Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

wtorek, 22 grudnia 2009

Włosy twoje jak trzoda kóz...


Sracz był oddalony od wyra
Szło się w deszczu.
Gówniane to były czasy”
Jan Oborniak „Krzyk Ciszy”





Postawienie włosów w epoce przedżelowej nie było sprawą łatwą.
Po pierwsze należało zrobić trwałą i zarezerwować sobie tydzień w odosobnieniu, dopóki świństwo nie przestanie cuchnąć na włosach. Smród spalonej chemii niósł się przez tramwaje i autobusy, osiadał na ciuchach i dusił kochanków w najbardziej intymnych momentach.
Przepis na wypasioną fryzurę lat 80 wyglądał tak: Najpierw myjemy włosy, następnie rozkręcamy loki /trwała była jak dobrze sfilcowane baranie futro/ za pomocą szczotki okrągłej lub wielkiego zgrzebła i suszarki. W tym czasie przygotowujemy czarodziejską miksturę – pół szklanki ciepłej wody z 6 łyżeczkami cukru, dobrze mieszamy – cukier absolutnie nie powinien osiadać na dnie szklanki. Zanurzamy w słodkiej cieczy grzebień i nakładamy ją za pomocą zgrzebła na włosy. Wcześniej dobrze nagrzaną lokówką kręcimy duży lok, nie rozczesujemy. Lokówkę trzymamy na włosach aż do momentu kiedy woda z cukrem przestaje syczeć, a z włosów przestanie się dymić. Lok zostawiamy do wystygnięcia w stanie nienaruszonym. Resztę włosów traktujemy tak samo bezlitosnie. Po wyschnięciu tapirujemy każdy lok i układamy do góry..
Następnie podkradamy mamie cudem kupiony lakier i całą konstrukcję mocno spryskujemy. Uff…można iść do szkoły z modlitwą na ustach o brak deszczu i kawałkiem mydła w kieszeni dla ewentualnego podratowania koafiury.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Niewinność

Mama mówiła nigdy nie wierz mężczyźnie
Bo to drań i podrywacza kawał.
To cukierek, umaczany w truciźnie,
Będzie tylko brał i nic nie dawał.
Wychowano mnie w ciekawy sposób, na rasowego chłopofoba, a właściwie na chłopofobkę. Odkąd pamiętam chłopcy byli be i nie powinnam się z nimi bawić, a już z pewnością nie w cos tak interesującego jak zabawa w doktora. Nawet więzi rodzinne nie łagodziły tego zakazu, bo moi kuzyni też nie byli odpowiednim towarzystwem, a szczególnie po tym kiedy zaczęli mnie uczyć sprośnych wierszyków i namawiać na fajne zabawy w krzakach. Rosłam sobie więc w poczuciu zagrożenia i mężczyzn postrzegałam jako wilki zębate i kudłate, dybiące na moją cnotę i honor z oczywistym wyłączeniem dziadka, taty i wujka Henryka. Barchanowe majtki, które kazała mi nosić mama były dopełnieniem mojej niedoli i stanowiły coś w rodzaju pasa cnoty, bo musiałam je nosić na rajstopy. Czułam się dzięki nim tak, jakby mama i tata zawsze byli ze mną.
W przedszkolu jeszcze jakoś szło, w szkole natomiast zaczęły się schody. Chłopcy byli wszędzie i dybali z każdego kąta. A jacy przebiegli – torbę ze szkoły ponieśli, podzielili się śniadaniem, oddali najlepszy plakat z „Razem”, wszystko po to aby zawrócić mi w głowie.
Żeby odegnać męski rój nosiłam się garbato, szaro i workowato. Niestety, pomimo całego tego kamuflażu chłopcy ciągle zauważali we mnie dziewczynkę.
Jakby tych wszystkich nieszczęść nie było dosyć, kochali mnie ekshibicjoniści. Pewnie moja bijąca w oczy niewinność była dodatkowym wabikiem. Miałam nawet osobistego zboczeńca, który czekał na mnie w krzakach obok szkoły. Na widok błękitu mojej kurteczki dosiadał roweru i gnał na złamanie karku parkową alejką już w szalonym pędzie rozpinając rozporek i machając czym tam miał na powitanie. Wstydziłam się mężczyzn tak bardzo, i byłam tak dobrze wychowana, że nie potrafiłam zrobić nic innego jak uciekać z przerażeniem w oku – wcześniej oczywiście grzecznie odpowiadając na jego powitanie.
Jak się okazuje nic tak nie przyciąga mężczyzn jak kobieta, która się ich boi. Biegały za mną tłumy. Biegały, bo przed nimi też uciekałam w popłochu. Myślę, że w pamięci wielu naprawdę fajnych chłopaków pozostałam jako kompletna kretynka, która barykadowała się na ich widok w szkolnym WC porzucając wcześniej w panice i z wrzaskiem wszystko co miała w ręku. Ta ofiara losu udawała tez własną nieistniejącą siostrę, która przez telefon lub drzwi informowała surowo, że kretynki nie ma w domu i nie wiadomo kiedy będzie. W tym czasie osiągnęłam już mistrzostwo w imitacji głosów i szybkości podejmowania decyzji – w którą stronę wiać.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Robak jakiś serce me od wewnątrz żre

