, rodzili się i pobierali. A teraz wystarczy, że do kasy stoją w ogonku trzy osoby, a już porzuca się wózek sklepowy wyładowany frykasami i ucieka do innego, mniej zakorkowanego sklepu. Wiem, bo sama tak robię!

Polacy to bardzo ambitny naród. Podróżowanie z Polakami to zawsze ten sam scenariusz. W momencie, kiedy na tablicy lotów wyświetli się numer bramki dla samolotu lecącego do Polski, korytarz zaczyna falować. Ludziska tratują się wzajemnie, ciągnąc za sobą tobołki i dzieci, żeby tylko być pierwszym w kolejce. Ci co nie wykupili pierwszeństwa wejścia na pokład, rzucają nienawistne spojrzenia tym, którzy mają bumagę i wyrastają na samolotowych celebrytów. (znaczy maja dostęp do pólek na bagaże jako pierwsi) Ledwie samolot dotknie ziemi, a zaraz co najmniej kilka osób zrywa się z siedzeń i próbuje dorwać się do schowków na bagaże, bo trzeba być zawsze pierwszym przy wyjściu. Nie zawracają sobie głowy tym, że stewardesy grzecznie proszą, żeby usadzić tyłek na fotelu, że samolotem szarpie, a oni walą siedzących na fotelach po głowach swoimi walizkami. Liczy się to, że są szybcy, a właściwie najszybsi. Ci mniej ambitni, którzy posłuchali próśb stewardes, z góry mają gorzej, bo są opóźnieni, muszą zatem wciskać swoje kończyny pomiędzy ciżbę, i przeć do przodu z absolutnie obojętnym wyrazem twarzy. Jeszcze meterek, jeszcze dwa i będę piąty, a nie dziesiąty.

Czy może być gorzej?
Może.

Samolot dotknął ziemi, rozpoczęło się gorączkowe wyciąganie rąk do półek i wciąganie na siebie co tam kto na plecy wciągnąć musiał, bo nad lotniskiem przechodziły akurat burze z piorunami.

Niestety, z powodu tych właśnie burz nad lotniskiem, schody nie mogły być podwiezione do samolotu. Wytłumaczono nam grzecznie, że opuszczanie samolotu w obecnych warunkach pogodowych jest niebezpieczne, bo można spaść i przefasonować sobie szlachetną fizys, i że metalowych schodów w czasie burzy też nikt nie będzie pchał przez płytę lotniska, bo prawa fizyki są bezlitosne.

Ludzie nie ustępowali, i dalej czekali ściśnięci z przodu samolotu, jak sardynki w puszce. Na początku stali i czekali, patrząc beznamiętnie w okno, telefonując do najbliższych, czytając newsy na Facebooku. Po godzinie zaczęły się pierwsze nerwowe wycieczki do toalety, a co za tym idzie, głośne prośby o udostępnienie tunelu życia. Powietrze zgęstniało, okna zaczęły parować, a pot skraplać się ludziom na czołach. A potem się zaczęło:

Najpierw całkiem niewinnie:
- Hej, otwierajcie te drzwi. Albo chociaż jakieś okna otwórzcie! Bo, k*rwa, sam sobie kopniakiem otworzę!

Po dwóch godzinach:
- To jest pogwałcenie praw człowieka! Jesteśmy odcięci od picia i jedzenia! Niech nam coś przyniosą! I ubikacja nie działa!

Po 3 odezwali się polscy herosi, którym już piwo nieco wywietrzało z głów :
- Niech tylko otworzą te cholerne drzwi, ja sam wyskoczę i dopchnę te schody, jak się leniom nie chce robić! (Niestety, nie doczekałam się momentu, kiedy będzie leżał na płycie lotniska z połamanymi kikutami)

Po 4 godzinach przystąpili do ataku wielbiciele mediów:
- Ja to wszystko nagrywam!! To będzie w tefałenie!!!
- Proszę mnie nie nagrywać! Bo jak ja pana nagram, to mnie pan popamięta!

Po 5 agresja obudziła się u matek polek:
- A te pindy (o stewardesach) tylko stoją i się śmieją, zamiast zadzwonić po pomoc! Jakbym jedną z drugą za kudły złapała..



