
Spadłam ze schodów we własnej piwnicy. Spadłam i stłukłam sobie wszystkie cztery litery: D stłukło sobie brzuszek, U urwało paluszek, P zęba wybiło, A oko podbiło. W takim stanie pojechałam do znajomego lekarza,(a raczej mąż zawiózł mój zewłok sponiewierany) żeby spojrzał i wystawił diagnozę czy ciało nadaje się do dalszego użycia, czy pozostało mu jedynie leżenie na marach (na które zresztą cztery litery zerkały łakomie, oblizując się na myśl o leżeniu i nicnierobieniu - bo moje cztery litery straszliwie leniwe są). TŻ musiał mnie zawieźć bo skończyła mi się gwarancja i od jakiegoś czasu ciągnę na krajowych częściach zastępczych,a to dobrze nie wróży.
Siedząc w poczekalni i pogrążając się w cierpieniu głębokim, myśląc o śmierci i roztrząsając ważne życiowe momenty pomyślałam przy okazji, że moi biedni kursanci zjadą się z wszystkich stron świata i pocałują klamkę. Jakież to przykre, ja na marach zdążająca w kierunku światła, a oni na korytarzu, złorzeczący pod nosem, że przyszło im przejechać tysiące metrów na próżno.
Nie mogąc dopuścić do takich godnych potępienia wydarzeń, drżącym palcem wystukałam krótkiego sms-a do firmy "Miałam mały wypadek. Proszę o powiadomienie studentów, że zajęcia dziś się nie odbędą". Wkrótce otrzymałam informację zwrotną "Wszyscy zawiadomieni. Życzymy zdrowia". Mogłam zająć się sobą, a raczej tym co mówił lekarz.
Okazało się, że to jeszcze nie koniec i jest szansa, że do wieczora cztery litery przestaną mnie boleć. Powinnam poleżeć.
Leżałam sobie z przyjemnością, zgromadziwszy dookoła same smakołyki - od książki do chińskiego, poprzez nowy kryminał Yrsy, aż do gramatyki angielskiej dla zaawansowanych. Pomiędzy książkami ustawiłam miseczki z winogronami, szklankę z kawą i popielniczkę. Mogłam chorować do wieczora, pławić się w leżeniu, ostrożnie przewracać z boku na bok i odciągać wszystkich od ich własnej pracy w celu zapewnienia mi świeżej dostawy kawy, na ten przykład. Byłam księżniczką chwili, leżałam pod księżniczkowym kocykiem w księżniczkowym dresie, na księżniczkowej sofie i miałam księżniczkowe zachcianki. I nic mnie nie obchodziło. Telefon został wyłączony.
Wieczorem zaczęło mi się nudzić. Ile można pławić się w szczęściu do diaska! Przepędziłam psy z kanapy i dowlokłam sie do komputera, żeby zobaczyć jak żyją inni. Przy okazji włączyłam telefon. SMS-y zaczęły przychodzić trójkami.
"Mamy nadzieję, że szybko Pani do nas wróci. Wszyscy trzymamy kciuki"
"Pani Czarny Pieprzu - wszyscy o pani myślimy"
"W trudnych momentach potrzeba siły. Jesteśmy z panią"
I tak dalej w tym stylu.
Czy oni wiedzą coś o czym ja nie wiem?
Poczułam jak dreszcz przebiegł mi po plecach, a za nim pojawiła się strużka zimnego potu. Popatrzyłam na wesołego męża pochłaniającego jajecznicę na boczku, nie wyglądał jak przybity nieszczęściem przyszły wdowiec. "Hej! Wracaj na kanapę - krzyknął wesoło - fajny film o Szanghaju dają".
W czwartek pojawiłam się na zajęciach budząc powszechne poruszenie. Okazało się, że mój "mały wypadek" zmienił się w drodze na "wypadek samochodowy", a następnie na "bardzo poważny wypadek samochodowy" i ostatecznie "w jatkę na drodze: głowa, nogi, mózg osobno". Zastanawiałam się czy niektórzy zaczęli już zbierać na wieniec? Jedna z pań przyznała się, że nie chciało jej się przyjść w tym dniu na zajęcia i pomyślała rankiem "Żeby tak dziś nas zwolnili". A później ta wizja ryjka Czarnego Pieprza rozjechanego na drodze nie dała jej usnąć do rana. A z samego rana? Porwali Reagana!
A na obrazie - ja leżąca na księżniczkowej sofie, z księżniczkową kawką pod ręką.Księżniczkowy dres leży na podłodze, to nie widać.