Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.
wtorek, 30 sierpnia 2011
Czy potrafisz wyobrazić sobie świat bez mężczyzn? To świat bez wojen z mnóstwem szczęśliwych, grubych kobiet.
Nie wiem dlaczego ktoś wpadł na pomysł, żeby w książce Fossum odmieniać damskie nazwiska.
Brenningenowa drgnęła. U Einarssonowej stał różowy komplet wypoczynkowy.
Jakoś mi to zalatuje czeską manierą - Michelle Pfeiferova, Madonna Cicionova, itp. Gdyby to pociągnąć dalej to mielibyśmy Angelinę Pittową, a królowa Elżbieta II byłaby starą Windsorową, w odróżnieniu od starej Tudorowej czyli Elżbiety I.
Na dodatek kiedy słyszę to – owa to od razu widzę stare kwoki, w kwaśnych swetrach i z przypaloną trwałą. Wracając jeszcze na chwilę do Fossun, główna bohaterka nazywa się Magnus i w żadnym miejscu nie staje się Magnussonową, a w ogóle bez sensu bo przecież wiadomo, że w islandzkim dodatek son jest tylko dla mężczyzn, a dla kobiet dottir. Tyle, że wtedy Magnussonowa nie nazywałaby się Magnussonowa a Markusdottir . No, ale Magnussonowa jest rasową Norweżką i może udawać syna. Poplątanie z rozszaleniem.
Brenningenowa to nie jest nazwisko, to jest charakter!
W czasach zamierzchłych miałam ciotkę Einarssonową, której bałam się jak diabeł wody święconej.
- Kochana, napijesz się wódeczki?
- Dziękuję ciociu, nie piję.
- Eee, tak troszkę dla zdrowotności. Naleję ci to się napijesz i dopiero podziękujesz.
- Nie, ciociu, naprawdę dziękuję.- zaczęłam wycofywać się w stronę drzwi.
- Gardzisz? – oczy ciotki zwęziły się niebezpiecznie, a świeżo wyondulowana trwała zafalowała złowieszczo.
- Nie ciociu, po prostu nie piję.
-E, tam..takie gadanie. Gardzisz!
I w tym momencie ciotka podcięła mi nogi. Łomotnęłam o wersalkę, z łowicką narzutą i plastikową lalą, tracąc orientację w przestrzeni. Ciotka Einarssonową wykorzystała to natychmiast, ścisnęła mi usta i wlała do środka kieliszek gorzałki.
- Nooo, widzisz, że dobra? Jeszcze jednego?
Nie było żartów!
Ciotki Einarssonowe mają mężów Einarssonów, którymi pomiatają jak Zła Macocha Kopciuszkiem. Einarsson ma prawo być chory tylko na taka chorobę jak wymyśli mu żona,
nie ma prawa do jedzenia tego na co ma ochotę bo to niezdrowe, papierosy pali po kryjomu, a w domu na kapcie musi zakładać szmatki do polerowania podłogi. Zwykle dla biedaka przeznaczony jest konkretny stołek czy fotel, bo „Stachu tak brudzi” , w którym zapada się po przyjściu z pracy do domu i w którym przeżywa całe swoje życie.
W sklepie Stach Einarsson musi pogodzić się z tym, że znowu dostanie kurtkę dwa numery za dużą.
- Najesz się na Święta Stachu to będzie jak znalazł!
Fioletowy garnitur ze zbyt długimi rękawami.
- Dobry kolor Stachu, weselej wyglądasz. Trochę wyciągniesz ręce i będzie dobrze.
Stach Einarsson odwraca się dookoła jak marionetka, w kurtce puchowej, z której ledwie widać mu małą spoconą główkę . Nie odzywa się bo wiadomo, że oduczył się tego w pierwszych latach małżeństwa.
- Wyprostuj się, odwróć się, schyl się, nie wciągaj tych rąk…nooo…bierzemy!