Oczywiście, ja też należę do niecierpliwych.  Po pierwsze, kupiłam bilet na wcześniejszy lot, po drugie, zwykle dzwonię po taksówkę w momencie, kiedy już stoję w kolejce do kontroli paszportowej. Niestety, postanowiłam być równie ambitna jak moi rodacy, i tym razem zadzwoniłam jak tylko samolot wyłączył silniki . Dzięki temu, zamiast 80 zł, zapłaciłam 300. To była kara za moje ambicje i polską niecierpliwość.

20 komentarzy:

  1. Piersza?
    Niech no się zachwycę najsampierw: Pieprzu! Ty żyjesz!!!!
    Jak to miło doprawdy - banan na pysku napotkał ograniczenie z uszu!
    A teraz idę czytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa... 5 nadprogramowych godzin w samolocie w takim towarzystwie to faktycznie już lepsza 20-godzinna kolejka po karpia na porządnym mrozie -17 w latach 80-tych!
      W takich kolejkach to niektórzy nawet perfekcyjnie się polskiego języka nauczyli - czytałam wywiad z Tessą Capponi - Borawską. Ona stała za wołowym z kością ;)

      Usuń
    2. Hej, witaj Piesie! No, trochę tu wiatr hula, jak w Muzeum Czynu Rewolucyjnego. Jeszcze mi trochę czasu zajmie, zanim wdrożę się w tryby blogowania. Ściskam mocno, a wszystkie czterołape miziam za uszkami.

      Usuń
  2. A w samolocie polszczyzny by się nie nauczyła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agniecha, ale nie wiem czy o taka polszczyznę tej onej chodziło...

      Usuń
  3. No nie wiem, czy w kontekście poprzedniego wpisu mogę się ucieszyć z powrotu Pieprza. W końcu to może być obłuda i fałsz z mojej strony, że niby Pieprz i tak jest grafomanem.
    WITAJ! Pieprzu, jakże się cieszę, że znowu piszesz. ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszelki duch!!! Przeczytałem i przypomniały mi się powroty PKSem z ogólniaka w dni targowe pod koniec lat 80tych :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Nareszcie! Jak dobrze Cię czytać! Już po przeczytaniu tekstu jestem spocona i mam krople potu na czole. Musiało tam być srogo w tym samolocie. :) A taksówkę też zamawiam dopiero jak wychodzę do poczekalni po przejściu wszystkich bramek. Raz nas zastał alarm bombowy, w związku z czym wypuszczono nas z ostatniej strefy po 1,5 godz. To była moja nauczka i nauka pokory

    OdpowiedzUsuń
  6. Nooooo! Doczekałam się na kolejny wpis :) Zastanawiam się, czy w tych okolicznościach przyrody nie miałaś ochoty np. poudawać Greka? Greczynki tudzież? :D Jednak Prawdziwy Polak potrafi...wszędzie zrobić wiochę :) Od samego czytania z leksza miałam objawy utraty cierpliwości, acz raczej do tych niecierpliwych. P.S. Faktycznie, droga dość ta wyrywność. Pozdrawiam! Antares

    OdpowiedzUsuń
  7. Czekanie na lotnisku ma inny wymiar.
    Kiedyś utknęłam w rękawie (jakkolwiek dziwni to brzmi). Już po bramce, a przed samolotem. Rękaw był interesującym miejscem, ponieważ w upale działał jak piekarnik. A upał dawał z siebie wszystko, żeby nas zgrillować. Obserwowałam, jak temperatura wpływa na obyczajowość - koniec końców i tak wszyscy się porozbierali do rosołu, ale niektórzy mieli opory, żeby już w drugiej godzinie znajomości pokazać się innym podróżnym bez wystylizowanych kreacji. A była to naprawdę gorąca znajomość.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ach jak mi przykro, ze nie moge sie wlaczyc do dyskusji, poniewaz albowiem nigdy nie lecialam samolotem!!!
    Ale czytajac te przypadki to nie tesknie :)))
    Obejdzie sie chlopskie wesele bez marcepana :)

