Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

niedziela, 18 marca 2018

Kiedy koszmar mieszka w szafie czyli namiętne wspomnienie o rajtuzach.

Otworzyły się ludziom oczy i poznali, że są nadzy.






Szata nie czyni człowieka, powiadają. Zgodzę się z tym, bo założenie spodni nie uczyni z ciebie mężczyzny. Do tego, żeby nim być, trzeba jeszcze innych atrybutów, zwykle ukrytych w nogawkach tych spodni; w nogawkach, a nie w kieszeniach, drogie siostry. Pamiętajmy , żeby nie mylić węża w nogawce, z wężem w kieszeni, bo to dwa różne gatunki. 

Jak to jest u Was z ubraniem? Ja preferuję proste odziewanie połączone ze sprytnym (w moim własnym, naiwnym mniemaniu) zakrywaniem tego, co tylko zakryć się da (a capite ad calcem). Najchętniej kupiłabym sobie jakąś wygodną szatę w stylu Festera Addamsa, która byłaby w kolorze czarnym, i koniecznie posiadała maskujący kaptur  a'la lord Palpatine.





Ubranie jest nam nieodzowne do codziennego funkcjonowania, i wtapiania się w otoczenie, lub też korzystnego wytapiania się z niego. Tak, nasze ubranie bez wątpienia coś o nas mówi. Nawet to, że nic o nas nie może powiedzieć, bo brak nam stylu. Ale czy brak stylu nie jest sam w sobie stylem? Jeśli istnieje makeup- no makeup, to pewnie istnieje też styl no-style. 

Własny styl wypracowuje się przez lata i  jest raczej ciężki do zmiany, bo jest z nami zszyty i zżyty, a zmiana stylu wymaga odwagi i może być bolesna. Do dzisiaj pamiętam, kiedy moja ukochana przyjaciółka postanowiła na zmianę w wyglądzie, zostając swoim osobistym coachem ubraniowym.  Gdyby wcześniej mnie uprzedziła, że przyjdzie na spotkanie w nowym trendzie, pewnie nie zachowałabym się tak bezdusznie i nie pokładała na ulicy ze śmiechu na jej widok.  Teraz myślę, że wyglądała zjawiskowo, ale wtedy kojarzyła mi się nieodparcie jedynie z Mańką Barcik. Byłam pewna że zaraz cmoknie, klepnie się po biodrze, spojrzy  na mnie i zapyta - No, co? Klasa dziewucha, co? Nie przyglądaj się pani, bo od oskomy zęby się psują!


W każdym razie,  ja nie należę do kobiet, które nadmiernie przejmują się swoją garderobą i stylem. Od czasu do czasu zamawiam z internetu coś bezkształtnego w kolorze czerni, i jestem gotowa na przywitanie kolejnej pory roku. Istniały jednak w moim życiu koszmarne momenty związane z ciuchami....

1. HALECZKA 



-Patrz jaką piękną haleczkę ci kupiłam, wszyscy będą ci zazdrościć. - obwieściła mamusia wracając pewnego dnia z pracy i rzucając na krzesło jakiś atrakcyjnie wyglądający kawałek quasi - muślinu.

Jak zwykle dałam się nabrać własnej matce, chociaż wyczułam jakieś fałszywe nuty, bo podskórnie już wiedziałam, że dorośli są czasem z prawdą na bakier. Łypnęłam na biały strzępek z ukosa i poczułam między nami jakąś rodzącą się niechęć.  Była jak te dziewczyny, które mają nicki - lawendowy anioł, anielska lawenda lub jakaś inna zmutowana  hybryda , a w realu okazują się być  fochem borsuczym , kapibarą lub barrakudą. Już przy pierwszej przymiarce odebrałam niezłą lekcję życia, że uroda absolutnie nie świadczy o dobrym charakterze. Przysięgnę, że halka miała co najmniej jeden ostry pazur, którym złośliwie smyrała mnie pod lewą pachą. 

- Przestań udawać! - krzyknęła zdenerwowana mamusia, zirytowana moimi skargami.- To piękna haleczka i będziesz w niej chodzić. 