O Zenobiuszu mówiło się trochę jak o ułomnym dziecku:
- No, u nas dobrze, dobrze…tylko Zenobiuszowi musieli jedno jądro odciąć.
I tu następował skomplikowany opis zmagań lekarza z jądrem wujka. Wujek Brenningen przestał być obecny duchowo w pokoju na początku lat 70-tych, więc i tak było mu obojętne co opowiada jego żona.
Brenningenowie i Einarssonowie nie mają śmiałości spóźniać się do domu. Wujek Brenningen wrócił kiedyś na plecach kolegów (co za śmiałość) po oblewaniu „trzynastki”. Ciotka Brenningenowa zdążyła podbic mu oko, i naderwać ucho jednemu z jego kolegów, a drugiego pogłaskać po plecach pogrzebaczem. Myślę, że do końca swojego życia w kąciku przy piecu, za firanką, wujek Brenningen wspominał ten swój bohaterski wyczyn dodając mu z roku na rok coraz więcej koloru.
Ciotki już nie żyją, pewnie przebywają w lepszym miejscu. Mogę sobie wyobrazić jak ze Świętym Piotrem robią zakupy w niebiańskim markecie:
- Nie kręćże się Pietrek, stój spokojnie, skaranie z tym chłopem. Że tunika za długa? Eee, tam…wyciągniesz trochę nogi i będzie jak znalazł! Bierzemy.”
Historia wujków wygląda za to odmiennie. Wujek Brenningen przezył swoją żonę zaledwie o rok. Myślę, że nie potrafił egzystować samodzielnie. Możliwe, że nie potrafił nawet znaleźć drogi do kuchni, a może i wyjścia z mieszkania. Wujek Einarsson poszedł za to szeroko. Jego kobieta numer dwa miała lat 19, i wujek przeistoczył się w Alana Delona, do którego był zresztą bardzo podobny, tyle że fioletowy garnitur z sandałami ( żeby się wujkowi stopy nie pociły) skutecznie tłumił jego urodę. Ożenił się potem po raz drugi, i był bardzo szczęśliwy o czym nam wszystkim przypominał na każdym rodzinnym spotkaniu ubrany elegancko, w świetnie dobranych oprawkach okularowych i z szelmowskim uśmiechem na twarzy. Czasem tylko, tak się zamyślał…możliwe, że przychodziło mu do głowy, że gdzies tam wysoko ciotka Einarssonowa cierpliwie czeka z puchową kurtką w jednym ręku i sandałami w drugim.
Na rysunku ciotki:)
niedziela, 21 sierpnia 2011
Kłopot z życiem polega na tym, że nie ma okazji go przećwiczyć i od razu robi się to na poważnie czyli Kiedy się słyszy wybuch, nie ma już czasu na zastanawianie się, jak długo skwierczał lont.
Marlenka nadal siedzi i zastanawia się. Strasznie mnie denerwuje i postanowiłam pozwolić jej na po-siedzenie i po-zastanawianie się nad swoim grzechem. A tymczasem...
Z okazji lata i wakacji postanowiliśmy zrobić coś dla naszego domu. Lista potrzeb okazała się tak długa, że od razu skreśliliśmy większość z nich, tłumacząc sobie, że co się odwlecze...
Na pierwszym miejscu znalazła się wymiana toalety. Kiedy 6 lat temu postanowiliśmy opuścić nasz penthouse na 10 piętrze w blokowisku i wprowadzić się na tutejsze Beverly Hills, z powodów oszczędnościowych zakupiliśmy najtańszą wersję tronu, produkcji czeskiej. Zepsuła się 2 lata od zamontowania. Woda lała się cały czas, nie zważając na porę dnia i nocy. Panowie wyciągnęli plany (tak! do tej toalety mieliśmy plany montażu i przyłączy napisane oczywiście po czesku)i postanowili działać metodycznie. Dziecko, które miało do czynienia z planami urządzeń w samolotach, przy czeskiej toalecie wymiękło i odmówiło współpracy zostawiając ojca na pastwę języka czeskiego. Ojciec poległ.