    OdpowiedzUsuń
  9. no narejszcie Ciociu Kabanowo,bom się stęskniła okropeczenie! Uprzejmie donoszę, że cierpliwośc swoją trenuję z uporemmaniaka, tyle że nie wew ptaku żelaznym a w busie z kraju barbarzyńców do mego Szato i wszelkiego rodzaju derezynach PKP... a gdzież te czasy gdzie, kiedy człowiek człowiekowi mortadelę spod palcy wyrywał, a weekendową atrakcją było rodzinne kolekowanie po automat z funkcją Bio i automatycznym wirowaniem... nuta nostalgii się mię wkradła wew wspomnień czar... żeby tylko jeszcze okraszona jakim płomiennym romansem, alem za nieletnia wtedy była ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. :) No tak - nie wiem co lepsze, wdychanie oparów kiełbasy wiejskiej i jaj gotowanych w busie czy słuchanie mądrości narodów w samolocie

    OdpowiedzUsuń
  11. To chyba jakiś atawizm jest, wyewoluowany w komunie i przekazywany w genach:) Też czasem miewam napady tej narodowej ambicji. Muszę się przyznać, że entuzjastą latania jestem umiarkowanym, ze względu na klaustrofobiczne objawy, które przebywanie w metalowej tubie uaktywnia, dlatego muszę wspomagać się magiczną tabletką.

    OdpowiedzUsuń
  12. umarłabym nie z powodu samego czekania ale czekania w zamkniętym ciasnym przesyconym gęstniejącym stężeniem wkurwa i strachu pomieszczeniu. mam klaustrofobię i w samolocie programuję swoją obecność dokładnie na czas lotu...więcej nie daję rady.
    Wywaliłabym te drzwi z zawiasami niekoniecznie z powodu polskiej proweniencji. Współczuję.

    OdpowiedzUsuń
  13. O kurzesz Pieprzu, mam tak samo jak v.
    Mam klaustrofobie stosowana, programuje sie na lot, na przeczekanie, ale z doplywem powietrza.
    W zamknietym pomieszczeniu odcietym od swiezego powietrza atak paniki u mnie murowany.
    Walilabym w drzwi pilotow , przyjechaloby security i poszloby piorunem :)

    Wcale sie ludziskom nie dziwie – a takich sytuacjach powinni chetnych
    spuszczac po pontonie , na wlasna podpisana prosbe. Jak bym sie pierwsza spuscila bez wahania.
    Co to jest, zeby przetrzymywac ludzi jak bydlo w wagonie –
    a najlepsze jest to, ze moze mnie czeka to samo – lece w te sama strefe burz juz niedlugo.

    OdpowiedzUsuń
  14. Zgadzam się, co do naszych cech narodowych. Niestety, spalamy się w imię jakichś gówien nieistotnych. Ja wyczuwam ten pośpiech, tą spinę w momencie lądowania samolotu. Dosłownie, samolot dotknie polskiej ziemi i już czuję przyśpieszony oddech rodaków, każdy chce być pierwszy, byle szybciej, jakby kurde po medal biegli. Potem jak już wysiądę to czuję jak ludziska za mną mają chęć mnie kopnąć, żeby przyśpieszyć te parę sekund, a może nawet całą minutę. A mnie Pieprzu naprawdę wisi czy ja pokażę swój paszport o 24.45 czy o 24.55. I ludzie nie mogą tego znieść, słyszę za plecami jak warczą.
    To w ogóle nie jest śmieszne, to jest przerażające, że Polacy tak się spinają przy byle okazji jakby się bali, że każdy chce ich wydymać. Nie cierpię tego, przecież to samo jest w kolejce do kasy. Wystarczy, że coś się zatka na krótką chwilkę i już całą kolejka zaczyna szemrać, brąchać, pokaszliwać, cmokać itd.
    Ludzie szkoda życia na taki bezsensowny pośpiech. Wyluzujcie!

    OdpowiedzUsuń
  15. Swego czasu dość często latałam samolotami i to, jak opisałaś to wszystko sprawiło, że wspomnienia stanęły mi przed oczami jak żywe. Ale 5h w zamkniętym samolocie naprawdę współczuję, szczególnie w tak zacnym towarzystwie. Mam tylko nadzieję, że bateria w telefonie nie padła i że miałaś coś do czytania. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  16. Ahahahaha, "można spaść i przefasonować sobie szlachetną fizys"
    Kocham Cię! Trzymam Cię w mym sercu obok Szymborskiej, Tokarczuk i Dehnela :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. stoik kolejkowy potrafił przeżuwać cokolwiek godzinami - na przykład Donaldy (jak miał dojście). ale można było się w kolejce ożenić lub rozwieść w zależności od tego w jakim stanie się zaczęło uprawiać stoicyzm.

    OdpowiedzUsuń