Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

czwartek, 22 stycznia 2015

Taniec w skarpetach frote na szkle czyli jestem swoim największym wrogiem.



Na ringu ustawiam się
Na przeciw odbicia mnie
By zmylić obniżam głos
Nim zadam pierwszy cios

Przegrałam już tysiąc walk
Czytając z mych ruchu warg
Znów studzą we mnie krew
Wygodnickie lęki
BRODKA K,O.


365 dni w roku budzę się i z uśmiechem na ustach. Wyskakuję z pościeli, tańcząc i śpiewając udaję się do łazienki, w przelocie całuję swoją Gabrysię w lustrze. Pozwalam wodzie z prysznica płynąć po wszystkich zakamarkach mojego ciała, czując jak napełnia mnie energią na cały dzień. Tańczę sobie pogo z ręcznikiem, lubię świat i lubię siebie aż do samych kości!

Kiedy mam dobry dzień kawa smakuje wybornie, śniadanie wygląda dokładnie jak śniadanie Manet'a na trawie.., a świat i lustro się do mnie uśmiechają. Tam w lustrze może nie odbija się diva z okładek o idealnych proporcjach ale ktoś żywy, fajny i wart kochania


Tak jest jakieś 364 dni w roku bo po prostu mam pogodną naturę, nie martwię się zbytnio dniem jutrzejszym i nie próbuję zbawić świata. Żyję, oddycham i cieszę się tym co mam. Jak jętka jednodniówka.

 Niestety istnieje jeszcze 1-2 dni niezagospodarowanych...

To nie są dobre dni.To są beznadziejnie złe dni. 



Otwieram oczy i wydaje mi się, że ktoś mi wykrzywił rzeczywistość, ściany nie trzymają pionu, sufit zbliża się do mojej twarzy bardzo niebezpiecznie .. i słyszę wyraźnie, że Małgośka rozłożyła swój sprzęt koło mojego łóżka..i zaczyna przygrywać mi do tańca na szkle..






już wiem, że będzie ciężko...

Zwlekam się z łoża boleści o 7.30 (jaki beznadziejny rym mi wyszedł, (jak to całe moje gówniane  pisanie) i od razu mam za złe - pogodzie, światu, muzyce, podłodze, psom, zimnej wodzie, ciepłej wodzie i kawie. Wlokę się w piżamie, która oczywiście staje się za duża, w przelocie spoglądam w lustro, i czuję, jak mój stan się pogarsza w tempie zawrotnym

8.00 otwieram okno, żeby wpuścić lepszą atmosferę.

8.02. zamykam okno, sąsiedzi palą napalmem, który wypełnia moje płuca i wytrawia trzewia. Tracę ochotę na śniadanie.

8.30. przyszedł e-mail. Jest miły. Ale skąd wiadomo czy piszący nie jest tylko uprzejmy. 

8.15 stoję przy zamkniętym oknie i patrzę martwo na dom naprzeciwko. szaro.

8.30. stoję przy zamkniętym oknie tyłem i patrzę na drzwi mojej sypialni. kaloryfer parzy mi plecy, i dobrze mi tak!

8.45 położyłam głowę na biurku, patrzę jak łzy się grupują w jeziora na laminacie, wkładam palec do kałuży  i piszę - "chciałabym uciec od siebie, odkleić duszę od ciała,
zapomnieć o myślach, co jak parzące meduzy przywarły do mojej skóry"...(tak naprawdę napisałam tylko pierwsze trzy litery bo brakło mi łzowego atramentu) ...łzy podpływają niebezpiecznie do laptopa, wycieram je rękawem piżamy. 

