Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Czas jest wielkim nauczycielem, tyle tylko, że zabija swoich uczniów - czyli - Czas robi swoje. A ty człowieku?



Czy mnie jeszcze pamiętasz? Czy jak inne dziewczęta zapomniałaś mnie już...
Chodzą plotki, że blogowicz, który nie pisze przestaje istnieć. Jego blog cofa się w niebyt, ścieżka prowadząca do niego obrasta pajęczyną, zaczyna się rozkład...

Zajrzałam na swój blog i dopadła mnie przykra woń. Moje ciało wciąż tam leży obolałe podczas gdy czas pędzi do przodu, a siniaki dawno już się zagoiły. Oczywiście istnieje życie pozablogowe, bywa nawet jędrne i zabawne ale wilka ciągnie do lasu. Ponieważ w okresie ostatnich 3 tygodni nie miałam ani dnia wolnego, postanowiłam postawić sobie szlaban na blogi. Żadnego czytania, żadnego wkręcania się w dyskusję. Oczywiście nie wytrzymałam i pewnego wieczoru, siedząc nad zadaniem domowym, po kryjomu i w tajemnicy sama przed sobą wyczytałam ze 4 blogi. Potem niestety musiałam się srogo ukarać.

Obecnie czuję się wolna jak ptak, bo przede mna jeden wolny weekend. Niestety ostatni przed Świętami. Za tym wolnym weekendem widzę już zasieki z drutu kolczastego, a za nimi jakieś szklane góry na które muszę się wspiąć. Widzę wzgórza złożone z gramatyki praktycznej, i pogórki kolokwiów z niemieckiego, małe wzniesienia literaturoznawczo - kulturowe, i pasmo readingu i writingu, jestem dobrym piechurem, dam radę. Tylko, że na samym końcu wznosi się ogromny szczyt kolosa z chińskiego, moje Karakorum. A pani od chińskiego jest bezwzględna, nazwisko zresztą w brzmieniu do Bruce ma podobne /tego od smoka/.

Nie będę jęczeć, idę sobie zrobić dobrze i poczytać cudzą twórczość. Wszystkich proszę o wiaderko dobrych myśli bo mi motywacja zdechła. Leży bidula nieprzytomna na podłodze w sypialni i ani dycha.

środa, 3 listopada 2010

Plotka jest jak jajko, ledwo wykluta, dostaje skrzydeł czyli jak prawie umarłam, a następnie zmartwychwstałam cudownie.



Spadłam ze schodów we własnej piwnicy. Spadłam i stłukłam sobie wszystkie cztery litery: D stłukło sobie brzuszek, U urwało paluszek, P zęba wybiło, A oko podbiło. W takim stanie pojechałam do znajomego lekarza,(a raczej mąż zawiózł mój zewłok sponiewierany) żeby spojrzał i wystawił diagnozę czy ciało nadaje się do dalszego użycia, czy pozostało mu jedynie leżenie na marach (na które zresztą cztery litery zerkały łakomie, oblizując się na myśl o leżeniu i nicnierobieniu - bo moje cztery litery straszliwie leniwe są). TŻ musiał mnie zawieźć bo skończyła mi się gwarancja i od jakiegoś czasu ciągnę na krajowych częściach zastępczych,a to dobrze nie wróży.

Siedząc w poczekalni i pogrążając się w cierpieniu głębokim, myśląc o śmierci i roztrząsając ważne życiowe momenty pomyślałam przy okazji, że moi biedni kursanci zjadą się z wszystkich stron świata i pocałują klamkę. Jakież to przykre, ja na marach zdążająca w kierunku światła, a oni na korytarzu, złorzeczący pod nosem, że przyszło im przejechać tysiące metrów na próżno.

Nie mogąc dopuścić do takich godnych potępienia wydarzeń, drżącym palcem wystukałam krótkiego sms-a do firmy "Miałam mały wypadek. Proszę o powiadomienie studentów, że zajęcia dziś się nie odbędą". Wkrótce otrzymałam informację zwrotną "Wszyscy zawiadomieni. Życzymy zdrowia". Mogłam zająć się sobą, a raczej tym co mówił lekarz.
Okazało się, że to jeszcze nie koniec i jest szansa, że do wieczora cztery litery przestaną mnie boleć. Powinnam poleżeć.

Leżałam sobie z przyjemnością, zgromadziwszy dookoła same smakołyki - od książki do chińskiego, poprzez nowy kryminał Yrsy, aż do gramatyki angielskiej dla zaawansowanych. Pomiędzy książkami ustawiłam miseczki z winogronami, szklankę z kawą i popielniczkę. Mogłam chorować do wieczora, pławić się w leżeniu, ostrożnie przewracać z boku na bok i odciągać wszystkich od ich własnej pracy w celu zapewnienia mi świeżej dostawy kawy, na ten przykład. Byłam księżniczką chwili, leżałam pod księżniczkowym kocykiem w księżniczkowym dresie, na księżniczkowej sofie i miałam księżniczkowe zachcianki. I nic mnie nie obchodziło. Telefon został wyłączony.

Wieczorem zaczęło mi się nudzić. Ile można pławić się w szczęściu do diaska! Przepędziłam psy z kanapy i dowlokłam sie do komputera, żeby zobaczyć jak żyją inni. Przy okazji włączyłam telefon. SMS-y zaczęły przychodzić trójkami.
"Mamy nadzieję, że szybko Pani do nas wróci. Wszyscy trzymamy kciuki"
"Pani Czarny Pieprzu - wszyscy o pani myślimy"
"W trudnych momentach potrzeba siły. Jesteśmy z panią"
I tak dalej w tym stylu.

Czy oni wiedzą coś o czym ja nie wiem?
Poczułam jak dreszcz przebiegł mi po plecach, a za nim pojawiła się strużka zimnego potu. Popatrzyłam na wesołego męża pochłaniającego jajecznicę na boczku, nie wyglądał jak przybity nieszczęściem przyszły wdowiec. "Hej! Wracaj na kanapę - krzyknął wesoło - fajny film o Szanghaju dają".

W czwartek pojawiłam się na zajęciach budząc powszechne poruszenie. Okazało się, że mój "mały wypadek" zmienił się w drodze na "wypadek samochodowy", a następnie na "bardzo poważny wypadek samochodowy" i ostatecznie "w jatkę na drodze: głowa, nogi, mózg osobno". Zastanawiałam się czy niektórzy zaczęli już zbierać na wieniec? Jedna z pań przyznała się, że nie chciało jej się przyjść w tym dniu na zajęcia i pomyślała rankiem "Żeby tak dziś nas zwolnili". A później ta wizja ryjka Czarnego Pieprza rozjechanego na drodze nie dała jej usnąć do rana. A z samego rana? Porwali Reagana!


A na obrazie - ja leżąca na księżniczkowej sofie, z księżniczkową kawką pod ręką.Księżniczkowy dres leży na podłodze, to nie widać.