Dziwię się zresztą, że Pana Pieprza nic nie tknęło przy zakupie, ponieważ wiele lat temu kupiliśmy łóżeczko dziecięce pochodzące z tego samego kraju. Pamiętam, że postanowiliśmy złożyć łóżeczko na próbę, żeby zobaczyć czy nie brakuje żadnej części. Był czerwcowy poranek 1990 roku, nasz przyjaciel zadzwonił z Okęcia, że własnie wylatuje do Kanady i da znać zaraz jak znajdzie się w domu u rodziny. Niestety, z powodu nieznajomości języka wypełnił jakąś prośbę o azyl i został zatrzymany do wyjaśnienia z grupą osób mówiących w nieeuropejskich językach, a rodzina musiała biegać i odkręcać całą kołomyję. Mimo wszystkich niefortunnych zdarzeń i przedłużenia podróży o kilka godzin i tak był szybszy niż Pan Pieprz i cholerne czeskie łóżeczko.
Powiem szczerze, że kiedy patrzyłam (leżąc sobie wygodnie z ciążą i książką na kanapie) na Jacka Nicholsona, który wyskoczył z kadru Lśnienia i biegał wolno po moim mieszkaniu z młotkiem w ręku i pieniącą się śliną na ustach, zaczęłam na poważnie rozważać czy dobrze zrobiłam wychodząc za mąż.
W każdym razie z czeską toaletą prawie 20 lat później też nie poszło mu lekko. Zostawiliśmy cholerstwo na pastwę losu. Co prawda wkładanie ręki do rezerwuaru pełnego wody nie należało do przyjemności, tym bardziej, że z toaletą należało oswajać także gości. Co ja mówię! oswajać?Właściwie to każdy miał przeprowadzane szkolenie z egzaminem końcowym.
Teraz w Panu Pieprzu odezwał się Adam Słodowy i postanowił kupić i zamontować nowy tron, nie sam oczywiście ale z dziedzicem, który na wakacje zjechał do domu. Pojechali wybierać taki bardziej luksusowy, ze specjalną deską i o kształtach kosmicznych.
- I co? Kupiliście? - zapytałam słodko wchodzących
- Taaaaak! - ryknęło stworzenie zwane dawniej mężem, a z ust posypały mu się iskry.
Potrzaskali górę wyciągając nowy stolec monarszy z bagażnika. Ale dali rade montażowi i zostali bohaterami we własnym domu. A Pan Pieprz przez 2 tygodnie samodzielnie pucował toaletę patrząc na nią z dumą, głaskał ją i nawet zaczął spędzać tam więcej czasu niż nakazuje przyzwoitość. Góra została sklejona, a małżonek obiecał, że skontaktuje się z firmą i dokupi to co potrzaskał. Czyli, że wypadnie pokochać tego przeszczepa (tak wygląda), bo jak go znam (męża rzecz jasna bo z ubikacją dopiero się poznałyśmy), to prędzej pomaluje nieszczęsny tronik w pepitkę niż podniesie telefon i zadzwoni gdziekolwiek.
Palącym problemem numer 2 jest malowanie ścian. Oczywiście są ludzie, którzy malują co 2-3 albo nawet 5 lat, z tym, że ci ludzie z pewnością nie mieszkają pod jednym dachem z dwoma bokserami. Nie mogę się skarżyć, bo hodowcy i tak dzielnie pracowali na zmniejszeniem uciążliwości ślinienia się naszych pupilów. Poprzednie nasze mieszkanie bywało zaplute po sam sufit, a wyjście na spacer bez paczki chusteczek, a z czasem reklamówki ze ścierkami było praktycznie niemożliwe. Trzeba było też trenować refleks, bo osoba przebywająca w pobliżu otrzepującego się
boksera narażona była na dostanie śliną po oczach, włosach, ubraniu. No, w każdym razie mieszkanie wymaga częstszego odświeżania niż u tych, którzy mniej kochają boksery.
