
Dzień był piękny. Słońce świeciło pilotom w oczy, a chmury z przestrachu przed jego mocą rozpierzchły się jak zbłąkane owieczki po niebie. Wyszczerzyłam zęby prosto w błękit i założyłam ciemne okulary. Trzymając jedną rękę na kierownicy, i czekając na zmianę świateł zaczęłam po omacku szukać włącznika radia – wkrótce z głośników dobiegł industrialno – technologiczny łomot w rytmie którego chętnie podążam do pracy. Otworzyłam dach i do środka wdarło się niebanalne powietrze ulicy, pomieszane nieco z zapachem spalin i przetrawionego potu ludzi pracy. Tak…jestem gotowa do podróży. Srebrne tornado pruło przez miasto, a ja rozkoszowałam się upojnie pogodnym dniem i brakiem korków na drodze.
Zapaliłam papieroska i oddałam się myśleniu o dniu następnym.
- Smrodliwy ten papierosek – pomyślałam kiedy dopadł mnie zapach palącego się plastiku. Bez zastanowienia się zdusiłam gada w popielniczce myśląc bardzo źle o rodzimej branży tytoniowej. Niestety zamkniętego pudełka wciąż wydostawał się cienki ogonek dymu, drażniąc moje nozdrza i nerwy.
- Ależ cuchnie – wykrzywiłam się okrutnie znowu rozważając opcję rzucenia palenia ze względów estetycznych.
Śmierdziało obrzydliwie – pakuły, spalona guma, podpiekany cap, tlące się runo owcze. Na dodatek gęstość dymu jakby się nieco zwiększyła. Otworzyłam torebkę i z czeluści wygrzebałam małą butelkę wody mineralnej. Zalałam smród. Okazało się jednak, że zalany śmierdzi bardziej intensywnie i na dodatek zaczyna wyłazić spod kierownicy i jakby z boku auta. Włosy zjeżyły mi się na głowie, a w myślach zobaczyłam wielki napis – „JA GORĘ”!
Zaczęłam wypatrywać najbliższego zjazdu. Jest, jest! Mała zatoczka a nawet kilka stojących tam osób. Zjechałam na bok i zatrzymałam śmierdziela tuż przed stopami grupki pięknie roznegliżowanych pań.
- One raczej mi nie pomogą – pomyślałam przytomnie.
Porwałam torebkę i wyskoczyłam z auta jak z procy. Wybiegłam na drogę i najpiękniej jak potrafiłam wykonałam gest znany już starożytnym, który przetłumaczony na język słowa brzmi: Niech to szlag! Nie mam gaśnicy a samochód mi się fajczy!!! Człowieku – KURNA - pomocy!
Z hukiem zahamowała ogromna ciężarówka i na drogę wyskoczył spocony kierowca. Sprawnie ugasił pożar butelką mineralnej pożyczonej od „pięknych pań” , pocieszył mnie że to „tylko koło” i zmartwił, że „teraz już się nie pojedzie”. Natychmiast zadzwoniłam po domową pomoc drogową. Niestety dojazd w miejsce, w którym akurat przebywałam wymagał nieco czasu i na dodatek zorganizowania pomocy przyjacielskiej. Godzinka jak nic. A w pracy ludzie czekają, a szef będzie wyrywał przerzedzone włosy z głowy, a w ogóle nie chcę tu kwitnąć godzinę. Potoczyłam wzrokiem dookoła. Las, ale jakby coś więcej niż las. Gaik płatnej miłości z łazienką, w której pluskała się jedna z pracownic przybytku używając w tym celu wysokozmineralizowanej butelkowanej wody Henryk i własnej spracowanej dłoni. Majtki smętnie wisiały na krzaku obok. Normalnie – trzeba się umyć po robocie pomyślałam i nawet się uśmiechnęłam w stronę klasy robotniczej. Od ściany wschodniej powiało chłodem.
- Nie jest dobrze – zauważyłam przytomnie i postanowiłam się czymś zająć.
Schyliłam się i zaczęłam oglądać samochód od spodu, przy tej gimnastyce dekolt sięgnął mi do pępka, a piersi niemal wybiły zęby. Z przejeżdżających samochodów dało się słyszeć chrząkanie młodego goryla i inne naturalne odgłosy świata zwierzęcego. Kobiety przydrożne mlasnęły z niezadowoleniem przeżuwając zapewne resztki miłosnej strawy, a kąpiąca przerwała płukanie gardła głośno wypluwając wodę. Wolałam udawać, że nie rozumiem. Podniosłam maskę i zaczęłam tam bezsensownie grzebać, próbując sprawdzić czy oprócz koła coś jeszcze stanęło w płomieniach. Grzebanie w silniku oznaczało w moim przypadku dotykanie palcem różnych drutów i zwojów, o których pochodzeniu i przeznaczeniu nie mam bladego pojęcia. Zapamiętałam się w tym grzebaniu i zaglądaniu. Siłą rzeczy moje cztery litery nieco się wypięły w stronę drogi. Z mijających nas aut doleciało nawoływanie godowe szympansów. Córy Koryntu zawyły posępnie, a jedna wyciągnęła z torebki mały telefon i zaczęła do niego szybko mówić w jednym z języków słowiańskich. Wyprostowałam się natychmiast i spojrzałam na zegarek. Minęło zaledwie 10 minut.
Usiadłam w samochodzie. Damy stanęły u jego końców. Sytuacja wyglądała na patową. W ciemnym garniturze, i w okularach wyglądałam na rasową, nowoczesną i zmotoryzowaną burdel mamę lub na tirówkę w wersji „business”.
Pięć minut później tuż przed moim autem zatrzymał się z piskiem opon czarny karkowóz z ciemnymi szybami. Ze środka, jak z pieczary wynurzył się wielki łeb osadzony na drobnym ciałku. Łeb był ozdobiony ciemnymi okularami i zapałką w kąciku ust.
- Porucznik Kobretti – pomyślałam.
Kobretti rzucił mi niechętne spojrzenie i udał się w stronę swoich pracownic. Zbili się w nastroszone stado gulgające i wymachujące rękami. Leśne nimfy wyraźnie wskazywały na mnie i coś tłumaczyły.
- Mam nadzieję, że nie dostanę w zęby – pomyślałam słabo.
Wielki Łeb odłączył się od grupy i podszedł do mnie.
- No?
- Co?
- Na co tu czekasz?
- Na męża.
Jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Pewnie pomyślał, że tą drogą chcę sobie znaleźć męża. Nawet jemu taka opcja wydała się wyjątkowo durna.
- Na mojego własnego męża – dodałam szybko. Zepsuł mi się samochód, koło się paliło i……
- Gdzie jedziesz? - warknął.
- Do centrum – szepnęłam nieśmiało.
- Wsiadaj do mnie, nie będziesz mi tu stała i dziewczynom przeszkadzała w robocie!
- Ale….
- Nie ma ale. Sonia! Popilnujesz auta, pani mąż po nie przyjedzie.
Korynt rozpełzł i rozparł się natychmiast na masce mojego szerszenia, wypiął pierś i uśmiechnął złośliwie w moją stronę.
- Jasne, jasne…czekamy! - wyskrzeczały ustami, które dużo widziały i mrugnęły do mnie porozumiewawczo przebierając opalonymi nóżkami, obutymi w złote szpileczki.
Odjechałam z alfonsem w siną dal, a gejsze polskie długo i raźno machały, aż zniknęły za horyzontem.
Męża rzuciłam na pożarcie. Dał radę.