Uwielbiam przeglądać stare zdjęcia. Kiedy byłam mała panicznie bałam się śmierci, do tego stopnia, że bałam się zasnąć żeby nie spotkała mnie we śnie. Przeglądanie starych zdjęć, fantazjowanie na temat ludzi, których mogłam podglądać, zatrzymanych na chwilę w kadrze pomogło mi się uporać z tym strachem, pomogło mi zrozumieć, że wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę.
Mama mojej mamy, moja ukochana babcia. Na zdjęciu ze swoją siostrą i mamą, około 1920 roku. Babcia stoi w środku, wysoka z grubym warkoczem. Życie mojej babci to materiał na całkiem ciekawą powieść. Kiedy przyszłam na świat, ona miała już 66 lat i w mojej pamięci pozostała siwowłosą, okrągłą, maleńką staruszką, pełną ciepła, miłości i cierpliwości.
Tata mojej mamy. Przystojny, wysoki, twardy i szorstki. Dla mnie osoba, która darzyła mnie bezwarunkowa miłością. Tutaj około 50 roku życia. Wiem skąd w rodzinie ciemnookich brunetów wzięła się niebieskooka blondynka.
Mama mojego taty. Na zdjęciu z koleżankami ta po lewej. Z tyłu napisane -" Czarna, Janka, Murzyn". Zmarła w tragicznych okolicznościach, kiedy mój tata miał zaledwie 11 lat. Patrząc na nią widzę ogromne podobieństwo rodzinne. Tylko kształt oczu mamy całkiem inny. Około roku 1935.
Tata mojego taty. Zawsze elegancki, nieobecny, zdystansowany. Uwielbiałam podkradać książki z jego biblioteczki.
Żyją bo wciąż o nich pamiętamy.
Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
poniedziałek, 31 października 2011
piątek, 21 października 2011
Wszyscy mężczyźni są tacy sami, mają tylko różne twarze, żeby można było ich rozpoznać czyli Gdy kobieta długo w mężczyznach przebiera, zwykle najgorzej wybiera.
(część 2, niestety nie ostatnia)
Anka wsadziła głowę do środka.
- Heej...uuuuu...aaaaa..
- I co? Widać coś? - niecierpliwiłyśmy się na schodkach.
- Coś jakby mignęło....takie blade...
- O Boże! A może oni nie żyją? I to tylko ich duchy plątają się po tym cholernym domu?
- Eee..no, przecież wczoraj rozmawiałam z Teśka przez telefon. Brzmiała całkiem żywo, o ile się nie mylę męczyła właśnie jakiegoś pacjenta wwiercając mu się w kanał.
- A skąd wiesz ile czasu potrzeba na przemianę w ducha? Może ona męczyła już jako duch?
- W dzień? - zwątpiła Ewunia i lekko popchnęła Ankę do środka.
W ciemnościach coś zaszurało i w drzwiach stanęła nagle Teśka z latarką w ręku. Wyglądała całkiem zdrowo, chociaż jakoś szaro.
- Żyjesz!- wrzasnęłyśmy chórem.
- Ciiii! Co??? Oczywiście, że żyję. O co chodzi?
- No...ten pusty dom...i w ogóle...
- Jaki pusty? Jaki pusty? Nie stójcie na schodach bo jeszcze was ktoś zobaczy, właźcie do środka.
Weszłyśmy do ciemnego przedpokoju, a drzwi zatrzasnęły się za nami bezgłośnie, jakby z cmoknięciem. Teśka zapaliła latarkę i powiodła nas w głąb mieszkania. Korytarz, którym szłyśmy przypominał lochy, brakowało tylko szczerzących zęby czaszek i rozsypujących się szkieletów leżących na zgniłej słomie. Jakieś obrzydliwe, odrapane ściany, brak światła i betonowa posadzka. W rogu pieczary stała drabina, której używano chyba do wchodzenia na pięterko przez dziurę, ziejącą w samym środku sufitu.
- Tam ktoś jest - szepnęła mi do ucha Anka łapiąc mnie jednocześnie kurczowo za rękę - Ktoś na mnie zerknął z góry...
Popukałam się bolącym palcem w czoło, czego i tak w tych ciemnościach pewnie nie zauważyła.
Teśka otworzyła piwniczne drzwi i zaczęła sprowadzać nas w dół.
- Teśka? Dlaczego mamy iść do piwnicy? - nabrałyśmy ochoty na szybki powrót do domu.
- Ojej, przestańcie. Tu mieszkamy!
- W piwnicy???? Dlaczego?
- Bo tu nie ma okien.
- Aha...ale..ale...nie lepiej mieć okna? Można wyjrzeć na zewnątrz, można nawet uciec przez takie okno.... - podsunęła Ewunia rozglądając się nieufnie.
- Ktoś może zobaczyć światło - ucieła Teśka i wprowadziła nas na piwniczne apartamenty.
Stałyśmy w jednym z najbrzydszych miejsc na świecie. Z odrapanego przedpokoju, ze zwisającą żarówką były wejścia do dwóch pokoi oświetlonych jarzeniówkami, i jakiejś klitki z wielką plastikowa miską i piecem, oraz niebieską zasłonką w rogu. Było wilgotno i niosło potem.
- A dlaczego tu nie ma okien? A dlaczego tu nie ma klamek?..A... - wpadła w mantrę Ewunia.
- A...dlaczego ty tu mieszkasz? Ukrywasz się przed pacjentami? - Anka zapomniała nawet o sikaniu - I gdzie jest Iwonka?? - zapytałam całkiem przytomnie.
- Tu. A gdzie ma być? Wszystko jest w porządku. Jestem bardzo szczęśliwa. Och...naprawdę, naprawdę nie macie pojęcia jaka jestem szczęśliwa...
