Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

niedziela, 25 lipca 2010

Krafty - it isn't where you wanna be!But out there the world is a beautiful place with mountains, lakes and the human race



Dziś jest piękny dzień. Święto siąpienia, dżdżu i wilgoci. Moja ukochana pogoda. Z tej okazji dzisiaj od rana pląsam i śpiewam, wchodzę na schody tyłem i żyję pełnią życia. Na zdjęciu moja duchowa ojczyzna.
A teraz wszyscy naciskamy PLAY, klaszczemy w ręce i ruszamy w tan!No...nie mówcie, że nóżka się nie rusza! A tekst mówi sam za siebie. Ja śpiewam od rana! I robiłam dokładnie to co bohaterzy w końcówce klipa!
Acha - video jak dla mnie super seksowne:)



Some people get up at the break of day
Gotta go to work before it gets too late
Sitting in a car and driving down the road
It ain't the way it has to be

But that's what you do to earn your daily wage
That's the kind of world that we're living in today
Isn't where you wanna be
And isn't what you wanna do

Just give me one more day (one more day)
Give me another night (just another night)
I need a second chance (second chance)
This time I'll get it right (This time I'll get it right)

I'll say it one last time (one last time)
I've got to let you know (I've got to let you know)
I've got to change your mind (I've got to change your mind)
I'll never let you go

środa, 14 lipca 2010

Z budowaniem drużyny jest podobnie jak z kopulacją słoni. Dużo kurzu, hałasu, a efekt za dwa lata.



TO JEST TEKST ZASTĘPCZY, MAJĄCY DAĆ ZNAĆ, ŻE PRZY POPRZEDNIM RYSUNKU WRESZCIE POJAWIŁ SIĘ POST. NIESTETY DŁUUUUGI bo przygoda też trochę trwała.

Nie, nie będzie tekstu o piłce nożnej. Nie wiem, nie znam się, i w ogóle jesli nie gra Krzynówek to nie oglądam. Na dodatek mieszkam z mężczyznami, którzy są nastawieni antypiłkarsko i dzięki temu telewizor odpoczywał przez ostatni miesiąc. Ktoś może być ciekawy dlaczego Krzynówek? Cóż, na piłce nożnej to ja się znam tak jak na japońskim /bo na chińskim coraz lepiej/ ale uroda tego pana jest dla mnie obezwładniająca. Mogę go oglądać i oglądać, turpizm w czystej postaci - nie mogę się oderwać, zaczęłam nawet zbierać plakaty. Jestem turpistką!

Bez serc, bez nerek, bez mięsa od kości,
o, najwierniejszy posągu człowieka,
trwały, pogrzebny
szkielecie,
arcydzieło portretowej rzeźby!
Podaj mi piszczel!
Niechaj na tym flecie
niepokalanie białym, obranym do czysta,
zaświstam
z wesołoposępnym dreszczem
Odę do postarzałej o sto lat młodości
brodatej,
ponurej,
Waszej, pokorni wyjadacze resztek
zastraszająco wspaniałego Ścierwa
Charlesa Baudelaire'a!


Tekst związany z obrazkiem już umieściłam /jeden post niżej/ i jeśli ktoś zdoła go przeczytać do końca zrozumie co ma wspólnego zepsute auto z zastępem pań lżejszego prowadzenia się.

piątek, 9 lipca 2010

Wałęsam się pośród dni jak dziwka w świecie bez trotuarów czyli Co robimy od stuleci? Dzieci...



Dzień był piękny. Słońce świeciło pilotom w oczy, a chmury z przestrachu przed jego mocą rozpierzchły się jak zbłąkane owieczki po niebie. Wyszczerzyłam zęby prosto w błękit i założyłam ciemne okulary. Trzymając jedną rękę na kierownicy, i czekając na zmianę świateł zaczęłam po omacku szukać włącznika radia – wkrótce z głośników dobiegł industrialno – technologiczny łomot w rytmie którego chętnie podążam do pracy. Otworzyłam dach i do środka wdarło się niebanalne powietrze ulicy, pomieszane nieco z zapachem spalin i przetrawionego potu ludzi pracy. Tak…jestem gotowa do podróży. Srebrne tornado pruło przez miasto, a ja rozkoszowałam się upojnie pogodnym dniem i brakiem korków na drodze.