Halka była psychicznie niestabilna. Na wieszaku prezentowała się niczym ten zwiewny motyl, a przyłożona do ciała, była niczym koszula Dejaniry, wpijała się w skórę, żarła ją bez skrupułów, i z wyraźnym zadowoleniem. Ponieważ w tej to haleczce mamusia wysłała mnie do komunii, dla obserwatorów wyglądało to pewnie, jakby sam  Lucyfer smagał mnie biczem po plecach, kiedy tak tańcząc diabelskiego twista, podchodziłam bliżej ołtarza. 

Powinnam napomknąć, że z moją rodzicielką trudno było dyskutować, jeśli już przy czymś się uparła, to nie pomagał nawet płacz i krzyki. Pamiętam jak siąpałam nosem skarżąc się, że woda do kąpieli jest zbyt gorąca. Oczywiście nie uwierzyła. Nie uwierzyła dopóki nie zajrzała do łazienki, bo zwabił ją tam zapach gotowanych nóżek. 

- Hmm...faktycznie, wyglądasz jak ździebko ugotowana. Czy to mięso odchodzi ci od kości na kolanach? Wiesław, chodź tu proszę. Zobacz co ona znowu wymyśliła! Zrobiła z siebie rosół w wannie! Czekaj, jak już tam siedzi, to może faktycznie dorzucę włoszczyznę, i po prostu ją zjemy. ...Co za dziecko! Przecież trzeba było powiedzieć, że za gorąca!


2. RAJTUZKI:



Rajtuzki były wyjątkowymi draniami. Działały w tandemie i były przyczyną opóźnienia mojego rozwoju motorycznego.. 
Dlaczego były ich 2 pary?

- Masz takie chude nogi, wstyd pokazać cię na mieście - tłumaczyła mamusia - ludzie pomyślą, że my z ojcem sami jemy, a tobie nie dajemy. Lepiej załóż drugą parę, przynajmniej będziesz chociaż trochę przypominać normalne dzieci sąsiadów, które nie trzeba błagać na kolanach żeby coś zjadły.  

Pierwszy rajtuz zawsze był za mały, wiecznie podskakiwałam żeby go podciągnąć. Dlaczego był za mały? Odpowiedz jest prosta - była to para pocerowanych matuzalemów, które nie dawały się do prezentacji na forum światowym. Drugi rajtuz był elegancką parą, kupioną na zaś. Znaczy pasował na osobę jakieś 20 cm wyższą i 15 kg tęższą ode mnie i sprawiał, że wyglądałam jakbym nosiła spodnie z shar-peia. 

-Czasy są trudne - mówiła mamusia  - trzeba się dostosować,  nie martw się, dorośniesz do tych rajstopek.

Pierwsze rajstopki ściągały drugie rajstopki. Najpierw podskakiwałam żeby naciągnąć na moje kościste cztery litery te pierwsze, a potem żeby naciągnąć na stopy te drugie. Strasznie mnie to męczyło. Przez to przestałam chodzić, i wyglądało na to, ze cofam się w rozwoju . Zamiast bawić się z dziećmi w chodzi lisek...siedziałam w kącie sali i fukałam na wszystkich.


3. BIUSTONOSZ:

Pamiętam, że patrząc na swoje dwie rozwielitki marzyłam, żeby je wreszcie ukryć w jakimś kostiumie kąpielowym koniecznie ze stanikiem, bo chodzenie po plaży w samych majtach było torturą. Rodzice nie mieli jednak współczucia dla mojej rodzącej się purytańskości i skromności, i miałam wrażenie, że w tych majtach będę biegała po plaży do matury. I żeby była jasność, nie prosiłam o piersi, prosiłam o stanik, żeby te dwa placki zakryć. Na szczęście piersi ruszyły, i to tak jakby chciały odrobić zaległości. Mama kupiła mi wreszcie moją pierwszą przepaskę, bo inaczej tego nie można było nazwać.

Oczywiście, teraz też nie wyobrażam sobie życia bez biustonosza.  Głównie dlatego, że mam dużo miłości w stosunku do bliźnich i nie chciałabym ich skrzywdzić. Dlatego palenie staników uważam za wyjątkowo nietrafiony pomysł, chyba że w zamyśle feministek było  używanie piersi jako niebezpiecznej broni przeciwko mizoginom tego świata. 