Jak wygląda rozmowa z artystą o kolorach? Nie wygląda wcale. Kiedyś chciał mnie zabić, ponieważ powiedziałam, że jego ulubione spodnie są granatowe. Dostał takiej histerii, że nie mogłam go opanować, prawie sobie pędzlami wykuł oczy, a włosia o mało nie połknął ze złości. Spodnie były czarne i kropka. Dla mnie mogły być nawet una paloma blanca, bo i tak w nich nie chodziłam. Potem zdarzyła się kłótnia o błękitne skarpetki, które wg Pana Pieprza były śnieżnobiałe, no a później wprowadziliśmy się do własnego (już nie wynajmowanego) mieszkania i trzeba było pomalować ściany.
Liczyłam na inwencję artystyczną partnera, jakieś zabójczo ciekawe i zapierające dech w piersi kolory, może jakiś fresk wielobarwny, orgię kolorów itepe. Pan od Pędzla powiedział:
- Wszystko na biało.
I było biało. Na dodatek nie zgodził się na powieszenie na ścianach czegokolwiek, ani swojego, ani obcego. I tak żyliśmy sobie w szpitalnie białych wnętrzach, na dodatek bez firanek bo tez mu słabo konweniowały i zakłócały harmonię.
Po 17 latach bycia małżonką dostałam własny pokój
(hurraaa, mam swój pokój!!!). W momencie chlasnęłam go na błękit (anielski), i mam nawet błękitne rolety i zasłony. Cierpiał artysta okrutnie i wzdragał się przed wejściem do mojej sypialni, jak diabeł przed wodą święconą. Po następnych 3 latach przemyciłam kolor na kilku ścianach w domu i obwiesiłam mieszkanie obrazami. Fukał i stękał, cierpiał i było mu niedobrze ale w końcu skapitulował. Tyle tylko, że zaburzał mi kompozycję sprzedając dzieła ze ściany czasem zostawiając tylko puste ramy. Teraz doszliśmy do momentu, że na brudnej ścianie wisi parę pustych ram, w tym jedna półtorametrowej szerokości.
Rozpoczęliśmy debatę.
- Zieleń.
- Zieleń? No, przestań.
- Co ci wadzi zieleń?
- A co tu las jest?
- Zieleń! Świeży, ładny kolor.
- Beznadziejny pomysł. Zieleń? Pfi...
(tu się nadął i wydął)
- Ok, to jaki kolor się tobie podoba?
- Biały.
- Na mordę nietoperza! Tylko nie biały, nie biały! - zaczęłam tupać w podłogę
- To jaki?
- Zieleń.
- Zieleń? Bez sensu. Jak w lesie.
- Świeży, soczysty kolor....
- Zieleń do niczego nie pasuje. A jaka zieleń?
- A taka. (demonstracja)
- To nie jest fajna zieleń. Nie pasuje.
- To jaki?
- Biały.
- Biały- osrały!!! - zgrzytałam zębami.
- Nie denerwuj się. Może być inny. Jaki chcesz?
- Żółty.
- Żółty? Taki żółty? Bez sensu. Żółty nie pasuje.
- AAAAAaa....
- ?
- Każdy kolor tylko nie biały, nie biały!!!!!!
- Ale biały tu pasuje. No, dobrze. To jaki chcesz?
- Zielony? Żółty? Czerwony? - krzyczałam malując próbkami po ścianach jak Picasso w twórczym amoku.
- Nie...bez sensu kochanie. To nie pasuje. Sama widzisz. Najlepszy jest biały. Przecież chyba lepiej się na tym znam.
środa, 3 sierpnia 2011
Antrakt - czyli miejsce na kucyka.
Pies dostał zapalenia pierożka. Zaprzyjaźniona pani weterynarz zaleciła delikatne przemywanie Rivanolem. Przemywałam. Delikatnie.W końcu to mój pies i ktoś musiał się tej ciężkiej roboty podjąć.
