
Moja przyjaciółka twierdzi, że nie rozpoznałabym ducha nawet gdyby kopnął mnie w przysłowiowe cztery litery. Ale kiedyś wcale tak nie było!
Wychowywali mnie dziadkowie urodzeni w końcu XIX wieku (A wychowującej mnie babci udało się jeszcze za życia zostać pra-pra-babcią i przeżyć z jednym mężczyzną lat 70). Ich świat był pełen sów zwiastujących śmierć, zjaw, utopców i strzyg. Całą wiedzą bardzo chętnie się ze mną dzielili. Z tego też powodu do 25 roku życia nie sypiałam w pokoju, w którym nie było dwóch osobnych źródeł światła (gdyby jedno padło), latarki pod poduszką i drugiego człowieka w promieniu 5 metrów . Można powiedzieć, że nie cierpiałam samotnie, cierpieli wszyscy, którzy dzielili ze mną pokój lub łoże, a także ci którzy weszli ze mną w bliskie relacje.
Bo ja… byłam mistrzem wywoływania nastrojów histerii, w czym znajdowałam wyraźne upodobanie. Oto kilka chwalebnych przykładów mojej działalności:
Postanowiłyśmy z przyjaciółką wybrać się wieczorem do biblioteki, do której szło się przez mały lasek. Ze śmiechem doszłyśmy na miejsce, wybrałyśmy książki i pożegnałyśmy bibliotekarkę, która z fasonem odjechała maluchem do domu. Przystanek tramwajowy znajdował się wśród złowrogo szumiących drzew, na co początkowo nie zwróciłyśmy uwagi plotąc trzy po trzy i śmiejąc się jak głupi do sera. Trzask gałązki spowodował, że zaczęłam uważniej wpatrywać się w krzewy i listowie ciemnawe, aby już po chwili zobaczyć lekko przygarbionego wampierza przytulonego do brzózki i wypatrującego ofiary – dziewicy. Widziałam wyraźnie, że puścił mi oko i obleśnie się uśmiechnął. Jako rasowa dziewica poczułam lekki dyskomfort, gdzieś w okolicach żołądka i pęcherza moczowego.
Oczywiście nie zwlekałam i podzieliłam się spostrzeżeniem z jeszcze roześmianą przyjaciółką, także dziewicą, która natychmiast starła uśmiech z twarzy i wbiła mi paznokcie w ramię. Przed nami las, za nami ciemny i opuszczony budynek w lesie, w prawo tez las, w lewo co? Oczywiście las, tyle że rzadszy. Nie umiejąc wybrać drogi ucieczki zaczęłyśmy biegać w lewo, i w prawo, w lewo, i w prawo wrzeszcząc jak cały tabun gonionych dziewic . Wampierzy przybyło, siedziały już za każdym krzakiem, wyraźnie znęcone naszą niewinnością.
- Ulica!- krzyknęłam odkrywczo.
- Co ulica? Do cholery, gadaj! – drapała mnie po plecach przyjaciółka.
- Z ulicy nas nie wezmą! ( nie wiem czemu mi się wydawało, że wampirze musza czuć niechęć do asfaltu)
I rzuciłyśmy się do biegu o życie, zupełnie bez sensu bo w stronę odwrotną od domu – niestety, panika miesza w głowie. Biegnąc drogą, wymachując rozcapierzonymi łapami i wrzeszcząc o mało nie wpakowałyśmy się pod samochód. Kierowca przystanął i zabarykadował się od wewnątrz, a my z szaleństwem w oczach szarpałyśmy za klamki i kładłyśmy się na masce niemal błagając o otworzenie drzwi. Myślę, że był ze strachu bliski szaleństwa podobnie jak my. Na szczęście (albo i nie) kierowca rozpoznał w jednym rozczochranym ogłupie córkę swojego sztygara i uchylił odrzwia. Wdarłyśmy się na tylne siedzenie z siłą oceanu i za żadne skarby nie chciałyśmy się przyznać co się stało. Miałyśmy wtedy…17 lat.
Skromnie dodam, że dwa lata wcześniej na koloniach udało mi się doprowadzić tą samą przyjaciółkę do takiej histerii, że trzeba było wzywać pomoc medyczna w postaci higienistki i zmieniać prześcieradło. A wszystko dlatego, że byłam pewna, że pod moim łóżkiem zaczaiła się strzyga. Widziałam nawet jej jeden paznokieć kiwający na mnie spod materaca. Jak wiadomo „w sytuacjach potwora pod łóżkiem” nogi na podłodze się nie stawia bo łatwo można ją stracić, resztę ciała też – nieodwołalnie i na zawsze. A przyjaciółka miała nowe dżinsy na dyskotekę i chciała żyć! Czy można ja za to winić? Karą dla mnie było to, że musiałam z nią na jednym usikanym materacu spać, bo z łóżka nadal zejść nie chciała chociaż pokazywałam jej prosty antylopi przeskok z jednego trzeszczaka na drugi i wyjaśniłam, że paznokieć okazał się być łupiną od słonecznika. Uparcie odmawiała współpracy, ale może to pod wpływem leków jakie otrzymała.
Moim szczytowym osiągnięciem było wywołanie histerii w 15 dziewczynkach na przyjęciu urodzinowym o godzinie 17 w biały dzień, podczas gdy rodzice solenizantki byli w pokoju obok. (niełatwe zadanie, co?) Tort z podłogi zjadł później pies, a ja przez tydzień miałam karę bo 12 latki są bardzo nielojalne i mają długie ozory.
Az pewnego wieczoru przestałam obgryzać paznokcie, rzuciłam cukier i zgasiłam wszystkie światła idąc spać.
Obraz nazywa się „Zagłada Sodomy” i został namalowany na prośbę dziecka, które chciało zobaczyć czy ojciec potrafi cos takiego machnąć żeby straszyło nocami . Obraz jest wielki i faktycznie jak się koło niego przechodzi to człowiek ma wrażenie, że coś spod tego kaptura zerka. No, tylko bez histerii proszę!