Popatrzyłyśmy na rozlatującą się wersalkę pokrytą spękanym skajem, na odrapany kredens z pękniętą szybą, stare popękane linoleum i zwątpiłyśmy.
- Siku - pisnęła Anka.
- Za zasłonką w kuchni- wskazała ręką Teśka.
Za zasłonką stało wielkie metalowe, mocno obtłuczone, niebieskie wiadro.
C.D.N.
Etykiety:
dreszczowce,
historie prawie miłosne,
kobiety,
mężczyźni,
sex dla ubogich
niedziela, 16 października 2011
Geniusz to wynik 1 procenta natchnienia i 99 procent wypocenia czyli There is no great genius without some touch of madness.
- Jest niesamowity – opowiadała Teśka- Wiecie, że ziemniaki na jego talerzu mogą leżeć jedynie po lewej stronie? Po prawej stronie musi być sałatka, a w środku mięso.
Puściłyśmy tą opowieść mimo uszu, bo Teśka była akurat na etapie „ach jaki on wspaniały” i wczesniej miałyśmy okazję usłyszeć, jak tez ukochany trzyma widelec, a jak łyżkę, jak chrapie i jak cudownie pluszcze się w kąpieli. Znacie ten stan? Samo wypowiadanie imienia ukochanego sprawia jakąś niesamowitą przyjemność i ciężko się przed tym powstrzymać. Teśkę trzymało mocno, bo jej opowieści zdawały nam się nieco bardziej niż normalnie wyolbrzymione. W każdym razie chłopak był cudowny. Ba! Według Teśki był genialny, i przez tą swoją genialność nieco odtrącony przez społeczeństwo. Niezrozumiany.
Narzeczeństwo trwało w najlepsze, aż w końcu Teśka postanowiła się do nowego chłopaka przeprowadzić, i to nie sama ale z 6 letnią córką. Narzeczony miał dom, samochód, własną firmę i podobno dobrze rokował na przyszłość. Przez jakiś czas z Teśką trudno było się skontaktować, ale składałyśmy to na karb "miesięcy miodowych" i wicia gniazda. W końcu jednak zostałyśmy telefonicznie zaproszone na prezentację i z zaproszenia ochoczo skorzystałyśmy.
Był zimny, listopadowy wieczór, deszcz lał jak z cebra. Już od godziny biegałyśmy pomiędzy krzakami, wertepami, potykając się o kamienie i wpadając w kałuże. Znalezienie domu Teśki wydawało nam się zadaniem przekraczającym nasze umiejętności śledcze, już prawie się poddałyśmy kiedy Anka przedarła się przez gęste krzaki malin rosnące tuż przy drodze i z okrzykiem "Tu coś jest" wlała w nasze zmoknięte serca nieco otuchy. Za gęstymi krzakami zamajaczył nam pogrążony w ciemności budynek. Ruszyłyśmy biegiem.
- Chlup! - pierwsze chlup zaliczyła Anka, ja byłam następna.
- Co to jest? Rzeka? - darła się z daleka Ewa
- Nie wiem! Rów jakiś błotny. O rany! Kozaczki do wyrzucenia...- biadoliła Anka gramoląc się z dołu i przy okazji opryskując mi twarz cuchnącym mułem.
- Hej! Chodźcie tutaj! Tu jest jakiś most- krzyczała gdzieś z lewej suchonoga Ewka.
- Most? -zwątpiłam nieco widząc przerzucona przez rów chybocącą się deskę.
Trzymając się za ręce i dodając sobie otuchy dotarłyśmy na drugą stronę wąwozu Colorado.
Przed nami zamajaczyły drzwi, drzwi solidne, obite jakimiś drewnianymi listewkami w układające się wzroki. Zaczęłyśmy szukać dzwonka. Niestety po wymacaniu ścian musiałyśmy zgodzić się, że dzwonka nie ma. Nie było też klamki.
- Zapukaj - zakomenderowała Ewunia.
Zapukałam i zaraz tego pożałowałam, odgłos mojego pukania zaginął gdzieś w cholernych listewkach, które okazały się zakończone kantem.
- Rany! Kto nabija trójkąty na drzwi? I to na drzwi bez klamki i dzwonka - jęczałam rozmasowując poobijane kostki.
- Pukaj jeszcze raz!
- Sama pukaj!
- Może kopnąć?
- I zniszczyć buty? Udław się! To już lepiej walnąć w okno.
Niestety przy oknach posadzone były jakieś krzaki cierniste i stukanie nie wchodziło w grę. Zdesperowane zaczęłyśmy rozglądać się za jakąś gałęzią lub miękkim kamieniem, nadającym się do rzucenia w szybę.
- Może zrobić kulę z błota? - zaczęłyśmy się zastanawiać nad mniej konwencjonalnym rozwiązaniem.
- A kto będzie lepił?
- Nie wiem, wiem, że chce mi się sikać i jeśli zaraz nie otworzą to nasikam im tu pod drzwiami.
- Jeśli będziesz sikać głośno to może otworzą z ciekawości - poradziłam.
Zdesperowana Anka poświęciła kozaczki i zaczęła kopać podeszwą buta po drzwiach. Poszłyśmy za jej przykładem. Po minucie łomotania coś skrzypnęło i drzwi otworzyły się. Za otwartymi drzwiami panowały egipskie ciemności.
- Halo?! Halo?!! Jest tu kto?
- Teśka? Teśka!
Ciemność milczała głucho i wymownie. Po plecach przebiegł nam dreszcz.
c.d.n.
Etykiety:
dreszczowce,
kobiety,
mężczyźni,
sex dla ubogich
Subskrybuj:
Posty (Atom)