Biustonosz i buty należą do produktów, których nie kupuję przez internet, bo należy je przymierzyć. Niedobrane potrafią zmienić losy świata. Kto chociaż raz podróżował w zbyt ciasnych butach lub biustonoszu ze złamaną fiszbiną (kiedy kawałek ostrego drutu wbija się w serce), ten wie o czym mówię. 

W ostatnie Święta Mikołaj sprezentował mi kartę podarunkową do sklepu z fikuśnie elegancką bielizną. Wiedząc czym to grozi, zostawiłam wszystko na ostatnią chwilę. W końcu jednak nadszedł ostateczny termin; trafiłam do tego przybytku rozpusty, i poddałam się karze przymierzania. Ukryłam się za przepierzeniem i zdjęłam kurtkę, sweter, t-shirt, a na końcu zzułam biustonosz. 

Piersi wyskoczyły radośnie, śmiejąc się perliście, obijając o siebie i ściany, upojone wolnością, rozchichotane, nieświadome jaki tor przeszkód dla nich szykuję. Kurtyna zafalowała i pojawiła się pani sprzedawczyni uginająca się pod naręczem koronkowych szmatek.

Jak wygląda przymierzanie biustonosza? Oczywiście, wygląda zupełnie inaczej niż na reklamach. Po pierwsze biustonosz musi być bardzo dopasowany pod spodem. Wciągasz więc brzuch, lewą nogą zataczasz koła jak chcący się podrapać po szyi mops, gimnastykujesz ramiona żeby dopiąć się z tyłu na pierwszą haftkę. Następnie zaczynasz zaganiać piersi z boków na przód. Nie myśl, że jest to łatwe! Większość piersi znakomicie czuje się pod pachami i trzeba je stamtąd wygarnąć, wyłuskać, wydziobać do przodu siłą i zdyscyplinować czymś co nazywa się fiszbina, a jest ordynarnym druciskiem wpijającym się w klatkę piersiową. Następnie każdą pierś należy ucapić pełną dłonią , podnieść i ułożyć wygodnie w przeznaczonym dla niej koszyczku. Jeszcze parę niezbędnych poprawek, wężowych ruchów i już. 

Czujesz jak zalewa cię fala potu, piersi wydają się mocno urażone traktowaniem ich jakby były kawałkiem ciasta na pierogi i specjalnie kładą się krzywo i wypuczają , a przed tobą leży następnie 15 fikuśnych cudeniek, które czekają na swoją kolej. Uprzejma sprzedawczyni pyta zza kotary czy przynieść inne - mniejsze, większe, bardziej wycięte, mniej wycięte, czarne, białe, różowe...

Mnie zmęczyło już przymierzenie pierwszego koronkowego cuda. Zdecydowałam się na ten pierwszy przymierzony, plus jego bliźniaka w innym kolorze. Ponieważ pot lał mi się już z uszu, pominęłam założenie swetra i wyskoczyłam zza kotary w samym t-shircie zgadzając się na wszystko, żeby tylko wyjść jak najszybciej na świeże powietrze. Wyciągnęłam z torby voucher uprawniający mnie do "nicniepłacenia" i...okazało się, że mam tam tylko kopertę, reszta została w domu. Ponieważ jak zwykle zostawiłam wszystko na ostatnią chwilę i za kilka godzin czekał mnie lot do krainy puddingu, umówiłam się, że zakupy odbierze w dniu następnym mój ulubiony mężczyzna. 

Muszę przyznać, że bywają ekspedientki z poczuciem humoru. Kiedy następnego dnia MUM pojawił się w sklepie pełnym kobiet mówiąc, że ma tu odłożone dwa biustonosze z wczoraj, uśmiechnięta ekspedientka szybko przyniosła je z zaplecza, i zapytała głośno:

-Chce pan jeszcze raz przymierzyć?

Pieprz.




Widzę, że trzeba będzie zrobić imprezę z okazji nadchodzących 500 000 wyświetleń!