9.00. przypominam sobie wszystkie krzywdy jakich doznałam w całym swoim życiu . Mamooooo...Dlaczego nie zapisałaś mnie te cholerne lekcje pianina kiedy miałam 5 lat???! Zawsze chciałam zostać subtelną pianistką z długimi palcami. Teraz pewnie byłabym Chopinem w spódnicy. 
,
10.00 przypominam sobie jak  pani w przedszkolu powiedziała, że nie puści mnie do pierwszej klasy bo nie umiem dobrze wyciąć jabłka z papieru. Na złość do tej pory nie umiem nic prosto wyciąć. Siedzę przy biurku i gapię się w ciemny ekran komputera, słucham rzewnych kawałków  i czuję, że łzy dobijają się taranem...Jestem taka niezdolna, nic nie umiem dobrze zrobić, nawet wyciąć tego cholernego jabłka...

11.00.wlokę się do najbliższej kanapy i postanawiam tam sobie umrzeć w spokoju. Żałuję tylko, że jednak nie umyłam włosów bo będę się fatalnie prezentować jako zaniedbany nieboszczyk z przyklepaną koafiurą...i w tej różowej piżamie, i bez pomalowanych rzęs....i w ogromnych depresyjnych skarpetkach frote w różowe paski

11.30 gdzieś tam głęboko słyszę słaby głos rozsądku..."weź się za siebie idiotko" , e tam...język sobie tylko strzępi ten rozsądek...zamykam uszy, zamykam oczy, nie chce mi się nic. ..jestem taka samotna, nikt mnie nie rozumie...nikt mnie nie kocha...świat jest zimny i wstrętny.

12.00  upadam nisko, przytulam się do czekoladowego batonika...pożeram go zakrapiając to wszystko łzami...batonik smakuje gorzko słodko, czuję jak spływa do mojego żołądka i natychmiast uwalniają się z niego zyliardy kalorii, które rozpychają moje ciało od środka, Mój brzuch rośnie do gargantuicznych rozmiarów a moje uda zaczynają przypominać drewniane, toczone beczki....

12.30 rury wyją...wyję z nimi

13.00 płaczę, że jestem taka brzydka, gruba, głupia i nikt mnie nie rozumie, a świat jest wredny

13.30...widzę jak rośnie mi dziób pingwina, szminka źle na nim wygląda, 

14,00 zastawiam lustro w łazience, i przedpokoju.

14.30  widzę wszystkie swoje wady jak na dłoni...próbuję policzyć je na palcach u jednej, drugiej ręki...ach brakuje mi rąk. Spisuję je na rolce ręcznika papierowego...jest ich setki, tysiące...czemu jestem taka beznadziejna, nurzam się w czarnej rozpaczy, wkładam ręce po łokcie do bagna nieszczęścia , płynę żabką przez morze  desperacji...tańczę na szkle, we frotowych skarpetach..
... dopływam do rowu mariańskiego swoich problemów...końca nie widać, przepływam wszystkie 12 kręgów piekielnych...

15.00 ..po raz setny słucham "Tańca pingwina na szkle", krzyczę razem z Małgosią Ostrowską...zawijam się w kącie w  gazetę, nie chcę nic i nikogo.

15.30 postanawiam umrzeć natychmiast ponieważ moja obecność na tym świecie jest kompletnie nieuzasadniona, padam na podłogę i leżę.

17.00 nadal leżę na podłodze, tyle, że odganiam się od liżących mnie psów.

17.30 przekręcam się na plecy i gapię się w sufit

18.00 leżę na brzuchu, gapię się na ścianę pod oknem

18.30 zsuwam się po schodach w dół i otwieram drzwi na zewnątrz, świat mnie denerwuje, więc nawet nogi nie wystawiam za próg.

19.00 wypijam herbatę i słucham Marysi Peszek. Nie pomaga.

20.00 płaczę w przedpokoju

20.15 płaczę w łazience

20.10 płaczę na swoim łóżku, brakuje mi chusteczek

20.30 płaczę jeszcze gorzej bo zobaczyłam swoje odbicie w oknie

21.00 leżę na łóżku, patrzę martwo na przeciwległą ścianę...umrę i zjedzą mnie psy, nawet nie będzie co kremować na grillu. Psy sprawdzają czy jeszcze żyję.

