
Odkopałam się, odgrzebałam, zrzuciłam stertę papierzysk z biurka i mogę sobie spokojnie, łakomie spoglądać na stosik książek czekających na przeczytanie! Hurra!
W tym semestrze moje własne dziecko będzie mieć średnią wyższą od swojej mamy. Zlatuję z piedestału i niedługo zacznę chować indeksy (a mam ich parę) po kątach.
Niestety musiałam zmierzyć się z najbardziej znienawidzonym przedmiotem mojego życia. Na dodatek kiedyś już zdawałam z niego egzamin, a ponieważ nazwa mu się zmieniła to teraz musiałam zdać go raz jeszcze. Chyba żebym go lepiej zapamiętała.
Sam przedmiot wygląda tak:
Na stole stoi miska wody, a tobie chce się pić. Obok durszlak, nieco zużyty ale ciągle na chodzie. Wpuszczasz, więc durszlak w miskowe głębiny i nabierasz, nabierasz, nabierasz…wiedzy…i co wyciągasz? Zlizujesz parę kropel i dalej chce ci się pić, chociaż wodę masz nawet na brwiach, uszach i końcu nosa.
Uczenie się tego przedmiotu wygląda tak:
Poniedziałek: jeszcze 5 dni, zdążę!
Wtorek: 4 dni, zacznę od jutra. Dziś w żaden sposób nie znajdę czasu.
Środa: wyjmuję stos kartek i notatek na biurko, odsuwam z niesmakiem. W końcu mam jeszcze 3 dni! O środzie zresztą będzie niżej.
Czwartek: jestem w pracy od rana do wieczora.
Piątek: zaraz, ktoś musi to mieszkanie posprzątać. Ok., zacznę wieczorem! Nie…wieczorem byłam całkiem wypompowana.
Sobota: zacznę od rana. Znaczy po spacerze, śniadaniu i posłuchaniu ulubionej audycji w radiu. O rany! Jest 13, a egzamin o 17. Najwyższy czas zacząć, tylko jeszcze umyję głowę i zjem obiad. 14.00 przeglądam notatki i jęczę. 15.00 jęczę dwa razy tyle, z drugiego pokoju nadchodzi prośba o zaprzestanie wokalnego molestowania. 16.00 jadę. 17.00 piszę.18.00 napisałam.
Środa:
Leżę międląc w ręku wiedzę. Widzę dokładnie jak rozlewa się po papierze, mojej ręce i brudzi świeżo wypraną pościel. Jest lekko zielonkawa I trochę nieświeża, jakby zleżała. Rzucam stos kartek na łóżko i naburmuszam się w sobie, nadymam i obrażam na te wszystkie Skinnery i Krasheny, na strukturalistów i kognitywistów, na Genie i i jej podobne dzieci – wilki. Mam was w nosie.
Kreshen –sreszen – mamrocze inteligentnie, popijając każdą sylabę łykiem piwa bezalkoholowego, czuję że idzie mi do głowy.
Rozrzucone i zapisane kartki zaczynają niepokojąco szeleścić. Z tej najbardziej zmiętej wynurza się stopa obuta w trampek. Przyglądam się uważnie. Oto nadszarpnięty zębem czasu obywatel Kreshen z uśmiechem i pękiem starych, przetartych reklamówek, ciągnie swój model po moim błękitnym kocyku. Model jest już nieco zdezelowany i zostawia mało apetyczne, rdzawe przebarwienia na całej długości łóżka.
- Hej! Co to ma być? – pytam marszcząc brew.
- Rdza –odpowiada Kreshen – nie wymieniłem jeszcze filtra emocjonalnego i nieco się zatarło.
- Mój kocyk! – warczę wściekła.
- Czymże jest kocyk wobec krynicy wiedzy, którą zamierzam przed tobą otworzyć, ty nudziaro jedna.
- Nie życzę sobie żeby pan cokolwiek tutaj otwierał, a już z pewnością żadnej krynicy. Dywanik mi się zniszczy!
- Plwaj dziewczę na dywanik, siadaj, a ja cię uczyć będę.
I bez uprzedzenia z ust profesora płyną wymioty wiedzy, bryzgają po obrazkach, które zdobią ściany, po białych mebelkach i nawet po błękitnych roletach. Odsuwam z odrazą stopy obute w papucie typu „psia morda” i końcem jednego z nich dotykam czegoś co podpłynęło bliżej i wygląda jak hierarchia Chomskiego.
-Zaraz…a to chyba nie pana? – pytam ciekawie przyglądając się wystającej spod stolika maszynie Turinga.
Ups –pomyłka – ręka Kreshena natychmiast zagarnia całą teorię hierarchii do reklamówki z napisem „Nie dla idiotów”.
- Najważniejsze czy wystąpił bodziec! – dobiega od strony łóżka - Pamiętajcie moi mili, że istnieje ukryty czas wystąpienia reakcji po zadziałaniu bodźca! Posuń się kolego, bo mi się lampka nocna w kość ogonową wbija.
- Burrhus Skinner! – Kreshen jest wyraźnie nabzdyczony i zaczyna zagarniać oburącz wymioty wiedzy do czarnego worka z napisem TOXIC!. Tymczasem Skinner kopie zardzewiały model Krashena lewą nogą, siada wygodnie na łóżku i zaczyna pleść androny, ma całkiem sprawne paluszki. Już widać prawo progu i tylnią część prawa siły reakcji.
Hej! – zepsułeś mi model – Kreshen klęka przy łóżku i trzęsącymi się „z nerw ręcami” zaczyna składać rdzawego hasiora do kupy. Kiepsko mu idzie, bo ręce ma ciągle upaprane wymiotami wiedzy, i nieco lepią mu się palce.
-Może ściereczkę? – rzuca Skinner, podając jakąś zapisaną płachtę.
- Dziękuję…ale przecież to moja teoria… …
Krashen (czarny pas w Tae Kwon Do) ściąga za krawat Skinnera na podłogę i zaczyna go całkiem nie po profesorsku okładać pięściami. Skinner oplata niedokończonego androna dookoła szyi Kreshena i przystępuje do regularnego duszenia. Kreshen charczy i zaczyna walić nogami o podłogę.
- Co się tam dzieje???!!! – słychać z dołu głos teściowej
- Uczę się – wrzeszczę i uciekam z pokoju zamykając za sobą drzwi.
Po chwili zaglądam …poszli sobie, i dobrze. Tylko, że zabrali moje notatki. Cóż, egzamin dopiero w sobotę. Mam czas.
Na obrazku łóżko, na którym się wszystko zaczęło.