
"Kobiety z tobołami,
faceci pijani w sztos
i jak to na takiej stacji
trochę smrodu, czasami tłok."
Dworzec Centralny w Warszawie budzi we mnie wiele wzruszeń. Ileż razy zaczynałam lub kończyłam tu swoją podróż. Znajome kąty, znajome zapachy, Stefan Karwowski i technik Maliniak, bezdomni, gorąca kawa, kebab… Dworzec ma przejść modernizację, a więc nie będzie już taki sam. A ja wróciłam sobie z rozrzewnieniem do mojej ostatniej wizyty w tym miejscu, która odbyła się w listopadzie roku 2006.
Przybyłam na spotkanie 2 godziny za wcześnie - bo lubię jeździć Intercity. Już wcześniej zdołałam ustalić, że nieznany mi hotel znajduje się nie dalej niż 15 minut w lewo od wyjścia. Pogoda nie zachęcała do spacerów po stolicy, siąpiło i mżyło, co osobiście uwielbiam, z tym, że moja fryzura wydaje się mieć całkiem inne zdanie. No, a przecież wybierałam się na spotkanie i bynajmniej nie był to casting do roli Ofelii. Postanowiłam poszukać miejsca w okolicach dworca, które nadawało by się do „zalegania”.
Wyszłam z budynku i moim oczom ukazał się Szanghaj…jak okiem sięgnąć Szanghaj. Brakowało tylko dżonek. Warszawa wydała mi się jednym wielkim bazarem, zniechęcona wróciłam na dworzec. W końcu mają tu chyba jakąś poczekalnię?
Znalazłam. Na piętrze. Była pusta, co mnie bardzo ucieszyło. Natychmiast znalazłam miejsce na samym środku, postawiłam na stoliku kawę i wyjęłam plik gazet. Z lubością zajęłam się sprawami innych. Deszcz za oknami wzmógł się znacznie. Kap-kap, kap-kap-kap, kap-kap-kap-kap! Ze zdziwieniem zauważyłam, że wzmógł się także w środku. Na szczęście okrąg, w którym zalegałam pozostawał suchy.
„Plum” – coś z pluskiem wpadło mi do kawy. Zajrzałam z ciekawością. Było to urocze, świeże, ptasie guano. Dryfowało na powierzchni czarnego płynu jak samotna tratwa na oceanie. Podniosłam głowę. Pod sufitem fruwało wesolutko stadko gołębi strzelając na oślep morderczymi pociskami. Udałam się po świeżą kawę, zaległam ponownie, tym razem otwierając nad sobą i kawą parasol.
Ze świata celebrytów wyrwał mnie boleśnie jakiś hałas. Do poczekalni wtoczyły się trzy baby. Ich głowy zdobiły elegancko zawiązane chustki w wesołych kolorach, a kartoflane ciała opinały wytarte podomki o największym stężeniu szarości jaki udało się wyprodukować. Każda z pań ściskała w ręku metalowe wiadro pełne złowrogo – mętnej cieczy, w drugim niosąc jak berło - dopełnienie – cuchnącego mopa. Lekki zapach kurnika połączył się obecnie z podomkowym potem i wonią plesni.
- Musi pani stąd wyjść, będziemy sprzątać. – oznajmiła profesjonalnie babina. Stawiając wiadro na ziemi, jak kropkę nad i.
- Jak to wyjść? Przecież to poczekalnia? I ja tu właśnie czekam! – nieśmiało próbowałam tłumaczyć moja obecność w ich miejscu pracy.
- Tera poczekalnia zamknięta, niech se pani gdzieindzi znajdzie miejsce. – dodała druga wielbicielka czystych podłóg.
- Jak to? – nie zrozumiałam.
- Tak to, tak to. Niech se pani idzie do kawiarni, czy gdzie tam.
- A ile to potrwa?
-A będzie ze dwie godziny.
Wstałam, zebrałam toboły i potulnie opuściłam poczekalnię. Już na zewnątrz odwróciłam się i zobaczyłam trzy nimfy rozparte w fotelach, ćmiące papierochy. Na drzwiach wielki napis głosił „Zakaz palenia”.
Ponieważ kawa zdążyła zrobić swoje, postanowiłam poszukać toalety. Na szczęście znajdowała się tuz obok. Otwarte na oścież obdarte drzwi, i zapach powalający tura. W środku baba toaletowa zajadająca bułę. Zrobiłam co trzeba, przy okazji odświeżając nieco mój mizerny makijaż, zapłaciłam co się należało i wyszłam. Kiedy tylko moje obie stopy znalazły się za progiem smrodliwego przybytku do mózgu dotarła myśl – a puder? A puder zostawiłam na umywalce! Natychmiast zawróciłam. Przy okazji jeszcze raz zerknęłam w lustro i ruszyłam do wyjścia.
- Hej! 5 złotych!!! – wrzasnęła za mną babcia klozetowa, krztusząc się bułką – Niby eleganTcka kobita, a bez płacenia kce wyjść! – nabzdyczyła się w sobie.
Z wszystkich stron przeszyły mnie karcące spojrzenia spieszących się podróżnych.
- Ja? Przecież zapłaciłam! – próbowałam wytłumaczyć.
- Raz! A weszła dwa razy!
- Ale zapomniałam tylko pudru z umywalki, nie korzystałam z toalety i nie odkręciłam nawet kranu.
- Pani, tu fotokumórka jest – dwa razy weszła dwa razy ma płasiś. Ja za paniom płasiś nie bede.
Potoczyłam wzrokiem po przybytku – odłażąca ze ścian farba, łuszczący się lakier na futrynach drzwi, muszle w kolorach mocnej herbaty, muchy, fetor i odór.
- Fotokomórka? – zapytałam słabo.
- Tak! Pani to jezd Warszawa, tu wszyndzie som fotokumórki. Niech płasi.
Z westchnieniem sięgnęłam do portfela.
W drodze powrotnej postanowiłam jeszcze raz skorzystać z przytku rodem z XXI wieku. Niestety. Na drzwiach wisiała ogromna kartka z wydrukowanym ogromnymi kulfonami napisem:
"Wyszłam do banku"
Och, ten Dworzec Centralny…mnóstwo, mnóstwo wspomnień. Ale to już na całkiem inną okazję!
A tu mój ulubiony dworzec - stąd wyruszam w świat.( zdjęcie z darmowych zasobów internetowych)