21.30 Psy tracą cierpliwość i wychodzą.

22.00 Czuję, że jestem najbardziej nieszczęśliwą osoba na świecie...słyszę tupot małych nóżek wszystkich moich trosk, wskakują na poduszkę i ciągną mnie za włosy...wszechświat jest taki ogromny, a ja taka mała...zginę..

22.30 nie mam siły walczyć,zaczynam podążać tunelem w stronę światła....

23.00 Zaproszenie od koleżanki do Torunia, zaczynam się zastanawiać czy zdążę odwiedzić ją przed śmiercią, na wszelki wypadek płaczę, bo może nie...

23.15 Sms - od koleżanki, że zrobiła dla mnie rękawiczki na drutach, takie jak chciałam - płaczę, że nigdy ich nie założę

23.30. Telefon . Udaję, że jestem szczęśliwa.

23.50 Wierzę, że jestem szczęśliwa. 

00.00 Rany! Ale ja jestem szczęśliwa!!!



9 komentarzy:

  1. Ojoj jak pieknie to ujelas! Z tym ze u mnie w nieco innych proporcjach sie to odbywa.... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toya z klawiatury mi komentarz wyjęła! ;-)

      Usuń
  2. Ach, Ty to masz szczęście, że w dobrych proporcjach.:))

    OdpowiedzUsuń
  3. Droga Gabrielle... jeśli nurzasz się w oceanie rozpaczy tylko dwa razy do roku, za to głęboko, a przez resztę czasu unosisz się na falach szczęścia, to mi to szczęście wygląda ciut podejrzanie. Trochę jak efekt autopropagandy. Nie mówię, że to źle. Nawet bardzo nieźle. Ech, któż nie chciałby kochać siebie i świata przez 364 dni w roku?
    Większość z nas ma inaczej - jesteśmy skwaszeni trochę tylko, za to przez większą część roku. Nie każdy może być artystą pióra, pędzla, albo chociaż niezłym modelem... :) Z drugiej strony artyści zwykle piją, ćpają a nawet obcinają sobie uszy. A Ty masz uszy i notki piszesz na trzeźwo.
    Lśnij dalej :)

    PS. Słuchanie Marysi Peszek nie może pomagać. Śpiew Marysi koi uszy jak tramwaj na zakręcie, głaszcze duszę jak u Mickiewicza niedźwiedź harabiego włos płowy (zdziera z mózgów czaszkę jak kapelusz z głowy), a jej uroda oraz fryzura powoduje moczenie nocne u dzieci płci męskiej. Zaprawdę bardziej pomoże Ci słuchanie Behemota.

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiedzmy, że te 1,2dni to miało być umownie, taki...symbol? Ja miewam takie 1,2dni co najmniej jeden, dwa razy w tygodniu;) I czuję się brzydka, stara, bezużyteczna... I ja wtedy nie słucham żadnych piosenek na pocieszenia... Nie... Ja włączam sobie "spadam" Comy (polecam na dobicie;))
    Zwijając całosć w podsumowanie: jesteś szczęśliwa!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś stuprocentową kobietą Pieprzu! :)))
    Też mam takie dni. W dodatku przychodzą całkowicie bez ostrzeżenia. U mnie chyba jeszcze ze 3-4 razy w roku.
    Kończą się równie niespodziewanie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakoś nie chce mi się w to wszystko wierzyć, wiesz ?;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uuu teraz trzeba uważać, co się śpiewa i gdzie, a tak serio, nie nie, nie ma serio.

    http://natemat.pl/51301,w-pustej-szklance-pomarancze-czyli-jak-teksciarze-nie-licza-sie-ze-slowami

    OdpowiedzUsuń
  8. eee tylko dwa dni
    to można wytrzymać ..
    w sumie jesteś pogodną, mądrą dziewczynką z humorem ))

    OdpowiedzUsuń