Niestety, nie pomogło i pies zamiast pierożka zaczął nosić pod brzuchem bakłażana.
Wybraliśmy się więc do pobliskiego weterynarza, całą rodziną, oprócz suczydła, które zostało na gospodarstwie. Do weterynarza z psem trzeba jeździć w trójkę , a psa prowadzić na krowim powrozie przyczepionym do dwóch obroży i przypiętym w pasie do człowieka. Na dodatek przed opuszczeniem samochodu należy dokładnie zapoznać się z okolicą i wyczuć moment kiedy poczekalnia jest pusta. Wtedy jedno zamyka auto, a dwójka biegnie co sił z psem na upatrzone pozycje. ( miłośnicy psów – pies jest po szkoleniach, ale jest nieodwoływalny w trakcie popełniania morderstwa, najważniejszą rzeczą jest unikanie sytuacji w której mord może mieć miejsce )W środku jedno trzyma psa, drugie wygląda na zewnątrz, a trzecie czeka żeby ewentualnie podjechać jak najbliżej lecznicy.
Pan doktor obejrzał dokładnie bakłażana, w lecznicy problemów nie ma bo pies na komendę pokazuje – oczy, uszy, zęby, a tym razem nawet więcej. Podziwiałam go, bo wytrzymał badanie przez tylni otwór, a także miętoszenie i naciąganie klejnotów. W sumie panowie będący ze mną znieśli to gorzej niż sam pan pies. Syczenie niosło się z wiatrem po całej poczekalni.
Po odpowiednim wymiętoszeniu weterynarz zadał pytanie zasadnicze:
- Jak pani przemywa?
- Wlewam i ruszam. O tak! – zademonstrowałam na środkowym palcu.
- Za płytko- stwierdził pan doktor - Musi pani ruszać tak! – i robiąc pętelkę z kciuka i palca wskazującego zademonstrował siłę i głębokość pchnięć na moim wyciągniętym palcu.
Można powiedzieć, że dzięki tym palcom, pętelkom i ruchom posuwistym nawiązała się między nami jakaś erotyczna nić porozumienia, możliwa tylko pomiędzy właścicielami psów. Więź na tyle silna i widoczna, że kiedy pan doktor poprosił o numer telefonu, małżonek rzucił się od razu ze swoim udaremniając tym samym dalszy rozwój akcji.
Pies otrzymał specyfik, a ja lekcję jak też specyfik w środku bakłażana rozprowadzać. Naciągałam więc gumowe rękawice, brałam w rękę strzykawkę i specjalną nakładkę i zmiękczałam psa. Nasz pies należy do zwierząt upartych, jeśli raz mu się coś nie spodoba nie sposób z nim tego powtórzyć. Dobrym przykładem jego zachowania jest to, że nie wchodzi do kuchni, bo kuchnia leży zbyt blisko łazienki, gdzie można zostać nagle wykąpanym. Psa należy przynęcać, dobrym sposobem przynęcania, kiedy staje się podejrzliwy jest zachowywanie się radośnie – śpiew, taniec, podskakiwanie – wtedy traci czujność i jest szansa na chytre posunięcia. Pies raz przynęcony kamienieje.
Muszę przyznać, że nauka pana doktora nie poszła w las. Pompowałam i rozprowadzałam rytmicznie.W dniu trzecim pies przyszedł sam, bez przynęcania. Usiadł i czekał z zadowoleniem na pysku, nawet powarkiwał niecierpliwie , jeszcze parę dni a poprosiłby o fajkę po seansie. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Widzę go właśnie w przedpokoju, w miejscu aplikowania. Siedzi i patrzy żałośnie. Wspomina dobre dni.
Żeby mieć pojęcie jak wyglądało przynęcanie, proponuję obejrzenie teledysku. Przynęcałam dokładnie tak jak te panie, z tym, że miałam rękawice na rękach i wielką strzykawkę po prawej.
"You and me are gonna have some fun together"
Na zdjęciu pies w tęsknocie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