Mój mąż od jakiegoś czasu czyta. Bardzo mnie to ucieszyło bo przez całe życie słyszałam, że robię z domu bibliotekę, a pieniądze wydaje na kurzołapy, które zajmują hektary miejsca w domu. Zaczęło się niewinnie od „Kodu Leonarda”, przeszło z rechotem przez Pilipiuka, pomantrowało chwilę nad Hellerem, zachwyciło się Colas Breugnon, odrzuciło ze wstrętem mojego ukochanego Sharpe, wykrzywiło się z pogardą nad Allenem i zatrzymało na forach internetowych dotyczących zdrowia. I wpadło jak śliwka w kompot.
- Muszę się zbadać. Mam przepuklinę przeponową- zadecydował mąż przy śniadaniu smażąc jajecznicę na smalcu z boczkiem.
- Jak to? Skąd wiesz? – zdziwiłam się wysoko podnosząc naturalne brwi.
- Bo…- tu niestety nastąpiły szczegółowe opisy dolegliwości podlane sosem pseudonaukowego żargonu medycznego.
- Hmmm…ale może dieta nieodpowiednia? – spojrzałam z ukosa na ociekającą tłuszczem kromkę.
- Idę do lekarza
I poszedł. Ku jego zmartwieniu lekarz przepukliny się nie dopatrzył. Mąż wrócił więc do studiowania stron internetowych.
- Mam coś z trzustką.
Niestety, pudło.
- Mam kamienie w nerkach.
Pudło.
- Mam wrzody!
Nietrafione.
I wtedy …
- Mam robaki!!!! – uśmiechnął się wieczorem mąż.
Otworzyłam usta w niemym zdziwieniu.
- Gdzie?
- Gdzie, gdzie…no gdzie? W dupie, rzecz jasna! A teraz to może już wszędzie. W wątrobie, płucach, nerkach…..- rozpędził się i poszedł szeroko.
Zastanowiłam się głęboko, baaardzo głęboko.
- Jakieś konkretne?
- No przecież nie karaluchy! Lambie pewnie. Lambie łatwo złapać – rozmarzył się nieco.
- Owsika łatwiej.
- Owsiki pewnie ty masz.
- Ja?
- Wszyscy mamy! Jak jeden ma robaki to wszyscy mają! Jutro idę na badania. – zakrzyknął wesoło i pomachał mi przed oczami plastikowym pojemniczkiem ze szpatułką.
Niestety, wynik negatywny mocno go rozczarował, a ponowienie badań wpędziło w stan smutku wielkiego z odrobiną agresji na co dzień.
- To jeszcze nie znaczy, że ich nie mam! Może też być inny robak – rzucił obrażonym ale i nieco tajemniczym tonem na moje pytanie o trzeci wynik.
Wybrał się z wizytą do dermatologa, który jego próby przejścia na robaki skwitował jednym zdaniem:
„Nieprawidłowa gospodarka tłuszczowa” – pech, że przy tym byłam. Z miejsca wspomniałam o zmianie diety. Niestety robactwo trzymało się mocno.
Nie dając za wygraną mąż udał się ( już samotnie) z wizytą do weterynarza, wdając się tam w długą dysputę na temat tasiemców i innych obleńców i zjawił w domu z tabletkami dla psów i nakazem natychmiastowej akcji odrobaczania połączonej z wnikliwą obserwacją ekskrementów.
Obecnie jest przy trzynastym badaniu. Na forum powiedzieli, że czasem robactwo tak się zaczai, że żadne badanie tego nie wykryje. Dlatego też mąż wyłudził od lekarza tabletki, ma tylko problem bo na forum nie powiedzieli, które robactwo ma najpierw zatłuc.