
Sracz był oddalony od wyra
Szło się w deszczu.
Gówniane to były czasy”
Jan Oborniak „Krzyk Ciszy”
Postawienie włosów w epoce przedżelowej nie było sprawą łatwą.
Po pierwsze należało zrobić trwałą i zarezerwować sobie tydzień w odosobnieniu, dopóki świństwo nie przestanie cuchnąć na włosach. Smród spalonej chemii niósł się przez tramwaje i autobusy, osiadał na ciuchach i dusił kochanków w najbardziej intymnych momentach.
Przepis na wypasioną fryzurę lat 80 wyglądał tak: Najpierw myjemy włosy, następnie rozkręcamy loki /trwała była jak dobrze sfilcowane baranie futro/ za pomocą szczotki okrągłej lub wielkiego zgrzebła i suszarki. W tym czasie przygotowujemy czarodziejską miksturę – pół szklanki ciepłej wody z 6 łyżeczkami cukru, dobrze mieszamy – cukier absolutnie nie powinien osiadać na dnie szklanki. Zanurzamy w słodkiej cieczy grzebień i nakładamy ją za pomocą zgrzebła na włosy. Wcześniej dobrze nagrzaną lokówką kręcimy duży lok, nie rozczesujemy. Lokówkę trzymamy na włosach aż do momentu kiedy woda z cukrem przestaje syczeć, a z włosów przestanie się dymić. Lok zostawiamy do wystygnięcia w stanie nienaruszonym. Resztę włosów traktujemy tak samo bezlitosnie. Po wyschnięciu tapirujemy każdy lok i układamy do góry..
Następnie podkradamy mamie cudem kupiony lakier i całą konstrukcję mocno spryskujemy. Uff…można iść do szkoły z modlitwą na ustach o brak deszczu i kawałkiem mydła w kieszeni dla ewentualnego podratowania koafiury.