Zapaliłam papieroska i oddałam się myśleniu o dniu następnym.
- Smrodliwy ten papierosek – pomyślałam kiedy dopadł mnie zapach palącego się plastiku. Bez zastanowienia się zdusiłam gada w popielniczce myśląc bardzo źle o rodzimej branży tytoniowej. Niestety zamkniętego pudełka wciąż wydostawał się cienki ogonek dymu, drażniąc moje nozdrza i nerwy.
- Ależ cuchnie – wykrzywiłam się okrutnie znowu rozważając opcję rzucenia palenia ze względów estetycznych.
Śmierdziało obrzydliwie – pakuły, spalona guma, podpiekany cap, tlące się runo owcze. Na dodatek gęstość dymu jakby się nieco zwiększyła. Otworzyłam torebkę i z czeluści wygrzebałam małą butelkę wody mineralnej. Zalałam smród. Okazało się jednak, że zalany śmierdzi bardziej intensywnie i na dodatek zaczyna wyłazić spod kierownicy i jakby z boku auta. Włosy zjeżyły mi się na głowie, a w myślach zobaczyłam wielki napis – „JA GORĘ”!
Zaczęłam wypatrywać najbliższego zjazdu. Jest, jest! Mała zatoczka a nawet kilka stojących tam osób. Zjechałam na bok i zatrzymałam śmierdziela tuż przed stopami grupki pięknie roznegliżowanych pań.
- One raczej mi nie pomogą – pomyślałam przytomnie.
Porwałam torebkę i wyskoczyłam z auta jak z procy. Wybiegłam na drogę i najpiękniej jak potrafiłam wykonałam gest znany już starożytnym, który przetłumaczony na język słowa brzmi: Niech to szlag! Nie mam gaśnicy a samochód mi się fajczy!!! Człowieku – KURNA - pomocy!
Z hukiem zahamowała ogromna ciężarówka i na drogę wyskoczył spocony kierowca. Sprawnie ugasił pożar butelką mineralnej pożyczonej od „pięknych pań” , pocieszył mnie że to „tylko koło” i zmartwił, że „teraz już się nie pojedzie”. Natychmiast zadzwoniłam po domową pomoc drogową. Niestety dojazd w miejsce, w którym akurat przebywałam wymagał nieco czasu i na dodatek zorganizowania pomocy przyjacielskiej. Godzinka jak nic. A w pracy ludzie czekają, a szef będzie wyrywał przerzedzone włosy z głowy, a w ogóle nie chcę tu kwitnąć godzinę. Potoczyłam wzrokiem dookoła. Las, ale jakby coś więcej niż las. Gaik płatnej miłości z łazienką, w której pluskała się jedna z pracownic przybytku używając w tym celu wysokozmineralizowanej butelkowanej wody Henryk i własnej spracowanej dłoni. Majtki smętnie wisiały na krzaku obok. Normalnie – trzeba się umyć po robocie pomyślałam i nawet się uśmiechnęłam w stronę klasy robotniczej. Od ściany wschodniej powiało chłodem.

- Nie jest dobrze – zauważyłam przytomnie i postanowiłam się czymś zająć.
Schyliłam się i zaczęłam oglądać samochód od spodu, przy tej gimnastyce dekolt sięgnął mi do pępka, a piersi niemal wybiły zęby. Z przejeżdżających samochodów dało się słyszeć chrząkanie młodego goryla i inne naturalne odgłosy świata zwierzęcego. Kobiety przydrożne mlasnęły z niezadowoleniem przeżuwając zapewne resztki miłosnej strawy, a kąpiąca przerwała płukanie gardła głośno wypluwając wodę. Wolałam udawać, że nie rozumiem. Podniosłam maskę i zaczęłam tam bezsensownie grzebać, próbując sprawdzić czy oprócz koła coś jeszcze stanęło w płomieniach. Grzebanie w silniku oznaczało w moim przypadku dotykanie palcem różnych drutów i zwojów, o których pochodzeniu i przeznaczeniu nie mam bladego pojęcia. Zapamiętałam się w tym grzebaniu i zaglądaniu. Siłą rzeczy moje cztery litery nieco się wypięły w stronę drogi. Z mijających nas aut doleciało nawoływanie godowe szympansów. Córy Koryntu zawyły posępnie, a jedna wyciągnęła z torebki mały telefon i zaczęła do niego szybko mówić w jednym z języków słowiańskich. Wyprostowałam się natychmiast i spojrzałam na zegarek. Minęło zaledwie 10 minut.

Usiadłam w samochodzie. Damy stanęły u jego końców. Sytuacja wyglądała na patową. W ciemnym garniturze, i w okularach wyglądałam na rasową, nowoczesną i zmotoryzowaną burdel mamę lub na tirówkę w wersji „business”.
Pięć minut później tuż przed moim autem zatrzymał się z piskiem opon czarny karkowóz z ciemnymi szybami. Ze środka, jak z pieczary wynurzył się wielki łeb osadzony na drobnym ciałku. Łeb był ozdobiony ciemnymi okularami i zapałką w kąciku ust.
- Porucznik Kobretti – pomyślałam.
Kobretti rzucił mi niechętne spojrzenie i udał się w stronę swoich pracownic. Zbili się w nastroszone stado gulgające i wymachujące rękami. Leśne nimfy wyraźnie wskazywały na mnie i coś tłumaczyły.
- Mam nadzieję, że nie dostanę w zęby – pomyślałam słabo.
Wielki Łeb odłączył się od grupy i podszedł do mnie.
- No?
- Co?
- Na co tu czekasz?
- Na męża.
Jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Pewnie pomyślał, że tą drogą chcę sobie znaleźć męża. Nawet jemu taka opcja wydała się wyjątkowo durna.
- Na mojego własnego męża – dodałam szybko. Zepsuł mi się samochód, koło się paliło i……
- Gdzie jedziesz? - warknął.
- Do centrum – szepnęłam nieśmiało.
- Wsiadaj do mnie, nie będziesz mi tu stała i dziewczynom przeszkadzała w robocie!
- Ale….
- Nie ma ale. Sonia! Popilnujesz auta, pani mąż po nie przyjedzie.
Korynt rozpełzł i rozparł się natychmiast na masce mojego szerszenia, wypiął pierś i uśmiechnął złośliwie w moją stronę.
- Jasne, jasne…czekamy! - wyskrzeczały ustami, które dużo widziały i mrugnęły do mnie porozumiewawczo przebierając opalonymi nóżkami, obutymi w złote szpileczki.
Odjechałam z alfonsem w siną dal, a gejsze polskie długo i raźno machały, aż zniknęły za horyzontem.
Męża rzuciłam na pożarcie. Dał radę.