
Zaczęło się od ogólnego rozmemłania, rozleniwienia i niechciejstwa. Niby nic, a jednak łatwo było zauważyć.
- Zmieniłaś fryzurę?
- Nie. Umyłam włosy.
- Nieeee. To nie to. Coś zmieniłaś. Makijaż?
Owszem. Zmieniłam wyraz twarzy.
- Ojejku! Co się stało?
- Boli panią coś?
- Jakieś kłopoty?
Hmmm…oprócz rozmemłania, nie zauważyłam żadnych innych symptomów nadciągającej katastrofy. Niestety nadeszła podstępnie słonecznym rankiem, wpiła śledzie w glebę, brudne stopy rozparła na fotelu, rzuciła walizy w kąt i postanowiła zamieszkać na trochę ; razem ze mną, w moim niebieskim pokoiku, w moim białym łóżku w niezapominajki, pod moją błękitną pościelą – kompletnie tu nie pasowała, podobnie zresztą jak ja! W końcu patrząc na to co czytam, oglądam i czego słucham – mój pokój powinien wyglądać jak połączenie jamy Scarlaka i katakumb. No, wiecie – kamienne ściany, jakiś mały, krwawy rozprysk na ścianie, nieco surowych narzędzi tortur i kilka ludzkich kości rzuconych niedbale gdzieś w kąt. Tymczasem…błękity, niezapominajki, aniołki, pierdółki, dwa misie – pysie, kolorowe obrazki i białe szafeczki. Aż do bólu zębów. To jeszcze jeden dowód na dwoistość kobiecej natury.
Przejdźmy jednak do sedna. Słoneczny ranek zawsze zaczyna się parującą kawą i serkiem Bieluchem. Ten zaczął się szybko wypitym jogurtem. Potem spacerek z psami, auto i fruuu do pracy. Po dwudziestu minutach wiedziałam, że coś jest nie tak. Po minutach 30 siedziałam w aucie i prułam w stronę domu łamiąc po drodze kilka przepisów, sycząc i plując jadem na czerwone światła na skrzyżowaniach. Wejście na pierwsze piętro jeszcze nigdy nie trwało tak długo. Potem oparcie się o klamkę mężowskiego pokoju i zachrypnięty szept…”Pomocy, umieram…” resztę usłyszała łazienkowa muszla koncertowa. W samochodzie umarłam dwa razy, pot lał się ze mnie strumieniami, a każdy wybój na drodze był następnych stopniem do nieba. Żałowałam, że wczoraj nie cieszyłam się z tego, że jestem zdrowa i nic mnie nie boli.
O, jakaż byłam głupia wczoraj nie tańcząc z radości nad brakiem bólów wszelakich i mąk cielesnych, o jak materialistycznie i obrzydliwie nastawiona do życia. Pół godziny później żałowałam, że nie umarłam na schodach do przychodni. Mieszanka leków podziałała na szczęście dość szybko i jako umarlak ze spoconym włosem zostałam wypuszczona do domu.
Wszystko fajnie, tylko że w mojej ręce nadal tkwi ohydne ustrojstwo do podawania w żyłę zastrzyków – bo kolka nerkowa lubi powracać. Siedzę i zastanawiam się ile jeszcze pozostało mi minut szczęśliwego stanu, bez bólu. Żeby zaakcentować jak bardzo się cieszę, że w tej chwili nic mnie nie boli postanowiłam napisać niniejszą notkę. Ilustruję ją obrazkiem, który wcale do mnie nie pasuje, nie pasuje tez do całej notki ale za to kojarzy się z miejscem, w którym mnie nic nie bolało. I to jest sedno sprawy! Ludzie! Cieszcie się, że nie macie kolki nerkowej i żyjcie pełnią życia!